» Fragmenty książek » Przywoływacz dusz

Przywoływacz dusz


wersja do druku

Rozdział pierwszy

Autor:
Przywoływacz dusz
Rozdział pierwszy
– Uważaj, książę – ostrzegł duch. – Tej nocy grozi ci ogromne niebezpieczeństwo.
Martris Drayke słyszał odgłosy zabawy świętujących tłumów, dobiegające zza gomółkowego okna. Blask pochodni lśnił zza szyby, a ubrane w kostiumy postacie tańczyły, śpiewając i pogwizdując, wokół zamkowej wieży. Przebrani za cztery wcielenia Jedynej Bogini, świętej Pani Margolanu, uczestnicy fety szli, zataczając się, za podobizną Matki Staruchy. W czasie tego Święta Zmarłych byli bardziej zajęci żłopaniem piwa niż wspominaniem zmarłych.
– Z czyjej strony? – Tris skupił ponownie uwagę na swoim widmowym gościu. Duchy pałacu Shekerishet były tak liczne, że nie przypominał sobie, by kiedykolwiek przedtem widział tego konkretnego ducha – mężczyznę o pociągłej twarzy z opadającymi powiekami, którego staromodny strój świadczył o tym, iż był on dworzaninem sto lat temu. Zjawa zamigotała i próbowała powiedzieć coś więcej, ale nic nie było słychać. Tris pochylił się jeszcze bardziej. Dziś akurat duch powinien być łatwiejszy do zobaczenia, w czasie Nawiedzin bowiem – jak powszechnie nazywano to święto – duchy chodziły otwarcie po świecie i nawet sceptycy nie mogli udawać, że ich nie widzą. Pałacowe duchy były przyjaciółmi Trisa od czasów jego dzieciństwa, zanim jeszcze zrozumiał, że ci niematerialni towarzysze nie byli tak łatwo widoczni dla ludzi z jego otoczenia.
– Duchy... wygnane – wykrztusił wreszcie znikający duch. – Strzeż się... Łapacza Dusz.
Tris z trudem uchwycił ostatnie słowa rozwiewającej się zjawy. Zaintrygowany, przysiadł na piętach, a jego miecz zastukał o kamienną posadzkę. Pukanie do drzwi sprawiło, że o mało co nie stracił równowagi.
– Co tam robisz, a może nie jesteś sam? – zażartował sobie przez drzwi Ban Soterius. Zasuwka się podniosła i krzepki kapitan gwardii wparował do środka. Nic w sposobie bycia młodzieńca nie tłumaczyło jego silnie woniejącego piwem oddechu, poza potarganymi brązowymi włosami i lekko pogniecioną wykwintną tuniką.
– Jestem teraz sam – powiedział Tris, zerkając na miejsce, gdzie przedtem znajdował się duch.
Soterius przeniósł spojrzenie z Trisa na pustą ścianę.
– Wciąż ci powtarzam, Tris – rzekł gwardzista – że powinieneś więcej wychodzić do ludzi. Ja nie mam ochoty na pogaduszki z duchem... chyba że będzie to ładna dziewczyna z kuflem piwa.
Tris uśmiechnął się.
– Czy widziałeś duchy dziś w nocy?
Soterius zastanawiał się przez chwilę.
– Właściwie, jak już o tym wspomniałeś, to nie tyle co zwykle, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to Nawiedziny. – Rozpromienił się. – Ale wiesz, jak one przepadają za ciekawymi historiami. Są pewnie na dole i słuchają, jak Carroway snuje swoje opowieści. – Pociągnął Trisa za rękaw. – Chodź. Nie ma takiego prawa, które mówi, że książęta też nie mogą się zabawić. A kiedy tak tu z tobą stoję na górze, mogę przegapić spotkanie z miłością mojego życia na dole w sali biesiadnej!
Dobry nastrój Soteriusa sprawił, że Tris zaśmiał się cicho. Kapitan gwardii był ulubieńcem córek dworskich wielmoży. Jasnobrązowe włosy miał krótko przycięte pod hełm bojowy. Był średniej budowy ciała, opalony i gibki od ćwiczeń przeprowadzanych z gwardzistami. Wszystko w jego postawie i sposobie bycia wskazywało na to, iż był wojskowym, lecz figlarny błysk w jego ciemnych oczach łagodził rysy twarzy i sprawiał, że lgnęły do niego panny na wydaniu.
Tris cieszył się, że odwracało to uwagę owych panien i ich ambitnych matek od niego samego. Był o głowę wyższy od Soteriusa, smukły i szczupły. Często mu mówiono, że kanciaste rysy twarzy i wystające kości policzkowe odziedziczył po obydwojgu rodzicach, lecz jasnoblond włosy otaczające jego twarz i opadające na ramiona były ewidentnie spuścizną po królowej Serae, tak jak i zielone oczy, które przypominały oczy jego babki, słynnej czarodziejki Bava K’aa. Dla dam dworu była to bardzo atrakcyjna mieszanka.
– Obiecuję, że zejdę zaraz za tobą – powiedział Tris, a Soterius uniósł sceptycznie brew. – Naprawdę. Chcę tylko, zanim przyjdę, zapalić świeczkę i położyć podarunek w komnacie babki. A potem możesz mnie zabrać na wycieczkę po karczmach, którą mi obiecywałeś.
Soterius wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Trzymam cię za słowo, książę Drayke – zaśmiał się. – Zbieraj się. Tak dziś wieczór świętują, że zaraz skończy im się piwo, a wiesz, że brandy mi szkodzi.
Tris słuchał niknących w korytarzu kroków przyjaciela, a potem sam ruszył do komnat rodzinnych. Miał wrażenie, że z szeregu obrazów i arrasów śledzą go milczące spojrzenia dawno nieżyjących królów Margolanu, przodków króla Bricena. Dynastia Bricena była jedną z najdłużej utrzymujących się przy władzy monarchii Siedmiu Królestw. Patrząc na ich poważne oblicza i znając opowieści o tym, co musieli wycierpieć, obejmując tron, Tris cieszył się, że to nie jemu przypadnie korona. Wyjął pochodnię z obejmy na ścianie i otworzył drzwi do komnaty swojej babki. Zapach kadzideł i mikstur nadal unosił się w komnacie czarodziejki, pięć lat po jej śmierci. Tris zamknął za sobą drzwi. Pomyślał, iż to, że nawet teraz nikt nie ruszał rzeczy należących do tej czarodziejki świata duchów, świadczyło o tym, jakim szacunkiem darzyła ją jej własna rodzina. Czarodziejka Bava K’aa zasłużyła jednak na tego rodzaju podziw, i choć on sam pamiętał ją bardziej jako rozpieszczającą go babcię, to legendy o jej mocy sprawiały, że zawahał się – przez moment – zanim wszedł dalej do pokoju.
– Babciu? – wyszeptał Tris. Postawił świeczkę na stole stojącym na środku komnaty i zapalił ją słomką z pochodni. A potem rozłożył symboliczne dary w postaci miodowych ciasteczek oraz małego kufla piwa i uczynił nad nimi znak błogosławieństwa Bogini. Następnie, zerknąwszy, aby upewnić się, że drzwi są zamknięte i że nikt go nie zobaczy, wszedł na pleciony dywanik na środku pokoju. Spleciony z jej czarodziejskich sznurków chodnik pokrywał zabezpieczony czarami krąg, w którym pracowała jego babka. Tris poczuł znajome mrowienie magii, jakby ślad jej dawnych perfum. Posługując się swoim mieczem niczym rytualnym sztyletem, Tris obszedł dywan dookoła, tak jak nauczyła go babka, i poczuł, jak wokół niego wznosi się krąg ochronny. Niebiesko-biały blask pojawił się wyraźnie w jego umyśle, choć był niewidoczny. Tris przymknął oczy i wyciągnął prawą rękę.
– Babciu, wzywam cię – wyszeptał, wyczulając zmysły na jej obecność. – Zapraszam cię na ucztę. Przyłącz się do mnie w Kręgu.
Tris zamilkł. Jednak po raz pierwszy od jej śmierci nie usłyszał odpowiedzi. Spróbował raz jeszcze.
– Bava K’aa, twój krewny zaprasza cię na ucztę. Przyniosłem ci podarek. Przyjdź do mnie.
Nic w komnacie się nie poruszyło i Tris otworzył oczy, zaniepokojony. Wtedy to migoczące światełko przyciągnęło jego wzrok. Wydawało się znajdować daleko poza kręgiem, szamocąc się i mrugając, jakby uwięzione wewnątrz siatki. Kiedy jednak przyjrzał mu się lepiej, rozpoznał postać swojej babki, stojącą w znacznej odległości, przesłoniętą przez mgłę.
– Babciu! – zawołał, lecz zjawa się nie zbliżyła. Jej usta się poruszyły, lecz nic nie usłyszał, i dreszcz przebiegł mu po plecach. Nie potrzebował słów, żeby z zachowania babki odczytać ostrzeżenie. Choć Tris nie słyszał głosu Bava K’aa, to obecność zagrożenia była wystarczająco czytelna.
Zimny wiatr przeleciał bez ostrzeżenia z wyciem przez komnatę, chociaż okiennice były zamknięte. Pochodnia zamigotała, a świeca zgasła. Podmuch wiatru uderzył w krąg, który wyczarował Tris, i obraz jego babki znikł. Dwie porcelanowe figurki spadły z trzaskiem na podłogę, a kotary nad łóżkiem załopotały, gdy poryw wiatru zrzucił z biurka zwoje i przewrócił krzesło. Tris zacisnął zęby i walczył, aby utrzymać magiczną osłonę. Poczuł jednak gęsią skórkę na ramionach, gdy chłód przeniknął nawet przez plecionkę i krąg. Wizje czegoś, co było tam przez chwilę, pojawiły się w jego umyśle. Czegoś złego, czegoś starego i silnego, zagubionego, polującego, niebezpiecznego.
A potem, tak szybko jak się pojawił, wiatr ustał, a wraz z nim znikło poczucie zagrożenia. Kiedy Tris był już pewien, że nic w komnacie się nie porusza, podniósł trzęsącą się dłoń w milczącym podziękowaniu dla Czterech Twarzy Bogini, a potem zamknął krąg. Zadrżał, gdy magiczny blask gasł w jego umyśle. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Tylko porwane pergaminy, rozbite figurki i przewrócone krzesło świadczyły o tym, że coś się stało. Bardziej zaniepokojony niż przedtem, Tris odwrócił się ku wyjściu.
Jakaś kobieta krzyknęła w korytarzu. Tris rzucił się ku drzwiom z mieczem w dłoni. W półmroku dostrzegł szamoczącą się parę – ciemna męska postać górowała nad jedną z pokojówek, która usiłowała umknąć.
– Puść ją! – Tris uniósł groźnie miecz. Wykorzystując ten moment, przerażona kobieta wbiła zęby w ramię napastnika, wyrwała się i uciekła korytarzem tak szybko, jakby jej życie od tego zależało. Tris poczuł ucisk w gardle, gdy napastnik się wyprostował i odwrócił, rozpoznał bowiem jego sylwetkę, zanim jeszcze w świetle pochodni zalśnił cienki złoty diadem na skroni mężczyzny.
– I znowu zepsułeś mi zabawę, bracie. – Jared Drayke obrzucił go wściekłym spojrzeniem przymrużonych oczu. Najstarszy syn króla Bricena ruszył w stronę brata, a jego chód powiedział Trisowi, że Jared nieźle już sobie popił w to święto. Tris nie dał się jednak zastraszyć, choć serce podchodziło mu do gardła. Piwo nigdy nie osłabiało celności ciosów Jareda ani nie zmniejszało jego szermierczych umiejętności, a Tris zarobił wystarczająco wiele siniaków z ręki brata, by poznać, w jakim nastroju jest tego wieczora Jared.
– Jesteś pijany – wycedził Tris.
– Na tyle trzeźwy, żeby złoić ci tyłek – odparował Jared, który już zaczął podwijać rękawy tuniki.
– Tylko spróbuj.
– Ośmielasz się podnosić na mnie stal?! – ryknął Jared. – Mógłbym kazać cię powiesić. Nikt nie będzie grozić przyszłemu królowi Margolanu!
– Wątpię, abym zawisł, dopóki rządzi ojciec – odparł Tris, choć serce mu waliło. – Może tak wziąłbyś do łóżka którąś z córek wielmożów, zamiast gwałcić służebne? A może opłacenie rodzin po ich zniknięciu byłoby zbyt kosztowne?
– Nauczę cię posłuchu – warknął Jared; był na tyle blisko, że Tris czuł kwaśne piwo w jego oddechu. W mgnieniu oka Jared dobył miecza i rzucił się do ataku.
Tris sparował; potrzebował obydwu rąk, żeby skontrować pchnięcie, które bez wątpienia miało go trafić. Zrobił krok do tyłu, z trudem odpierając wściekły atak brata. Jared napierał, a w jego oczach płonął bezrozumny gniew. Tris walczył o życie, wiedząc, że nie będzie w stanie długo bronić się przed nacierającym Jaredem, który spychał go z powrotem w blask umieszczonej w obejmach pochodni.
W oddali dały się słyszeć kroki na kamiennej posadzce.
– Książę Jaredzie?! – zawołał seneszal Zachar. – Gdzie jesteś, książę? Twój ojciec życzy sobie cię widzieć.
Zakląwszy, Jared odsunął się kilka kroków od parującego jego cios Trisa.
– Książę Jaredzie?! – zawołał znowu Zachar, bliżej i bardziej nagląco.
– Słyszałem cię! – krzyknął w odpowiedzi Jared, mierząc Trisa czujnym spojrzeniem. Tris ostrożnie opuścił miecz, lecz nie schował go do pochwy, dopóki brat tego nie zrobił.
– Nie myśl sobie, że rachunki są wyrównane, bracie – warknął Jared. – Zapłacisz mi za to. Zapłacisz przed świtem! – obiecał. Kroki Zachara słychać było teraz znaczniej bliżej i Jared odwrócił się, wychodząc seneszalowi na spotkanie.
Przez chwilę Tris stał w miejscu, aż serce mu zwolniło i złapał oddech po tej konfrontacji. Kiedy już się uspokoił, ruszył ku sali biesiadnej. Zwolnił dopiero wówczas, gdy zbliżył się do drzwi i dotarły do niego odgłosy i wonie uczty.
Gdy Tris dołączył do przyjaciela, Soterius obrzucił go sceptycznym spojrzeniem.
– Skąd ten pośpiech?
Gwardzista był zbyt spostrzegawczy, by nie zauważyć potu lśniącego na czole Trisa w tę chłodną jesienną noc czy też wyraźnego, wywołanego walką, rumieńca.
– Odbyłem właśnie krótką rozmowę z Jaredem – odparł Tris, wiedząc na podstawie ich długiej znajomości, że Soterius domyśli się reszty.
– Czy twój ojciec nie może...? – spytał szeptem Soterius.
Tris potrząsnął głową.
– Ojciec nie może... czy też nie chce... przyznać, jakiego potwora spłodził. Nawet dobrzy królowie są ślepi na pewne sprawy.
– Miłego świętowania, bracie – zabrzmiał z tyłu roześmiany dziewczęcy głos i Tris się odwrócił.
Za nim stała jego siostra Kait ze swoim łownym sokołem siedzącym na rękawicy. Miała tuzin wiosen i była w wieku, kiedy to większość księżniczek drobi małymi kroczkami i upaja się wykwintnymi sukniami. Kait promieniała w swoim stroju sokolnika, luźnej tunice i spodniach skrywających jej zaokrąglające się kształty. Włosy miała ciemne, jak Bricen, splecione w praktyczny warkocz, co tylko podkreślało, jak bardzo była podobna zarówno do Trisa, jak i Jareda. Obdarzona ciemnymi jak u ojca oczami i wdziękiem matki, Kait zapewne już wkrótce zacznie przyciągać wzrok potencjalnych zalotników, pomyślał Tris i niepokój ścisnął mu serce.
– Czy nikt nigdy ci nie powiedział, że powinnaś się przebrać na Nawiedziny? – zażartował i – mimo wydarzeń w korytarzu – uśmiechnął się, gdy Kait spojrzała na niego kwaśno.
