» Opowiadania » Przez Eden do Raju

Przez Eden do Raju


wersja do druku
Autor: Redakcja: Wojciech 'Wojteq' Popek

Strach to mrok. Ciemność. Słowem miejsce, gdzie nie sięga ludzki wzrok. Bóg dał nam uszy abyśmy słyszeli, skąd dochodzi Jego słowo. Dał nam oczy abyśmy widzieli piękno Jego świata. Dał nam rozum, abyśmy mogli odróżnić mrok własnej błędnej drogi od mroku wiekuistego...

Słuchał uważnie mszy, choć treść kazania była dla niego bez wyrazu, mimo, iż przesłanie homilii przebijało się przez grube deski lakierowanej trumny. Puste modlitwy obecnych ludzi paliły go żywym ogniem.

Człowiek boi się mroku, bo tak chciał Bóg. Albowiem wszystko, czego doświadczyć może człowiek na ziemi, pochodzi od Niego. Przyjmuje On wszystkie swe owce, nawet te nieprawe. Jemu chwała na wieki wieków!
Amen.


Dźwięk dzwonu przenikał na wskroś. Wibrujące brzmienie wbijało się bólem pod skórę z każdym nowym uderzeniem; cierpienie przychodziło falami, a każda nowa fala niosła za sobą następną, coraz bardziej bolesną. Widocznie piekło chce mnie pochłonąć, pomyślał w momencie największego nasilenia dźwięków. Niech tak będzie. Przekroczmy granicę piekieł.

Oby niebo nie zamknęło dla niego swych bram i dostąpił zbawienia! Wszystko, co istnieje, pochodzi od Boga i w nim szuka ratunku.

Pierwsze grudy zadudniły o wieko. Jakież to było przyjemne! Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. Połączenie z ziemią jest jedyną właściwą drogą. Dusza jest za ciężka, aby pomknąć w górę. Już wtedy wiedział, czym chce się stać. Jego sine powieki otworzyły się nagle. Leżał wsłuchany w dawno już zapomniane słowa modlitwy.

Ludzie wiedzieli, co zabiło tego nieszczęśnika. Jeszcze wczoraj, w tajemnicy przed księdzem wbito mu w piersi osinowy kołek. Czymże jest jednak drzewo dla sił przedwiecznych, zdolnych przywrócić do życia każdą istotę. Możliwe, że pochodziła od Boga.
Głowa wykręcona ku ziemi uwierała go coraz bardziej. Czysta głupota! Czyż nie można odwrócić się na plecy w trumnie?

Minął długi czas, zanim po raz pierwszy się poruszył. Nie wiedział, czy minęły dni, tygodnie, czy miesiące. Czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Powolne, pokraczne przesunięcie, jakby był to jego pierwszy ruch w życiu. Ale przecież to prawda. Nowe życie. Jego wybór. Pierwsze myśli, dziękczynne modły ku temu, co zdziałało cud. Pierwsze potrzeby.

Głód.

Lekkie z igiełki przyszły nie od żołądka, lecz rozchodziły się po całym ciele. Nie było to łaknienie człowiecze. Wydawało mu się, że nie będzie to na razie problemem. Mylił się. Głód ten był o stokroć razy większy niż ludzki - nie mogąc uśmiercać, przyprawiał o obłęd swoje ofiary. Ofiarą stał się ten, kto w porę nie zaspokoił straszliwej żądzy mordu.


***

Ziemia zaczęła drgać, z początku lekko pękając w miejscu usypanego kopczyka, aby wreszcie wybuchnąć ziarenkami czarnej gleby, osypującej się ciężko na boki. Nowe dziecko było wolne. Pierwsza myśl – pożywienie. Coś jednak nie pozwoliło mu wykonać żadnej czynności. Była pełnia, a blady blask księżyca padał na jego ciało. Siwy pysk, łapy. Pazury. Bóstwo było żądne należnego mu pokłonu. Wypełniało jego mózg nakazem wywołującym odrazę, lecz później okazało się rozkoszą. Zawył niewprawnie, wydał z siebie jedynie wysoki dźwięk. Przecież nikt nie nauczył go, jak poprawnie odpowiedzieć na ten odwieczny zew. Wycie zawsze oznaczało jedno słowo – matka.

