» Fragmenty książek » Przestrzeń prawdopodobieństwa - Nancy Kress

Przestrzeń prawdopodobieństwa - Nancy Kress


wersja do druku
Przestrzeń prawdopodobieństwa - Nancy Kress
PROLOG
Mars,
lipiec 2168 roku


Bellington Wace Arnold reprezentujący spółkę Arnold Interplanetary przybył do swego wystawnego biura dość późno. Słońce zdążyło się już wznieść nad marsjański horyzont widoczny za oknem ostatniego piętra i piezoelektryczną kopułą Lowell City. Tego dnia widoku nie przesłaniały tumany kurzu. Niebo było tylko lekko różowawe, a Arnold bez trudu sięgał wzrokiem aż do kanciastego konglomeratu budynków kosmoportu.
– Uaktywnić system. Podać wiadomości.
– Dzień dobry, panie Arnold. Ma pan pięć wiadomości.
Oznaczało to pięć „przeznaczonych wyłącznie dla pańskich uszu” transmisji; pozostałymi zajął się personel. Ekran ścienny rozjaśnił się i nabrał cech wideo. Słuchając, Arnold zasiadł za biurkiem i zabrał się do przeglądania wydruków, które sekretarka pozostawiła mu do wglądu. Krzesło – wystarczająco obszerne, aby pomieścić jego zwaliste ciało – zostało wykonane z ziemskiej skóry pochodzącej z cieląt genetycznie zmodyfikowanych tak, aby po wyprawieniu ich skóra nabierała jego ulubionego szaroniebieskiego odcienia.
Pierwsze cztery wiadomości nie wymagały niepodzielnej uwagi Arnolda, aczkolwiek dwie z nich dotyczyły transakcji liczonych w miliardach kredytów. W czasie wojny łatwo było zbić majątek, pod warunkiem że człowiek znał się na rzeczy. Im dłużej trwała wojna z Fallerami, tym majętniejsza stawała się spółka Arnold Interplanetary.
Jednakże ostatnia wiadomość sprawiła, że Arnold podniósł spojrzenie. Niestety przekaz był wyłącznie głosowy, w całości pozbawiony obrazu.
– Nagranie z kokpitu prywatnego statku kurierskiego o numerze rejestracyjnym jeden-cztery-trzy-osiem-siedem, czas nagrania trzeci lipca dwa tysiące sto sześćdziesiątego ósmego roku. – Czyli wczoraj.
Po zapowiedzi rozległ się głos syna Arnolda, Laszla Damroschera.
– Tee-ego nie pwinno tu bycz.
Powoli – i niepotrzebnie – Arnold podniósł się z kosztownego krzesła. Wszystkie linie jego ciała się napięły.
Stateczek był prezentem urodzinowym z okazji osiemnastki Laszla. Arnold zdawał sobie sprawę, że go nie kocha. Słabego, płaczliwego i łatwo ulegającego wpływom chłopaka ciężko było kochać. Aż dziw, że taki się urodził Bellingtonowi Wace’owi Arnoldowi, na którego obronę należy jednak powiedzieć to, że Laszlo nie był wyłącznie jego synem. Do czegoś takiego trzeba dwojga.
Arnold na szczęście miał innych synów, lepszych, prawowitych. Mimo to zawsze łożył na Laszla, choć na myśl, że ten kiedykolwiek będzie potrzebował pieniędzy, chciało mu się śmiać. Laszlo bowiem był jedynym spadkobiercą swojej matki.
Tak czy owak dobrym pomysłem wydawało się sprawdzenie, dokąd Laszlo poleci stateczkiem i co będzie robił po drodze. Mogło to zapobiec kłopotom, wstydowi, a może nawet pozwom sądowym. W tym celu stateczek został bez wiedzy Laszla wyposażony w automatyczny system nagrywająco-nadający. Sprytny programik wybierał i transmitował wyłącznie te nagrania, które mieściły się w określonych kryteriach. Przedział kryteriów był dosyć szeroki i nie wróżył niczego dobrego.
– Tee-ego nie pwinno tu bycz. – Głos Laszla bardzo pijanego.
– Czszego nie powinno bycz gdzieee? – Jakiś inny młody mężczyzna, tylko nieznacznie mniej pijany. – To zwykła asssteroida.
– Nie pwinno jej tu bycz – upierał się Laszlo. – Nalej mi jeszcze bąbelków.
– Wyszły. Wychlałeś do ossstaniej kropelki, ty świniooo!
– Nie ma bą... hep!... belków? No to wracajmy do domu!
– To zwykła asss... Nie, to dwie asssteroidy.
– Dwie! – ucieszył się nie wiadomo z czego Laszlo.
– Ssskąd one się wzięły? Nie powinno ich bycz. Nie tu, na komputerze.
– Ża... hep!... żaden problem. Grawitacja. To ona miesza. No wiesz... Joo-owisz.
– Zestrzelmy je!
– Ta jest! – podniecił się Laszlo i znowu czknął.
– Jaką masz tu broń? Pewnie żadnej, ccco? To tylko zabawka bogatego chłoptasia, a nie żaden tam ssstatek kurierski...
– Właś... właśnie że mam broń. Tato o niii-iczym nie wie. Przemyciłem.
– Z ciebie to jest numer, Laszlo!
– A jak! Hep! I mama też nie wie. O tej broni, znaczy.