– Dobrze wiesz, drogi bracie, że jest to jedyna noc w roku, kiedy mogę nosić praktyczne ubrania, nie gorsząc całkowicie matki ani szacownych dam dworu – odparowała. Sokół, jeden z tuzina, którymi opiekowała się jak dziećmi, poruszył się niespokojnie na uwięzi, zdenerwowany gwarem rozweselonego tłumu.
– Czy weźmiesz tego ptaka ze sobą w dniu ślubu? – przekomarzał się z nią dalej Tris.
Kait zmarszczyła nosek, jakby wyczuła zepsute mięso.
– Nie poganiaj mnie. Może będę go miała ze sobą w noc poślubną i nie będę musiała od razu rodzić bachorów!
– Kaity, Kaity, co by matka na to powiedziała? – zacmokał Tris w udawanym zdumieniu, a Soterius się roześmiał.
Kait dała bratu lekkiego kuksańca w ramię.
– Powiedziałaby to, co zwykle mówi – zripostowała, niewzruszona. – Że powinna szybko znaleźć mi kandydata na męża, zanim zgorszę cały dwór. – Wzruszyła ramionami. – Konkury już się zaczęły.
– Wiesz – powiedział Soterius, mrugając do niej – matka może ci znaleźć kogoś, kogo naprawdę polubisz.
Kait uniosła brew.
– Na przykład ciebie? – odpowiedziała tak kąśliwie, że zarówno Tris, jak i Soterius znowu się roześmiali.
Soterius uniósł rękę, żeby ją udobruchać.
– Wiesz, że nie to miałem na myśli.
Kait wyglądała tak, jakby miała rzucić kolejną ciętą ripostę, spojrzała jednak na milczącego brata.
– Coś niewiele mówisz, Tris.
Tris i Soterius wymienili spojrzenia.
– Miałem małe starcie z Jaredem – powiedział Tris. – Trzymaj się od niego z daleka dziś wieczór, Kaity. Jest w paskudnym humorze.
Kait przestała się przekomarzać i Tris zobaczył pełne zrozumienie w jej oczach, które nagle wydały się starsze niż u dwunastolatki.
– Słyszałam o tym – powiedziała, krzywiąc się. – Gadają o tym w stajniach. O mało co nie zatłukł stajennego na śmierć za to, że jego koń nie był gotowy. – Przewróciła oczami. – Przynajmniej mnie udało się trzymać z dala od niego przez kilka dni.
Tris spojrzał na nią i zmarszczył brwi.
– Skąd masz tego siniaka na ramieniu?
Kait dotknęła go nieśmiało.
– To nic takiego – powiedziała, odwracając wzrok.
– Nie o to pytałem, Kaity – naciskał Tris. Czuł już wzbierający gniew za ten siniak i wszystkie inne zarobione przez lata.
Kait nadal nie patrzyła mu w oczy.
– Zasłużyłam sobie na to – westchnęła. – Jared wyżywał się na jednym z kuchennych psów, a ja walnęłam go w głowę bochenkiem chleba, żeby szczeniak mógł uciec. – Skrzywiła się. – Nie był tym zachwycony.
– Niech go szlag! – zaklął Tris. – Nie martw się, Kaity. Już ja się postaram, żeby trzymał się od ciebie z daleka – obiecał, choć obydwoje wiedzieli, że poprzednie próby nie skończyły się szczególnym powodzeniem.
Kait uśmiechnęła się słabo.
– Czy myślisz, że po przyjęciu mógłbyś przygotować jeden z tych twoich okładów? Trochę mnie boli.
Tris zmierzwił jej włosy, czując taką mieszaninę gniewu na Jareda i miłości do Kait, iż myślał, że serce mu pęknie.
– Oczywiście, Kaity. Nie muszę już nawet wykradać ziół z kuchni.
Dawno temu, kiedy byli jeszcze dziećmi, Tris robił nocne wypady do kuchni, żeby zdobyć zioła do opatrywania siniaków i skaleczeń spowodowanych przez Jareda. Choć był tylko osiem lat starszy od Kait, to odkąd się urodziła, był jej samozwańczym opiekunem. Może poruszyło go to, jak maleńka i samotna wydawała się w ramionach mamki. A może kierowała nim obawa, że małe dziecko będzie bardziej zabawnym celem dla znanego z okrutnego poczucia humoru Jareda niż nieszczęsne koty i psy, które z nieprzyjemną regularnością znikały z pokoju zabaw.
Zawsze trzymali się razem, a on często brał na siebie wybuchy gniewu Jareda. Jared odstraszał kolejne niańki swoimi napadami złości. Kiedy Kait podrosła, ona i Tris odnaleźli poczucie bezpieczeństwa, jednocząc siły przeciwko Jaredowi; byli w stanie zmusić go do dania za wygraną, kiedy nie stanowili już tak łatwego celu.
– Ojciec musi wreszcie nas wysłuchać – rzekła z nadzieją Kait, przerywając jego rozmyślania.
Tris potrząsnął głową.
– Ale jeszcze nie teraz – powiedział. – Nie chce słuchać tego, co mówię, choć coraz bardziej się z Jaredem kłócą. Czasami mam wrażenie, że kłócą się nawet wtedy, kiedy mówią „dzień dobry”.
Kait westchnęła, a ptak na jej rękawicy poruszył się nerwowo.
– Może matka...?
I znowu Tris dał odpowiedź przeczącą.
– Za każdym razem, gdy próbuje coś powiedzieć, ojciec oskarża ją o to, że faworyzuje swoje dzieci kosztem Jareda. Nie sądzę, aby całkowicie pogodził się ze śmiercią Eldry – dodał.
Matka Jareda zmarła, wydając na świat pierworodnego Bricena, a nabranie ochoty do ponownego ożenku zajęło królowi niemal dziesięć lat. W czasie tej dekady, kiedy ojciec Jareda był pogrążony w rozpaczy, młodym księciem mało kto się zajmował i chłopak nie był uczony dyscypliny.
– Matka już nawet o tym nie wspomina – dodał Tris. – Po prostu stara się, żebyś nie wchodziła mu w drogę.
– Ojojoj – Kait wyszeptała pod nosem. – Kolejne kłopoty.
Tris podążył za jej spojrzeniem i ujrzał ubraną w czerwone szaty postać, która stanęła w wejściu do sali biesiadnej. W pomieszczeniu zapadła cisza. Foor Arontala, główny doradca Jareda, odziany w powłóczyste szaty barwy krwi maga Ognistego Klanu, ruszył przez tłum. Tłum rozstępował się przed nim pospiesznie, desperacko starając się zejść mu z drogi, lecz na jego bladej niczym porcelana twarzy o delikatnych rysach, wyglądającej spod przepastnego kaptura, nie odmalowała się nawet świadomość ich obecności.
– Nienawidzę go – wyszeptała Kait tak cicho, że tylko Tris i Soterius ją słyszeli. – Szkoda, że nie ma tu babki. Zgniotłaby go jak pchłę – dodała, demonstrując jeszcze gestem to rozdeptywanie.
– Babka nie żyje – odparł bezbarwnym głosem Tris, myśląc o tym, jak wcześniej tego wieczoru bez powodzenia starał się skontaktować z duchem Bava K’aa. Chciał powiedzieć Kait, co się wydarzyło, jednak powstrzymał go fakt, że Bava K’aa zawsze utrzymywała jego naukę w głębokiej tajemnicy.
– Szkoda, że twój ojciec nie sprowadził wcześniej do Shekerishet swojego własnego maga – dodał szeptem Soterius. – Nawet wioskowa czarownica byłaby lepsza niż to – powiedział ze starannie skrywanym obrzydzeniem.
Foor Arontala sunął z nadnaturalną płynnością przez zamilkły tłum, jakby nie zauważał jego istnienia, po czym wyszedł z sali w jej przeciwległym końcu. Minęło jednak kilka minut, zanim zabawa znowu się zaczęła, a jeszcze dłużej trwało, zanim nabrała tempa.
– Niech go Starucha porwie – zaklął pod nosem Tris.
– On wygląda tak, jakby już to zrobiła – zachichotała Kait.
Soterius postarał się rozluźnić atmosferę.
– Czy muszę wam obydwojgu przypominać, że zabawa wciąż trwa? – zbeształ ich z udawaną surowością. – Carroway snuje tam już swoje opowieści od ponad świecy – dodał, wskazując ręką – a wy to przegapiliście.
– Czy on tam nadal jest? – spytała z nagłym zainteresowaniem Kait. – Czy jest jeszcze wolne miejsce?
– Przekonajmy się – powiedział Tris, mając nadzieję, że ta rozrywka rozwieje jego ponury nastrój.
Carroway, mistrz bard Margolanu, siedział otoczony urzeczonymi słuchaczami. Sądząc po panującym wokół niego ścisku, bajarz zbliżał się do kulminacyjnego mometu swojej opowieści.
Carroway opisywał ściszonym głosem, który zmuszał słuchaczy do pochylenia się ku niemu, przygodę z czasów panowania prapradziadka Trisa.
– Jeźdźcy ze Wschodniej Marchii przedzierali się ku pałacowi. Dzielni mężczyźni próbowali ich odeprzeć, lecz najeźdźcy wciąż napierali. Widać było już pałacową bramę! Kamienie spływały krwią sięgającą aż po kostki, a wszędzie dookoła ranni, jęcząc, domagali się sprawiedliwości.
Mówiąc to, Carroway przechylił się na bok i jakby mimochodem zapalił dwie szare świece.
– Król Hotten walczył z całych sił, wszędzie wokół niego miecze ścierały się ze szczękiem i wrzała bitwa. Dwukrotnie zbliżali się do niego skrytobójcy. Dwukrotnie ciśnięte sztylety o mało co nie trafiły do celu.
Z leniwym wdziękiem ramię Carroway’a powędrowało w górę, dwa sztylety pojawiły się znikąd i wbiły się łup, łup w drewno za znajdującym się najbardziej z tyłu słuchaczem. Dzieci krzyknęły, a potem zaczęły chichotać, kiedy zrozumiały, że to sztuczka bajarza.
– Znużonym obrońcom brakowało już żołnierzy – ciągnął dalej Carroway. – Była to wigilia Święta Zmarłych – Nawiedziny, jak my to nazywamy – kiedy to duchy śmiało wędrują pośród nas. Mówi się, że w czasie Nawiedzin duchy mogą stać się materialne, jeśli zechcą, i stworzyć taką iluzję, że śmiertelnicy nie są w stanie odkryć ich oszustwa, aż... – przerwał i na jego gest w odpowiednim momencie pojawił się kłąb dymu – wszystko, co wydawało się w nocy takie materialne, znika wraz z nadejściem poranka. Wiedząc o tym, król Hotten błagał swojego maga, aby ten uczynił wszystko, by powstrzymać najeźdźców. Mag już sam był u kresu sił i czuł, że rzucenie potężnego zaklęcia zapewne będzie oznaczać jego śmierć, lecz zebrał całą moc, jaką posiadał, i wezwał samego ducha ziemi, Boginię Mścicielkę i dusze zmarłych.
– Z przesiąkniętych krwią kamieni zaczęła wstawać mgła. Początkowo unosiła się nad samą ulicą, kłębiąc się wokół nóg najeźdźców, ale potem zgęstniała i podniosła się tak, że sięgała końskich uzd. Wkrótce zmieniła się w wyjący wiatr i przerażeni najeźdźcy patrzyli, jak pojawiają się w niej twarze i sylwetki, zniekształcone przez burzę. I tej świątecznej nocy dawno temu duchy zdecydowały się przyjąć realną postać, ukazać się w całości, tak, że wydawały się tak samo rzeczywiste i materialne jak wy czy ja.
Delikatna mgiełka unosiła się ze świeczek Carroway’a, kłębiąc się po posadzce pałacu i wysuwając macki ku słuchaczom; ci drgnęli zaskoczeni, gdy ją zauważyli, i wpatrzyli się w Carroway’a szeroko rozwartymi oczami. I wtedy cienka zasłona dymu uformowała się w postacie z opowieści, widmowe smugi przyjęły formę stających dęba koni i przemykających duchów.
– Duchy Shekerishet powstały, żeby bronić go przed najeźdźcami, dzięki mocy zmarłych i woli wszystkich dzielnych wojowników, którzy kiedykolwiek polegli w obronie króla i królestwa. Wycie, wrzaski i ostrzegawcze zawodzenie powstających z martwych duchów podniosło się ponad szumem wiatru, a mgła była tak gęsta, że rozdzieliła atakujących.
Carroway poruszył nadgarstkiem i z ręki wypadły mu dwie małe kuleczki, które uderzyły o twardą podłogę z piskiem i zawodzeniem. Słuchacze podskoczyli na swoich siedzeniach, rozwierając szeroko oczy ze strachu.
– Skonfundowani i przerażeni napastnicy rzucili się do ucieczki – ciągnął dalej Carroway. W swoich szarych szatach barda, w słabym świetle migoczących pochodni, sam wyglądał jak postać z legendy.
– Mur duchów zmusił ich do wycofania się prosto na czekające miecze armii Margolanu. Widmowi strażnicy pałacu odparli wroga i puścili się w pościg za najeźdźcami, aż ci poszli w rozsypkę za bramą – powiedział, wyciągając rękę.
Jego słuchacze krzyknęli z udawanego strachu, gdy na rozkaz Carroway’a buchnął dym, formując zjawę wojownika-kościotrupa wielkości człowieka, dobywającego miecz z pochwy zwisającej przy jego kościstej nodze.
– Mówią, że duchy nadal bronią Shekerishet – rzucił z uśmieszkiem Carroway.
– Powiadają, że duchy zamku bronią go przed intruzami i nie pozwolą, żeby tym, którzy się w nim znajdują, stała się krzywda. Mówią, że klątwa maga króla Hottena wciąż utrzymuje się w mocy i że każdy następny królewski mag umierając, wzmacniał jej działanie – ciągnął Carroway.
– I taka oto – zakończył z zadowoleniem – jest historia Bitwy pod Dworską Bramą.
Tris zaśmiał się cicho, gdy dzieci z szeroko rozwartymi oczami wychodziły, pozostawiając przebranego w kostium bajarza, by ten zebrał swoje rzeczy. Kait podeszła do Carroway’a i przesłała mu żartobliwego całusa.
– Strasznie mi się podobało! – zapiszczała entuzjastycznie. – Ale musisz sprawić, żeby opowieść była bardziej przerażająca.
Mrugnęła do barda.
– Gdybym nie przysięgła, że nigdy nie wyjdę za mąż, to wybrałabym ciebie – dodała.
Tris podejrzewał, że Kait tylko częściowo żartuje, choć znała przyjaciela Trisa z dzieciństwa tak długo, że był dla niej jak brat.
– Będzie miała od tego koszmary – zażartował Tris, ratując czerwieniącego się minstrela. Carroway uśmiechnął się.
– Mam taką nadzieję. Przecież o to chodzi w Nawiedzinach.
Wstał, wygładzając poły swojego płaszcza. Minęła ich grupka przebranych w kostiumy świętujących ludzi, obejmujących się ramionami, śpiewających głośno i fałszywie.
– Dobrych Nawiedzin dla ciebie, bardzie, i dla pozostałych! – zawołał jeden z nich, rzucając Carroway’owi złotą monetę, którą bajarz złapał w locie.
– Tobie też, panie, dobrych Nawiedzin! – zawołał w podzięce Carroway, unosząc monetę, po czym teatralnym gestem sprawił, że ta zniknęła, co wywołało radość biesiadników.
Carroway dorównywał wzrostem Trisowi, był jednak szczuplejszy i poruszał się z wdziękiem tancerza. Jego długie kruczoczarne włosy otaczały twarz o rysach tak przystojnych, że wręcz pięknych. Jasnoniebieskie oczy z długimi rzęsami błyszczały inteligencją i ostrym dowcipem.
U boku Carroway’a pojawił się Ban Soterius.
– Tylko nie pozwól, żeby kapłanki usłyszały, że tak mówisz – ostrzegł go z udawaną surowością. – To jest Święto Zmarłych, młodzieńcze. – Soterius uśmiechnął się i zatarł ręce. – Nieraz mi o tym przypominano, kiedy byłem w szkole.
Carroway wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– „Nawiedziny” o wiele łatwiej powiedzieć – rzucił łobuzersko. – Poza tym jak inaczej można nazywać święto umarlaków?
