string(15) ""
» Blog » Puchar Mistrza Mistrzów
27-11-2012 21:27

Puchar Mistrza Mistrzów

W działach: PMM, Sentymenty | Odsłony: 71

Puchar Mistrza Mistrzów
Długo zastanawiałem się od czego zacząć ten wpis. Moje zaskoczenie związane z wygraną Pucharu Mistrza Mistrzów wciąż jest ogromne. Może od początku …
 

Było już bardzo późno. Nerwowo zerkałem na zegarek i martwiłem się kiedy wreszcie wyjdę z pracy. Akurat dzień przed wyjazdem okazało się, że muszę zostać po godzinach. Czas się ciągnął, a ja chciałem domknąć pewne sprawy, aby spokojnie następnego dnia pojawić się na Falkonie. Późnym wieczorem wróciłem do domu i spakowałem się. Nie miałem czasu analizować przygody którą miałem już wcześniej przygotowaną. Była to jedna z kilku rozpisanych do mojego projektu Grimmuar. Tylko ta jedna doczekała się poprawek i  sprawdzenia podczas sesji ze znajomymi, więc uznałem ją za dobrą do poprowadzenia na PMMie. Wcześniej nie prowadziłem przygód na konwentach, więc liczyłem, że przynajmniej kilka osób powie coś pozytywnego o mojej „historii”.

Kiedy trzymałem w ręku spisaną przygodę wiedziałem, że chciałbym rozegrać udaną sesję i zobaczyć zadowolenie na twarzach graczy. Zasnąłem i z samego rana wsiadłem w pociąg. Byłem w pracy, gdyż przy okazji w Lublinie musiałem z rana załatwić kilka spraw służbowych. Jadąc zacząłem poprawiać swoją przygodę, aby można było ją rozegrać innymi postaciami niż dedykowanymi do Grimmuaru. Historia w settingu Warhammera miała dalej pozostać baśniowa. Opowiadała o powrocie do domu po wielu latach. Bohaterowie mieli wcielić się w byłych żołnierzy imperialnych po najeździe chaosu. Niestety jeden z nich otrzymał smutny list od wuja informujący, że jego rodzice zmarli, a w wiosce pojawiły się straszliwe problemy. Ginęli najmłodsi z wioski. Dzieci w ciągu 2 miesięcy cyklicznie były „zabierane” przez tajemniczą postać. Były, to jedynie pogłoski, gdyż nikt z samej mieściny nigdy nikogo nie zauważył …

Po dotarciu na konwent i zapisaniu się na PMMa ogarnął mnie lęk. Nie chodziło tutaj o to, że mieli mnie oceniać sędziowie, a raczej o to, czy absolutnie nowi gracze odnajdą się w mojej opowieści. Niestety okazało się, że podczas pierwszej sesji był problem z graczami. Po prostu ich brakowało. Złapałem więc zeszyt nabazgrałem na nim „Szukam chętnego gracza na sesję Warhammera” i ruszyłem przez korytarze szkoły szukając trzeciej osoby do mojej drużyny (wcześniej dołączył do mojej grupy sympatyczny Łukasz – który ostatni raz w RPGie grał 7 lat temu jako nastolatek). W pewnej chwili zauważyłem dwie osoby stojące przy ścianie. Przyjazne mordki trolli zachęciły do zamienienia słowa. Jedna z osób okazała się organizatorem, natomiast druga była fanem fantastyki, która nigdy wcześniej nie grała w gry RPGie (niestety nie zapamiętałem imienia kolegi, mam fatalną pamięć do imion za co bardzo przepraszam. Liczyłem, że zapisałem w swoim zeszycie, ale również byłem na tyle nieogarnięty).  Byłem „świeżakiem” sesji konwentowych więc uznałem, że nie odmówię nowemu koledze gry. Mając już w grupie 3 graczy – Pelnora (mojego przyjaciela ze stałej drużyny), Łukasza, jak również kolegę X, rozpocząłem sesję od wprowadzenia nowych graczy do świata Warhammera. Musiałem poświęcić pierwsze 15 minut na opis świata ograniczony jedynie do tego co byłoby im potrzebne do samej przygody. Gracze popłynęli, a świeży RPGowiec pokazał niesamowite umiejętności. Należy tutaj podkreślić, że kiedy znalazła się scena w której musiał udawać, że nie zorientował się w iluzji złej czarownicy, to odegrał scenę niesamowicie. Nie chcę do końca opisywać sesji gdyż jeśli zechcecie, to wam ją poprowadzę (o ile zechcecie :) ?).

