» Blog » Przestrzeń to ocean, planety to lotniskowce
11-12-2012 00:34

Przestrzeń to ocean, planety to lotniskowce

W działach: rpg, Fanboj i Życie, Wredni Ludzie | Odsłony: 61

Jakiś czas temu zauważyłem, że pisanie notki na podobny temat w krótkim odstępie czasu jest złym pomysłem. Ludzie bowiem szybko nudzą się tematyką. Skoro jednak zostałem poproszony, żeby rozszerzyć myśl, to czemu nie?


Butthurt: Śnieg na Dagobath (merytoryczna treść notki zaczyna się od następnego śródtytułu)


Przypomnijmy: Kilka dni temu opublikowałem na Polterze notkę pod tytułem Przestrzeń to ocean, planety to wyspy. Notka spotkała się z całkiem sporym odzewem oraz została polecona przez ponad 30 użytkowników oraz zaowocowała większą ilością komentarzy, w tym kilku polemicznymi autorstwa, jak się potem okazało Zigzaka. Jako, że ostatnia próba dyskusji podjęta przez Zigzaka na tym blogu skończyła się tym, że pisałem do moderacji skargę, w której wyliczyłem kilkadziesiąt przypadków przekroczenia regulaminu przez wymienionego użytkownika (i to tylko w tej jednej dyskusji) tym razem postanowiłem być mądrzejszy i zablokować mu możliwość pisania, zanim zacznie obrażać innych moich czytelników.


W efekcie Zigzak napisał na swoim blogu notkę pod tytułem Pocztówka z Dagobath. Początkowo nie miałem zamiaru na nią odpowiadać. Jednak analizując na zimno zauważyłem dwa ciekawe fakty A) tekst ten ma się do mojej notki jak pięść do nosa B) Zigzak sam podstawił sobie nogę.


Spójrzmy więc:


Na czym skupia się Zegarmistrz

Na czym skupia się Zigzak

- lokacje jednego typu są monotonne

- bo w zasadzie w każdej można poprowadzić podobne przygody

- żeby uniknąć nudy należy tworzyć je na zasadzie kontrastów

- tak, żeby każda miała indywidualny klimat

- różnice nie mogą oparte być tylko na krajobrazie

- muszą zawierać się w warstwie społeczno-ekonomiczno-polityczno-kulturowej

- bo to właśnie ta warstwa jest najczęściej używana w fabule

- różnice muszą być kontrastowe

- bo rodzi to konflikty, które są motorem fabuły

- monoklimat lokacji jest dopuszczalny lub nawet pożądany

- sprawia bowiem, że mają czytelny charakter

- zarzut, że to nierealistyczne jest bez sensu

- po pierwsze: to jest gra, więc pewne uproszczenia są dopuszczalne

- po drugie: argument o Nędzy Historycyzmu

- po trzecie: nie takie rzeczy się na naszej planecie wyprawiały

- po czwarte: kontrasty zdarzają się też w świecie przyrody

- na koniec Zegarmistrz jako przykład rozpisuje się Wojnach Włoskich

- monoklimat lokacji to ZŁO!

- na Ziemi panują różne warunki pogodowe!

- raz jest deszcz, raz śnieg, a ras świeci słońce

- na równiku jest dżungla

- na zwrotniku pustynia

- na biegunach czapy lodowe

- pośrodku klimat przejściowy

- większą część planety pokryta jest morzem

- logika pokazuje, że na innych planetach też powinny panować różne warunki atmosferyczne

- więc jaki monoklimat do diabła?

- pytam ja się ciebie: jak wygląda biegun na Tatooine?


A ja się pytam: co ma piernik do wiatraka?


Bo sytuacja dla mnie wydaje się jasna: Zigzak nie przeczytał, o co chodzi (co nie zdarza mu się pierwszy raz), ale zabrał głos w dyskusji z pewnością eksperta. Powody takiego postępowania (będącego w wypadku tego usera raczej normą niż wyjątkiem) dla mnie jasne. Być może stracę tym szacunek części czytelników, ale pozwolę je sobie nazwać po imieniu. to:

- brak wychowania

- zarozumialstwo

- i narcyzm.


Naprawdę, nie widzę powodów, żeby dyskutować z człowiekiem, który wykazuje choć jedną z tych cech (a co dopiero z takim, który posiada cały zestaw).


Nie widzę też przyczyn, by bronić nie swoich tez i poglądów, które ktoś wkłada mi w usta.