– Do zobaczenia później – powiedziała Kait do całej trójki i dotknęła sokoła, żeby go uspokoić, gdy minęła ich głośna grupa świętujących ludzi. – Miłego święta! – zawołała. – Tylko nie wpakujcie się w zbyt duże kłopoty.
– Łatwo ci mówić – odparował Tris. Gdy Kait wmieszała się w oddalający się tłum, odwrócił się do Carroway’a. – Chodź, bo spóźnimy się na ucztę.
Ci trzej młodzieńcy, nie mający nawet dwudziestu wiosen, byli chyba najbardziej pożądanymi kawalerami w Margolanie i obiektem uwagi wszystkich ambitnych matek na dworze. Soterius rozkoszował się tym zainteresowaniem i rzadko można go było spotkać bez damy u boku, lecz Carroway wybierał raczej partnerki spośród dworskich artystek, śpiewaczek i muzyków, których talent szanował i na których nie robiła wrażenia jego pozycja ani przyjaźń z Trisem.
Ku wielkiemu rozczarowaniu wielu matek na dworze, a nawet – jak podejrzewał Tris – jego własnej matki Serae, Trisowi udawało się z powodzeniem unikać swatek. Eskapady Jareda nauczyły Trisa ostrożności, ponadto nie spotkał jeszcze żadnej córki tutejszego wielmoży, z którą mógłby odbyć więcej niż raz ciekawą rozmowę. Jego dobrowolnie wybrana samotność stanowiła ostry kontrast z rozwiązłością Jareda i Tris był świadom tego, że niektórzy dworscy dowcipnisie wymyślali własne, mniej pochlebne przyczyny jego niechęci do wybierania kandydatek na małżonki i odrzucania ich z taką samą częstotliwością, jak czyniła to reszta dworu. Niech sobie gadają, myślał. Nie miał zamiaru sprowadzać panny młodej do Shekerishet, kiedy Jared był w pobliżu, i jeszcze mniejszą ochotę miał na to by, narażać własne dzieci na okrucieństwo brata.
Może kiedyś, pomyślał tęsknie, patrząc, jak Soterius i Carroway przekomarzają się swobodnie z mijającymi ich przebranymi w kostiumy dziewczętami. Może kiedyś, kiedy będę bezpieczny w wiejskiej posiadłości ojca, z dala od dworu, z dala od przyjęć, z dala od Jareda...
– Przepowiedzieć ci przyszłość? – zachrypiał z tyłu jakiś głos.
Tris odwrócił się zaskoczony i zobaczył w niszy zgarbioną starą kobietę przyzywającą go sękatym palcem. Rozpoznał od razu, że jest jednym z pałacowych duchów, choć tej nocy duchy chodziły otwarcie po świecie, sprawiając wrażenie materialnych. – Tobie, książę Drayke, i twoim przyjaciołom, za darmo.
– Skąd ona się wzięła? – wymruczał Soterius.
Carroway wzruszył ramionami.
– Zobaczmy, co przyniesie przyszłość.
– Nie wiem, czy chcę wiedzieć – wzdragał się Soterius, lecz Carroway już ciągnął Trisa za rękaw.
– Chodź – żartował. – Chcę wiedzieć, jak sławnym będę bardem.
– Mów za siebie – wyszeptał pod nosem Soterius. – Naprawdę, nie jestem pewien...
– Zgadzam się z Banem – wymruczał Tris.
– Nie ma w was ducha przygody. No, dalej – nalegał bard.
Starucha podniosła wzrok, żując kawałek ziela snów. Kropla śliny spłynęła po jej szczeciniastym podbródku, gdy odgarnęła kosmyk tłustych włosów i pokiwała głową, przyglądając się młodzieńcom przenikliwymi zielonymi oczami, które zdawały się przewiercać ich na wylot. Jej suknia wykonana była z wypłowiałego jedwabiu, kosztownego niegdyś, który dawno jednak stracił swoją świetność; pachniała piżmem i korzennymi przyprawami.
Jasnowidząca siedziała przy niskim, misternie rzeźbionym stoliku, którego wytarty blat pokryty był skomplikowanymi runami. Na środku stolika stała kryształowa kula na złotej podstawce. Zarówno kula, jak i podstawka były o wiele lepszej jakości, niż Tris się spodziewał, toteż przyjrzał się uważniej starej kobiecie.
Uniosła kościsty palec i wycelowała go w pierś barda.
– Ty pierwszy, minstrelu – wychrypiała i gestem nakazała Carroway’owi przyklęknąć. Przymrużonymi oczyma spojrzała na Trisa i Soteriusa. – Czekajcie w milczeniu.
Zanuciła ochryple pradawną i dziwną pieśń, tak cicho, że Tris nie zdołał uchwycić słów. Jej sękate ręce głaskały kryształ, obejmowały go delikatnie, unosząc się tuż nad jego gładkim owalem. Kula zaczęła się jarzyć kłębiącym się w jej jądrze zimnym błękitem, który stopniowo wypełnił cały kryształ jasnym niebieskim blaskiem. Starucha przymknęła oczy, kołysząc się i nucąc.
Kiedy się odezwała, usłyszeli czyste tony dziewczęcego głosu, bez śladu gardłowej chrypki.
– Jesteś twórcą opowieści i tym, który odbiera życie – rzekł dziewczęcy głos, czysty jak dzwon i nadnaturalny. – Twoje opowieści będą najwspanialszymi, jakie zna Margolan, lecz smutek, tak, wielki smutek nauczy cię twych pieśni. Uważaj, tkaczu snów – ostrzegł głos. – Będziesz wędrować wśród nieśmiertelnych. Strzeż dobrze swej duszy.
Tris zdał sobie sprawę, że wstrzymuje oddech. Soterius przyglądał się, stojąc nieruchomo. Carroway patrzył szeroko otwartymi ze zdumienia oczami na kołyszącą się wróżbitkę. Twarz jasnowidzącej odprężyła się, jakby zapadła kurtyna, a głos umilkł.
– Wynośmy się stąd – powiedział Soterius.
– Zostańcie – nakazała starucha, i choć nie podniosła głosu, wychrypiany rozkaz zatrzymał Soteriusa w miejscu. – Podejdź, żołnierzu – powiedziała, gdy wciąż oszołomiony Carroway podnosił się na nogi. Pobladły Soterius usłuchał.
Z przepastnych kieszeni swojej poszarpanej szaty wiedźma wyciągnęła wytartą talię kart. Kart do wróżenia. Tris rozpoznał specjalność przydrożnych wyroczni i przedmiot salonowych zabaw dam dworu. Starucha zręcznie wyłożyła cztery karty.
– Wół – wychrypiała, nazywając karty. – Czarna Rzeka. Moneta. Mroczna Pani. – Potem zaśmiała się gardłowo. – Przemawiają w imieniu Bogini. Patrz uważnie.
– Nie rozumiem...
– Milcz! – Wykoślawionym palcem pogładziła pierwszą wytartą kartę. – Wół to karta siły. Będziesz się cieszył dobrym zdrowiem i siłą, żołnierzu. Ta karta razem z Czarną Rzeką mówi o wojnie – powiedziała jakby do siebie, a jej oschły głos nabrał śpiewnego tonu. – Będzie ci się wiodło. O tym mówi Moneta. Ale – syknęła, gdy złamany paznokieć zawisł, drżąc, nad ostatnią kartą – strzeż się. Będziesz bowiem podróżował mrocznymi drogami, w towarzystwie umarłych i nieumarłych. Będziesz jednym ze sług Mrocznej Pani. Strzeż mocno swej duszy.
Soterius przełknął z trudem ślinę, wpatrując się w karty. Potem zerknął nerwowo na kulę, która pozostała przejrzysta i pusta. Starucha spojrzała na Trisa i przywołała go do siebie bez słowa. Tris posłuchał jej i z walącym sercem zajął miejsce, które Soterius pospiesznie opuścił.
– Daj mi rękę – nakazała starucha, wyciągając swoją. Tris powoli podał jej dłoń, odwracając ją wnętrzem do góry, a wiedźma przyciągnęła rękę do siebie. – Przypadnie ci w udziale wielka misja, Synu Pani – wyszeptała, przesuwając paznokciem wzdłuż ledwie widocznej linii na dłoni Trisa. – Któż wie, jak ona się skończy? – wymruczała, rysując teraz paznokciem po bruzdach we wnętrzu dłoni Trisa. – Wiele dusz leży na szali. Twoja ścieżka wiedzie w mrok. – Wciągnęła gwałtownie powietrze, a jej palec zadrżał.
– Co się stało? – wyszeptał Tris, bojąc się podnieść głos.
– Naprawdę należysz do Pani – wychrypiała. – Twoja dłoń nie zdradza, kiedy umrzesz.
– Każdy kiedyś umiera.
– Wedle woli Pani. Twój czas należy do niej. Naprawdę jesteś w rękach Pani – wyszeptała. – Strzeż dobrze swej duszy albo wszystko będzie stracone.
A potem obraz starej kobiety zamigotał, i choć jej usta się poruszyły, nie usłyszeli żadnych słów. Tris czuł, jak dziwna moc przyciąga ducha, moc, której nie potrafił nazwać. Duch zaczął się rozwiewać, najpierw zmieniając się w mgiełkę, a potem rozpływając w nicość.
Soterius pociągnął Trisa za koszulę, niemal go podnosząc.
– No, dalej! – ponaglił go głosem, w którym pobrzmiewały zaczątki paniki. – Chodźmy.
Z sali biesiadnej dolatywała woń pieczonego mięsiwa. Ogień buzował z trzaskiem w ogromnym palenisku, a muzycy grali skoczną melodię, gdy goście się schodzili. Carroway dołączył do innych minstreli, z przyjemnością przyjmując lutnię, którą wcisnął mu do ręki jeden z jego przyjaciół. Tris dostrzegł Jareda z przodu sali, koło królewskiego stołu, jak wściekle ruga służącego. Zauważył, że seneszal Zachar bardzo stara się zachować spokój, próbując nie okazać dezaprobaty ani zażenowania. Kait wskazała Trisowi dwa siedzenia koło siebie i wraz z Soteriusem przecisnęli się przez tłum, aby zająć swoje miejsca. Sokół Kait poruszył się nerwowo, więc dała znak sokolnikowi, który posadził ptaka na swojej rękawicy i zabrał do cichszej stajni.
– Twój ojciec nigdy nie pozwalał na obecność sokołów przy stole w jego wiejskiej posiadłości – wyszeptał Soterius do Kait. – Będę mu musiał powiedzieć, jak to wygląda na dworze.
Kait zrobiła rozczarowaną minę.
– Kolejna moda, którą możesz się podzielić z wiejską szlachtą – powiedziała z udawanym lekceważeniem.
Tris zerknął na Soteriusa, widząc, że jest spięty.
– Co się stało? – spytał, przesuwając wzrokiem po tłumie, który czekał na przybycie Bricena.
Soterius potrząsnął głową, i choć miał obojętny wyraz twarzy, w jego oczach widać było niepokój.
– Gwardziści pełniący służbę w czasie uczty nie są tymi, których wyznaczyłem – powiedział ściszonym głosem. – Porozmawiam ze stojącym tam porucznikiem.
Ale w tym momencie trąbka herolda obwieściła przybycie króla Margolanu, Bricena.
– Później – wymruczał Soterius, sfrustrowany tym zdarzeniem.
Tris patrzył, jak Bricen i królowa Serae przechodzą przez tłum, zatrzymując się, aby przywitać się z cisnącymi się wokół osobami, pragnącymi przekazać im życzenia. Nienaturalne ożywienie ojca powiedziało Trisowi, że król wypił już kilka kufli piwa w swoich prywatnych apartamentach, zanim przyłączył się do obchodów. Sarae, zawsze chłodna i opanowana, zdawała się sunąć po parkiecie, łaskawie przyjmując ukłony i dygnięcia dam oraz wielmożów, którzy ustawili się w szeregu między stołami. Bricen pomógł Serae wejść na podwyższenie, a widząc, jak Jared beszta sługę, spiorunował swojego najstarszego syna wzrokiem. Ten odpowiedział mu wściekłym spojrzeniem, nie próbując nawet ukrywać przed otoczeniem napięcia panującego między ojcem a synem.
– Szacowni państwo! – ryknął król. – Dziś wieczorem niech radują się tak żywi, jak i martwi! Kiedyś byli tacy sami jak my. I na Boginię, my będziemy kiedyś takimi, jakimi oni są teraz, zatem najlepiej, abyśmy jedli i pili, póki możemy!
Król zajął miejsce i obmył ręce w podanej mu misie. Podczaszowie rozpoczęli swoją pracę, a procesja kuchennej służby ruszyła za stolnikiem ku królewskiemu stołowi, niosąc półmiski parującej pieczonej dziczyzny. Carroway i pozostali muzycy zaczęli grać skoczną melodię i znowu rozległ się gwar rozmów przerwanych przybyciem króla. Jednak mimo radosnej atmosfery Tris poczuł przenikający go chłód. Zagadkowe ostrzeżenie ducha zabrzmiało ponownie w jego głowie. Rozejrzawszy się po sali biesiadnej, nie zobaczył żadnego z pałacowych duchów, które zwykle były widoczne, nawet dla tych, którzy nie mieli ani śladu magicznego talentu. Nigdy nie pamiętał, żeby duchy były nieobecne na takiej uczcie, zwłaszcza w czasie Nawiedzin.
Podczas kolacji Tris wyczuwał narastające napięcie Soteriusa. Przy pierwszej okazji żołnierz wstał od stołu i oddalił się, żeby porozmawiać z porucznikiem dowodzącym gwardzistami. Wrócił za kilka chwil jeszcze bardziej zaniepokojony.
– Co się dzieje? – wyszeptał Tris.
– Nie podoba mi się to. Ten porucznik powiedział, że Jared nakazał mu zmienić gwardzistów. – Soterius niemal niezauważalnie pokręcił głową. – Rozejrzyj się. To wszystko są nowi gwardziści, młodsi, którym podoba się ta gadka Jareda o większej armii. Ja wyznaczyłem więcej doświadczonych ludzi, w których lojalność wobec króla nie wątpię.
Tris spojrzał ponad tłumem. Soterius miał rację. Jared od wielu miesięcy odwiedzał koszary, aby – jak powiedział, pytany przez króla – „podnieść morale” gwardii. Bricen, zmęczony zapewne bezustannymi kłótniami ze swoim dziedzicem, nie wypytywał go dalej. Teraz Tris zaczął mieć złe przeczucia w związku z tym nagłym zainteresowaniem się Jareda armią. Przyglądając się gościom, stwierdził, że równie niepokojące były twarze, które widział – i których nie widział – wśród biesiadników. Niewielu tu było starszych wielmoży, lordów i baronów, których lojalność wobec korony była absolutna. Ci, którzy znaleźli się wśród gości, wyglądali na skrępowanych, co było rzadkością na legendarnych ucztach Bricena. Tris dostrzegł następnie wielu nowych wielmożów, właścicieli ziemskich, którzy zdobyli ten status w pierwszym pokoleniu na polu bitwy lub zaskarbiwszy sobie niedawno królewską łaskę. Tris wiedział, że podobnie jak gwardziści, ci nowo utytułowani ludzie patrzyli przychylnym okiem na płomienną retorykę Jareda, namawiającego do ekspansji i podboju; uważali ją za bardziej ekscytującą niż stabilne rządy Bricena. Pod pretekstem zwrotu pucharu z kiepskim winem Tris przywołał Zachara. Odpowiedź na zadane szeptem pytanie wcale nie zmniejszyła jego obaw.
– Zachar mówi, że wielu starszych wielmożów odpowiedziało późno na zaproszenie, jakby nie zostali powiadomieni na czas – przekazał szeptem Soteriusowi. – To bardzo dziwne. I w każdym przypadku istniał jakiś palący powód, dla którego nie mogli przybyć.
– Myślisz, że wiedzą o czymś, o czym my też powinniśmy wiedzieć?
Tris rzucił ukradkowe spojrzenie na koniec stołu należący do Jareda; obok niego siedział Foor Arontala i bawił się jedzeniem na swoim półmisku, nic jednak nie jedząc.