Zdał sobie wreszcie sprawę, kim jest…
I warknął groźnie. Przecież wampiry nie wyją! Ale cóż on wiedział o wampirach? Znał je tylko z opowieści. Stał się wilkołakiem, w dziwny sposób nawet po śmierci. A może nie ma czegoś takiego, jak wilkołak? Może jest jednak wampirem, wolną istotą, nie oddającą hołdu nikomu i niczemu. Nie zniósłby takiego upokorzenia...

Moja matko! Pragnę cię kochać i widzieć wiecznie tylko ciebie! A gdzież są moi bracia?

Siła płynąca od bladej tarczy księżyca rozpływała się po jego całym ciele. Poczuł, że teraz właśnie wypełnia się wola matki.
Bóstwo nie odpowiadało.
Zawył przeciągle. Tym razem wyszło mu dużo lepiej.
Znów odczuł głód. Bóstwo wołało o mord.


***

Pierwszą ofiarą padły szczury. Połknął je w całości. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy z tego, co robi, że pożywia się nędznymi istotami. Czuł i przeklinał w duchu ssanie w trzewiach, które pchało go do działania. Rozkoszował się pierwszym posiłkiem bezrozumnie, nie myślał racjonalnie, choć przebłyski świadomości nie dawały mu spokoju. Czasem chciał wyrzucić szczura jak najdalej od siebie, ale zaraz instynkt przywoływał nieopisane łaknienie i zmuszał go, by zapominał o człowieczeństwie zupełnie, jakby urodził się już bez żadnych ograniczeń - jego zachowanie przywodziło na myśl psy włóczące się wtedy po cmentarzu wąskimi uliczkami, śpiące przy zardzewiałych i bezużytecznych bramach. Ich monotonne życie i wieczne poszukiwania padliny przywoływałyby najstraszliwsze wspomnienia w każdym z ludzi...Jednak nie u zwierząt.

Mrok nocy rzedł już, aby wydać nowy dzień. Wilkołak stał na wzgórzu, wpatrzony w jaśniejącą stronę horyzontu; czekał na znaną mu dobrze z opowieści przemianę. Gdy pierwsze promienie słoneczne rozświetliły bladym blaskiem pobliski las, cmentarz i wzgórze odosobnionej mogiły wilkołaka, sprężył wszystkie mięśnie, wpił pazury w świeżą trawę i czekał. Ogrzewcze promyki przepłynęły od przednich łap do głowy, dalej, do tułowia aż objęły go całego i wynurzyły z mroku ziemny grób. Nic się jednak nie stało. Trwał tak jeszcze w gotowości długie minuty, aż wreszcie przekonany już do końca, że jego nadzieje nie ziszczą się, wydał przeraźliwy ryk cierpiącego zwierzęcia. Ludzie mieszkający w okolicy stali się od pogrzebu czujniejsi, bojaźliwsi i jakby ze strachem i niechęcią spoglądali w stronę cmentarza. Tam zaś, rozsierdzony zawodem dziki już teraz wilkołak, anomalia, pierwsze takie monstrum, którego nie pamiętali nawet najstarsi ludzie, czekało na sąd boży, zaniechawszy wszelkich pragnień. Jego ciało zaczęło dygotać, ślina toczyła się z pyska, wreszcie krótkie szczekniecie wyrwało się z jego gardzieli i oszalały z wściekłości, pomknął w las.