Nie zmienia to faktu, że Zigzak wymyślił całkiem fajny temat!


Od jakiegoś czasu chciałem nawet coś napisać o planetach-sferach klimatycznych, jednak nie miałem pomysłu co. Tak naprawdę dopiero Zigzak, zupełnie niechcący podsunął mi, co by tu o nich wypocić mądrego. Widzicie: w ogromnej ilości mediów widzimy bardzo podobne do ziemskiego światy, które różnią się jednak tym, że o ile u nas jest sfer klimatycznych od groma, tak tam zawsze jest ino jedna. Tak było np. w serii Master of Orion, Star Wars, StarTreku, tysięcach gier strategicznych, powieści i RPG.

-Dlaczego tak jest? - zastanawiałem się. - Dlaczego każda planeta, to w zasadzie maleńki kawałek ziemskiej biosfery...


Zgodzę się z Zigzakiem co do jednego: z punktu widzenia realizmu świata jest to bez sensu.


Zacznijmy od tego, że wszystko wskazuje na to, że planety posiadające życie we wszechświecie ekstremalnie rzadkie. Co więcej: planety nadające się do ewentualnej terraformacji, leżące wstrefach ekologicznychgwiazd prawdopodobnie również nie częste, a te, które tam mogą być bardzo nieprzyjemne do życia z innych powodów. Np. może być na nich tak fajnie, jak na Wenus.


Po drugie: nawet, jeśli takich światów byłoby jak makiem zasiał, to bez sensu jest, żeby takie planety miały tylko jedną strefę klimatyczną. Serio. Nawet na światach pustynnych na logikę powinny znajdować się czapy lodowe, a na planetach typu tundrowego strefy równikowe. Owszem, może nie rosłyby tam palmy, ale może chociaż świerki? Co więcej: 75% powierzchni naszej planety pokrywa woda. Gdyby jednak nasz świat morza pokrywała jedynie w 50 albo 40 procentach, albo zamiast kiku kontynentów był na niej jeden, gigantyczny superkontynent (jak 180 milionów lat temu) to w efekcie powstałyby na niej gigantyczne pustynie, ogromne obszary wodne, a do tego kilka przejściowych stref klimatycznych.


Dlaczego więc w fikcji jest inaczej?


1) Kwik rzeczywistości


Zacznijmy od jednej rzeczy: jeśli już patrzymy na sprawę realistycznie, to niestety okazuje się, że przestrzeń kosmiczna to okropnie nudne miejsce. Ciągnie się parsekami i dosłownie nie ma w niej nic. Nawet, jeśli znajdzie się w niej jakieś ciało niebieskie, to istnieją ogromne szanse, że jest to coś, co zabije nas na kilkanaście sposobów w momencie, gdy tylko opuścimy statek kosmiczny. Serio. Powierzchnia Marsa czy Księżyca to całkiem przyjazne miejsce w porównaniu z - powiedzmy - powierzchnią Wenus, Neptuna, Merkurego czy Młodą Ziemią z okresu Hadeiku (generalnie naszą planetę pokrywała wówczas roztopiona magma, a atmosferę wypełniał trujący gaz), a naprawdę to jeszcze nie jest najgorsze, co kosmos ma do powiedzenia... Prawda niestety jest taka, że najpewniej ogromna ilość planet, które istnieją w naszej galaktyce zaoferuje nam na dzień dobry możliwość utonięcia w morzu magmy / kwasu / ciekłego azotu, śmierci na skutek promieniowania, a do tego jednocześnie zmiażdży, otruje i ugotuje nas żywcem swoją atmosferą.


Superciężkie do życia planety z fikcji, w rodzaju Diuny czy Salusa Secundus to w porównaniu z tym, co istnieje rzeczywiście miejsca megaprzyjazne.


Jeśli mają osiedlać się nań ludzie, to żyć będą mogli:

- w habitatach na orbicie

- pod ziemią

- w miastach-kopułach


Cała reszta planety natomiast nie będzie nadawać się ani pod zasiedlenie, ani do użycia w grze RPG. Kto tam wyjdzie, ten zginie, więc nikt wychodzić nie będzie. Ewentualnie, jeśli mamy do czynienia z czymś w rodzaju Marsa: kto wyjdzie na zewnątrz, ten będzie musiał wrócić zanim się ściemni, bo skończy mu się tlen. Czyli jakaś przydatność fabularna już jest. Podobnie w mieście kopule / podziemnym / orbitalnym etc. można stworzyć pewną paletę wydarzeń i przygód. Daje nam to pełną ofertę scenariuszy miejskich oraz materiał dla różnych, dystopijnych wizji: slumsy, nieporządek, opresyjny rząd, spekulacje na cenach gruntów (miejsca pod kopułą nie robi się więcej), złych korporacjach zarabiających na produkcji tlenu czy innych pozwoleniach na prokreacje i posiadanie potomstwa.