– Może te palące powody powstały z czyjąś „pomocą” – powiedział Tris, odwracając wzrok, gdy beznamiętne spojrzenie Arontali powędrowało w jego stronę.
– Co zatem zrobimy w tej sprawie? – spytał Soterius; jego słowa stłumione zostały przez kęs dziczyzny.
Tris zastanowił się.
– Chcę zobaczyć, co się dzieje w pracowni Arontali.
Soterius zadławił się mięsem i stojący za nim sługa musiał walnąć go w plecy.
– Co takiego chcesz zrobić? – wychrypiał, gdy tylko pociągnął łyk wina. – Oszalałeś?
Tris nie odpowiadał przez chwilę, czując na sobie spojrzenie Jareda. Kiedy ten wrócił do rozmowy z magiem w czerwonej szacie, Tris znowu spojrzał na Soteriusa.
– Jeśli Jared coś knuje, to można się założyć, że stoi za tym Arontala. I nie będziemy wiedzieć, o co chodzi, dopóki nie zajrzymy do jego pracowni.
Tris nie był przygotowany na to, by opowiedzieć przyjacielowi o ostrzeżeniu przekazanym mu przez ducha. Stwierdził jednak, że jeśli zagrożeniem jest coś takiego jak „Łapacz Dusz”, to pierwszym miejscem, gdzie należałoby tego szukać, jest biblioteka maga Ognistego Klanu.
– Wiesz, że nie znam się na magii – odparł szeptem Soterius. – Ale wierzę moim gwardzistom, kiedy mówią mi, że drzwi do komnat Arontali są zamknięte zaklęciem. Nikt tam nie wchodzi ani stamtąd nie wychodzi bez niego.
Tris w zamyśleniu gryzł barani udziec.
– To spróbujmy oknem.
Soterius ugryzł kawałek chleba.
– Nie. To nie najlepszy pomysł. Poza tym myślałem, że masz lęk wysokości.
– Mam – przyznał Tris. – Ale to w imię dobrej sprawy. No dalej, od zeszłego roku nie mogłeś się doczekać, żeby znowu wsadzić mnie w tę swoją uprząż do wspinaczki. A poza tym zawsze lubiłeś robić jakieś akrobacyjne sztuczki na Nawiedziny, żeby Zachar jeszcze bardziej posiwiał. – Zaśmiał się. – Jednego roku postanowiłeś, że zejdziemy na linach z wieży, i o mało co nie zestrzelili nas wartownicy. W następnym roku chciałeś przerzucić się z sypialni na drugą stronę dziedzińca, ale zamiast tego wylądowałeś w stajni.
– Dzięki niech będą Matce i Dziecięciu, że na sianie, a nie na gnoju – rzucił sucho Soterius. – Mówisz poważnie, co?
Tris skinął głową.
– Zbyt wiele spraw dzieje się inaczej, niż powinno. Będziemy mieli okazję, żeby to zrobić, kiedy kolacja dobiegnie końca i świętowanie przeniesie się do miasta.
Dalszy ciąg kolacji przebiegł spokojnie, z występami żonglerów, akrobatów i magików, które nawet Trisowi poprawiły nastrój. Carroway, który zorganizował tę wieczorną rozrywkę, zdawał się zadowolony z siebie, zajmując się swoimi przyjaciółmi-aktorami, poprawiając wymyślne kostiumy i makijaże w przeciwległym kącie sali biesiadnej. Przyglądał się z dumą, jak jedna po drugiej grupa wykonawców wychodzi, aby popisać się przed królem. Gdy Carroway skończył długą, rzewną balladę, która należała do ulubionych utworów Serae, Bricen – z takim samym legendarnym entuzjazmem, jakim wykazywał się na polowaniu – klaskaniem i pokrzykiwaniem zaczął wyrażać swoją aprobatę, wywołując jeszcze większy aplauz gości. Tris jednak miał wrażenie, że matka była czymś zaprzątnięta i odliczała czas do chwili, kiedy będzie mogła się udać do swoich prywatnych komnat. To było dziwne, jego matka bowiem – choć nie tak żywiołowa jak Bricen – słynęła z tego, że była uprzejmą gospodynią i miała słabość do ballad Carroway’a.
Gdy dzwony na wieży wybiły północ, otworzyły się zewnętrzne podwoje prowadzące do sali biesiadnej. W drzwiach stanęła postać w czarnej szacie z przepastnym kapturem przysłaniającym twarz, trzymająca w rękach lśniący puchar. Postać skłoniła się bez słowa przed Bricenem, a ten wstał, odgrywając swoją rolę w tym przedstawieniu.
– Witaj, Duchu Babki – przemówił król. – Jesteśmy gotowi do marszu.
Zza postaci w szacie Staruchy wychynęło trzech przebranych aktorów; każdy miał na sobie kolejny wizerunek Bogini o czterech obliczach: Matki, Dziecięcia i Kochanki. Cztery twarze jednej bogini, cztery aspekty Światła jednego bóstwa. Król podał ramię Serae i razem poprowadzili procesję ku czekającym aktorom; stoły pustoszały, gdy pozostali goście ruszyli za nimi. Tris zobaczył, że Soterius przyciągnął spojrzenie Carroway’a i zrobił delikatny ruch ręką, a minstrel skinął potakująco głową. Wkrótce procesja opuściła salę biesiadną.
Tris zaciągnął Soteriusa w boczny korytarz, pozwalając, by wyminęli ich rozbawieni biesiadnicy. Carroway pojawił się tam kilka minut później.
– Co się dzieje? – spytał bard, kiedy przeszli ostatni goście. Trzej przyjaciele weszli głębiej w mrok, a Tris wyjrzał zaniepokojony na oświetlony pochodniami główny korytarz, żeby upewnić się, że są sami.
– Ojciec i reszta rodziny rozstanie się z gośćmi przy głównej bramie – syknął. – Jest już późno, więc wszyscy powinni się udać do łóżek. Jak się uspokoi, możemy iść do wieży i stamtąd zacząć opuszczać się w dół.
Soterius spojrzał na niego krzywo.
– Wyjaśnijmy sobie kwestię królewskiej prerogatywy – zaprotestował. – Tris ma durny pomysł, przez który zostaniemy spaleni na popiół albo zamienieni w żaby – narzekał z rezygnacją, podczas gdy Tris wyjaśniał Carroway’owi, co mają zamiar zrobić tej nocy.
– Ja się na to piszę – stwierdził minstrel, gdy Tris skończył. – My, bardowie, mamy pozytywny stosunek do magii – oświadczył z udawanym zadufaniem, mającym rozdrażnić Soteriusa. I rzeczywiście gwardzista się nachmurzył. – W przeciwieństwie do tych wojskowych typków, które wierzą tylko w to, co zobaczą. Możesz na mnie liczyć.
– To, co widzę, wystarczająco mnie martwi – rzucił gderliwie Soterius. – Zaczekajcie tu. Przyniosę ekwipunek.
Rozdział drugi
Soterius przyniósł ze swoich komnat dużą torbę i cała trójka ruszyła korytarzami Shekerishet. W tych wczesnych godzinach porannych nocna zabawa na zamku dobiegała końca. Jedynie kilku przebranych w kostiumy, ociągających się z odejściem gości przemykało po dziedzińcach, gdy Tris i jego przyjaciele wspinali się po schodach do położonych wyżej komnat.
Zmierzali do części zamku leżącej nad salami audiencyjnymi króla. Tris starał się z całych sił odegnać wcześniejsze złe przeczucia. Mimo ostrzeżeń ducha i zjawy jego babki nie pojawiło się żadne zagrożenie. W innych okolicznościach dzisiejsza przygoda mogłaby nawet być zabawna, nawiązywała bowiem do wspólnych eskapad z młodzieńczych czasów. Byli wówczas żywiołowymi chłopcami, osobistym przekleństwem Zachara, jak lubił im powtarzać seneszal. To, że Tris był drugim synem króla, nie chroniło go wcale przed zruganiem, jeśli przesadził z wygłupami.
– Jesteś małomówny – stwierdził Soterius.
Tris wzruszył ramionami.
– Może mam już dość zabawy. To był długi tydzień.
– Carroway – zwrócił się do barda – czy widziałeś jakieś pałacowe duchy od czasu spotkania z tą wróżbitką?
Carroway potrząsnął głową.
– Właściwie to nie. To dziwne, zwłaszcza w czasie Nawiedzin. Widziałem mnóstwo ludzi przebranych za duchy, ale nigdzie nie było widać prawdziwych duchów.
Tris pokiwał głową, zaniepokojony.
– Coś jest nie tak. Czy widzieliście, w jaki sposób znikła ta wróżbitka, jakby została odciągnięta? I gdzie jest reszta duchów? W czasie święta zawsze jest tyle samo duchów co śmiertelników. Pałacowe duchy są zawsze bardziej widoczne w czasie Nawiedzin.
– Stąd ta nazwa, no nie? – zażartował Carroway. – Przyznaję, że to dziwne. – Wzruszył ramionami. – Może zabawiają gości na dziedzińcu. Albo może nawet one za mocno świętowały i wróciły tam, gdzie duchy udają się na spoczynek.
– Może – odpowiedział bez przekonania Tris.
To otrzeźwiło Carroway’a.
– To nie jedyna rzecz, która dała ci do myślenia, że dzieje się coś złego? – spytał i spojrzał znacząco na Trisa.
Tris zawsze umniejszał swój magiczny talent przed Soteriusem, za to Carroway był chętnym pomocnikiem, kiedy Bava K’aa prosiła chłopców o udział w pomniejszych czarach. Carroway spokojnie przyjmował dziwną zdolność Trisa do rozmawiania z duchami o każdej porze roku – nie tylko w czasie Nawiedzin – i wykorzystywał w niektórych swoich najlepszych opowieściach i pieśniach historie opowiadane przez dawno zmarłych dworzan.
Tris nauczył się wcześnie ukrywać swój talent prawie przed wszystkimi, choć Kait i Bava K’aa po cichu zachęcały go do korzystania z niego. Instynktownie czuł, że Jared nie powinien podejrzewać, iż jest obdarzony jakimś magicznym talentem. Cieszył się, że pałacowi dowcipnisie nie mieli kolejnego tematu do rozmów.
– Pospieszcie się! – wyszeptał Soterius, przytrzymując otwarte drzwi. Weszli za nim do ciemnego pomieszczenia. Carroway zapalił pochodnię.
– Jaki jest plan? – spytał Tris.
Soterius wyszczerzył zęby w uśmiechu, rozpakowując torbę. Na podłogę wypadły dwa duże i ciężkie zwoje sznura. Gdy Soterius je rozłożył, Tris zobaczył dwie uprzęże do wspinaczki składające się ze skórzanych pasków i klamerek. Soterius wcisnął się w jedną z uprzęży i podał drugą przyjacielowi.
– Pomóżcie mi z tym, dobra? – syknął.
– I co teraz? – spytał sceptycznie Carroway. – Ludzie nie chodzą po ścianach jak muchy.
– Na ziemiach mojego ojca wszyscy schodzą po takich ścianach jak ta – stwierdził Soterius.
– Wszyscy? – zażartował Tris.
– No cóż, głównie ludzie gór, ale u nas jest wielu górali i dużo górskich zboczy, więc rzeczywiście wszyscy! – odparł Soterius. – Pomóżcie mi to przymocować, zanim nas złapią. Jeśli Zachar ma znowu zmyć mi głowę, to przynajmniej chcę na to zasłużyć!
– Masz naprawdę dziwne hobby – wymruczał Carroway, zawiązując mocno sznur wokół haka.
– Uznam to za komplement, padł bowiem z ust człowieka, który zarabia na życie puszczaniem dymnych duchów – odparował Soterius. Kiedy już zapiął swoją uprząż, zajął się Trisem, ponownie sprawdzając mocne skórzane rzemienie i klamry. Kiedy obydwaj mężczyźni byli usatysfakcjonowani stanem swojego sprzętu do wspinaczki, przywiązali sznury do żelaznych pierścieni osadzonych głęboko w kamiennych ścianach. Soterius otworzył okno i wyjrzał. Później usiadł na szerokim kamiennym parapecie i przerzucił nogi na zewnątrz, a potem spojrzał cztery piętra w dół na kamienne płyty. Byli w najwyższej części pałacu Shekerishet.
Najstarsze partie Shekerishet zostały wyciosane w ścianie góry niemal pięćset lat temu. Wykonany z tego samego szarego granitu co strome zbocza, stary pałac był kwadratową, pozbawioną ozdób i groźnie wyglądającą fortecą, ze szczelinami strzelniczymi i blankami. Od pokoleń królowie Margolanu rozbudowywali stary zamek, dodając całe skrzydła i nowe wieże, tak że teraz Shekerishet rozciągał się u podnóża stromych górskich grani, rzucając ponury cień na miasto i leżące poniżej gospodarstwa.
Soterius poklepał z uśmiechem parapet, żeby Tris do niego dołączył. Kiedy ten spojrzał w dół na dziedziniec, przez chwilę walczył z zawrotami głowy.
– W porządku, zaczynamy. – Soterius odepchnął się od parapetu i przez moment kręcił się w miejscu, aż ustawił się tyłem do dziedzińca i oparł stopy o kamienną ścianę.
– Powinniśmy namalować ci na plecach tarczę strzelniczą, żeby ułatwić sprawę łucznikom – syknął Carroway.
– Zabawne – wymruczał Soterius. – Miej pod ręką tę swoją flagę, Tris, na wypadek, gdyby ktoś wpadł na jakiś głupi pomysł.
Tris poklepał kieszeń z ukrytym w niej proporcem drugiego syna, który miał go identyfikować w czasie bitwy. Dzisiejszej nocy, gdyby strażnik ich zauważył, rozwinie proporzec, aby łucznik wstrzymał się ze strzałem, dopóki Tris nie zostanie rozpoznany.
– W porządku, Tris. Twoja kolej.
Młodzieniec przełknął z trudem ślinę i zaczął opuszczać się z krawędzi parapetu.
– Właśnie sobie przypomniałem, jak bardzo nie znoszę wysokości. – Wciągnął gwałtownie powietrze, gdy przez chwilę wirował w chłodnym jesiennym powietrzu, walcząc z pragnieniem zamknięcia oczu. Świadom tego, że przyjaciele mu się przypatrują, Tris pokiwał głową na znak, że jest gotowy.
Soterius powoli schodził w dół po gładkiej kamiennej ścianie zamku. Tris podążył jego śladami, starając się nie szarpać co i raz sznura dla dodania sobie otuchy. Choć często przy ładnej pogodzie uprawiali razem z Soteriusem wspinaczkę na urwiskach wokół Shekerishet, Tris nie wspinał się, odkąd skończyło się lato, i czuł tę przerwę w swoich obolałych mięśniach. Było zimniej, niż się spodziewał, i chłód szczypał go w twarz. Zerknął na Soteriusa, lecz gwardzista wyszczerzył tylko zęby w uśmiechu, gdy wiatr zwiał mu ciemne włosy na oczy. Gdyby król wyjrzał teraz z okna, musieliby się gęsto tłumaczyć, ale na tym właśnie polegało piękno Nawiedzin. Prawie wszystko można było wybaczyć, składając to na karb nocnej zabawy.
Tris zmarszczył brwi, kiedy zbliżył się do okien na drugim piętrze. W jednym z nich widać było dziwną czerwoną poświatę, która nie przypominała blasku ognia w kominku. To światło wylewało się z komnat Foora Arontali, pulsując w rytmie uderzeń serca. Ignorując zaniepokojone spojrzenie Soteriusa, Tris przesunął się w stronę okna.
Poczuł znajome, oznaczające bliskość magii, mrowienie na granicy postrzegania. Ale magia, którą wyczuwał, była inna niż moc jego babki. Nawet będąc w odległości ramienia od okna, czuł aurę grozy, która niemal go odpychała. Posuwał się dalej, choć atmosfera zagrożenia była prawie namacalna, i mimo iż nie spowalniała go żadna fizyczna bariera, im bardziej zbliżał się do celu, tym bardziej miał wrażenie, że brodzi w głębokiej lodowatej wodzie.