***

Tamta noc nie różniła się od innych. Wracał jak zwykle z karczmy, w towarzystwie panien wątpliwego pochodzenia, jak zwykle – nietrzeźwy. W jego oczach błyskały skry, gdy prawił swym towarzyszkom komplementy, a one za każdym razem wybuchały perlistym śmiechem. Wtedy czuł się panem życia, był pewien, że to co robi, jest dobre, a on sam w niczym nie zawinił. Zło zaczynało się, gdy wierzyciele upominali się o pieniądze, które pożyczył na alkohol i towarzystwo, gdy żona z dziećmi płakali, aby kupił choć trochę chleba. Kobieta błagała na kolanach, a po nocach modliła się za niego. Chcąc pozbyć się zła bił ją i wyzywał od najgorszych, aby w następny wieczór znów pić. Właściwie to nie była jego wina, że miał słabą wolę – wódka zniszczyła go doszczętnie. Jego mózg nie działał jak należy i może dlatego nie bronił się, gdy jakiś nieznany mu bliżej osobnik wgryzł się w jego szyję. Oniemiały z zachwytu i sparaliżowany bólem zemdlał, aby już się nie obudzić. Miał piękne sny, w których widział siebie, jako wreszcie wolnego od doczesnych problemów wampira. Alkoholem miała się stać krew, rozkoszą – zabijanie.


***

Las był najgorszym schronieniem na jakie się zdecydował. Odgłosy tego naturalnego świata, aura i żyjące w nim stworzenia nie dawały wilkołakowi spokoju. Wciąż czuł się nieswojo i odmiennie, bo przecież nie pasował do nich, był czymś więcej i jednocześnie nie wyobrażał sobie życia gdzie indziej. Coś go tam przyciągało... Gdy spoglądał czasem na swe odbicie w tafli wody podziwiał naturę, która tak straszliwie spełniała zachcianki swoich potomnych. Kły! Pazury! Wreszcie sierść... Nie czuł się już niczym więcej niż zwykły wilk. Z nimi jednymi mógł teraz żyć.
Inne potwory go nie interesowały. Nie spotkał nigdy żadnych leśnych ani rzecznych upiorów, nie znajdując nikogo na swoim poziomie. Nigdy nie spotkał też wampira ani innego wilkołaka. Wciąż pogrążony w rozmyślaniach poczuł się pewnym, że teraz, gdyby miał wybór, nie zrobiłby tego samego drugi raz. Może nawet zaopiekowałby się żoną...
A gdyby nastąpił kres jego dni i kres wszystkiego... czy mógłby powiedzieć, co tak naprawdę próbował osiągnąć?

Strzeżcie się bestii, jaką jest szatańska pycha, abyście sami nie stali się godnymi pogardy...

Futro powoli stawało dęba, kły łyskały białym blaskiem. Ruchy wilkołaka były teraz żywsze, a ciało prężniejsze; oczy zaiskrzyły zielonym światłem w ciemności. To instynkt wyprzedzał mózg.

Teraz dopiero go poczuł. Może starał się zapomnieć, może chciał o nim nie myśleć i umrzeć. Coś jednak pchało go do przodu, coś nakazywało żyć.
Ten wielki, wszechobecny głód.
Skowyt dało się słyszeć na wiele mil, żadne zwierzę jednak się nie spłoszyło. Jakby od pierwszego dnia stworzenia wszystko, co żyje, miało zakodowany instynktowny szacunek przed wilkołakiem wychodzącym na łowy. Strach przed wilkołakiem, który właśnie wychodził na łowy.


***

Noc była ciemna i cicha. Za cicha. W każdym listku, w każdym kamieniu i w każdej cząsteczce lasu czuło się zatęchły odór nadchodzącego mordu. Wszystko, co tylko mogło, skryło się w swoich odwiecznych kryjówkach, czekając na rozwój wydarzeń i zbawienny, blady świt. Tylko księżyc pozostał na swoim miejscu, nieubłaganie mieniąc się bladym światłem swej pełnej, okrągłej tarczy.
Przeciągłe, wibrujące wycie wilkołaka rozległo się gdzieś blisko. Bardzo blisko.

Mężczyzna stanął jak wryty, bacznie nasłuchując. Słuch miał świetny, nic mu nie można mu było zarzucić, jednak nie jak na standardy leśnego świata. Kilof śmiałka, któremu widać za mało było dnia na kopanie lub może właśnie w nocy czuł się najbezpieczniej, powędrował w górę, gdy podniosło go silne ramię. Stał tak przez chwilę w zupełnej ciszy zwarty i wyczekujący. Nie wiadomo, dlaczego po chwili opuścił kilof. Może sądził, że nie słysząc niczego podejrzanego żadne zwierzę nie ma ochoty na posmakowanie jego mięsa; być może myślał, że dzień w dzień kopiąc tu stał się częścią tego upiornego społeczeństwa. Jednak żaden człowiek nie mógł czuć się bezpiecznie w tym lesie. A już na pewno nie w czasie pełni.

