Pamięć zwana imperium
» Recenzje » Pył snów - Steven Erikson

Pył snów - Steven Erikson


wersja do druku

Malazańskiej Księgi Poległych początek końca

Autor: Redakcja: Bartek 'Barneej' Szpojda

Pył snów - Steven Erikson
Malazańską Księgę Poległych Stevena Eriksona można albo pokochać, albo znienawidzić. Rzadko spotyka się książki, które budzą aż tak sprzeczne emocje – od entuzjastycznych zachwytów, po skrajne potępienie. Ten cykl wywołuje burzliwe dyskusje, analizowany jest na wszelkie możliwe sposoby, wręcz rozbierany na czynniki pierwsze, kiedy nie dość, że każdy wątek, lecz niemalże każde zdanie rozpatrywane jest pod kątem : "co autor właściwie miał na myśli". Zaiste – fenomen literacki! W moim przypadku była to miłość od pierwszego wejrzenia – czy raczej od pierwszego przeczytania. Opowieści ze świata Malazu porwały mnie swym epickim rozmachem, zaskoczyły wielce skomplikowaną fabułą, zauroczyły galerią nieszablonowych bohaterów, by na koniec rzucić urok, spod którego mocy wciąż nie mogę się uwolnić. Na wydanie każdego kolejnego tomu czekam z niecierpliwością, ostatnio zaprawioną nutką goryczy – wszak opowiadana przez autora historia zbliża się do kresu i niedługo przyjdzie się rozstać z ulubionym uniwersum. Lecz, nim to nastąpi, Erikson będzie musiał rozwikłać skomplikowaną szaradę, którą sam stworzył, choć znając już sposób jego pisania, można oczekiwać , iż rozwiązanie będzie wielce kontrowersyjne i pozostawi więcej znaków zapytania, niż odpowiedzi. Tak przynajmniej wnioskuję po lekturze Pyłu Snów – dziewiątej odsłony malazańskiej epopei.

W tym tomie Erikson powraca na terytorium Letheru, tudzież krain go otaczających, zaś najważniejszymi protagonistami czyni znów malazańską armię Łowców Kości pod dowództwem przybocznej Tavore. Po morderczych walkach o Letheras, obaleniu panowania Tiste Edur i osadzeniu na tronie Tehola Beddicta wydawałoby się, że cel wyprawy został osiągnięty. Przynajmniej teoretycznie, w oczach prostych żołnierzy, którym obce są meandry polityki, plany wielkich tego świata, tudzież zamierzenia bogów i ascendentów. Dobry wróg, to martwy wróg, a skoro najeźdźcy zostali pogromieni, nadszedł czas na zbieranie słodkich owoców zwycięstwa. Wino, kobiety i śpiew, idylla, która kończy się równie szybko, jak się rozpoczęła, gdy okazuje się, iż dotychczasowe zmagania były jedynie preludium do walki właściwej, zaś przeciwnik, z którym przyjdzie się w niej zmierzyć, przekracza wszelkie wyobrażenia. Wszystkie znaki na niebie i ziemi przepowiadają tytaniczne starcie, odczyt Talii Smoków niczego nie wyjaśnia, naznaczając jedynie obecnych przy nim ludzi. Tavore zarządza wymarsz na wschód – przez Pustkowia ku miejscu, gdzie spoczywa Okaleczony Bóg…

W tym samym kierunku zmierzają zgubiańskie szare Hełmy prowadzone przez Śmiertelny Miecz Khurghawę, na Pustkowiach walczą ze sobą plemiona Barghastów, gromadzą się siły Khundryli, sprzymierzone z wojskami Królestwa Bolkando, dowodzonymi przez królową Abrastal. Ich drogi w końcu się skrzyżują, będą musieli zawrzeć sojusz, niezbyt chętnie i niezbyt początkowo szczerze, wyznając bardziej zasadę, iż "wróg mojego wroga jest moim przyjacielem", niż rzeczywiście sobie ufając. A za ich plecami własną rozgrywkę toczą Pradawni Bogowie, bogowie i Ascendenty, traktując ludzi jako pionki w swej prywatnej grze i nie wahając się ich poświecić. Zaś gdzieś w cieniu czai się właściwy rozgrywający, manipulant przebiegły i zdradziecki, Szara Eminencja, na razie nie odsłaniająca swych kart – Tron Cienia. Dodawszy do tego również zaangażowanych – mniej lub bardzie chętnie – w nadciągające zmagania T’lan Imaassów, jaszczuropodobnych K’chain Che’malle, tudzież Eleintów – do walki z Okaleczonym szykują się potężne siły.