Problem polega na tym, że robimy spaceoperę. Ile w naszym settingu możemy umieścić dystopijnych planet zabudowanych dystopijnymi miastami różniących się tak naprawdę zestawem śmierci serwowanej nam po wyjściu z miasta-kopuły (i być może rodzajem lokalnego totalitaryzmu), zanim zrobią się one nudne?


2) Potrzeby medium


Druga rzecz, to reguły dziedziny sztuki, z jaką akurat mamy do czynienia. Każda ma niestety inną. Tak więc:


- Film to głównie obraz. Ważne jest więc to, żeby w kadrze znajdował się jakiś ładny obrazek, z możliwie charakterystycznym widokiem, który oddawałby naturę danego miejsca.

- Gry strategiczne i ekonomiczne wymagają miejsc o zróżnicowanych parametrach, powodujących, że inaczej się nimi rządzi. Tak więc w Master of Orion muszą być światy produkujące żywność i takie bogate w minerały albo dające premie do nauki albo inne...

- Gry RPG tworzone przez Mistrzów Gry. Muszą owym mistrzom dostarczyć inspiracji do scenariuszy. Wymagane jest więc, żeby przedstawić w nich jak najwięcej, jak najciekawszych i pozwalających na zróżnicowane przygody lokacji.

- Generalnie chyba wszystkie media bazują na jakiegoś rodzaju konflikcie lub sytuacji dramatycznej. Niestety tak się składa, że na liście 36 Sytuacji Dramatycznych George Poltiego (oraz na większości innych tego typu list) walka człowiek vs. natura stanowi mniejszość. Większość stanowią sytuacje Człowiek vs. Człowiek. Tak więc, by do sytuacji dramatycznej mogło dojść konieczne jest środowisko, w którym ludzie mogliby istnieć bez ryzykowania natychmiastowego unicestwienia. Czyli ziemskie.


Przykład z Blue Planet


W komentarzach (i bodajrze swoim tekście) Zigzak rzucił przykładem systemu Science Fiction, w którym istnieją dobrze opisane planety, wychodzące poza schemat planet-sfer klimatycznych. Ja ze swej strony mógłbym dodać podobną grę komputerową: Sid's Meier Alpha Centauri.


Argument z Blue Planet cierpi jednak na ten sam problem, co większość argumentów używanych przez Zigzaka: ma się jak pięść do nosa do tematu dyskusji. Niestety, Zigzak lubi rzucić jakimś sloganem, który często traktuje jak prawo natury, a który tak naprawdę służy jedynie do mącenia w głowie gorzej orientującym się w temacie widzom i współdyskutantom. Nie inaczej jest w wypadku Blue Planet.


Blue Planet to system opowiadający o kolonizacji POJEDYNCZEJ planety. Nie ma w nim podróży międzygwiezdnych etc. więc zjawisko Planet-Sfer Klimatycznych w nim nie zachodzi, bo nie ma prawa wystąpić. Zwyczajnie: jak jest jedna planeta, to jak mamy oczekiwać, że będzie ich opisanych kilkanaście, każda po łebkach?


Równie trafnym przykładem byłoby powołanie się na Forgotten Realms albo Greyhawk. W końcu to też planety! I to bardzo dokładnie opisane! I razem tworzą wspólne uniwersum, między którym można wędrować!



3) To uniwersum nazywa się Gwiezdne Wojny, a nie Odkrywcy Nowych Światów


Kolejna rzecz, na którą należy zwrócić bezwględnie uwagę jest tematyka dzieł kulturowych, które wykorzystują monoklimatyczne planety. Otóż: niezależnie czy będą to gry strategiczne, (Master of Orion, Galactic Civilization, Endless Space), ekonomiczne i symulatory, filmy w rodzaju Gwiezdnych Wojen, seriale typu Startrek czy Firefly albo pewnie z połowa książek mamy do czynienia z tak zwaną space operą. Dzieła te natomiast opowiadają o kosmicznych rycerzach, kapitanach, kupcach, kowbojach, odkrywcach i przemytnikach podróżujących między planetami i prowadzących wojny / interesy / badania / politykę.