Po skończonej grze Pelnor stwierdził, że moje obawy były niepotrzebne, ale dorzucił również, że nie odpuści mi już zwlekania z pracami nad Grimmuarem. Ucieszyłem się, gdyż opinie kumpli mają bardzo duże znaczenie. Czekając na skończenie sesji przez Wekta, siedzieliśmy z Pelnorem i rozmawialiśmy o scenach z rozegranej sesji.

Kiedy koło godziny 24 zostały ogłoszone wyniki ucieszyłem się, jak małe dziecko. Nie do końca wiedziałem, czy uda mi się dostać do półfinału, ale jednak coś musiało się spodobać sędziom! Kiedy Wojtek Rzadek podał mi zarys scenariusza na następny dzień poczułem, że mam dziurę w głowie. Ciężko mi było coś wymyślić, więc postanowiłem z chłopakami z ekipy, że pojedziemy do szkoły gdzie mieliśmy położyć się spać i tam odpoczywając pomyśli się nad historią. 

Kiedy leżałem owinięty śpiworem zacząłem pomału układać sobie w głowie scenariusz. Przymknąłem oczy i wyobrażałem sobie pojedyncze sceny które miałyby pojawić się w historii. Kiedy nagle usłyszałem skrobanie długopisu. Rozchyliłem jedno oko i zauważyłem WekTa pochylonego nad kartką papieru. „Co robisz, piszesz scenariusz?” zapytałem półprzytomny. WekT pokiwał głową. Otworzyłem drugie oko i się podniosłem. Wiktor miał już zapisane przynajmniej 6 stron A4. Zaniemówiłem i uniosłem jedynie palec w geście, który miał sugerować, że chciałbym coś powiedzieć. Wróciłem jednak do snu i stworzyłem historię wcześniej słysząc w głowie słowa Pelnora – prowadź znowu Warhammera … targ rybny w Marienburgu to dobry pomysł! 

Rano zebrałem się i przy jajecznicy na targach również zacząłem spisywać historię. Trzeba było odpowiednio wszystko poukładać i do tego dorzucić postacie które popłynęłyby z historią. Tak powstał pomysł trójki nastoletniego rodzeństwa, którzy pochodziliby z małej wioski przy Marienburgu. Ich rodzice ciężko się rozchorowali, i nie mogąc udać się z najstarszym z rodzeństwa na targ powierzają zadanie wszystkim dzieciom. Historia w założeniu miała opowiadać o dziecięcej naiwności, jak również uczyć, że nie wszystko przychodzi łatwo, a wiele rzeczy trzeba wypracować ciężką pracą. Z drugiej strony również chciałem, aby pojawiła się w niej baśniowość, więc nie mogło zabraknąć tajemniczego Szczurołapa, dziwnego szczura oraz wpływowego antagonisty, który przez czysty przypadek otrzymuje od bohaterów drogocenny przedmiot, i zaskakującej sceny finałowej. 

