» Artykuły » Inne artykuły » Redaktorzy oceniają - czerwiec 2012

Redaktorzy oceniają - czerwiec 2012

Redaktorzy oceniają - czerwiec 2012
W okresie od 1 do 30 czerwca 2012 roku w Dziale Książkowym opublikowanych zostało 27 recenzji, których średnia ocen wyniosła 7,64.

Czytać:




"Nigdziebądź to właśnie świetnie napisana bajka, będąca odruchem obronnym wobec szarości i miałkości życia w dzisiejszym świecie, co trafnie podkreśla końcowy morał. Model życia, uznawany dziś powszechnie za normalny, zostaje ukazany w zestawieniu ze światem pełnym niecodziennych przygód, obfitujących w krwawe pojedynki, intrygi, pościgi i mistyczne próby. Kontrast, jaki otrzymuje czytelnik, daje sporo do myślenia, zwracając uwagę na powszedniość i przewidywalność spopularyzowanego, konsumpcyjnego trybu życia oraz wynikającą z niego pustkę egzystencji.

Aż roi się tu od masy bardziej lub mniej luźnych nawiązań do literatury, religii czy mitologii. Na szczególną – poza szalonym biegiem wydarzeń – uwagę zasługują również bohaterowie. Świetnie prezentuje się zarówno protagonista – szczególnie biorąc pod uwagę to, w jak autentyczny sposób reaguje na niezwykłości Londynu Pod – jak i postaci poboczne, takie jak wspomniany Markiz de Carabas, będący ucieleśnieniem sprytu, finezji i ciętej riposty, czy mająca mocne poczucie misji Strażniczka. Doczepić można się ewentualnie do dwójki czarnych charakterów, których nieco infantylne żarty o torturowaniu i mordowaniu prześladują przez całą powieść zarówno bohaterów, jak i czytelnika.

Wisienką na torcie jest ciekawie skonstruowany świat Londynu Pod. Gaiman, który większą część życia spędził właśnie w stolicy Wielkiej Brytanii, bazując na autentycznych miejscach, takich jak stacje metra, stworzył niezwykle rozbudowaną lokację. Niedostępny dla większości klasztor, zmieniający ciągle swoje położenie Ruchomy Targ czy domena jednego z aniołów to tylko kilka z miejsc, które przyjdzie nam odwiedzić. Ze skrupulatnością opisane są również zamieszkujące je istoty, dzięki czemu na kartach powieści spotkamy się z tajemniczymi Szczuromówcami, ascetycznymi mnichami, zdradliwymi Lamiami czy uchodzącą niemal za legendę londyńską Bestią.

Nigdziebądź to powieść świetna – porywająca, osobliwa, trzymająca w napięciu i dająca sporo do myślenia na temat fundamentalnych wartości życia w dzisiejszych czasach. Po zakończeniu lektury aż żal wracać do normalnego świata, gdyż – podobnie jak w przypadku Richarda – możemy poczuć się nim nieco zawiedzeni."


Sławomir 'Villmar' Jurusik




"Magia w Uczcie dusz jest wszystkim. Potężną siłą, która pozwala osiągnąć każdy cel. Bronią, lekarstwem, narzędziem władzy. Ten, kto ją posiądzie, zyska nieograniczoną wiedzę, a także moc, zdolną spełnić każdą zachciankę. Nic więc dziwnego, iż niemalże każdy pragnie zgłębić arkana konieczne do jej okiełznania. Nie jest to jednak takie proste, gdyż aby to uczynić należy wpierw odnaleźć mistrza, który zgodzi się potencjalnego kandydata na magistra przyjąć pod swoje skrzydła, następnie przejść trudne, mordercze wręcz (sic!) szkolenie i wreszcie dokonać Przejścia będącego ostateczną próbą. Lecz przede wszystkim – należy być mężczyzną. Gdyż tylko oni – wedle od wieków panującej reguły – godni i władni są przejąć panowanie nad athrą, ogniem duszy, w taki sposób, by czerpać ją od innych. Lecz nie każdy z tych, którzy wkroczyli na ciernistą ścieżkę magii zdolny będzie opanować ją w sposób całkowity do tego stopnia, by zyskać upragniony tytuł. Ci, którym zabrakło zdolności, egzystować będą tylko jako czarownicy potrafiący korzystać jedynie z własnego ognia duszy, zaś każde użycie magii zakończy się dla nich utratą sił życiowych. Taki też los czeka kobiety, dla których największym osiągnięciem jest otrzymanie miana czarownicy. Lecz ów do tej pory sprawnie i bezproblemowo funkcjonujący porządek nagle zostaje zakłócony za sprawą Kamali – młodej dziewczyny, która posiadła moce do tej pory u niewiasty niespotykane, a dzięki swej determinacji – zdolna była otrzymać tytuł Magistra.