Zmuszając się do pokonania strachu, Tris pochylił się, żeby zajrzeć przez okno. W komnacie panowały ciemności, lecz żar w kominku dawał dość światła, by mógł rozpoznać wyposażenie pracowni czarodzieja. Kielichy i rytualne sztylety, plecionki z różnych sznurków, misa do wywoływania wizji, karteczki i kości – używane przy wróżbach – oraz pęki suszonych ziół, które walczyły o miejsce z fiolkami proszków i mikstur. Jednak tylko jedna rzecz w komnacie czarodzieja przyciągnęła uwagę Trisa, paraliżując go, jakby wiedziała, że on się tam znajduje. Na postumencie w rogu pokoju stała kryształowa kula wielkości ludzkiej głowy, z której wylewał się pulsujący blask koloru krwi. Kiedy Tris się jej przyglądał, światło jakby się skupiło i mógłby przysiąc, że przez chwilę kierowało się w jego stronę niczym krwawe oko, świadome jego obecności. Trisowi serce podeszło do gardła i nagle nie był pewien, czy zdoła się oderwać od tego widoku.
– Straciłeś rozum? – Soterius syknął tak, że Tris aż podskoczył.
– Nie czujesz tego? – wyszeptał, odsuwając się od okna.
Soterius obrzucił go sceptycznym spojrzeniem.
– Czuję, że mi tyłek zamarza, jeśli o to ci chodzi.
Nagle usłyszeli gniewne męskie głosy dobiegające zza drzwi do komnaty czarodzieja. Cofnęli się i przylgnęli do ściany, gdy głosy się zbliżyły i światło pochodni zapłonęło w pomieszczeniu. To Jared i król, pomyślał Tris i serce mu zamarło. Tym razem, niezależnie od tematu ich kłótni, była ona bardziej zażarta. Bricen dostał niemal apopleksji z wściekłości, ale Tris nie był w stanie uchwycić słów z powodu zgiełku zabawy odbywającej się w mieście. Przysunął się bliżej, żeby zajrzeć do komnaty, i aż zatkało go z przerażenia.
To magiczne światło, a nie blask pochodni, oświetlało pokój. Coś było nie w porządku, straszliwie nie w porządku. Ręce Arontali jarzyły się niebieskim magicznym światłem, przyszpilając króla do chropowatej kamiennej ściany. Choć Tris nie słyszał słów, wyraz twarzy króla Bricena nie pozostawiał żadnych wątpliwości, podobnie jak złowrogi grymas, który wykrzywił twarz Jareda, gdy następca tronu podszedł do ojca z uniesionym w górę sztyletem.
Przerażony Soterius zaczął szarpać za linę jak nowicjusz na pierwszej wspinaczce, dając znak Carroway’owi, żeby ich podciągnął. Trisowi serce podeszło do gardła, gdy Jared wbił sztylet głęboko w pierś Bricena. Właśnie szykował się do rozbicia kopniakiem szyby, gdy Soterius wpadł na niego i Tris wyrżnął o ścianę z takim impetem, że stracił oddech.
– Oszalałeś? – syknął Soterius. – Nie masz szans. Musimy sprowadzić straże – argumentował, walcząc z całych sił z szamoczącym się Trisem. W tym momencie Carroway zareagował na jego sygnał i zaczął wciągać ich w górę. Tris już na tyle odzyskał rozsądek, że na ostatnim odcinku zaczął się sam wspinać, i dysząc z przerażenia, dał nura w okno, zamiast się w nie wczołgać.
– Wyglądacie, jakbyście zobaczyli samą Mścicielkę! – powiedział Carroway, pomagając Soteriusowi wstać.
– Król! – wyjąkał Soterius, zdrętwiały ze strachu i zimna. – Zabili króla!
– To nie jest zabawne – rzekł Carroway, wyglądając raz jeszcze przez okno, aby się upewnić, że nie zwrócili na siebie uwagi straży. Zamilkł jednak i zbladł, spojrzawszy na Trisa.
– To prawda – wydyszał Tris. Serce waliło mu tak mocno, że ledwie mógł mówić. – Widziałem, jak Jared...
– Nie mogliście zbyt wiele widzieć. – Carroway zerknął niepewnie na Soteriusa. – Nie byliście tam w dole wystarczająco długo.
Soterius zaczął się wyplątywać z uprzęży do wspinaczki tak szybko, jak mu na to pozwalały zziębnięte ręce.
– Był tam król i Jared – powtórzył gwardzista, jakby przemawiał do opóźnionego w rozwoju dziecka. – I Arontala. Niebieskie światło przyszpiliło króla do ściany. A potem zbliżył się Jared i, na Boginię, raz po raz dźgał króla Bricena sztyletem – powiedział, zamykając oczy, by uciec od tego wspomnienia.
Tris wyminął go i ruszył ku drzwiom prowadzącym do schodów dla służby.
– Muszę ostrzec matkę i Kait.
– Tris! – zawołał Soterius, chwytając go za ramię. – Skoro Jared zabił króla, to ciebie też będzie chciał zabić. Musimy cię stąd zabrać – stwierdził z wojskowym opanowaniem. – Teraz, kiedy Bricen nie żyje, ważą się losy korony. Jared będzie chciał usunąć wszelkie przeszkody. Musimy zapewnić ci bezpieczeństwo.
– Nie bez Kait i matki – warknął Tris, gdy szok zmienił się w gniew. Wyrwał się przyjacielowi i otworzył drzwi wiodące do tylnych schodów.
– W porządku, ale my też idziemy – powiedział Soterius i rzucił linę Carroway’owi. – Trzymaj. Ponieś to. Ja mam miecz, a ty nie. – Zaryglował drzwi do pomieszczenia i dobył miecza. – To ich przynajmniej trochę zatrzyma, kiedy przyjdą nas szukać.
Ku jego zdziwieniu bard także wyciągnął mały sztylet z fałd swojej tuniki.
– Myślałeś, że służy tylko do opowiadania historyjek? – spytał. – Niektórzy twoi kompani z wojska lubią od czasu do czasu poturbować barda.
Soterius wyminął Trisa i poprowadził ich w dół schodami. Na dole otworzył nie zamknięte na klucz drzwi. Komnata sypialna była wywrócona do góry nogami. Królowa Serae leżała koło drzwi, a jej odświętna suknia splamiona była krwią.
– Matko! – zawołał Tris, czując wzbierającą panikę, gdy przecisnął się obok Soteriusa i wpadł do komnaty.
– Najjaśniejsza Bogini – wyszeptał Carroway. – Jared zorganizował przewrót!
Proszę, proszę nie, Tris błagał Boginię, przypadając do Serae. Jej ciało było jeszcze ciepłe, gdy zdusiwszy krzyk, obrócił matkę na plecy, by spojrzeć jej w twarz. Kiedy jej głowa opadła bezwładnie na ramię Trisa, zobaczył wystający z piersi kobiety sztylet, który zakończył jej życie. Ścisnęło go w gardle i łzy stanęły mu w oczach, kiedy na próżno nasłuchiwał bicia jej serca. Nie żyła.
Szloch wydarł mu się z gardła, gdy tak tulił Serae, zaciskając powieki, a nie dające się powstrzymać łzy płynęły mu po twarzy. Wreszcie położył ciało Serae delikatnie na podłodze, zamknął jej nie widzące oczy i wyszeptał modlitwę do Pani.
Nagły jęk przestraszył Trisa i spowodował, że Soterius błyskawicznie obrócił się z dobytym mieczem. Ukryta niemal całkowicie wśród szczątków przewróconego łoża leżała Kait. Tris i Carroway podbiegli do niej, odsuwając z drogi połamany mebel oraz ciało zabitego strażnika i uwolnili ją z plątaniny koców. Kait leżała blada i nieruchoma, a jej zakrwiawiona tunika była dla Trisa ostrzeżeniem, by nie liczył na zbyt wiele.
– Słyszysz mnie, Kait? – wyszeptał, biorąc ją w ramiona i przytulając do swojej splamionej już krwią Serae tuniki. Mroczna Pani, proszę, błagał w duchu. Nie one obydwie. Proszę, oszczędź ją.
– Co się stało? – spytał cicho, gdy grymas bólu wykrzywił twarz Kait. Jej usta były sine, a oddech szybki i płytki. Krew siostry przesączała się między jego palcami, gdy próbował uciskać głębokie cięcie na jej brzuchu. Jedynie najbardziej doświadczony bitewny uzdrowiciel poradziłby sobie z tak rozległymi obrażeniami, a takiego nie mieli pod ręką.
Kait otworzyła oczy i uśmiechnęła się słabo.
– Wiedziałam, że przyjdziesz, Tris. Czy ty też nie żyjesz?
Tris zdławił szloch, nie wstydząc się łez płynących mu po twarzy. Potrząsając głową, próbował przemówić.
– Nie, Kaity – wychrypiał wreszcie. – A przynajmniej jeszcze nie. Ty też nie.
– Już wkrótce. Widziałam Boginię. Czeka.
– Kto to zrobił? – spytał łagodnie Tris, chwytając ją za rękę, jakby chciał przyciągnąć jej ducha.
Kait zakaszlała i krew splamiła jej wargi.
– Ludzie Jareda – wyszeptała. – Czekali na nas. Próbowałam chronić matkę. Byłbyś ze mnie dumny.
– Jestem dumny – wyszeptał Tris, starając się powstrzymać łzy.
– Powinieneś był mnie widzieć, starszy braciszku. Myślę, że załatwiłam jednego.
Tris spojrzał na ciało strażnika.
– Załatwiłaś, Kaity. Załatwiłaś.
– Muszę już iść.
– Kaity, zostań ze mną!
Jej oczy rozwarły się szerzej.
– Tris... Też tu jesteś. Tak jak babcia. – Rozkaszlała się mocniej i Tris pomyślał, że już umarła. – Zostanę, jeśli będziesz tego chciał – wyszeptała, a jej oczy się zamknęły. – Złapię cię tylko za rękę po tej stronie.
Ten obraz Kait trzymającej go za rękę płonął jasno w umyśle Trisa, gdy przyciskał ją do siebie. Całym sobą pragnął, aby tak było. Kiedy jednak walczył, aby zatrzymać jej ulatującego ducha, coś innego, coś silniejszego starało się ją odciągnąć. Kait zadygotała w jego ramionach i zwiotczała. Tris oparł głowę o jej ramię i zapłakał, kołysząc i tuląc pozbawione życia ciało siostry.
Tris, musisz uciekać, odezwał się w jego umyśle głos Kait dobiegający z oddali. Tris podniósł wzrok i zmarszczył brwi. Kait stała przed nim, prawdziwa, choć niematerialna, jarząc się delikatną poświatą jak pałacowe duchy.
– Kaity? – wychrypiał zbolałym głosem.
Duch zadrżał.
– Udało ci się, Tris. Zatrzymałeś mnie tutaj. Masz moc babki – powiedziała Kait. Jej obraz znowu zadrżał, omal nie gasnąc, a na jej twarzy odmalował się lęk, gdy jej ducha zaczęło coś przyciągać niczym dym zasysany do komina. – Rzucono zaklęcie na pałacowe duchy. Arontala... Pomóż mi, Tris – błagała, gdy jej duch znikał.
Kiedy Carroway gwałtownie wciągnął powietrze, Tris uświadomił sobie, że zjawa była widoczna także dla pozostałych. Soterius wyglądał na wstrząśniętego, nigdy bowiem nie widział, jak Tris posługuje się magią. Carroway wpatrywał się w puste miejsce, gdzie przed chwilą stał duch Kait, a jego pobladła twarz świadczyła o tym, że nie spodziewał się po Trisie tak potężnej magii. Tris delikatnie złożył ciało Kait wśród koców i przykrył ją prześcieradłem.
– Wynośmy się stąd, zanim do niej dołączymy – rzekł łagodnie minstrel.
Tris czuł, jak żałość i szok przepływają przez jego ciało, napełniając je wściekłością.
– Niech piekło pochłonie Jareda! – zakrzyknął, podnosząc się chwiejnie na nogi. Z mieczem w dłoni rzucił się ku drzwiom wiodącym na korytarz. Soterius zablokował mu przejście.
– Puść mnie! – wycedził Tris. – Niech to szlag, przepuść mnie! – Krew dudniła mu w uszach, gdy próbował mieczem wyrąbać sobie przejście; Soterius sparował jednak jego cios i zmusił go do cofnięcia się od drzwi. Carroway złapał go od tyłu i pociągnął na ziemię, próbując wyrwać mu miecz. Tris machał po omacku wolną ręką, oślepiony przez łzy, z trudem łapiąc powietrze.
Szybkim machnięciem miecza Soterius sprawił, że klinga Trisa znalazła się poza jego zasięgiem, i rzucił się, żeby przygwoździć go do podłogi.
– Nie zbliżysz się nawet do Jareda, ten jego mag rozkwasi cię jak żabę – warknął. – Nie pomożesz swojej matce ani Kait. Ale możesz ocalić Margolan, uciekając stąd i wracając na czele własnej armii.
– Możemy to zrobić szybko? – syknął Carroway, który tymczasem zajął miejsce przy drzwiach. Dysząc ciężko, Tris przymknął oczy i skapitulował.
– W dół tylnymi schodami – zarządził Soterius, puścił Trisa i rzucił mu miecz, który ten upuścił. – Wychodzą na kwatery służby. Pobiegniemy do stajni. Ruszajcie.
Zbiegli w dół po wąskich schodach i wpadli z dobytymi mieczami do kuchni. Przestraszyli pomywaczki, które wrzasnęły i uciekły z pomieszczenia. Tris usłyszał dobiegający z korytarza na zewnątrz tupot wojskowych butów i zaraz potem szczęk stali. Drzwi do sali biesiadnej otworzyły się z hukiem i do środka wpadło trzech żołnierzy w królewskich barwach, goniących dwóch mężczyzn, którzy toczyli desperacką walkę o życie. Tris i pozostali ukryli się z boku kominka – to starcie odcięło ich jedyną drogę ucieczki. Tris widział walczących tylko przelotnie, lecz rozpoznał w przysadzistym mężczyźnie z wydatnym torsem, długą ciemną brodą i oliwkową cerą Harrtucka, osobistego strażnika króla, który często strzegł Bricena.
– Nie oddam tego pałacu bez walki! – krzyknął Harrtuck, wykonując uniki i parady. Jego towarzysz pchnął mieczem i trafił przeciwnika. Tris i Soterius wymienili spojrzenia, po czym z okrzykiem rzucili się do walki u boku Harrtucka, spychając do tyłu zaskoczonych napastników.
– Miło was widzieć – wydyszał Harrtuck, wykorzystując tę nagłą przewagę.
– Uważaj! – krzyknął Carroway i Tris się obrócił z mieczem w gotowości, w samą porę, żeby zobaczyć, jak jeden z gwardzistów chwyta się zaskoczony za pierś i powoli osuwa na podłogę. Powiększająca się plama czerwieni otaczała sztylet Carroway’a wbity aż po rękojeść w żebra mężczyzny. Tris rzucił się z okrzykiem na towarzysza martwego mężczyzny.
– Wkrótce będziesz martwy, tak jak król – szydził z niego ów żołnierz, zmuszając go do zrobienia kroku w tył.
Ogarnięty żalem i gniewem Tris natarł z całych sił, trzymając miecz oburącz. Zdrajca cofnął się, zaskoczony tym wściekłym atakiem. Zaraz jednak znowu uderzył z morderczym błyskiem w oku, gdy trzech kolejnych gwardzistów wpadło do sali, by do niego dołączyć. Kątem oka Tris dostrzegł, jak Carroway chwyta stojak na pochodnie niczym kij, żeby odeprzeć natarcie jednego z napastników. Soterius i Harrtuck skupili się na dwóch pozostałych nowo przybyłych, pozostawiając Trisa, który krążył wokół uśmiechającego się gwardzisty w zabójczym szermierczym tańcu.
Nagle w kominku eksplodowało czerwone światło i Tris rzucił się do przodu, rozpoznając jedną z salonowych sztuczek Carroway’a. Sztuczka na tyle odwróciła uwagę żołnierza, że Tris zdołał się przedostać przez jego obronę i wbić ostrze. Gwardzista poleciał do przodu, o mało co nie wytrącając mu miecza z dłoni. Błysk stali w blasku ognia był jedynym ostrzeżeniem dla Trisa, że kolejny przeciwnik rzucił się na niego ze sztyletem w jednej dłoni i mieczem w drugiej. Tris sparował cios miecza, ale gwardzista zdołał wbić mu sztylet w bok. Tris zatoczył się i w tym momencie zobaczył, jak gwardzista wygina się w łuk i sztywnieje, po czym osuwa się na kolana, rękoma sięgając za plecy, w których tkwił nóż, a Carroway stoi z ponurą satysfakcją nad umierającym zdrajcą.
