» Blog » Pyrkon okiem Szaszłyczka
31-03-2009 00:24

Pyrkon okiem Szaszłyczka

W działach: Konwenty | Odsłony: 11

Pyrkon okiem Szaszłyczka

Kto nie był, niech żałuje. To proste, a jakże prawdziwe, podsumowanie stanowi wstęp do relacji z Pyrkonu widzianego mymi niziołczymi oczyma, z uwzględnieniem kilku zaliczonych punktów programu.

 

 

Przepraszam, którędy do Poznania?

 

Fartuch - jest. Patelnia - jest. Wałek do ciasta - jest. Więcej mi na konwent nie potrzeba. Można udać się na dworzec, zagadać do przypadkowych współpasażerów, a w końcu i usnąć na te pięć godzin podróży. Akurat snu będzie najbardziej brakować.

A pięć godzin później...

Wyskakuję w stolicy Wielkopolski na pół godziny przed planową inauguracją imprezy, znając tylko ową magiczną nazwę ulicy "Łozowa". Jakie to szczęście, że po drodze zebrała się liczna grupka degeneratów, zmierzająca w tym samym kierunku, z tym samym celem, strasząca przechodniów i przypominająca satanistyczną procesję. Jakie to szczęście, że i tak nikt nie znał drogi.

Przynajmniej punktualnością nie trzeba było się martwić. Za sprawą słynnej już kolejki, można było cieszyć się czasem wolnym od atrakcji conajmniej do godziny 18. A wiecie, że kolejki integrują ludzi? Zdarzyło mi się poznać zboczonego pół-araba i jego Wesołą Kompaniję. Za PRL ludzie musieli mieć bogate życie towarzyskie...

Po dwóch godzinach integrowania zostaliśmy zaobrączkowani i mogliśmy kontynuować integrację w zaznaczonym na dołączonej do informatora mapce dzielnicy "Byczym Barze". To jedno z tych miejsc, w których człowiek się zakochuje, choć nie ma w nich absolutnie nic niezwykłego.

Pozdrawiam klientów lokalu i barmana.

 

 

Elfy to geje!

 

Po wyjściu z baru mieliśmy jeszcze mnóstwo czasu na rozlokowanie się w budynku sypialnym. Napis na tablicy jednego z pomieszczeń "Sala Trójmiasto; Gdańsk-Sopot-Gdynia" nie pozostawiał wątpliwości gdzie rezydują nasi pobratymcy znad morza. Tylko kolejność miast na tablicy była zmieniana z przeciętną częstotliwością co pięć minut, tak że raz Gdańsk był na pierwszym miejscu, raz Gdynia. Ach, ta wzajemna miłość...

Pierwszą atrakcją, na jaką nasza grupka się wybrała, okazał się być wspaniale zapowiadający się Festiwal Piosenki Krasnoludzkiej "Wyrycz to Sam". Kilka utworów o niecenzuralnej treści opowiadających o ucinaniu pedałkowatym elfom uszu, jak również i innych odstających części ciała, wykonywanych przez organizatorów oraz konkursowiczów, zapewniło nam wszystkim mnóstwo zabawy i zdarte gardła. Tego się nie zapomina.

 

 

Patelnią w łeb

 

Po Festiwalu nadszedł czas na mój pierwszy tego weekendu LARP, którym był rozgrywany w świecie Warhammera "Carnivale". Barwne postaci (bo jaka inna mogłaby być trupa wędrownego cyrku?), humorystyczne akcenty wtrącane do "ponurego świata niebezpiecznych przygód", wspaniali ludzie - tak można go skrótowo opisać. To tu nabyłem pyrkonową ksywkę - Szaszłyk. W pamięć, za sprawą dobrej gry, zapadły mi następujące kreacje (wybaczcie, nie pamiętam nicków, więc będę wymieniał imiona postaci):

  • Smutny - to on oberwał ode mnie patelnią w tył głowy. I to on był bardzo zauważalny, gdy oskarżał wszystkich o wszystko. Więcej takich graczy!
  • Kubek - znany później jako Jack Sparrow, pomyleniec ten prześladował mnie przez cały czas trwania konwentu, będąc na wszystkich larpach, na którym ja się zjawiłem
  • Kier - o ile kogoś nie pominąłem, to chyba najsympatyczniejsza osoba, jaką poznałem na Pyrkonie.
  • Mądrala - zachował bimber tylko dla siebie! Foch! 
  • Cnotka - błagam o więcej litości dla naszych uszu! 