Wilki potrafią poruszać się bezszelestnie... wkrótce bestia stała już na granicy słabego światła latarki. Ona pasowała tu perfekcyjnie; to miejsce było częścią jej, a ona nieodzownym kawałkiem układanki, zwanej mrokiem. Mrok to strach. Każdy człowiek ma zapisane w genach, aby bać się ciemności. Żaden z tych, którzy się tego wypierają, nie mówi prawdy. Każdy boi się ciemności. To pierworodny grzech człowieka. Zwierzęta żyją w mroku. Jednak ludzie tego nie potrafią - już nie...
Noc nie przerażała tego hardego człowieka. Noc, z której nie dało się wyodrębnić niczego innego, była tylko czekaniem na dzień.

Nie bez powodu jednak wilki mają zielone oczy.

Coś wprawiło tego mężczyznę w monotonną pracę kilofem; powtarzające się ciągle czynności - wzniesienie ramienia, szybki zamach i uderzenie. Na początku nie dostrzegał zielonego koloru migającego przed nim na tej samej wysokości. Nie widział lub nie chciał widzieć. Potem jednak, może ze zmęczenia, coraz dłużej w jego oczach odbijał się kolor zielony. Wreszcie, gdy jego życie dobiegało końca, widział już tylko wypełniającą wszystko zieleń...

Siedział nieporuszenie. Kilof przestał wreszcie pracować. To był znak końca tej potępieńczej czynności. Wilkołak uśmiechnął się smutno.


***

Mimo wszystko chciał umrzeć. Gdy biegł przez polanę, nie czuł wiatru mile mierzwiącego futro; jego grzbietu nie grzało słońce ani nie ziębił mróz. Był właśnie taki, jaki miał być. Nie taki, jakim chciał się stać. To wszystko było jak żart Boga, straszliwa i okrutna kpina. Człowiek i zwierzę. Wilk. Tak, zwierzę. Na dodatek głodne. Nędzne i żarłoczne...ślinotok...tępa żądza...głuchy charkot...

Drżyjcie. Mówi do was pan wszystkich zmysłów, istot i mocy... jest jeden Pan, zaprawdę drżyjcie przed nim i przeklinajcie... drżyjcie i przeklinajcie... oto moja parszywa ewangelia. Amen.

Głód...nigdy więcej. Podstawa świadomości ukazuje wyjście. Ta ludzka świadomość. Jakże żywa jeszcze...

Fałszywym prorokiem jest każdy, kto bawi się w Boga...

Sto metrów do końca, potem urwisko, a dalej - nawet on nie wie, co jest dalej. Im prędzej to sobie uświadomił, tym lepiej.
Długie i silne łapy rozpędziły ciało do granic możliwości, uszy leżały płasko na głowie, myśli pędziły w dół...
Lot był krótki, a uderzenie tak silne, że nie usłyszał nawet chrupnięcia kości.


***

Nie wiedział, co tak bardzo chciało jego życia.
Otworzył oczy. Ociężały budził się jakby z długiego snu; wszystkie mięśnie miał skostniałe, kończyny zimne. Futro delikatnie muskał wiatr.
Na dnie rozpadliny leżał wilk. Żywy.
Gdyby teraz nadchodził koniec świata, czy coś by to zmieniło...

Nie wiedział jakim cudem i dlaczego był cały; łapy nie straciły dawnej siły, pazury pozostały na swoim miejscu, ostre i mocne. Podniósł się i rozejrzał. Jego futro zlepione było zatęchłym szlamem bagna, do którego wpadł. Mokradła ciągnęły się daleko, aż do ledwie widocznej linii lasu. Chwiejnym krokiem wyszedł na brzeg. Poczuł się tak, jakby nie dotykał ziemi od długiego czasu, jakby robił to pierwszy raz... w życiu? Pierwszy głód. Bał się go jak nigdy dotąd, jakby jeszcze nie wiedział, co go czeka. Pierwsze ukłucia... lekkie. Da się wytrzymać. W oddali zobaczył bacznie przypatrująca się mu sarnę. Przyjdzie i na to czas. Teraz czuł, ze musi wypocząć. Zaszył się w śmierdzących bagniskiem przybrzeżnych chaszczach. Nic więcej, jak dla wilkołaka.