Tris przycisnął zraniony bok dwoma rękoma, a Carroway i Soterius popędzili ku niemu. Harrtuck rozprawił się szybko z pozostałymi napastnikami. Jego sprzymierzeniec leżał martwy na podłodze. Carroway przetoczył stopą napastnika, który zranił Trisa, i pochylił się nad nim, żeby wyciągnąć sztylet, a potem ukląkł i dwoma szybkimi ruchami wytarł nóż o tunikę martwego mężczyzny.
– Pojawią się kolejni żołnierze – ostrzegł ich Soterius.
– Zabili króla, książę Martrisie – wydyszał Harrtuck. – Żaden z nas nie zdołał go uratować. Musisz uciekać!
Tris wciągnął gwałtownie powietrze, gdy Carroway próbował go podnieść do pozycji siedzącej. Potem Soterius przyklęknął obok Trisa i zbadał jego ranę. Z wyrazu twarzy doświadczonego szermierza Tris wywnioskował, iż rana jest paskudna.
– Musimy zaprowadzić cię do uzdrowiciela – rzucił krótko Soterius i skinął na Carroway’a, żeby mu pomógł podnieść Trisa na nogi.
– Tak, ale najpierw musimy wyprowadzić was z Shekerishet – stwierdził Harrtuck.
Jakby na sygnał doszły ich odgłosy kroków na tylnych schodach. Harrtuck dał znak Carroway’owi, żeby osłaniał Trisa, podczas gdy on sam i Soterius zajmą się nowo przybyłymi. W sali pojawił się krzepki gwardzista w królewskich barwach, wraz z dwoma innymi żołnierzami. Harrtuck czekał w milczeniu, aż cała trójka znalazła się w jego zasięgu.
– Teraz! – krzyknął osobisty strażnik króla i rzucił się do przodu, trzymając nisko miecz, którym przebił gwardzistę. W powietrzu dał się słyszeć świst, a potem głuche łupnięcie, i stojący na czele gwardzista poleciał do przodu, obejmując rękoma sztylet Carroway’a, podczas gdy miecz Soteriusa wychynął z mroku, zgrabnie przerąbując trzeciego mężczyznę od barku aż do biodra.
– Dalej! – krzyknął Soterius i ruszył biegiem w stronę Trisa i Carroway’a, zatrzymując się tylko na chwilę, żeby zabrać sztylet. Ranny Tris czuł, jak krew dudni mu w uszach, a nogi robią się miękkie w kolanach.
– Nie uda nam się tak łatwo stąd wydostać – syknął Carroway, gdy ruszyli ku drzwiom.
– Masz jakieś lepsze pomysły? – warknął Soterius.
– Właściwie to tak – odparował minstrel. – Tędy.
Carroway raczej pociągnął niż poprowadził Trisa i pozostałych do składziku pod tylnymi schodami. Wszędzie walały się tutaj płaszcze i tuniki, maski oraz kostiumy z nocnej zabawy.
– Masz, zobacz, czy pasuje – powiedział, podnosząc z podłogi czarną tunikę, pelerynę oraz maskę, i wcisnął je Soteriusowi.
– Chyba oszalałeś – odparł z niedowierzaniem szermierz. – Uciekamy, żeby ocalić życie, a ty chcesz...
– Po prostu zrób to – warknął Carroway, wybierając z tej plątaniny kolejne stroje i rzucając je Trisowi i Harrtuckowi.
– Co, na Siedem Królestw... – mruknął Harrtuck.
– Tutaj przebierają się artyści przed wyjściem na ucztę – wyjaśnił jednym tchem Carroway, zrzucając płaszcz i ściągając przez głowę tunikę. – Wrócą jutro rano, żeby zabrać swoje rzeczy, ale dziś w nocy nie przejmowali się bałaganem, było zbyt wiele do roboty. Dzięki niech będą Bogini.
Gdy Carroway podszedł do niego z peleryną w dłoni, Tris poczuł, jak krew uderza mu do głowy, i nogi się pod nim ugięły. Gdy osuwał się na podłogę, usłyszał jeszcze zaniepokojone okrzyki swoich towarzyszy, a potem w pomieszczeniu zapadła ciemność.
Tris ocknął się i spojrzał w gwiazdy. Chłodne jesienne powietrze szczypało go w twarz, wokół niego tłoczyli się ludzie śmierdzący piwem i potem, a ich hałaśliwe piosenki zagłuszały cichsze pieśni kapłanek.
Spróbował usiąść, lecz poczuł przyciskającą go dłoń.
– Leż spokojnie – syknął Soterius. – Idziemy w procesji ku bramie miejskiej.
Tris bał się, że znowu zemdleje z bólu promieniującego z boku, ale zacisnął zęby i zwalczył napływającą ciemność. Szara szata z przepastnym kapturem okrywała jego ciało i twarz. Dłonie miał pokryte czarną farbą. Kosmyk włosów, który wysunął się spod kaptura, miał inną barwę niż jego rzucający się w oczy sięgający do ramion jasnoblond kucyk.
– Spokojnie – ostrzegł go Soterius. – Carroway sprokurował przebranie. W twoim przypadku zrobiliśmy wszystko, co się dało, biorąc pod uwagę okoliczności – rzucił przepraszająco.
Tris zdał sobie sprawę, że leży na marach jako jedna z wielu figur zmarłych niesionych w czasie uroczystości do rzeki, której wody uniosą ku morzu tę długą procesję postaci, darów i kwiatów. Do składanych ofiar dołączano prośby o pomoc skierowane do Bogini lub zmarłych bliskich, modlitwy o wstawiennictwo albo naprawienie jakiejś niesprawiedliwości lub płynące z serca wyrazy tęsknoty za tymi, którzy spoczywali na łonie Pani. Jednak mimo tej poważnej strony owego święta Nawiedziny były także nocą zabawy w mieście i ten rok nie był wyjątkiem, niezależnie od tego, co się wydarzyło na zamku. Chorągwie wisiały w każdym oknie, łopocząc na zimnym nocnym wietrze. Wozy ulicznych przekupniów tarasowały ulice i przebrani w kostiumy, świętujący ludzie musieli się przepychać przez zatłoczone przejścia. Wszędzie pachniało kiełbaskami i piwem, świecami i kadzidłem. Gdzieś w otoczonym murem mieście rozdzwoniły się dzwony, Tris słyszał też żałosne zawodzenie fletów i dudnienie bębnów.
Pomyślał, że jeśli dopisze im szczęście, wmieszają się w tłum i wraz z procesją dotrą do Kupieckiej Bramy. Sądząc po wesołości tłumu, wieści o zdradzie w pałacu nie dotarły jeszcze do miasta. I być może nigdy nie dotrą.
Jared jest bowiem sprytny, tak jak i jego mag. Nikt poza Trisem, Soteriusem i garstką gwardzistów nie był świadkiem samego ataku. Jared może wymyślić historyjkę o skrytobójcach i obwinić martwych gwardzistów. Magia Arontali zapewne stworzy dowody lub też zaćmi wzrok tych, którzy mogliby zobaczyć coś innego.
Bricen był popularnym królem, gdyż nie rekwirował plonów, a jego żołnierze nie łupili lokalnych gospodarstw ani nie gwałcili córek wieśniaków. Serae zaś zaskarbiła sobie sympatię arystokracji; jej łagodny sposób bycia wyraźnie kontrastował z wybuchami złości Eldry. Dwór odwdzięczał się jej, obdarzając większym zainteresowaniem i przychylnością Trisa i Kait niż Jareda, którego ponury sposób bycia i mroczne przyzwyczajenia były przedmiotem plotek. Mimo tego Bava K’aa powiedziała kiedyś Trisowi, że dla pospólstwa jeden król jest taki sam jak drugi, jeśli tylko podatki nie ulegają zmianie. Być może nikt nawet nie przejmie się tym, jak zginął Bricen, choć Tris był pewien, że rządy Jareda nie będą tak łagodne.
Tłum posuwał się główną ulicą miasta ku zewnętrznej bramie i leżącemu za nią cmentarzysku. W centrum tłumu znajdowały się wielkie lektyki, na których niesiono posągi czterech aspektów Bogini Światła. Dobosze walili w bębny, fleciści grali, a brzęk tamburynów przebijał się przez zgiełk bawiących się ludzi. Lektyki i umieszczone na nich posągi podskakiwały ponad tłumem, utrzymywane w górze przez panujący ścisk.
Kostiumy były takie same jak zwykle. Widać było „arystokratów” i krzykliwie ubrane damy, rzecznych kupców i legendarnych bohaterów oraz równie wielu ludzi przebranych za różne oblicza Pani, a także dorosłe kobiety i dzieci w białych powłóczystych szatach Dziecięcia i osoby obydwu płci w uwodzicielskim stroju Kochanki. Inni – kobiety i mężczyźni – odziani byli w dostojny strój wielkodusznej Matki. A także widma Chenne i Bogini Mścicielki w szkarłatnych szatach z ciemnym kapturem. Noc Nawiedzin była również nocą Mrocznych Aspektów i tej nocy to mrok rządził. Wielu świętujących preferowało jednak barwne, strojne szaty dwulicowej Bogini Szczęśliwego Trafu i to oni ciskali w tłum czekoladowymi monetami i wymalowanymi kartami. Jeszcze inni paradowali po ulicach w jarmarcznym przepychu Dziwki Athiry – nie potrzebowali szczególnych umiejętności, żeby naśladować jej kołyszący się pijacki chód. Wyglądający niczym mroczne cienie w blasku pochodni i kłębiącym się dymie, odziani w szare płaszcze ludzie odgrywali rolę Istry, Demonicznej Bogini. Zgarbione postacie starych i młodych nosiły maski i poszarpane łachmany Staruchy Sinha.
Jedna bogini, osiem aspektów – cztery należące do światła i cztery mroczne. Tris zawsze podejrzewał, że aspekt, który dana osoba czciła, wiele mówił o tej osobie oraz o królestwie i tradycji, z jakiej się wywodziła. Margolan skłaniał się ku Matce, choć wielu w jego granicach czciło również aspekt Dziecięcia. Isencroft, leżący na wschodniej granicy Margolanu, oddawał cześć Chenne, wojowniczce. Księstwo na północnym wschodzie, będące domem dla karawan i kompanii najemników, kupców i kuglarzy, skłaniało się ku Kochance. Wschodnia Marchia, południowy sąsiad Księstwa, czciła Dziwkę, ulubienicę hazardzistów i najemnych żołnierzy. Dhasson, na zachód od Margolanu, sprzyjał adoracji wszystkich twarzy Pani, poza Staruchą. Niechęć Dhasson do przyjęcia czcicieli Staruchy była naturalna, biorąc pod uwagę jego południowego sąsiada, Nargi, którego kapłani o wiecznie skwaszonych minach bezlitośnie wymuszali stosowanie ascetycznych doktryn Staruchy. Trevath, południowy sąsiad Margolanu i częsty rywal, podzielał nargijskie oddanie dla Staruchy, jednak w państwie znanym z kopalni i wspaniałych dywanów taki kult miał bardziej praktyczny charakter i służył umocnieniu władzy królewskiej.
Mroczna Pani była patronką vayash moru, nieumarłych, którzy pojawiali się nocą. Niewielu śmiertelników oddawało cześć Mrocznej Pani, za to jej imię często padało w przekleństwach. Niewielu mówiło o ósmym aspekcie, mrocznym lustrzanym odbiciu Dziecięcia. Kult Bezkształtnego ustał wiele pokoleń temu, a teraz, jeśli w ogóle wspominano o tym najstraszniejszym aspekcie, to rozglądając się nerwowo wokół i wykonując znak ochrony przed złem. Niemal wszyscy mieszkańcy Siedmiu Królestw okazywali symboliczną cześć przynajmniej jednemu aspektowi, choć Tris słyszał, że niektórzy w tajemnicy oddawali się dawnym praktykom, wierze w duchy i moce skał i drzew, strumieni i mrocznych miejsc pod ziemią.
Mówiono, że te wierzenia były obecne w Siedmiu Królestwach tysiąc lat temu, zanim najechał je Grethor Długoręki ze wschodnich stepów. Pod jego panowaniem Margolan rozkwitł. Jego magowie byli wszechmocni, a bogactwo i potęga na tyle pociągające, że wiara w Jedną Boginię o Wielu Twarzach stopniowo wypierała stare wierzenia, choć elementy przesądów i krwawych ofiar zachowały się w okrutnym kulcie Nargi, dla którego przykrywką był kult Staruchy.
Tris przyglądał się ze swoich noszy, jak jakaś młoda dziewczyna przebrana za Boginię-Dziecię wychynęła z tłumu przy drodze i zaczęła rzucać kawałki kolorowych szmat i słomy zamiast słynnych naręczy kwiatów, którymi Bogini-Dziecię obsypywała tych, których obdarzała łaską.
Kiedy Tris ją mijał, młoda dziewczyna podniosła wzrok i ich spojrzenia się spotkały. Jesteś wybranym przeze mnie orężem, zabrzmiał głos w umyśle Trisa, dziwnie wyraźny, dobiegający zewsząd i jednocześnie znikąd. I kiedy tak patrzył w oczy tej młodej dziewczyny, miał przez chwilę wrażenie, że rozjarzyły się na bursztynowo, a twarz należy do samej Bogini-Dziecięcia, a nie do dziecka-śmiertelnika. Nie umieraj, dopóki cię nie wezwę. Twój czas jeszcze nie nadszedł. Gdy tak patrzył dziewczynie w oczy, poczuł, jak rana w boku go pali, jakby przyłożono mu do poszarpanego ciała rozżarzony do czerwoności pogrzebacz. Zesztywniał i wygiął się w łuk, zagryzając wargę, żeby nie krzyknąć. Głos znikł równie nagle jak się pojawił, a kiedy Tris się rozejrzał, dziewczyna także zginęła mu z oczu.
Wstrząśnięty, zamknął oczy. Mam zwidy, pomyślał, przełykając z trudem ślinę. Niech Bogini ma mnie w swej opiece, chyba umieram.
– Jeśli Harrtuck znalazł dla nas konie – wyszeptał Soterius – to będzie czekał z nimi w następnej uliczce.
Carroway skręcił przy mrocznym wylocie następnej uliczki i znaleźli się w wąskim, krętym zaułku, w którym ledwie zmieściłoby się dwóch jadących obok siebie jeźdźców. Harrtuck wyszedł z mroku i przywołał ich. Carroway i Soterius podążyli za żołnierzem do miejsca, gdzie czekały niecierpliwie cztery silne konie przywiązane do chybotliwej barierki. Harrtuck ostrożnie pomógł im postawić nosze Trisa na ziemi.
– Czy jesteś w stanie jechać, panie? – spytał, pochylając się nad Trisem.
Książę pokiwał głową.
– Nie mam wyboru – powiedział i zaczął się podnosić, zaciskając zęby. Był zdumiony, kiedy nie poczuł bólu w boku, przyjął jednak pomoc Harrtucka przy dosiadaniu nerwowego wierzchowca. Cała czwórka ostrożnie ruszyła w stronę procesji.
– Niech piekło pochłonie Parki – syknął Soterius, gdy znaleźli się wśród pielgrzymów i świętującego tłumu.
Garstka pałacowych gwardzistów kręciła się przy bramie, z dala od swoich zwykłych pozycji. Byli pieszo, lecz mieli osiodłane konie, które czekały w pobliżu. Tris i Harrtuck wymienili zaniepokojone spojrzenia.
– Czy jesteśmy gotowi? – Głos Soteriusa ledwie przebił się przez panujący zgiełk.
– Będziemy musieli uciec się do podstępu, żeby się przedostać – ocenił Harrtuck. – Jeśli zostaniemy rozdzieleni, kierujcie się na północny trakt.
– Na twój znak – zgodził się Tris, nie spuszczając wzroku z wartowników przy bramie.