Sposób, w jaki w Uczcie dusz ukazani są Magistrowie jednocześnie fascynuje i odpycha. To elitarna sekta ludzi pozbawionych wszelkich skrupułów i nie posiadających żadnych zasad moralnych. Nieśmiertelni i wszechwładni, zanudzeni własnym bytem, uciekają się do wszelkich możliwych sposobów, by go uczynić choć minimalnie bardziej interesującym. Nie wahają się w tym celu intrygować, manipulować każdym, kto wyda im się przydatny, a przede wszystkim wykorzystywać ludzi śmiertelnych, jak ich nazywają z pogardą – morati, do własnych celów w sposób wręcz odrażający. Ten motyw – mroczne aspekty bycia nieśmiertelnym – Friedman już w swej prozie ukazywała (choć nie w aż tak przerysowanej wersji) na przykładzie losów Gerarda Tarranta w Trylogii Zimnego Ognia. Tu zaś przedstawiciele kasty Magistrów to zgromadzenie ekscentryków o mentalności, w najlepszym przypadku, znudzonych swą długowiecznością egocentryków, a w najgorszym – maniakalnych morderców owładniętych żądzą władzy, kiedy żadnego z nich nie można zdefiniować słowem "normalny".

W Uczcie dusz Friedman skupia się na emocjach swych bohaterów, zgłębiając gęstwinę ich dusz. Ukazuje ich rozterki, analizuje motywy postępowania, próbuje znaleźć odpowiedź na egzystencjalne pytania dotyczące dobra i zła, a także przeprowadza niemalże wiwisekcję spaczonych charakterów Magistrów, na ich przykładzie rozważając, jak daleko w imię własnej próżności i egoizmu ludzie mogę się posunąć. Jej proza pulsuje miarowym rytmem, który zmienia się w zależności od tego, czyimi oczyma obserwujemy toczące się wydarzenia. Pisarka nie stroni od humoru, który przejawia się zazwyczaj w postaci ironicznych komentarzy Magistrów – czy to wypowiadanych na głos, czy też w myślach – w których to przoduje Colivar.

Uczta dusz nosi tytuł bardzo adekwatny do odczuć, jakie miałam po przeczytaniu tej książki. To prawdziwy smakołyk dla miłośników dobrego, klasycznego fantasy, niesie jednak w sobie wiele zaskakujących elementów, które nawet doświadczonych czytelników, uważających, iż w tym gatunku już nic ich nie zdziwi, może wprawić w zdumienie. Mądra, głęboko poruszająca i skłaniająca do refleksji książka, posiadająca jednocześnie cechy wyśmienitego czytadła, gdyż zasiadając do lektury należy mieć świadomość, iż nie sposób się od niej oderwać – aż do samego końca. A gdy dotrze się do ostatniej strony, wstrząśniętym i oszołomionym – gdyż Friedman nie lubi łatwych happy endów – pozostanie niecierpliwe oczekiwanie na kolejne tomy. I snucie domysłów, jak potoczą się dalsze losy bohaterów."


Maja 'Vanth' Białkowska




"Ci, którzy czytają Kaya, wiedzą, że autor ten posiada bardzo specyficzny styl pisania. Jego powieści zawierają sporo rozbudowanych opisów i kwiecistego słownictwa, czyta się je jak historie snute przez bardów w średniowieczu. Fionavarski Gobelin jest tego doskonałym przykładem – autor patetycznie, po tolkienowsku, pisze o odwiecznej walce Światła z Mrokiem w świecie zamieszkanym przez ludzi, światłych lios alfarów, obrzydliwych svart alfarów, bogów i istoty mitologiczne, w którą wplątuje się pięć osób z naszej rzeczywistości. I okazuje się, że każda z nich ma ważną rolę do odegrania w nadchodzącym konflikcie.

Świat, jaki przedstawia Kay, jest kolażem wielu znanych pomysłów. Najsilniej odczuwane jest podobieństwo do Tolkienowskiego Środziemia: lios alfarowie to elfy, svart alfarowie to orki, a Rakoth Maugrim wydaje się kolejną wersją Saurona. Całości towarzyszy również poczucie końca pewnej ery, ostateczności konfliktu – to najważniejszy moment w dziejach świata, decydujący o tym, czy zatriumfuje dobro, czy zło (podobnie wygląda u Tolkiena sytuacja pod koniec III Ery, kiedy toczy się akcja Władcy Pierścieni). Równie silnie Kay czerpie z legend arturiańskich, wplatając w cykl historię trójkąta miłosnego Artura, Lancelota i Ginewry. Postacie te przeżywają na nowo niektóre wydarzenia z własnej przeszłości, pamiętając wszelkie poprzednie wcielenia oraz wybory, jakich dokonywali. Autor oddaje złożoność i głębokość ich relacji, przywołuje epizody z ich właściwej opowieści, na nowo rozgrywa dramat tej trójki. Ten wątek należy do najważniejszych w całym cyklu.