Gdzieś obok toczących się wydarzeń rozgrywa się dramatyczna wędrówka Węża – grupy ocalałych z okrutnego pogromu dzieci oraz peregrynacja pochodzących z krwi Tiste Andi Shake’ów. Te wątki wydają się nie powiązane z kluczowymi dla fabuły faktami, lecz zapewne Erikson, połączy je w zamykającym malazański cykl tomie. Gdyż Pył Snów jest jedynie, co zresztą autor sam zaznaczył – pierwszą częścią dwutomowej historii, której zakończeniem będzie zapowiadany na przyszły rok Okaleczony Bóg. Zatem nie ma tu rozwiązania poszczególnych wątków, a jedynie ich fabularne zadzierzgnięcie. Na scenę wprowadzani są aktorzy – i ci już dobrze czytelnikowi znani i całkiem nowi. Jestem pełna podziwu dla pisarza, który w takim momencie nie waha się wykreować zupełnie "świeże" postacie, miast redukować stopniowo liczbę bohaterów – i czyni to w taki sposób, iż ci, którzy pojawiają się po raz pierwszy niemal dorównują dobrze już znanym. Charakterystyczne – nie ma tu prostego podziału na dobrych i złych, postacie są moralnie niejednoznaczne, tak jakby w palecie stosowanej przez Eriksona brakowało czerni i bieli, były tylko różne odcienie szarości z przewagą tych najciemniejszych. Lecz i spośród "starej gwardii" nie wszyscy jeszcze pojawiają się na kartach powieści. Nie zawiodą się ci, którzy czekali na Szybkiego Bena, Skrzypka, Flaszkę i całą resztę niezwykle barwnych indywiduów z szeregów malazańskiej armii, choć biorąc pod uwagę ilość pojawiających się w Pyle snów bohaterów ich rola jest nieco marginalna, aczkolwiek – wielce znacząca. Powraca również kapitalny duet: Tehol Beddict i jego sługa (czy raczej – kanclerz, skarbnik i ceda w jednym) Bugg; rozmowy tej dwójki są jak zawsze źródłem szalonego nieco humoru. Po raz kolejny Erikson udowadnia, że nie lubi się rozstawać ze swoimi postaciami, przywracając do życia (choć może nie do końca życiem ich stan można określić) uśmierconych w poprzednich tomach. Lecz nie waha się też zabić piórem – i to w sposób dramatyczny – bohaterów, których śmierci czytelnik by się nie spodziewał. Pokazując w ten sposób, jak okrutne potrafią być realia świata, który stworzył. I jak zamienia się w pył nadzieja, sny, jak miałkie są wielkie słowa i czyny. Świat na krawędzi, chylący się ku upadkowi, kiedy nawet zwycięstwo okupione będzie tak krwawo, że straci swój smak.

Ponury to obraz. I tendencja, którą obserwuję w prozie tego autora już od jakiegoś czasu, narastająca z każdym kolejnym tomem. Pogłębiający się mrok, coraz więcej wątków pesymistycznych, by nie rzec wręcz – depresyjnych, przerywanych jedynie krótkimi wstawkami i tak wisielczego humoru. Oczywiście nakreślonych w sposób wirtuozerski – Erikson po raz kolejny udowadnia, że pisać potrafi znakomicie, nie ograniczając się do jednej konkretnej konwencji. Pokazuje, jak wąska potrafi być granica pomiędzy high i low fantasy, w jego prozie te dwa podgatunki nieustannie się przenikają. Gdzie trzeba – uderza w ton podniosły, niczym w greckim eposie (w końcu autor sam przyznaje się, iż jedną z inspiracji podczas tworzenia malazańskiego świata była dla niego Iliada) opiewając dokonania bogów i bohaterów, by za chwilę wdziać maskę trefnisia – prześmiewcy. Jest filozofem i poetą. Lecz przede wszystkim znakomitym gawędziarzem, potrafiącym prowadzić narrację w sposób tak wciągający, że podczas lektury zapomina się o upływającym czasie i o tym, że istnieje świat poza kartami książki. Umie zarówno konstruować zdania wielokrotnie złożone, tak skomplikowane, że ich właściwe znaczenie niemal umyka czytającemu, jak i użyć słów prostych, a te czasami są mocniejsze, niż rozbudowane akapity. Tworzy fenomenalne dialogi, istna szermierka słowna – cięte wypowiedzi, błyskawiczne riposty, aluzje, docinki, ironia płynąca niemal z każdego słowa, lecz i rozmowy spokojne, poważne, a nawet dramatyczne. Jego bohaterowie posługują się barwnym, soczystym wręcz językiem, ich wypowiedzi są doskonałym uzupełnieniem charakterystyki poszczególnych postaci. Gdyż każda z nich przemawia na swój własny, specyficzny sposób. I ma to miejsce zarówno w odniesieniu do bohaterów pierwszoplanowych, jak i tych, którzy pojawiają się tylko marginalnie (może w ich przypadku te różnice nie są aż tak wyraziste) – pisarz dopracowuje każdy, najmniejszy nawet szczegół.