Liczy się budowanie międzygwiezdnego imperium, sieci handlowo-produkcyjnej, walka z wrogiem, kosmiczne bitwy, zdobywanie władzy w systemach, podróże i wydarzenia mające miejsce w ich trakcie. Planety tu istotne o tyle, że to kropki na mapie, do których można przybić, zwerbować w nich żołnierzy, uzupełnić słodką wodę i rum oraz zapełnić ładownie czymś, co można sprzedać gdzieś indziej.


Na dobrą sprawę nie spędza się na nich wiele czasu, tylko leci dalej.


Tak naprawdę to mogą one posiadać własną, skomplikowaną politykę, ekosystem i inne takie, które jednak nie odgrywają wielkiego znaczenia, chyba, że Gwiezdny Kupiec akurat pójdzie do zoo / zostanie zaproszony na safarii / spadnie skarlakowi na głowę / jego statek wysadzą lokalni ekstremiści / lokalne gigarobaki robią bardzo cenne kupy... Powód jest prosty: te gry / filmy / książki nie o tym, jak kształtuje się klimat na obcych planetach. One o tym, jak kosmiczne floty dokonują hiperskoków do nieprzyjaznych układów, jak dzielni gwiezdni rycerze i marines leją się z kosmicznymi antypaladynami i SS. Tak naprawdę galaktycznego dyktatora zapewne nie obchodzi to, jakie strefy klimatyczne ma na podbitych planetach, a bardziej to, czy dostaje z nich daninę. Tak samo gwiezdnego kowboja obchodzić będzie bardziej to, z kim ma się spotkać o godzinie 12 na głównej ulicy czy też kosmicznego kupca, co tu może kupić.


W tej sytuacji uproszczenia jak najbardziej dopuszczalne.


Tu liczą się podróże i statki kosmiczne, a nie to, co jest niżej.


Inna rzecz, że monoklimatyczność można racjonalizować faktem, że odwiedzający poszczególne planety gwiezdni podróżnicy zapewne nie oglądają całej planety, tak samo, jak załogi statków morskich nie zwiedzają całego kraju, do którego przybijają, ale jedynie swój port docelowy. Zaraz za nim może znajdować się wiele, ciekawych rzeczy, które jednak uciekają ich wzrokowi.

 

Czy dałoby się to poprowadzić na pacyfiku?

 

Głupie pytanie.

 

Oczywiście, że by się nie dało. Wtedy nie byłoby hiperskoków w nadprzestrzeń i laserów.

 

PS.  Posty dla niezalogowanych są wyłączone. To jednorazowa praktyka.

PS2. Zigzak, twoje z kolei wpisy skasuje, jak wrócę z pracy.

Komentarze


Kamulec
   
Ocena:
+3
Tylko komentarzy zigzaka nie zapomnij na bieżąco czyścić.

PS: z Twojej tabelki wynika, że jednak zachodzi korelacja tematyki Waszych wypowiedzi.
11-12-2012 03:01
Indoctrine
   
Ocena:
+2
"Zacznijmy od tego, że wszystko wskazuje na to, że planety posiadające życie są we wszechświecie ekstremalnie rzadkie."

Nic na to nie wskazuje. Ani na tezę przeciwną. Nie mamy na razie materiału badawczego do tak pogłębionej analizy. Równie dobrze co trzeci system może mieć ziemiopodobne planety na bioorbicie.

Przykład Zigzaka dotyczący Blue Planet, jak słusznie zauważył Zegarmistrz, jest nieadekwatny ze względu właśnie na to, że to ta jedna planeta jest w centrum uwagi. Łatwo opisać dobrze i różnorodnie jeden świat. Co innego gdy mamy ich masę.
To, że wyciąga się jakieś elementy charakterystyczne i uogólnia na całą planetę dobre może do końca nie jest, ale warto wypośrodkować - zachować realizm (czyli planeta pustynna będzie miała jednak bieguny a lodowa zieloną strefę równikową) przy jednoczesnym skupieniu się na opisie tej inności od standardu. Nikt nie pojedzie do Magnitogorska by oglądać w zoo lwy ;)

Przyznam że miałem z tym też pewien problem opisując w GP planety. Wybrnąłem tak, że detale takie jak klimat, krajobraz itp umieściłem w tabeli, a w opisie skupiłem się na warstwie fabularnej :) Oczywiście niekiedy obie rzeczy są połączone (na przykład Skandia - planeta będąca prawie w epoce lodowcowej dzięki nieudanym eksperymentom).