Czekali, aż procesja rozciągnie się szeroko na zakręcie i strumień świętujących ludzi zbliży się do bramy. Byli jakieś dwieście jardów od bramy, i choć ta była otwarta, to każdy, kto przez nią wchodził lub wychodził, musiał przejść obok straży.
– Teraz! – krzyknął Soterius i popędził konia prosto ku bramie. Pozostali zrobili to samo, a znajdujący się w pobliżu ludzie zaczęli schodzić im z drogi. Brama wydawała się Trisowi oddalona o całą wieczność, gdy pochylony nisko na koniu zmusił go do galopu.
Wykorzystując zaskoczenie wartowników, Soterius i Harrtuck pierwsi rzucili się do ataku, dobywając mieczy i torując uciekinierom drogę przez bramę. Tris czuł niemal oddech wierzchowca Carroway’a za sobą, gdy ich konie pomknęły w ciemność panującą za bramą miejską. Za nimi słychać było okrzyki gwardzistów, którzy rzucili się w pościg.
– Już prawie nam się udało! – krzyknął Soterius.
Konie gnały w dół zbocza ku drodze w dole, oddalając się od miasta. Kiedy dotarli do gościńca, wokół nich zaczęła się kłębić mgła, która podniosła się z traktu.
Mgła szybko zgęstniała i sięgała już końskich uzd. W tym oparze coś zimnego i materialnego musnęło nogę Trisa. Przerażone konie zaczęły kwiczeć, szarpać się i wierzgać. W ciemnościach zabrzmiało dobiegające z lasu straszliwe zawodzenie i we mgle pojawiły się jęczące upiory z otwartymi ustami. Coraz więcej ohydnego oparu napływało ku nim z ciemnego lasu. Pasma mgły zmieniały się w chwytające macki, a kłęby oparu rozdymały się i rozciągały, formując budzące grozę twarze o pustym spojrzeniu. Cała rzesza wyjących, jęczących jak potępieńcy duchów z wyciągniętymi przed siebie zakrzywionymi niczym szpony rękoma przemknęła obok uciekinierów. Tris ściskał kurczowo wodze, starając się zapanować nad spanikowanym wierzchowcem.
– Patrzcie! – zawołał Soterius. Tris zerknął przez ramię. Duchy zebrały się wokół gwardzistów, a kłębiąca się mgła jeszcze bardziej zgęstniała. Zawodzenie upiorów zagłuszyło krzyki gwardzistów.
– Wynośmy się stąd! – zawołał Harrtuck, przekrzykując ten piekielny zgiełk, i pognał swego konia galopem po gościńcu. Pozostali podążyli za nim, ale dopiero milę dalej przestali słyszeć wrzaski gwardzistów i zawodzenie umarłych.
– Cóż to takiego było, do diabła? – chciał wiedzieć Soterius, kiedy wreszcie zatrzymali zdyszane konie na rozstajach.
– Odnaleźliśmy wreszcie pałacowe duchy – powiedział Tris, zerkając niepewnie przez ramię. Otaczająca ich noc była cicha i chłodna.
– Co pałacowe duchy robiły poza miastem? – spytał Carroway.
– Nie wiem, ale dzięki niech będą za nie Dziecięciu – wychrypiał Harrtuck.
– Pamiętacie, że przez większą część nocy nie widzieliśmy żadnych duchów? – powiedział Tris, zerkając ponownie w ciemność za plecami.
– Tak, Tris ma rację. – Soterius bacznie obserwował otaczający ich mrok. – Po spotkaniu z tą wróżbitką nie widać już było żadnych duchów, co nigdy się nie zdarza w pałacu, zwłaszcza w noc Święta Zmarłych.
– A jeśli Arontala je wygnał? – snuł domysły Tris, nie mając na razie ochoty opowiedzieć im o spotkaniu z duchem babki. – Duchy przysięgły chronić króla, prawda? Pamiętacie opowieść Carroway’a? Jeśli Arontali udało się wygnać duchy, to znaczy, że ojciec był słabiej chroniony niż zwykle – ciągnął dalej łamiącym się głosem.
– Masz rację, książę Drayke – dał się słyszeć głęboki głos dobiegający od strony rozstajnych dróg i czterej mężczyźni drgnęli zaskoczeni.
Obrócili się i zobaczyli kilka kroków od nich mężczyznę na szarym rumaku. Chociaż jego twarz była częściowo skryta w mroku, Tris rozpoznał Comara Hassada, jednego z najbardziej zaufanych zbrojnych swego ojca. Choć towarzysze Trisa nie zauważyli niczego szczególnego, on sam zdał sobie sprawę, że ich nowy przewodnik jest duchem.
– Comarze, co się stało? – spytał, próbując uspokoić swojego spanikowanego konia.
– Nie ma czasu, książę. Jedźcie za mną, a zaprowadzę was w bezpieczne miejsce – powiedział Hassad, po czym bezgłośnie zawrócił konia i ruszył galopem leśną drogą.
Jechali jeden za drugim, Hassad na czele, potem Tris, a za nim Carroway. Harrtuck i Soterius zamykali tyły. Tris musiał wytężać wzrok, żeby nie zgubić przewodnika z oczu w niemal całkowitych ciemnościach panujących w lesie. Tylko tętent kopyt przerywał nocną ciszę.
Wreszcie blask księżyca przebił się przez przecinkę wśród drzew i ujrzeli Hassada już po drugiej stronie polany, czekającego w półmroku. Tris poczuł, jak włoski na karku stają mu dęba. Gdy wjechali ponownie w mrok lasu, zaczął wsłuchiwać się bardziej uważnie w tętent końskich kopyt. W ciszy lasu słychać było wyraźnie odgłos czterech pędzących koni, a kiedy Tris przyjrzał się ich przewodnikowi, zdał sobie sprawę, że z jego wierzchowca nie bucha para tak jak z pozostałych zdyszanych koni.
Chłód powietrza nie miał nic wspólnego z narastającym odrętwieniem, jakie książę czuł w środku, kiedy zmagał się z bólem, lękiem i żalem. Proste czynności związane z poganianiem konia pomagały mu odsunąć od siebie uczucia, które chciały go przytłoczyć.
Podążali za swoim przewodnikiem przez prawie jedną świecę, aż Shekerishet i miasto pozostały daleko w tyle, a oni niemal wydostali się z ciemnego jak smoła lasu. Wreszcie Hassad zwolnił, a potem się zatrzymał.
– Nie mogę jechać dalej, panie – rzekł mężczyzna, niemal niewidoczny w mroku. – Ale mam dla ciebie podarunek. Przyjmij go – powiedział i podał Trisowi z nabożeństwem długi, wąski, owinięty płótnem pakunek. – To jest miecz twojego ojca. Niech zaprowadzi cię z powrotem do domu, abyś rządził Margolanem jako dobry i prawowity król – rzekł z powagą, gdy Tris przyjął zawiniątko.
– Już niemal wyjechaliście z lasu – ciągnął dalej Hassad, spoglądając na pozostałych. – Po drugiej stronie znajduje się mała wioska. Jest w niej gospoda, która nazywa się Oko Jagnięcia. Zatrzymajcie się w niej na noc. Będziecie bezpieczni. Ci, którzy prowadzą tę gospodę, zaopatrzą was na dalszą podróż.
– Oko Jagnięcia? – zdziwił się Harrtuck. – Kiedy ją odbudowali? Spłonęła w zeszłym roku.
– Poszukajcie schronienia w gospodzie. Tam będziecie bezpieczni – powtórzył Hassad.
Nagle z tyłu zaszeleściło listowie, gdy jakieś zwierzę przemknęło w poszukiwaniu kryjówki. Kiedy Tris się odwrócił, żeby znowu zapytać o coś przewodnika, droga przed nimi była pusta.
– Nie ma go – rzekł cicho Carroway, rozglądając się dookoła.
– Nie zniknął przecież tak po prostu – zaprotestował Soterius, ściągając wodze swojego spłoszonego wierzchowca. Kilkanaście kroków dalej zatrzymał się. – Myślę, że powinniście to zobaczyć – powiedział i dał znak, by podjechali.
Tris, Harrtuck i Carroway zbliżyli się do niego. Na drodze leżał martwy wierzchowiec w barwach zbrojnych Margolanu, powalony przez bełt z kuszy. Jego nieszczęsny jeździec, częściowo uwięziony pod martwym zwierzęciem, leżał nieruchomo; zbroja nie ochroniła go przed strzałą, która przebiła mu pierś.
– To on, prawda? – wychrypiał Carroway. – I to nie wydarzyło się chwilę temu, co?
– No, no – mruknął Harrtuck, przyglądając się trupowi z opanowaniem zaprawionego w boju żołnierza. – Myślę, że nie żyje od kilku godzin.
– Bałem się, że to powiesz – wyszeptał Carroway.
Soterius zerknął z ukosa na barda.
– Więcej wody na młyn twoich opowieści, minstrelu. Przy tej historii słuchacze nie będą mogli wyjść z podziwu.
– Jeśli pożyjemy tak długo – wtrącił Tris, zerkając na otaczający ich ciemny las.
Na twarzy Carroway’a malowało się wyraźnie widoczne przerażenie.
– Te opowieści o tym, że duchy mogą stać się materialne w czasie Nawiedzin... Nigdy tak naprawdę nie sądziłem...
– Im szybciej zjedziemy z drogi, tym lepiej – przerwał mu Soterius. Wydawał się równie zaniepokojony jak pozostali, lecz jego bojowe wyszkolenie wzięło górę nad strachem. – Lepiej ruszajmy.
– Dokąd? – spytał ściszonym głosem Carroway. Tris obejrzał się na minstrela i zobaczył, że twarz młodzieńca jest blada, a oczy szeroko otwarte. Wątpił, aby on sam wyglądał dużo lepiej, sądząc po tym, jak waliło mu serce.
– Do Oka Jagnięcia. – Tris wzruszył ramionami i pognał konia do cwału. – Chyba że ktoś ma jakiś lepszy pomysł.
Znaleźli się na skraju lasu na szczycie wzgórza. Widoczne w dole ogniska jarzyły się dodającym otuchy blaskiem. Nawet ludzie na wsi świętowali Nawiedziny, choć z mniejszym zapamiętaniem niż ich pobratymcy w mieście. Co bardziej pobożni udawali się przy blasku świec na pielgrzymkę do kurhanów. W oddali Tris dostrzegł sznur piechurów zmierzających na cmentarz. Pobożni zdawali się być w mniejszości, gdyż to głównie dźwięki muzyki i odgłosy zabawy niosły się w chłodzie i ciszy nocy.
– Patrzcie, to musi być ta gospoda – powiedział Carroway, wskazując samotną budowlę, która usadowiła się przy drodze na obrzeżach wioski. Jej okna jarzyły się światłami i dym wydobywał się z komina; nawet z tej odległości Tris czuł woń pieczonego mięsiwa.
– Wygląda całkiem solidnie jak na miejsce, którego już nie ma – mruknął Soterius, obrzucając sceptycznym spojrzeniem Harrtucka, a ten wzruszył ramionami.
– Od dawna tu nie byłem. Jeśli przynosiła karczmarzowi wystarczająco duży dochód, to pewnie ją odbudował.
– Albo to jest jedna z tych iluzji, jak w opowieściach – wyszeptał Carroway.
– Czy w tych twoich opowieściach są jakieś użyteczne wskazówki, jak odróżnić prawdę od iluzji? – wycedził Soterius.
– Nic mi o tym nie wiadomo – odparł Carroway bardziej piskliwym niż zwykle głosem.
– Próbuję być posłuszny duchowi – stwierdził oschle Tris, kierując konia w stronę schodzącej stromo w dół drogi. – Jeśli Hassad nas tu posłał, to miał po temu powód. Ruszajmy.
Krzepiąco solidne drewniane drzwi uchyliły się pod dotknięciem ręki Trisa. Izba dla gości była pusta, lecz w powietrzu unosił się ciężki zapach pieczonego mięsiwa pomieszany z tytoniowym dymem. Mimo polan płonących na palenisku w pomieszczeniu panował chłód.
– Strasznie tu cicho jak na świąteczną noc, co? – wymruczał Soterius, opierając rękę na głowicy miecza.
– Biorąc pod uwagę to, jak wyglądamy, może mamy szczęście – mruknął pod nosem Tris, zerkając na ich niechlujne kostiumy. Ostrożnie zbliżyli się do pustego baru i książę uderzył pięścią w drewniany szynkwas, żeby przywołać karczmarza.
– Potrzebujemy pokoju na jedną noc – wychrypiał Harrtuck, gdy w drzwiach do kuchni pojawił się rumiany, gruby mężczyzna w ogromnym fartuchu poplamionym piwem i mięsem.
– Ach tak – rzekł beznamiętnie stojący w półmroku karczmarz i gestem zaprosił ich do wejścia. – Dwa miedziaki od osoby. Znajdźcie sobie pokój na górze.
Tris wyostrzył zmysły maga i poczuł ostrzegawcze mrowienie świadczące o obecności duchów. Uczucie to było silne i dodawało otuchy. Zmierzył wzrokiem milczącego karczmarza. Obraz zadrgał i rozmazał się, zaś widmo kiwnęło potakująco głową. Na moją duszę i Panią, ty i twoi przyjaciele jesteście tu bezpieczni dzisiejszej nocy, usłyszał Tris w swoim umyśle. Spojrzał na towarzyszy – roztrzęsionych po walce i przestraszonych odbytą jazdą – ale oni nie wyczuwali tutaj niczego nadnaturalnego. Kiedy jednak wchodzili po schodach, zauważył, że każdy z wojowników trzyma miecz na podorędziu; nawet Carroway ściskał sztylet za pasem.
– Tu są łóżka dla czterech – powiedział Soterius, otwierając pierwsze drzwi. Kiedy weszli, na szafce nocnej płonęła już świeca. Na stole zobaczyli półmisek z kiełbaskami, serem i twardymi sucharami oraz dwa pełne dzbanki piwa z czterema kubkami.
– Tylko suszone mięso i ser – burknął Carroway opadając na krzesło. – A przecież czuję zapach gulaszu.
– Tak, ale to jednak jedzenie, a my zjechaliśmy z drogi – warknął Soterius, miotając się po pokoju jak zwierz w klatce.
Stanął koło jedynego okna i patrzył na ulicę poniżej, ale tylko kilku podróżnych wędrowało po nocy.
– Niezbyt przyjazne typy, co? – wymruczał Harrtuck, gdy Carroway podsunął każdemu tacę z jedzeniem i zaczął napełniać kubki. – Z tym całym miejscem jest coś nie tak. Nie mogę się już doczekać poranka.
– Ja mam dość przygód jak na jedną noc – stwierdził Carroway, wychylając kubek piwa. – Ale Soterius ma rację. Po dzisiejszej nocy będę miał ballady, za których usłyszenie zapłacą mi złotem!
Tris pozwolił im mówić. Czuł w tym miejscu krzepiącą obecność duchów, obiecujących im czujność i opiekę. I coś jeszcze, wszechobecną magię, która otaczała ich niczym ochronny krąg. Już miał powiedzieć swoim towarzyszom, że ich gospodarz jest duchem, jednak zmienił zdanie. Zbyt wyraźnie widział zakłopotanie na twarzy Soteriusa i lęk w spojrzeniu Carroway’a, gdy rozmawiał z duchem Kait i przekonali się, co tak naprawdę oznacza jego moc. Mógłby się założyć o własną duszę, że byli tu bardziej bezpieczni niż na trakcie, lecz nigdy nie zdoła ich przekonać, by zostali w gospodzie, jeśli im powie.
Tris postanowił zatem milczeć. Był zziębnięty i znużony po nocnej jeździe, a do tego przytłoczony tym wszystkim, co wydarzyło się tego wieczora. Król był martwy. Jego rodzina zabita. A Jared był zdrajcą. Teraz zaś on i jego przyjaciele byli zbiegami, uciekającymi, aby ocalić życie. Zmagał się z obrazami ciał Serae i Kait, mordu na Bricenie. Źródłem lodowatego odrętwienia, od którego mrowiło go w palcach i które przenikało chłodem jego ciało, była zarówno jego zbolała dusza, jak i panujący na dworze ziąb.
– Obejrzyjmy twoją ranę – przerwał jego rozmyślania Soterius. Garnek wody gotował się już nad ogniem.