     

 

Zwłoki! Wszędzie zwłoki!

 

Po powrocie do budynku sypialnego czekała mnie niespodzianka z kategorii tych mniej miłych. Wielkość i ilość sal sypialnych nie zaspakajała potrzeb konwentu, na którym zjawiło się ponoć prawie trzy tysiące ludzi. Żeby dostać się do miejsca, w którym rozstawiłem swój śpiwór, musiałem pokonać stertę rozrzuconych ludzkich zwłok, a i tak próby zaśnięcia tam spełzły by na niczym. W efekcie większość nocy spędziłem, dosiadając się do przypadkowych ludzi przy stolikach rozstawionych na korytarzach. Stolików było dużo i choć na większości z nich spożywano napoje alkoholowe, pijackich ekscesów nie doświadczyłem, wbrew niektórym głosom jakoby ten problem miał być uciążliwy. Zachowanie konwentowej społeczności oceniam jako bardzo dobre.

Nie znalazłem też powodu, aby skarżyć się na ochronę. Zamiast wynajmować profesjonalistów, organizatorzy zdecydowali się nająć do tej roli grupę Nocarzy. Choć nie integrowali się z resztą konwentowiczów, to jednak świadomość faktu, że oni również są "jednymi z nas" zmniejszał psychologiczny dystans (machanie tablicą z napisem "opaska; dziękujemy" wydało mi się nawet zabawne). Gratuluję dobrze wykonywanej roboty, pozdrawiam i liczę, że za rok również zdecydujecie się na odegranie roli ochrony, pomimo kilku nieprzychylnych komentarzy.

 

 

Tycjo cię nie lubi...

 

Po przeprowadzce na korytarz spałem tej nocy może ze dwie godziny. Mój niezrozumiały zegar biologiczny kazał mi wstać na długo przed sobotnimi atrakcjami, w wyniku czego cały poranek spędziłem w szatni, korzystając z gościny dwójki gżdaczek.

O 11 nadeszła kolej na LARP'a "W Domu Augusta Giovani". Droga do larpowni, w której się on odbywał, była kręta, lecz i tak zgromadził się komplet ludzi, wampirów, ghuli i duchów. I znów wyróżnię kilka osób, które przyczyniły się do tego, że ten pełen intryg LARP odznaczał się tak unikalnym klimatem:

  • Laura - mistrzowskie odgrywanie! Więcej takich graczy!
  • Konstanty - dziecięce role wprowadzają tyle koloru. Misio był słodki...
  • Vittorio - znów ten pomyleniec (wbrew pozorom to nie wrzuta)
 

 

W roku 1578 kalendarza Imperium...

 

O godzinie 14:00 miałem do wyboru: paść ze zmęczenia na meczu SnotBalla, albo zapobiec padnięciu posilając się. Wbrew samemu sobie, wybrałem tę drugą możliwość.

 W informatorze zaznaczono wszystkie okoliczne bistra, bary mleczne, itp., co było nieocenioną pomocą w przeżyciu tego weekendu. Taka ilość przybyłych musi generować właścicielom tych miejsc spore zyski. Oni liczą kasę, podczas gdy zwykli mieszkańcy wiedzą już, że w pierwszy weekend wiosny powinni uciekać do schronów.

Warhammerowy konkurs "Koło Chaosu", jakim wypełniłem sobie czas pomiędzy LARPami był zorganizowany w miarę dobrze, choć można było poprawić kilka elementów. Największym wrogiem, z jakim się zmagamy, jest czas. To właśnie czas na odpowiedź należałoby ograniczyć. W momencie, gdy jedna z drużyn głowiła się którąś minutę nad tym czym jest Druchii, sędziowie powinni byli już dawno im przerwać i przejść do kolejnych uczestników. Wierzę, że na przyszły rok usprawnią przebieg konkursu.

Oczywiście, nie wygrałem.

 

 

Królestwo za ciasteczka!

 

Nadszedł w końcu czas na długo wyczekiwany LARP o... ciasteczkach! Może to tylko przykrywka mojego lenistwa, ale tym razem odpuszczę sobie komentarz. Po prostu bawiłem się tak wspaniale, że nie jestem w stanie tego wyrazić za pomocą mego ubogiego słownictwa. Wszyscy byliście wspaniali, o czym doskonale wiecie.

Zdradzę, że w epilogu Imperator został zjedzony.