Fionavarski gobelin to również sporo nawiązań do mitologii. Letnie drzewo przypomina skandynawskie drzewo Yggdrasil, na którym zawisnął Odyn. Stamtąd także, oraz z podań germańskich, pochodzą Dzikie Łowy, orszak martwych królów przemierzający nieboskłon. Również wiele nazw własnych pochodzi lub przypomina te z tradycji celtyckiej (Pwyll, Macha, Kocioł z Khath Meigol). Rozwiązania te dodają kolorytu wykreowanemu uniwersum, które przez to staje się jednocześnie bardziej znajome czytelnikowi – jeżeli orientuje się w mitologii to łatwiej wyłapać mu różne zależności. Zabieg ten stanowi kolejną cegiełkę, która przyczynia się do pozytywnego odbioru całej trylogii.

Kay stworzył dzieło czarujące językowo, pełne dramatycznych losów postaci i ich wyborów. To piękna, klasycznie przedstawiona historia walki dobra ze złem. Zdecydowanie warto się z nią zapoznać, bo choć nie jest zbyt oryginalna (mnóstwo naprawdę widocznych nawiązań i zapożyczeń, w większości użytych odtwórczo, ale w świetny sposób) i może razić nadmiernym patetyzmem (dialogi bywają naprawdę pompatyczne, do tego autor przed każdym ważniejszym wyborem bohaterów podbija ich ton), to jest naprawdę wyjątkowa i odmienna od większości współczesnego – krwawego i bezrefleksyjnego – fantasy."


Bartłomiej 'baczko' Łopatka


Unikać:




"Zuzanna była przeciętną studentką – grzeczną dziewczynką lubiącą czytać fantastykę. Pewnej nocy znalazła się jednak w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie – stała się bowiem niewygodnym świadkiem porachunków w świecie istot, w których istnienie większość ludzi nie wierzy. Przed okropną śmiercią uchronił ją Henry Got, prastary wampir, intrygant, totalny gbur i pisarz, posługujący się dość pretensjonalnym pseudonimem Mefistofeles. Ratując ją, nie wiedział, w co się pakuje, bowiem Zuzanna zakochuje się w nim bez pamięci i nic sobie nie robi z demonstrowanej niechęci wobec swojej osoby. Jak się okazuje, wszystko to ma związek z tajemniczą przepowiednią, wieszczącą śmierć Gota. Wszystkie rasy i stowarzyszenia magicznego świata rozpoczynają polowanie na dziewczynę, chcąc ją zabić bądź wykorzystać do własnych celów.

Główną siłą romansu jest zwykle opis takich czy innych relacji międzyludzkich (czy może raczej ludzko-nieludzkich). I trzeba przyznać, że na tym polu Milczące słowa mają co pokazać. Emocjonalna strona powieści jest rozbudowana, a wzajemne stosunki między postaciami w sposób płynny i wiarygodny nieustannie się zmieniają. Pierwsze skrzypce gra tu oczywiście nieszczęśliwa, nieodwzajemniona (choć może jednak?) miłość Zuzanny, lecz skrajne uczucia targające Gotem i pomniejsze romanse postaci drugoplanowych również budzą zainteresowanie i przemawiają do wrażliwszej strony czytelnika. Bez większych trudności można wczuć się w trudną, czasem wręcz beznadziejną sytuację bohaterów rozdartych pomiędzy chłodnymi, logicznymi kalkulacjami a żarliwą, acz bezpodstawną nadzieją. Również sami bohaterowie są interesujący i pełnokrwiści. Zachowują się logicznie (lub nielogicznie, jak to zakochani, ale w sposób oczekiwany), ich rys charakterologiczny został wyraźnie zaznaczony, trudno im również zarzucić jednowymiarowość. Drobnym wyjątkiem są tu wszelkiej maści źli protagoniści, którzy wydają się wciśnięci do całości na siłę i raczej nie są przekonywujący – tak ich motywacja, jak i metody działania nawet nie ocierają się o wiarygodność.. Jeżeli więc ktoś lubi opowieści traktujące o nieszczęśliwej miłości, wypełnione interesującymi postaciami, trafił na właściwą książkę.

Rzecz ma się podobnie, jeżeli czytelnik lubi szarady. Fabuła powieści stanowi bowiem wielką, zaplątaną jak porcja spaghetti zagadkę. Teoretycznie autorka od czasu do czasu raczy nas jakimiś wyjaśnieniami lub retrospekcjami, które mają na celu wytłumaczyć sytuację, jednak bardzo często niewiele to pomaga. Zresztą, są to raczej wyjątki niż reguła, gdyż Wochlik często pozostawia wydarzenia bez żadnego komentarza, pozwalając nam swobodnie je interpretować, a także bez przeszkód zgadywać, jak i dlaczego łączą się z resztą opowieści. Takie sytuacje mają miejsce irytująco często, pozostawiając czytelnika zagubionego w fabularnej mgle aż do samego – nic nie rozwiązującego, choć wzruszającego – końca.