Kiedy podałem liczbę graczy których oczekiwałem na sesji, to wyszło nieporozumienie. Okazało się, że dostałem o jednego gracza za dużo. W sali pojawili się Ashae, Skobel, Greg i ponownie Pelnor. Skobel słysząc moje zaskoczenie, chciał opuścić salę. Ja natomiast nie wyobrażam sobie sytuacji, w której gracz chętny do gry miałby zostać oddelegowany z kwitkiem! U mnie takie numery nie przechodzą! Dlatego również trochę przestraszony, ale pełen pozytywnej energii rozłożyłem trzy karty postaci oraz kartki z motywacjami przygotowanymi dla graczy i zacząłem analizować jakiego bohatera brakuje w całej drużynie. Każdy z graczy musi mieć swoją rolę w fabule i mieć swoje sceny, dlatego nie było mi łatwo. Miałem dosłownie minuty, aby dodać nowego bohatera. Kiedy już wszystko nakreśliłem, wziąłem głęboki oddech i zacząłem rozmowę z graczami. Dopytałem się każdego kim chciałby zagrać i rozdałem karty postaci. Przyznam się szczerze, że cała drużyna popłynęła z historią, ja sam wraz z nimi mogłem przemierzać plaże w okolicach Marienburga i trafić do portowego miasta gdzie rozpoczynało się święto połowów. Poznałem olbrzymi targ rybny, ujrzałem statki przybywające z odległych krain, wspólnie przyprawiliśmy o zawał jednego z kupców. Szeląg (tzn. bohater Skobla) rozsypał sakiewkę pełną złotych koron, aby zebrać chwilę później z ziemi mniejszą liczbę okrągłych złotych przedmiotów, ale wzbogaconych o dwa srebrne i mały zdobiony guzik! A na samy końcu stanąć na scenie przed całym Marienburgiem, aby chwilę później uciec w przerażeniu na statek do Arabii. Piszę ogólnie, gdyż chciałbym spisać tę przygodę i wrzucić tutaj, jako pamiątkę po PMMie. Dawno nie bawiłem się tak wspaniale. Dziękuję całej czwórce! Tylko my wiemy, jaka magia towarzyszyła całej historii (no może jeszcze zauważyli, to postronni, ale myśmy ich nie zauważyli ;) ). 

Kiedy skończyłem sesję udaliśmy się wraz z Ashae, Skoblem i Pelnorem na wspólną dyskusję. Znowu rozmowy o przygodzie jaką odbyliśmy przyniosły nam uśmiech na twarzach. Ja natomiast zadowolony z udanej sesji, myślałem o odpoczynku i liczyłem, że będę mógł może zagrać jako gracz u jednego z finalistów. Przez głowę mi nie przeszło, że mógłbym dostać się do finału. Śmiałem się tylko pod nosem żartują „Mhmm, tak tak… dostanę się…”. Kiedy odczytano wynik zaniemówiłem. Nie przewidziałem takiego scenariusza w tej opowieści. Nie miałem nic przygotowanego. Zmęczenie i pustka w głowie. Przerażenie, gdyż nie chciałem na koniec zostawić złego smaku. Takie wyróżnienie i szansa od Sędziów była niewyobrażalna. Ręce miałem spocone, ślinę przełykałem nerwowo. Byłem straszliwie zmęczony, gdyż przez ostatni tydzień mało spałem (w pracy zasuwałem, jak mrówka), a do tego jeszcze wcześniej prowadzone sesje dość mocno mnie wyczerpały.

Co zrobić? Co poprowadzić? – krążyło po mojej głowie. 

Prowadź Warhammera – zaśmiał się WekT.

Zabawne, pomyślałem i uznałem ten pomysł za dobry. Poprowadziłem dwie różne od siebie historie, więc było miejsce na jeszcze inną. Tym razem chciałem coś spokojniejszego. Coś co byłoby troszkę historią moralną, jak również utrzymującą moją wcześniejszą konwencję baśniowości. Morał musiał się pojawić również w tej historii…