Wiedział, gdzie ma się udać. Głęboko w lesie na małej polance, stała samotna kapliczka, Jezus na Krzyżu. Złożyć pokłon; hołd Bogu, który potrafi zdziałać cuda.
Jego ogrom poraził wilkołaka i zdjął strachem. Światłość i wielkość spływała w kolejnych falach zrozumienia. Jest jeden Bóg. Skowyczał tam jeszcze długo zanim nie zrozumiał ostatnich wydarzeń zupełnie.
Dziękuję.

Proszę. Niech to będzie mój dar.

Odwrócił się błyskawicznie, zdezorientowany. Na skraju lasu dojrzał jedynie kilka małych, białych przedmiotów. Piór.

Czy to czas na sen czy na posiłek; a może to pora na zabawę lub szloch?
Nie. To czas na konkluzję. Rachunek sumienia. Nie znacie dnia ani godziny...


Miotał się przez chwilę szukając źródła głosu. Nie mógł znaleźć konkretnego punktu. Słowa rozbrzmiewały w jego głowie.
Lecz mówiła istota materialna, którą znalazł w końcu ponad Jezusem Ukrzyżowanym. Być może wcześniej jej nie zauważył, może nie było dane mu jej widzieć...teraz rozpoznawał wyraźnie sylwetkę z dawnych opowieści.

Tak. Jestem boskim posłańcem. Jakbyś ty to nazwał – aniołem.


***

Kim był ten, kto mnie ukąsił? Kto dał mi ten dar? To przekleństwo? Czemu istota, która powinna być martwa, jest skazana na życie? Wreszcie – kim ja w ogóle jestem?!

Zielony matecznik, dom i schronienie wilkołaka stał się dla niego dziwny jak nigdy dotąd; odpychał go od wszystkiego, co z niego pochodziło. Od zwierząt.

Jestem słaby.
Dlaczego nic nigdy nie może być dla mnie jasne? Chcę umrzeć. Nic więcej. Dlaczego? Dlaczego?! Dlaczego?!!
Jesteś słaby.
Głos spłynął niespodziewanie z góry, wypełniając stopniowo cały mózg.
Jesteś słaby. Jesteś słaby. Jesteś słaby.


- Tego daru nigdy nie uzyska człowiek prawy. Dobra już wystarczy na świecie. Ty będziesz drugą szalą wagi – głos anioła brzmiał tak czysto, że wilkołakowi wydało się, iż nadal dochodzi tylko do jego mózgu. Jednak posłaniec poruszał ustami.
- Ześlij mi śmierć.
- Jesteś słaby. Jak inni. Zabiłeś człowieka. To pokazało ostatecznie, że możesz dać początek.
- Początek czego?
- Ulegniesz teraz przemianie...

Nagły i rozdzierający ból przeszył go na wskroś, jeżąc futro. Wczepił pazury mocno w ziemię. Z gardła wydał jedynie urwane szczeknięcie... Sierść wypadała jak ścięta nożycami, pazury stopniowo i w agonicznym bólu przemieniały się i nabierały znajomego niegdyś kształtu...