"Powód jest prosty: te gry / filmy / książki nie są o tym, jak kształtuje się klimat na obcych planetach. One są o tym, jak kosmiczne floty dokonują hiperskoków do nieprzyjaznych układów, jak dzielni gwiezdni rycerze i marines leją się z kosmicznymi antypaladynami i SS. Tak naprawdę galaktycznego dyktatora zapewne nie obchodzi to, jakie strefy klimatyczne ma na podbitych planetach, a bardziej to, czy dostaje z nich daninę. Tak samo gwiezdnego kowboja obchodzić będzie bardziej to, z kim ma się spotkać o godzinie 12 na głównej ulicy czy też kosmicznego kupca, co tu może kupić."

Ale to jednak dość wąski wycinek - typowa space opera. Wbrew pozorom istnieją też inne ;)
Poza tym, ciągłe tłuczenie się wojskami wielkiego złego kosmicznego dyktatora jest nudne i monotematyczne. Zauważ, że owszem, planety stanowią wtedy tylko chwilową dekorację gdzie rzeczywiście skupiasz się tylko na cechach charakterystycznych, ale monoklimatyczność tyczy się wtedy wątków głównych i ich schematów.

Akceptuję pewne uproszczenia - ba! sam czasem je stosuję. Nie nadużywam jednak tego. Nie idę też w drugą stronę - nie walczę na siłę z elementami charakterystycznymi, jeśli gracze na nich się fiksują. Ot, ciekawie jednak czasem złamać schemat, szczególnie jak drużyna to doceni.
Przygoda na Lucyferze - planecie gdzie ludzie żyją w podziemnych miastach. Ale akcja toczy się na biegunie (jedyne miejsce gdzie woda nie paruje od razu w zetknięciu z gruntem), w małej, nielegalnej osadzie ludzi co nie chcą żyć jako górnicy pod ziemią, a jednocześnie związani są z planetą i nie chcą odlecieć. Takie małe zdziwienie - przygoda na Lucyferze nie w jaskiniach? Nie pod ziemią? A gdzie górnicy? Ale wiem, że to łamanie schematu - nie może być zbyt częste.
11-12-2012 07:57
Indoctrine
   
Ocena:
+1
W promieniu 20 lat świetlnych od Słońca znajduje się aż 112 gwiazd, więc to nie tak pusto, prawda :)
Aczkolwiek aż 87 to różnego rodzaju karły - średnio rokujące pod względem planet ziemiopodobnych.

Największe pustki w obrębie galaktyki są pomiędzy ramionami. Tam pusty obszar może ciągnąć się rzeczywiście przez kilkadziesiąt lat świetlnych.

To tak na marginesie :)

11-12-2012 09:55
earl
   
Ocena:
+3
Planety są tu istotne o tyle, że są to kropki na mapie, do których można przybić, zwerbować w nich żołnierzy, uzupełnić słodką wodę i rum oraz zapełnić ładownie czymś, co można sprzedać gdzieś indziej.

A może potraktowanie tak planet wynika z tego, że autorzy w zasadzie nie mają wyobraźni, jaki będzie świat za 200 czy 2000 lat? Jeśli obecnie 20 lat to jest ogromny skok technologiczny, to co będzie za 10 razy tyle? Jak będą wyglądały miasta, państwa, planety itd? I czy ludzie za 200 lat będą tacy sami jak teraz, czy może staną się, jak w transhumanizmie, postludźmi? Autorzy wolą więc potraktować planety, ich strukturę polityczną, demograficzną i gospodarczą po macoszemu, skupiając się na tym, na czym się znają najlepiej - akcji, walkach, rywalizacji itd.



11-12-2012 10:01
Indoctrine
   
Ocena:
+1
Bardzo trudno jest wyobrazić sobie świat za tyle lat. Można stosować różnego rodzaju wybiegi. Ja na przykład etapy transhumanizmu i innych nowych nurtów uznałem za epizod w historii ludzkości i dalej poszło łatwiej :)

11-12-2012 10:15
Hastour
   
Ocena:
+17
A więc poświęcasz sporą część długaśnej notki na wyjaśnienie, że odpowiadasz tym wpisem Zigzakowi. Udowadniasz, że nie wie, o czym pisze, a poza tym jest niewychowanym, zarozumiałym narcyzem, i nawet załączasz szczegółową tabelkę na ten temat.