Dawno temu podczas pewnego sylwestra poprowadziłem będąc „prawie” trzeźwym dziwną przygodę. Gracze byli mutantami i siedzieli w swej pieczarze, aby zastanowić się nad losem ich wioski. Przygoda była czystą improwizacją i właściwie była zabawą w odgrywanie postaci. 
Przeszła mi myśl przez głowę, aby rozbudować motyw i stworzyć z tego historię. Zacząłem wszystko spisywać i przygotowywać postacie. Miałem półtorej godziny, a może i nawet godzinę. Opowieść o wędrówce do poznania samego siebie, o zachowaniu człowieczeństwa; miała zaraz ujrzeć światło dzienne. Dosłownie na minutę przed rozpoczęciem swej sesji skończyłem wszystko ogarniać. Kiedy Pelnor i WekT wręczyli mi mały prezent w postaci Chaosowego dzienniczka, z bananem na twarzy szedłem stawić czoła kolejnej przygodzie. :)

Kiedy zostałem zapytany czy jestem już gotowy głową kiwałem przecząco, ale mój głos powiedział „Jasne!” i ruszyłem, jako pierwszy do poprowadzenia historii. Tym razem do mojej drużyny trafił Beacon, Planetourist, Grzegorz oraz WekT. Zmęczenie było już dość duże, choć nie wiem tak naprawdę czy bardziej się nie stresowałem całym napięciem związanym z sytuacją.

Kiedy zorientowałem się, że jest szansa na salę z dywanem, to przeniosłem całą grę właśnie na to miejsce. Nie chciałem szkolnych ławek, nie chciałem zwykłego stołu. Usiedliśmy w kółko i mogliśmy widzieć jedynie siebie. Przygoda rozpoczęła się od sceny uśmiercenia ojca mutantów, kolejna rozegrała się miesiąc później w jaskini. Zebrane niewielkie społeczeństwo mutantów usiadło dookoła paleniska i zaczęło dyskusje z szamanem. Początek historii nie był łatwy i wspólnie z graczami szukałem odpowiedniego porozumienia. Każdy natomiast mocno akcentował charakter swojej postaci. Kiedy już obraliśmy wspólny tor, zaczęła się zabawa. Było kilka elementów humorystycznych, jednak całość utrzymana była w konwencji tajemnicy i drogi. Nie tylko drogi fizycznej, ale również powiązanej z ezoteryką i przeszłością bohaterów. 

Końcówka przygody jednak potoczyła się zupełnie inaczej niż pierwotnie przewidywałem. Jak w takich sytuacjach bywa, gracze podjęli decyzję i wybrali własną drogę. Myślę, że zasługuje tutaj na nadmienienie niesamowita gra Grzegorza. Postać bojaźliwego, ale oddanego braciom mutantom Szczura była, jak żywa! Plane i Beacon odgrywali bardzo, ale to bardzo przemyślanie za co też można ich pochwalić, a WekT… cóż … WekTa nigdy nie ocenię sprawiedliwie. Jest po prostu jednym z moich ulubionych graczy! :)

Szkoda Ashae, że nie mogłaś już u mnie zagrać gdyż widziałem Twoją olbrzymią chęć. Jeszcze się nadrobi tę sesję! :)

Każdej z przygód nie opisuję precyzyjnie, tylko ogólnikami ponieważ pierwsza jest Grimmuarowa, druga i trzecia zostaną spisane i wrzucę je zapewne na swój blog Ew. jeśli dział Warhammera je przyjmie, to oddam w dobre ręce Poltera. :) 

Przyznam się, że po skończonej historii nie wiedziałem, czy jestem bardziej zmęczony, czy może pełen emocji, które rozbudziły mnie potężnie. W każdym razie nie mogłem odpuścić wyruszenia do Szewca. Była, to okazja do zapoznania się z ludźmi z Poltera i porozmawiania.
Większość czasu rozmawiałem z Kadu, z Ifrytem, jak również usłyszałem dużo cennych rad od Beacona! Dzięki! Pelnor i WekT siedzieli obok i sącząc piwo śmialiśmy się z różnych dziwnych RPGowych historii. 