– Popatrzcie no tu! – zawołał Harrtuck. Na kominku spoczywała paczuszka ziół leczniczych i dwa flakoniki oliwy oraz stosik poszarpanego na bandaże płótna. – Wcale mi się to nie podoba – wymruczał. – Zbyt to wszystko dziwne.
Soterius przyklęknął obok Trisa i delikatnie podniósł porwaną, przesiąkniętą krwią koszulę.
– Na Dziwkę! – wyjąkał, podnosząc wzrok na przyjaciela. – Gdzie się podziała twoja rana?
Tris spojrzał w dół. W miejscu, gdzie powinna być otwarta rana, widać było nienaruszone ciało. Carroway wymienił zdumione spojrzenia z Soteriusem i Harrtuckiem.
– Zanim stwierdzę, że zwariowałem – rzekł z niedowierzaniem bard – niech mi ktoś powie, że widział w tym miejscu ranę od noża. Ban? Tov?
Soterius i Harrtuck pokiwali milcząco głowami.
– Tak, i to paskudną ranę – wymruczał Soterius.
Carroway i Harrtuck podeszli bliżej.
– Na Panią i Dziecię – zaklął Harrtuck. – Nigdy czegoś takiego nie widziałem! – zakrzyknął zaprawiony w bojach wojak.
Carroway spojrzał na Trisa, czekając na wyjaśnienie. Tris opowiedział więc, co się stało w trakcie procesji, zdając sobie sprawę, jak zwariowana była ta historia. Soterius nadal gapił się w miejsce, gdzie przedtem był rana. Tris wiedział, że jego pragmatycznemu przyjacielowi trudno jest uwierzyć w to wyjaśnienie. Harrtuck zmarszczył brwi, ze zdumieniem potrząsając głową. Carroway’owi zaś oczy się zaświeciły na myśl o prawdziwej interwencji Bogini. Tris czuł, że jedynie z szacunku dla tragedii, która rozegrała się tego wieczora, Carroway powstrzymuje się od bezlitosnego zasypania go pytaniami o to doświadczenie.
Zjedli kolację w milczeniu. Na ulicy ktoś grał na lutni i pijane głosy wznosiły się w chóralnej pieśni przy wtórze miarowych kroków. W samej gospodzie panowała cisza. Tris otulił się płaszczem.
– Zimno w tej gospodzie jak diabli – rzucił Harrtuck, pogryzając kiełbasę. – Im szybciej się stąd wyniesiemy, tym bardziej będę się cieszyć.
Wiedząc, że Soterius obejmie pierwszą wartę, Carroway i Harrtuck udali się na spoczynek; bard przysunął ławę bliżej do ognia, a Harrtuck usadowił się na krześle. Kiedy zasnęli, Tris podszedł do okna. Po raz pierwszy od tragedii wreszcie pogrążył się w rozpaczy, szlochając bezgłośnie. Potworność tego, co się stało, ostateczność straty i rosnąca świadomość grożącego mu teraz niebezpieczeństwa napływały ku niemu falami. Otrząsnął się wreszcie z żalu, otrzeźwiony zimnym podmuchem powietrza, który wpadł przez zamknięte okno, i spojrzał na jasne gwiazdy na niebie. Zaparło mu dech w piersi. Wokół księżyca w pełni płonęła słaba poświata, obwieszczająca wszem i wobec, że tej nocy umarł król. Ze wzrokiem wbitym w gwiazdy Tris przyklęknął na jedno kolano i podniósł miecz leżący na jego otwartych dłoniach.
Chenne, Mścicielko Wszelkiego Zła, wysłuchaj mnie! Na całą magię Margolanu, na dusze mojej babki i mojej rodziny, pozwól, bym stał się narzędziem twojej sprawiedliwości. Weź moje życie, moją duszę, cokolwiek potrzebujesz, i pozwól mi naprawić krzywdy wyrządzone tej nocy.
Naraz zewsząd i znikąd dobiegł kobiecy głos, tak piękny, że przeniknął do samej duszy Trisa, i tak potężny, że na jego dźwięk serce podeszło mu do gardła.
Przyjmuję twoją prośbę, tak jak uczyniłam z prośbą twojej babki, powiedział głos i Tris poczuł, jak przemknął obok niego jakiś niewidzialny byt, potężniejszy niż którykolwiek z duchów Shekerishet. A potem tak szybko, jak się pojawiło, poczucie tej obecności znikło.
– Czy dobrze się czujesz? – spytał brzmiący bardzo ludzko głos.
Tris drgnął, odwrócił się i zobaczył Soteriusa stojącego z rękoma wspartymi na biodrach. Choć na jego twarzy malował się niepokój, to nic nie wskazywało na to, że przyjaciel usłyszał głos, który wciąż pobrzmiewał mu w uszach, i słowa Pani. Tris opuścił miecz i bez wyjaśnienia schował go do pochwy.
– Chcę dowiedzieć się wszystkiego, co ty i Harrtuck wiecie o wojnie – stwierdził beznamiętnie; jego głos brzmiał czysto i mocno. – Przyjmę wszystko, czego możecie mnie nauczyć o szermierce. – Spojrzał w oczy swojego przyjaciela i wiedział już, że Soterius zrozumiał, jakiej zdrady się dopuszczają i jak wysoka jest stawka w tej grze. – Wiem, jakim królem będzie Jared. Muszę go powstrzymać.
Soterius pokiwał głową z powagą.
– Przypuszczałem, że dojdziesz do takiego wniosku – powiedział i ku zdumieniu Trisa przyklęknął na jedno kolano, składajac mu hołd. – Tak jak służyłem twemu ojcu, będę teraz służyć tobie. – Głos przyjaciela drżał z emocji. – Na Panią – przysiągł – pomogę ci zasiąść na tronie Margolanu, mój panie. – Kiedy podniósł wzrok na Trisa, w jego oczach błyszczały łzy. – Nie mogę pozwolić, aby ten potwór rządził krajem.
Oszołomiony Tris odzyskał głos dopiero po chwili.
– Dziękuję – wykrztusił, prosząc przyjaciela, by powstał z kolan. Przeszedł go dreszcz, gdy podmuch chłodnego nocnego wiatru wpadł przez pęknięte okno. – Zanim jednak zrobimy to wszystko – powiedział – może lepiej trochę się prześpimy, w przeciwnym razie nocne powietrze dokończy dzieła, którego – jak na razie – nie udało się dokonać Jaredowi.
Tris zdjął buty i całkowicie ubrany wyciągnął się na łóżku, zakopując się w rozliczne koce, niezrażony głośnym pochrapywaniem Harrtucka. Choć wątpił, aby obrazy ujrzane tego wieczora pozwoliły mu zasnąć, to jednak wyczerpanie zwyciężyło, uwalniając go od mrocznych wspomnień.
Rozdział trzeci
Stukająca na wietrze okiennica obudziła Trisa. Otworzył oczy i w tym momencie napłynęły do niego wspomnienia wydarzeń poprzedniej nocy. Usiadł półprzytomny, czując w obolałych mięśniach wczorajszą jazdę, i przyjrzał się pomieszczeniu. Pojedyncza okiennica zwisała na jednym połamanym zawiasie, łomocząc na wietrze. Ostre odłamki szkła wystawały ze zniszczonej ramy okiennej, a poranne słońce wpadało przez wielkie dziury w spalonym dachu. Jego łóżko było jedynie zbitymi wypłowiałymi deskami. Po przeciwległej stronie pokoju dostrzegł swoje odbicie w popękanym lustrze, zaśniedziałym od długiego działania żywiołów. Zaczął badać otoczenie zmysłami maga. Duchy, których obecność czuł tak silnie w nocy, zniknęły, tak jak i ta wszechogarniająca moc, którą wtedy wyczuł.
– Harrtuck, obudź się – powiedział. Gwardzista śpiący na ławie koło kominka odpowiedział chrapnięciem i przetoczył się na bok.
– Obudź się! – naciskał Tris i krzepki wojownik wreszcie oprzytomniał.
– Co? Och, Tris. Na Boginię, ale dobrze mi się spało – wymruczał, przeciągając się i przecierając oczy. Usiadł i zamarł.
– Co, na Święte Dziecię, tu się dzieje? – wychrypiał, rozglądając się po zniszczonym pomieszczeniu. Wtedy właśnie otworzyły się ze skrzypnięciem drzwi i do pokoju wszedł Soterius; na jego bladej twarzy malowało się oszołomienie. Zaraz za nim wszedł Carroway z oczami szeroko otwartymi ze strachu.
– Co, do diabła, stało się z gospodą? – spytał Soterius, rozglądając się po pokoju.
– Na dole jest tak samo? – zapytał Tris; wcale nie był zaskoczony, kiedy żołnierz skinął potakująco głową.
– Tak. A dzbanek i miska, z której korzystałem zeszłej nocy, leżą w kawałkach na podłodze, choć nie słyszałem, jak pękały.
– Popatrzcie tam. – Harrtuck wskazał na zniszczoną komodę. Leżały na niej cztery czyste, starannie złożone na kupce stroje podróżne, a obok nich stos płaszczy do jazdy w nieokreślonym brunatnym kolorze.
– Są prawdziwe – stwierdził Tris, przyjrzawszy się jednemu z płaszczy. – Bogini wie, że ich potrzebujemy.
Z dobytymi mieczami ruszyli ostrożnie po częściowo spalonych schodach do izby dla gości, gdzie zobaczyli zwęglone szczątki połamanych stołów. Ciężkie frontowe drzwi wisiały krzywo na zawiasach, a martwe liście fruwały po zniszczonym szynkwasie.
– Tam – powiedział Carroway, wskazując ręką. Na jednym z kilku stołów, które jeszcze stały, zobaczyli stos zapasów. Pakiecik sucharów oraz tyle suszonego mięsa i zapakowanego sera, że starczy im na tydzień, duży woreczek suszonych owoców i cztery nowe, pełne bukłaki. Obok bukłaków leżał mieszek srebrników, które zapewnią im strawę i schronienie przez dwa tygodnie.
– Spójrzcie na te monety – sapnął Harrtuck, gdy Tris wysypał zawartość sakiewki na dłoń. Wziął jedną z monet i podniósł ją do światła. – Spójrzcie na datę.
We wczesnym świetle poranka Tris dostrzegł datę wybitą pod wizerunkiem swego ojca. Datę sprzed dwudziestu lat.
Czterech mężczyzn bez słowa wymieniło spojrzenia. Strach wyzierał wyraźnie z oczu Carroway’a, a Soterius i Harrtuck ledwie maskowali swój niepokój. Nawet w Margolanie, gdzie duchy często poruszały się otwarcie wśród żywych, taki pokaz był czymś niezwykłym, niezależnie od tego, czy było to Święto Zmarłych, czy też nie. Tris w milczeniu rozważał decyzję, którą podjął zeszłej nocy, aby nie wspominać o prawdziwej naturze ich dobroczyńców, idąc powoli za pozostałymi do stajni. Jeśli powie im prawdę, czy nie będą zbyt przerażeni, by jechać dalej? Jeśli jednak będzie ukrywał, co jest w stanie zrobić i kim jest – a Pani wie, że sam nie był tego pewien – to będą za nim podążać karmieni kłamstwem. Stwierdził wreszcie, że mają prawo wiedzieć, jak wygląda prawda, choć myśl o tym, że stanie się przez to kimś obcym dla swoich towarzyszy, wpędziła go w jeszcze bardziej ponury nastrój.
Poczuli ulgę, przekonawszy się, że konie czekają tam, gdzie je zostawili.
– Oporządzono je i przykryto kocami – zauważył Soterius, podnosząc wzrok na częściowo nadpalony dach stajni i wyraźnie widoczne przez ziejące dziury niebo.
– Ano, napojono je też i nakarmiono – dodał Harrtuck, potrząsając głową. – Jak żyję, nigdy czegoś takiego nie widziałem. – Spojrzał na Trisa. – Wygląda na to, że te twoje pałacowe duchy czuwają nad tobą.
Tris właśnie na coś takiego czekał.
– Jestem wam winien przeprosiny – stwierdził, wytrzymując spojrzenie sceptycznie nastawionego Soteriusa. – Zeszłej nocy, kiedy dotarliśmy do gospody, zdałem sobie sprawę, że karczmarz jest duchem, jednak przysiegam na Panią, nie wiedziałem, że karczma jest w takim stanie – powiedział wskazując na walącą się ruinę. – Bałem się, że nie będziecie chcieli zostać tu na noc, jeśli będziecie o tym wiedzieli. Wyczuwałem, że duchy dobrze nam życzą. Wiedziałem, że będziemy bezpieczniejsi tutaj niż na gościńcu, ale nie byłem pewien, czy zdołam was o tym przekonać. Czy będziecie chcieli zostać... wiedząc, co potrafię.
Wziął głęboki oddech.
– Zawsze widziałem duchy, kiedy inni ich nie widzieli – mogłem z nimi rozmawiać, przywoływać je. Babka nauczyła mnie nieco magii.
– Jednak to, co wydarzyło się zeszłej nocy, zatrzymanie ducha Kait, wyczuwanie duchów poza pałacem, wskazuje, że widzę i rozpoznaję to, czego nie widziałem przedtem. Myślę, że babka nie powiedziała mi prawdy o tym, co potrafię. Nie znam siebie samego. I nie będę miał wam za złe, jeśli nie będziecie chcieli dalej ze mną jechać – dokończył z powagą.
– Jesteś Przywoływaczem Dusz – wyszeptał z podziwem w głosie Carroway. Choć miał oczy szeroko otwarte, to nie ze strachu, lecz ze zdumienia. – Powiadają, że każdy wielki mag ma swego następcę, aby przejął jego moc, kiedy mag umrze. W opowieściach ta moc czasami przechodzi na niego w chwili, gdy czarodziej umiera. Ale czasem... – jego głos rósł w siłę, gdy wciągał się w opowiadaną historię – potrzeba jakiegoś szoku, tragedii, aby ów dziedzic otworzył się na tę spuściznę.
Spojrzał na Trisa z rosnącym podnieceniem.


– Jesteś dziedzicem magii Bava K’aa – powiedział z nabożną czcią. – Jeśli Arontala to podejrzewa, będzie chciał twojej śmierci jeszcze bardziej niż Jared.
Tris dostrzegł sprzeczne uczucia w spojrzeniach dwóch żołnierzy. Słabo znał Harrtucka, lecz Soteriusa znał dobrze. Ban Soterius był pragmatycznym człowiekiem, przywykłym do radzeniem sobie z tym, co widział, czego dotykał i z czym mógł walczyć. Przyglądając się wewnętrznemu konfliktowi malującemu się na twarzy przyjaciela, Tris przypomniał sobie, że żołnierze znani byli z nieufności do magów. I wtedy ku jego zaskoczeniu Harrtuck powoli przyklęknął na jedno kolano, a w sekundę później uczynił to także Soterius.
– Nadal jesteś Martrisem Drayke – powiedział Harrtuck. – I nadal jesteś jedyną nadzieją Margolanu. Może Pani wie, że tylko mag zdoła wygrać z tym demonem w pałacu. Gdzie ty się udasz, tam i ja, panie.
– Tris – poprawił go książę, wciąż oszołomiony wydarzeniami tego poranka. – Po prostu Tris. – Uśmiechnął się smutno do przyjaciela. – Nie pozostało mi już nic, co pozwalałoby nazywać mnie „panem”.
– Nie mogę powiedzieć, żebym rozumiał magię czy choćby jej ufał – powiedział z wahaniem Soterius – ale ufam tobie. Możesz na mnie liczyć.
Zawstydzony, lecz z uczuciem ulgi, Tris podziękował przyjaciołom. Carroway skłonił się nisko, a potem wyprostował się i uścisnął Trisowi dłoń.
– Dziękuję wam wszystkim – powtórzył książę.
Harrtuck klepnął go po ramieniu.
– Zostaw to Bogini, Tris. Ona ma swoje sposoby.
– A my zobaczymy się z Nią wcześniej, niż byśmy chcieli, jeśli się stąd zaraz nie wyniesiemy – rzucił niecierpliwie Soterius. – Jedźmy, zanim będziemy mieć towarzystwo.



Czytaj również

Przywoływacz Dusz - Gail Z. Martin
To tylko kolejny koniec świata
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.