Wreszcie spocony i rozdygotany, wstał i oparł się o drzewo. Nigdy wcześniej nie uległ przemianie i tak wielkiemu cierpieniu.
Nowe życie rodzi się w bólu...
Był człowiekiem. Miał nadzieję, że nie będzie to oznaczało kolejnego przekleństwa. Spojrzał z wyrzutem na uśmiechającą się smutno postać.
- Tak, pierwszy wilkołak od 100 tysięcy lat. I tak okrutny, tak butny - zupełnie jak człowiek.
- Jak to: pierwszy?! A dawne legendy?! – zaczął krzyczeć niemal doprowadzony do płaczu.
- Nigdy nie wierz legendom. Gdyby ci, którzy je głoszą wiedzieli, o kim mówią...
- O straszliwych ale i pięknych stworzeniach. – powiedział z dumą.
- Straszliwych tak, na pewno straszliwych. I wyjątkowo egoistycznych. Ale czy pięknych... nie sądzę, aby coś pięknego było w waszej misji.
- Jakiej misji? Przestań ze mną igrać!
- W misji zwanej ludzkość. Wy jesteście jedynymi spadkobiercami dawnej
nienawiści. Ty jesteś. Nic więcej już nie ma.
- A wampiry?
- Wampiry? Brednie. Zwykła bajka. Czy nie zauważyłeś ostatnio jakichś zmian? Może coś w lesie przybyło, a może czegoś ubyło. Może coś stało się z tobą?
Pamiętał jedynie myśli samobójcze. I nic nie znaczący świat.
- No właśnie. Wtedy, gdy Bóg postanawia się unicestwić...
- Co wtedy?
- Wtedy pojawia się siła niezrozumiała nawet dla Niego. Siła stwórcza. Zawsze ze śmierci Boga rodzi się człowiek. I nikt nie wie, kto to zapoczątkował.
- Chcesz powiedzieć, że...
- Chcę powiedzieć, że ty nie możesz się zabić.
- To ty mnie wtedy uratowałeś...
- Musisz żyć. To ciebie on wybrał na swoja ofiarę. Ten, który zawsze zła pragnąc, zawsze czyni dobro. Bo musi być zachowana równowaga. Jeśli szatan stworzył kogoś na swoje podobieństwo, a jego twór dopuści się zbrodni na człowieku, równowaga nie zachwieje się. A w nowym tworze będzie i dobro i zło. Jesteś skazany. Na człowieczeństwo.
- Powiedź mi chociaż, co teraz będzie?
- Apokalipsa.


***

Koniec świata nie zawsze oznacza zło. Bo gdy on się skończy, inny się zacznie. Nowy ład, nowy porządek, nowe życie...

Przemiana nadeszła znów gwałtownie i niespodziewanie. Nie wierzył już w śmierć. Coś go jeszcze trzymało przy życiu. Nienawiść.

Skazany! Skazany! Skazany!
Nigdy ci tego nie zapomnę!


Z jego nienawiści narodziła się istota jemu przeciwstawna, ale odwiecznie dążąca z nim do jedności. Kobieta.
Stała obok. Zaczęła się łasić.

Kocham...
Nowe życie wkrótce będzie poczęte. Ludzie w tej erze będą pochodzić od wilka. Era wilka. Hm... Brzmi znajomo. Nie będą to zbyt spokojne czasy.
Gdyby tylko mógł to zrozumieć...
Nie byłby chyba wybrany na dawcę nowego życia. Wciąż tkwi w nim dobro...
Obyś miała rację, Kobieto. Obyś ją miała...



***

Koniec nadszedł o zachodzie słońca. Żadnego sądu. Żadnego zmartwychwstania. Błysk, krzyk, trochę strachu. Początek wstał o świcie.


***

Zbudziła ich lekka woń poranka. Na pozór nie różnił się od setek innych poranków. Mimo wszystko był jednak inny. Pierwszy. Dookoła rozciągały się równiny, po nich góry, za nimi morza. Ziemia. Pachniało wiosną.
- Trzeba będzie zacząć uprawiać glebę. Ono musi mieć co jeść. – kobieta wskazała na swój brzuch. – Okoliczna gleba jest chyba dogodna?
- Doskonała. – odparł Mężczyzna golący prymitywnym narzędziem ostatnie twarde i długie włosy na twarzy. Nie wiedział, po czym są pozostałością. Pazury tez obciął. Kobieta swoje zachowała. Może to jakaś pamiątka, może mają jej o czymś przypominać...

Komentarze


~fhnxf

Użytkownik niezarejestrowany
    xcgfjnxf
Ocena:
0
fdhudtr
31-08-2007 17:31

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.