Tej nocy spałem spokojnie. Stres już zszedł. Ciągle jednak nie dowierzałem, że dostałem się do finału. 

Następnego dnia klasycznie udaliśmy się na jajecznicę i pochodziliśmy trochę po targach. O godzinie 12.00 Skobel prowadził prelekcję o rozwiązywaniu problemów związanych z naszym graniem/sesjami/graczami ogólnie pojętym tematem RPG. Bardzo ciekawy i pouczający sposób analizowania! W sali również spotkaliśmy Mawro i wraz z nim udaliśmy się o godzinie 13.00 na zakończenie i wyniki. 

Kiedy Inkwizytor wyczytał wynik, właściwie nie wierzyłem… Mówię szczerze. Przyjechałem na konwent jedynie zagrać jedną sesję, może dwie… a tutaj … 

Właśnie, jak do tego doszło? Kilka miesięcy temu napisałem krótką notkę o moich perypetiach związanych z „dorastaniem” w tematyce RPGie. Pora trochę rozwinąć i wspomnieć tych którzy mieli wpływ na to, jak teraz prowadzę. 

Kiedy miałem 5 może 6 lat, byłem dość mocno faszerowany fantastyką i science fiction. Mój Wuj maczał w tym palce. Tłumacz i fan fantastyki. Spokojnie mogę powiedzieć, że mój nauczyciel. Lata mijały, a moja fascynacja rosła. Kiedy w wieku około 10 lat miałem w swych rękach podręcznik do AD&D, ilustracje pobudzały moją wyobraźnię. Latałem do Wuja i pytałem się o magiczne stwory. Wuj nakierował mnie i kilka lat później sam zapragnąłem z uzbieranego kieszonkowego kupić swój własny pierwszy podręcznik do Warhammera. D&D było ciekawe, ale męczenie się z angielskim dla młodego człowieka było nieprzyjemne. Zresztą koledzy również bawili się w Warhammera, więc nie mogłem się wyłamać. ;) Zaczynałem zabawę z kilkoma kolegami, jeden z nich do tej pory gości u mnie na sesjach i bawimy się doskonale. Jarku dzięki! Twoje zamiłowanie do nekromantów/ zombie/ tajemnic spowodowały, że jako MG wielokrotnie musiałem tworzyć tajemnicze historie, co zaowocował wieloma udanymi wspólnymi sesjami. 

Później w liceum połączyliśmy siły z Karczmarzem, Lelkiem i Marianem. Grupa kilku osób, gdyż jeszcze był Kondzio i Robson, rozgrywaliśmy wiele sesji w klasyczne D&D. Od Dedeków zaczęliśmy, choć miałem z nimi już wcześniej kontakt. Sesje prowadził Karczmarz, ja jedynie grałem. Obserwowałem i uczyłem się. Choć już wtedy dla mnie najważniejsze było wykreowanie, jak najbarwniejszej postaci. Po dłuższym czasie granie jednym bohaterem mnie nudziło. Uwielbiałem zmieniać karty postaci. Wcielanie się w różnych bohaterów dawało mi olbrzymią radochę. Nie wiedziałem wtedy, że to była oznaka chęci prowadzenia, ale o tym za moment. 

Okres licealny był okresem szukania najlepszego systemu i sposobu grania. Również stała grupa zmniejszyła się, aby na początku studiów przedstawiać się: Jarek, Karczmarz, Lelek, Marian + Ja. Równocześnie zacząłem pod koniec liceum grać w ekipie Pelnora, gdyż właśnie przez niego poznałem WekTa, Jędrka, Kempasa.

W pierwszej grupie Karczmarz kładł olbrzymi nacisk na logikę przygody i głębię scenariusza. Potrafił kreować historie bogate, ale czasem w tym wszystkim brakowało czegoś. Oczywiście były one świetne, ale po tylu latach jestem w stanie odpowiedzieć na drobny problem. Brakowało szczerych emocji. Była gra, jednak wszystko szło w mrocznym, złym klimacie. Co kto lubi, jednak długo nad tym się zastanawiałem.  Teraz patrząc z perspektywy czasu widzę, że otwartość emocji u WekTa była zupełnym przeciwieństwem.