Milczące słowa mogłyby być przyzwoitą powieścią, jednak niechlujny i niejasny zapis oraz pozbawiona ładu i składu fabuła sprawiają, że przez rozdziały brnie się jak przez bagno. Powieść mogę polecić jedynie naprawdę zdesperowanym fanom mniej słodkich i niezbyt optymistycznych romansów. Cała reszta lepiej zrobi, omijając ją szerokim łukiem."


Michał 'von Trupka' Gola




"Jack Isidore jest wyjątkowym oryginałem. Już od dziecka kolekcjonuje dziwne rzeczy, uważa się za wielkiego znawcę nauki, choć główne tematy jego badań to między innymi cywilizacja żyjąca wewnątrz Ziemi i zaginiona Atlantyda. Przy tym niezbyt dobrze radzi sobie w życiu – zwykle nie śmierdzi groszem, a najwyższym stanowiskiem jakie piastował, był nacinacz opon. Jego całkowitym przeciwieństwem jest młodsza siostra Fay: silna, pewna siebie kobieta, która z mężem i dziećmi mieszka w wielkim domu w kalifornijskim hrabstwie Marin. Zbieg przypadkowych zdarzeń powoduje, że Jack przenosi się do olbrzymiej posiadłości. Okazuje się, że wcale nie pozwoli to mężczyźnie przezwyciężyć dziwnych przyzwyczajeń – wręcz przeciwnie, wprowadzi do jego życia jeszcze większe zamieszanie.

Choć powieść nie jest zbyt obszerna, Dick sporo miejsca poświęca analizie małżeńskich problemów wynikających z tarć pomiędzy wykształconą, subtelną kobietą i prostym mężczyzną. Wystarczy dodać do tego romans Fay, a otrzyma się ogólny zarys najważniejszych wątków powieści. Gdzieś na uboczu pojawia się Jack ze swoimi dziwacznymi zainteresowaniami, wśród których dużą rolę odgrywa zbliżający się wielkimi krokami powrót Chrystusa, a wraz z nim koniec świata. Co bardzo nietypowe dla kalifornijskiego pisarza, ten eschatologiczny wątek ma znikomy wpływ na fabułę – rzeczywistość nie jest zdeformowana nawet w najmniejszym stopniu, a jedną z niewielu postaci, które w ogóle przejmują się całą sprawą, jest Jack. W Wyznaniach łgarza nie ma paranoicznych rojeń Dicka ani rozpadającego się świata, który często pojawiał się w jego utworach – to powieść obyczajowa bez związków z fantastyką.

Największą jej bolączką jest wszechobecny banał, który zwyczajnie nie przystoi pisarzowi tak dobremu jak Dick. Banalne jest zestawienie kobiety świadomie skrywającej swą hardość i silnego fizycznie, a słabego mentalnie mężczyzny. Autor w ich związku nie odnajduje niczego, co mogłoby zainteresować czytelnika. Żyją w niezgodzie, kłócą się, rozstają – wszystko w myśl prostego schematu rozwoju toksycznych relacji. Banalny jest romans Fay z Natem: dominująca kobieta bez trudu zyskuje przewagę nad niepewnym podlotkiem i szybko zmienia go w swojego niewolnika. Destrukcyjny związek rozwija się w myśl kolejnego prostego schematu (zmysłowa miłość w tajemnicy, dekonspiracja kochanków, zniszczenie dotychczasowego życia obojga), który mógłby sprawdzić się w drugoplanowym wątku dowolnej powieści obyczajowej – ale jako podstawa fabuły Wyznań łgarza wypada fatalnie.

Wyznania łgarza to jeden z niewielu tekstów Dicka, w których fantastyka nie odgrywa właściwie żadnej roli. Niestety, próba ucieczki z gatunkowej klatki w istotnym stopniu ograniczyła nie tylko wyobraźnię, ale i pomysłowość pisarza. Efektem jest nudny tekst, którego nieliczne zalety zostały całkowicie zagłuszone przez wszechobecny banał. Nie polecam nawet zdeklarowanym miłośnikom prozy Philipa K. Dicka – Wyznania łgarza wpisują się w obraz jego twórczości w bardzo nikłym stopniu."


Bartosz 'Zicocu' Szczyżański





Czytaj również

Nigdziebądź
Raz jeszcze i nigdy dosyć
- recenzja
Nigdziebądź
- fragment
Nigdziebądź
Pod wrażeniem Londynu
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.