Będąc po studiach antropologicznych Erikson doskonale wie, w jaki sposób powstają legendy, jakie mechanizmy kształtują zakorzenione głęboko w ludzkiej podświadomości wyobrażenia, jak złożona jest struktura archetypów. I potrafi tę wiedze wykorzystać w swoim pisarstwie, tworząc świat tak skomplikowany, iż na dogłębne jego poznanie nie wystarcza jednorazowa lektura. Gdyż wiele faktów, pozornie nieznaczących, które umykają w natłoku innych informacji, nagle okazuje się być kluczowymi. Zniewalający urok malazańskiego cyklu polega na tym, że można do niego wracać w nieskończoność – i za każdym razem odbiór tej prozy będzie nieco odmienny, w zależności od tego, na jakim elemencie zechcemy się skupić – czy na skomplikowanym świecie magii, czy na religijnych zawiłościach, na batalistyce, czy też na politycznych rozgrywkach. To, co niektórzy pisarzowi zarzucają, czyli zasypanie czytelnika już od pierwszego tomu cyklu chaotycznymi informacjami, na których wyjaśnienie przyjdzie mu czekać często przez kilkaset stron, a czasami – i kilka kolejnych części, jest dla mnie atutem. W ten sposób lektura wykracza poza mechaniczne przerzucanie kartek, kiedy wszystko jest oczywiste, skłania do myślenia, analizowania, wysnuwania własnych wniosków (które często okazują się odmienne od rozwiązań przedstawionych przez pisarza), angażuje bez reszty. Choć zdarza się, że budzi złość – jak ma to miejsce w Pyle Snów. Cóż z tego, iż Erikson podaje kolejną garść informacji, uzupełnia wiedzę dotyczącą reguł, jakimi rządzi się magia i w jaki sposób działają Groty, odsłania kolejne elementy rozgrywek bogów, skoro kończy drugi tom opisem bitwy, na której rezultat przyjdzie czekać aż do opublikowania Okaleczonego Boga. Lecz cierpliwy i wierny czytelnik poczeka. Będzie się zżymał, zgrzytał zębami, ale równocześnie odliczał dni do odsłony ostatniej części.

Nie sposób oceniać Pyłu Snów jako zamkniętej całości – wszak to dopiero połowa historii. Więcej tu pytań niż odpowiedzi, nieco dłużyzn, tak jakby autor celowo odwlekał kulminacyjną rozgrywkę z Okaleczonym, pewne ważne informacje trzeba wyławiać w gąszczu tych mniej znaczących. Lecz, jak i poprzednie tomy jest to lektura uzależniająca!

Tytuł: Pył snów (Dust of dreams)
Cykl: Malazańska Księga Poległych
Tom: 9 (część 1)
Autor: Steven Erikson
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawca: MAG
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 17 września 2010
Liczba stron: 600
ISBN-13: 978-83-7480-177-5
Cena: 35,00 zł
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
8.5
Ocena recenzenta
7.69
Ocena użytkowników
Średnia z 8 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Pył snów (Dust of dreams)
Cykl: Malazańska Księga Poległych
Tom: 9 (część 2)
Autor: Steven Erikson
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawca: MAG
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 24 września 2010
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7480-178-2
Cena: 35,00 zł



Czytaj również

Pył snów - Steven Erikson
Początek końca Malazańskiej Księgi Poległych
- recenzja
Okaleczony Bóg
Wielkie zamknięcie
- recenzja
Myto Ogarów
Początek końca
- recenzja
Przypływy nocy - Steven Erikson
Jasne strony mrocznej wojny
- recenzja
Wspomnienie lodu - Steven Erikson
Wszystkie drogi prowadzą do Pannion Domin
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

Asthariel
   
Ocena:
0
Heh, sądząc po ilości tekstu, jesteś większą fanką Malazany niż ja ;-P
29-11-2010 18:30
earl
   
Ocena:
+1
Po przeczytaniu recenzji każdego tomu coraz bardziej skłaniam się ku temu, by zapoznać się z całością cyklu.
29-11-2010 18:53
Kumo
   
Ocena:
0
earl, ty farciarzu jeden... Będziesz mógł za pierwszym razem przeczytać cały cykl, a nie czekać po x miesięcy, aż ukaże się następny tom i zapominać przez ten czas połowę ważnych drobiazgów...
29-11-2010 19:37
Asthariel
   
Ocena:
0
A co za problem przeczytać drugi raz dla przypomnienia? W tym przypadku to i tak konieczność, bo NIEMOŻLIWE jest załapanie i zapamiętanie wszystkiego za pierwszym razem - jak, np. aluzji do Gothosa już w pierwszym tomie, czy powracających imion Olar Ethil lub Dessimbelackisa.
29-11-2010 19:46
Vanth
   
Ocena:
0
Większą - raczej nie (nie zamierzam Cię - naczelnego Polterowskiego Malazańczyka detronizować), ja zawsze mam recenzencki słowotok, ale w istocie cykl Eriksona plasuje się bardzo wysoko na liście moich ulubionych książek.
30-11-2010 00:34
earl
   
Ocena:
+1
@ Kumo

Zamiast mi zazdroscić mogłeś zrobić tak jak ja - poczekać aż wszystkie się ukażą i potem mieć przez kilka tygodni bez przerwy przyjemność czytania całego cyklu :P
30-11-2010 07:45

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.