Dlaczego Pelnor, WekT i Jędrek prawie przy każdej sesji cieszyli się, jak dzieci? Ponieważ potrafili otworzyć się podczas gry i nie hamować swojej euforii. Z pozoru wydaje się to proste, ale dużo osób ma z tym problemy. Każda rozegrana z nimi sesja pozwalała mi na większą szczerość i pokazanie tego, co czuję. Sesje znowu stały się kolorowe i barwne.

Kilka lat wcześniej (przepraszam, że skaczę) w grupie z Karczmarzem i Lelkiem zagraliśmy u pewnego znajomego. Odgrywał on wspaniale BNów i byliśmy tym zachwyceni. Do tego również nie potrafił zrozumieć dlaczego nie możemy się tak samo otworzyć na świat, jak on. Pewnie będąc z nim w drużynie dłużej, zaczęlibyśmy próbować innego stylu gry, jednak coś musiało nas mocno zniechęcić, ale o tym już nie będę pisał. 

Karczmarz był dla mnie autorytetem w dziedzinie RPGie. Dużo dyskutowaliśmy i rozmyślaliśmy. Z czasem jednak w tej ekipie zauważyliśmy, że tracimy radość z samej gry. Stawaliśmy się zmanierowani i ciężko było nas zaskoczyć. To samo dotknęło Jarka, Mariana, jak i Lelka. Spotkania stawały się rzadsze, a z czasem widywaliśmy się już nie na sesje, a jedynie po koleżeńsku (choć nie traktuję, to jako coś złego :) ! W życiu! :) )

U Pelnora i WekTa, Jędrka było inaczej. Dalej graliśmy, a ja ciągle mistrzowałem. Jako MG zacząłem swój stały staż jakoś przed pierwszym rokiem studiów. Wcześniej prowadziłem jedynie sporadycznie. Z początku moje opisy zabijały wszystkich. Pamiętna sesja trwała 4 godziny, a opis karczmy trwał dwie. Dobre ćwiczenia, dzięki mojej polonistce która uczyła mnie, jak opisać zwykłą świeczkę na 2 strony podaniowe. Jednakże opisy a’la Mickiewicz może mnie bawiły, jednak gracze mogli spokojnie w między czasie iść zrobić herbatę i wrócić, a i tak nic nie tracili.

Pierwszą moją nauką było skracanie opisów. Przełomem w moim prowadzeniu był moment, kiedy Pelnor powiedział, że nie będzie u mnie grał, gdyż nie podoba mu się moje prowadzenie. Myślę, że gorszych rzeczy od gracza nie można usłyszeć. Tym bardziej od osoby będącej z najbliższej grupy. Przez prawie rok analizowałem i prowadziłem kolejne przygody prosząc o najostrzejszy feedback. 

Pelnor wrócił i od tamtej pory już nie rezygnował z moich sesji. 

Zacząłem prowadzić coraz więcej prostych przygód. Przestałem rozbudowywać historie, a raczej skupiać się na BG. Istotą było stworzenie bogatych BG, a historia miała mieć morał i dawać sporo wyzwań. Upraszczałem, ciosałem, upraszczałem, przycinałem. 

Prowadziłem wiele systemów i z każdego wyciągałem inne wnioski. Ciągle jednak szukałem swojego miejsca. Dopiero roku temu odnalazłem swoją konwencję, która najbardziej do mnie pasowała. Baśniowy klimat w światach fantasy. Historie magiczne, tajemnicze, symboliczne i z morałem. 

Gracze natomiast coraz częściej wychodzili zadowoleni z moich sesji.

Pół roku temu wydarzyło się w mim życiu coś, co spowodowało podjęcie decyzji, że nie wolno mi  marnować nawet chwili. Zwiększyłem czas poświęcony na hobby, które jest dla mnie bardzo ważne. 