Po czym zastrzegasz, że z owym niewychowanym narcyzem dyskutować nie zamierzasz i jego posty z założenia będą kasowane.

Wow. Myślałem, że już niewiele na polterze może mnie zadziwić, ale to jest mocne.
11-12-2012 11:07
Albiorix
   
Ocena:
0
Ja tam lubię wymyślać ciekawe klimatycznie planety i kolonie. Niekoniecznie ma to wpływ na grę, ale myślę że jest ciekawe i daje poczucie że jest się w kosmosie. A od czasu do czasu wpływa na taktykę, ekonomię lub kulturę.

Natomiast CR zamierzam prowadzić na zróżnicowanych planetach bo to strategia o podboju planety po części.
11-12-2012 12:06
   
Ocena:
+3
Popełniasz tu błąd zegarmistrz.

Nie jest istotne, że na Tatoinie są czapy polarne (bo może są), ważne, że większość jest pustynna.
W meksyku są lasy tropikalne i wysokie góry, ale i tak myślimy tylko o pustyni.
To kwestia percepcji
Tak samo posejdon kojarzy się tylko z oceanami (i jest nudny)

Weźmy Gasnące Słońca.

Mamy Severusa. który posiada strefę umiarkowaną i Malignatiusa, który jposiada niezamarzające morze... ale i tak ważne jest to, że pierwsza to Zielone Piekło Zamieszkałe przez Potwory i Skute Lodem Zadupie Dla Fanatyków.
11-12-2012 13:20
Tyldodymomen
   
Ocena:
+3
Czyżby początek końca efektu zegarmistrza?
11-12-2012 14:25
KFC
   
Ocena:
0
ziew, obawiam się że tak.
11-12-2012 17:03
Kamulec
   
Ocena:
+1
A nazwa Z Enterprise już zarezerwowana.
11-12-2012 18:00
Bo-Lesław
   
Ocena:
+1
"W meksyku są lasy tropikalne i wysokie góry, ale i tak myślimy tylko o pustyni. "

Ja myśle o Meksyku jako o dżungli i przed oczyma gdy ktoś wypowie słowo "Meksyk" oczyma wyobraźni widzę tropikalny las w którym stoją piramidy Majów. Tak więc nawet określenie "taki Meksyk" dla każdego znaczyć może co innego.

11-12-2012 21:55
earl
   
Ocena:
0
W zasadzie to Majowie zamieszkiwali tylko skrawek obecnego Meksyku oraz Gwatemalę, Belize czy część Hindurasu, gdzie faktycznie była (jest?) gęsta dżungla.
11-12-2012 22:30
42017

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Tak mi się wydaje, że planety zdatne do zamieszkania powinny mieć zróżnicowane ekosystemy... geografia się kłania. Różnice w naświetleniu, w wysokości nad przyjęty poziom... To swoje robi. A i sprytny miszcz to wykorzysta. No chyba, że mamy planetę jak Krematoria... 200 stopni w te czy wewte.
12-12-2012 10:33
42017

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
No tak... Takie moje zboczenie, że nie lubię wyłączać fizyki w moich zmyślonych światach.
A komandos nie poszczela, jak mu w laserowej dzidzie zamarznie elektronika.
12-12-2012 11:13
   
Ocena:
+2
Ehhh zigzag, wątpliwe czy na serio stosujesz fizykę
Tylko trolujesz
Albo grasz z wyimmaginowanymi graczami... co jest bardziej prawdopodobne
12-12-2012 16:27
Kamulec
   
Ocena:
+1
Jak z hydrą - ciachasz jeden z-komentarz, a na jego miejscu wyrastają dwa. Co gorsze, tej hydrze płomienie nie straszne.
12-12-2012 16:52
   
Ocena:
0
A no miałem, ale nie każdy podziela pasję wielkiego Proroka (niech niebłogosławiona będzie scjentność)
Jedynym sf jest niestety Eclipse Phase
12-12-2012 17:21
Kamulec
   
Ocena:
+1
@Z Enterprise
W legowisku mało płomieni, więc i tak rychło wyjdzie żerować na Polterze. Cóż zrobić - natury się nie pokona.
12-12-2012 21:39
earl
   
Ocena:
0
Cóż, twórcy filmów z Supermanem czy Batmanem jakoś nie przejmują się realizmem, więc jaki sens jest przejmować się nim w klimatach s-f, które dzieją się za 1000 lat?
12-12-2012 21:52

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.