 

 

Móóóóózgi! Spaaaaaać!

 

Brak snu zaczął dawać się we znaki podczas Traileromanii. Zdołałem zarejestrować resztkami swej świadomości kilka szczególnych kwiatków, jednak konieczność wybudzania się ze snu co pół minuty odbierał temu całą przyjemność. Jako że przytargałem do sali multimedialnej śpiwór, myślałem już tylko o pogrążeniu się we śnie. Musiałem zrezygnować więc z maratonu tandetnych horrorów i odrobić poprzednią noc.

Na plus zaliczam to, że powoli przyzwyczajam się do spania na korytarzu, mając dwa metry kwadratowe powierzchni życiowej.

 

 

Żółwie uciekają z Pyrkonu

 

Już niedzielnego poranka było trochę więcej tlenu. Ludzie zaczęli się wynosić, opuszczając wiele ciekawych prelekcji, zaplanowanych na ostatni dzień.

Jednak plan pójścia na jakąś prelekcję już o 10:00 został zakłócony przez pewnych ludzi targających pudełka po pizzy, którzy wymusili na mnie grę w "Pędzące Żółwie", wersja XXL. I tak się właśnie złożyło, że jedyna planszówka, w jaką zagrałem, rozgrywana była na szkolnym dziedzińcu, pionkami wymiarów 1x1 m. Krótkie wyjaśnienie najważniejszych zasad: żółwie zrobione z pudełek po pizzy miały do przebycia drogę od wejścia do budynku A do miejsca, w którym zakręca chodnik. Żółwie mogą wchodzić na siebie nawzajem, co oznaczało, że przenosząc żółwia tkwiącego na samym dole, trzeba targać wraz z nim kilka żółwi przyklejonych do jego grzbietu. Targanie kartonowych żółwi to chyba najdziwniejsza rzecz, jaka przytrafiła mi się tego weekendu.

Uporawszy się z żółwiami (drapieżne były!), udałem się w końcu na prelekcje, które skrzętnie omijałem w dniach poprzednich. Scobin poinformował o tym, co można wynieść z RPG. TOR zachęcił nas skutecznie do mechaniki FATE, operując na serialowych przykładach. Panowie z Q-Workshop opowiedzieli nieco o swojej domenie, czyli kościach do gry.

Zakończeniem była dla mnie prelekcja połączona z żywą dyskusją na wdzięczny temat "Życie: Maskarada", pod moderacją Mario. Teza, że życie jest LARPem, podczas którego bez ustanku przyjmujemy pewne role, nadała naukowego wymiaru prelekcji. Była ona dla mnie tym ciekawsza, że sam służyłem uprzedni pomocą w przygotowaniach, udzielając wywiadu na temat podobieństwa moich postaci do mnie samego.

Dzięki temu niedziela zręcznie uchroniła się przed mianem dnia straconego.

 

 

Ogólna ocena: 8/10 

Komentarze


Gerard Heime
   
Ocena:
+1
Zdarzyło mi się poznać zboczonego pół-araba i jego Wesołą Kompaniję.

...

Kropla przelewa czarę. Gerard zatacza się ze śmiechu. Przewraca się. Bije piętami w podłogę, rękoma trzymając rozchwianą głowę. Wreszcie przestaje. Podejrzliwie rozgląda się dookoła, by upewnić się, że nikt nie widział napadu szaleństwa. Następnie komentuje.

O rany, Sulejman dostał swoje pięć minut :D :D :D
Jeszcze nigdy nie widziałem zabawniejszego sposobu opisania kogoś, kogo znam osobiście :P
31-03-2009 00:45
Alfar
   
Ocena:
0
Widzę, że brałeś udział w LARPach Kozy:)
31-03-2009 07:50
~Sulejman vel Zboczony Pół-Arab

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
A jak dostałem 5 min :D
Fajna relacja :D
Konwent spoko a dzieki Orestowi przynajmniej mam z kim pograc w L5K :D
31-03-2009 10:24
~Brethil/Kier

Użytkownik niezarejestrowany
    :)
Ocena:
0
Dziękuję za pozdrowienie Szaszłyczku i chcę podziękować za tak przychylne slowa na mój temat.
31-03-2009 12:42
amnezjusz
   
Ocena:
+1
Ha, przez te Żółwie też spóźniłem się na jedną z prelekcji :P Ale trzeba przyznać, pomysłowe (ale i dziwne) to było :D
31-03-2009 12:55

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.