Zacząłem spisywać przygody, przeglądać segregatory sprzed 10 lat. Czytać więcej artykułów, dyskutować jeszcze więcej i zasypiać z książką w ręku… (dosłownie). 

Kończąc chciałbym stwierdzić tylko, że nie byłem związany z żadnym środowiskiem. Przyjechałem poprowadzić swoje pierwsze sesje na konwencie. 

Jeżeli ktoś się waha i nie wie czy ma szansę, nie widzi do końca powodu dla którego miałby się pojawić. Niech przyjedzie, wspaniała atmosfera! Dodatkowo ludzie… cieszę się, że mogłem was poznać!
 
 
 
 
Mógłbym pisać jeszcze długo… dziękuję każdemu kto miał choć drobny wpływ na moje hobby.
 
 
 
 
Już dziękowałem we wcześniejszej notce, ale tutaj pozbieram wszystko do kupy:
 
 
- Dziękuję Narzeczonej za wytrwałość i wyrozumiałość dla mojego hobby!
 
- Dziękuję Wujowi za wprowadzenie mnie na szyny do niekończącego się świata fantastyki!
 
- Mojej Mamie za zagryzanie zębów podczas wieczorów, kiedy wpadali do mnie znajomi grający w RPGi.
 
- Tym którzy ze mną zaczynali poważną zabawę i od których nauczyłem się bardzo dużo. Jarkowi, Karczmarzowi, Lelkowi, Marianowi.
 
- Tym z którymi wciąż podróżuję i nie przestanę: Jędrkowi, Pelnorowi, WekTowi, Żabolowi. 

- Dziękuję również Polterowi, że dzięki takim miejscom mogęwiele się nauczyć i poznawać nowych ludzi!
 
 
Osobne podziękowania również dla:
 
Łukasza, X’a (przepraszam, że nie zapamiętałem imienia), Ashae, Skobla (musimy dogadać sprawę mechaniki! :)), Grega, Beacona, Plane’a, Grześka, Wojtka, Szponer, Krzyś, Alfar, Sting (dzięki! Byłeś pierwszą osobą, która dała mi dużego kopa energii!), Barven, Hunter, Tjal (dziękuję za feedback po półfinale! :) ), Jaxa (nie odpuszczę wspólnego grania! :)), MaWro, Poziomka, Filo, Kadu (wieczorna rozmowa i wymiana doświadczeń bezcenna!), Repek, Ifryt (będziemy grali!), Inkwizytorowi (znam już tajemnicę loży!) i temu kogo pominąłem, za co przepraszam.
 
 
P.s. Przepraszam również za bałagan w notce! Ciągle jestem pełen emocji! :) 

Komentarze


Repek
   
Ocena:
+2
PMM dopuszcza prowadzenie tylko znajomym w pierwszej rundzie. Inaczej byłby w ogóle problem ze znalezieniem graczy.

W kolejnych rundach każdy gracz miał prawo mieć jednego znajomego w drużynie i - z tego co widzę - każdy korzystał z tej możliwości.

Pozdro
28-11-2012 12:52
WekT
   
Ocena:
0
ja niestety nie korzystałem- już się to nie powtórzy. Pewny gracz to podstawa :P
28-11-2012 13:37
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
HYPOKRYCI!!!!
28-11-2012 14:28
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Którzy?
28-11-2012 14:38
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
obrazek się nie odświeża - w notce jest ul (znany też jako "kupa na krześle", a na głównej jest trzech uśmiechniętych młodych słowiańskich mężczyzn.
WTF?
28-11-2012 21:56
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Wlodi z pyszczka bardzo sympatyczny koleżka.
29-11-2012 08:58
Cubuk
   
Ocena:
+1
Lekcja z dzisiaj: przed sesją jeść dużo jajecznicy.
14-12-2012 15:50

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.