– Na pewno? Twoja sssłynna mamuśka wie niemało. Albo mało. Boże, to jej ciało... Widziałem ją w jednym ssstarym...
– Przymknij się, Conner! – odezwał się Laszlo dziko i nagle zaczął mówić wyraźniej. – Komputer, aktywować... no, jak to było?
– System uzbrojenia, głąbie. Chryste, Laszlo, ty to musisz powiedzieć. No wiesz, aktywacja głosowa.
– Aktywować system uzbrojenia!
– Hej, właśnie dostaliśmy wiadomość z asteroidy – ożywił się Conner, również odzyskując zdolność zrozumiałego mówienia. – Ludzie! Może to jakieś dziewczyny?
– Zbliżacie się do strefy zamkniętej – rozległ się mechaniczny głos. – Zawróćcie i natychmiast się oddalcie.
– Nie chcą nas tam! – poskarżył się Conner. – Strzelaj!
– Czekaj... może...
– Zbliżacie się do strefy zamkniętej. Zawróćcie i natychmiast się oddalcie.
– Pierdolone żmije! – wykrzyknął Conner. – No już, strzelaj!
– Ale ja...
– Pierdolony tchórz!
– Ostatnie ostrzeżenie! Wdarliście się do strefy zamknięteji wysokiego zagrożenia. Zawróćcie i natychmiast się oddalcie albo wasza jednostka zostanie ostrzelana.
Wtem dało się słyszeć czwarty głos; ktoś wyrzucał z siebie gorączkowo:
– Do niezidentyfikowanej jednostki... SOS... Pomocy! Jestem tu więziony! Mówi Tom Capelo...
Po czym nastąpił krótki świdrujący dźwięk.
– Koniec nagrania – obwieścił system Arnolda. – Transmisja zakończona.
Arnold stał pośrodku ucichłego nagle biura. Próbował rozważyć to na zimno, bez pośpiechu.
Impuls elektromagnetyczny, który niósł ten ostatni przekaz ze statku kurierskiego, mknął z prędkością światła w stronę jednego z tysięcy satelitów krążących na orbicie Marsa. Następnie wiadomość została rozkodowana i przekazana na satelity bliższe powierzchni Marsa. Minionej nocy, gdy Arnold spał, wiadomość dotarła tu w zaledwie parę minut. Zajęło jej to mniej czasu niż fali uderzeniowej. Krótki świdrujący dźwięk na końcu transmisji świadczył o użyciu broni protonowej.
Laszlo Damroscher zginął.
Arnold nie winił tego, kto zestrzelił jego syna. Laszlo znalazł się tam, gdzie nie powinien był się znaleźć, został należycie ostrzeżony, był w takim wieku, że zrozumiał ostrzeżenie, a mimo to go nie usłuchał. Laszlo, Conner i chłopiec z tego drugiego statku, Tom, zabawili się w wojnę, podczas gdy na świecie toczyła się prawdziwa wojna, udawali kogoś sławnego, aby podbudować swoje żałosne ego... co za nieodpowiedzialność. W wykonaniu całej trójki. Wszystko jedno: korporacja czy rząd, każdy ma prawo chronić swoją własność. To się rozumie samo przez się. Ta strefa zamknięta najprawdopodobniej obejmowała rządowe instalacje wojskowe, przez co okoliczności śmierci Laszla nie zostaną nawet zbadane w trakcie procesu. Było nie było, trwała wojna.
Nieodpowiedzialność, która doprowadziła do tego, że Laszlo zginął, z całą pewnością nie wzięła się z materiału genetycznego przekazanego chłopakowi przez Arnolda. Arnold popełnił w życiu tylko jeden błąd, którego skutkiem były narodziny Laszla. Może i należało go winić o jeszcze parę rzeczy, ale na pewno nie o śmierć syna. Za to winę ponosił ktoś zupełnie inny.
Tylko że...
Ku własnemu zdziwieniu Arnold utracił raptem swój wyważony obiektywizm. Zalała go fala wspomnień: przyjście na świat Laszla, śliczne niemowlę w ramionach olśniewającej matki. Laszlo raczkujący na podłodze tego gabinetu, wyciągający krótkie rączki, żeby go podnieść. Laszlo prowadzący czerwony samochodzik, uśmiechnięty i roześmiany. Laszlo po raz pierwszy drukujący swoje nazwisko, mimo że nie do końca było to jego nazwisko: LASZLO D. ARNOLD...
Łzy nieoczekiwanie zapiekły Arnolda pod powiekami. Zataczając się, wrócił za biurko. Zrozumiał, że chyba jednak kochał swego utraconego właśnie syna. Aczkolwiek nie tak mocno jak matka, która rozpieszczała chłopaka, psuła go na wszystkie sposoby i ostatecznie przyczyniła się do jego zguby.
Na myśl o Magdalenie łzy obeschły Arnoldowi. Będzie musiał się z nią skontaktować, zawiadomić ją... Przesłać jej nagranie. Arnold przez długie lata za wszelką cenę starał się unikać kontaktów z tą suką. Cóż, teraz też ograniczy się do zdawkowej informacji, wykorzystując nagraną wiadomość. Reakcja Magdaleny na wieść o śmierci syna bez wątpienia będzie gwałtowna, pozbawiona znamion racjonalności, mściwa. Groźna.
Przynajmniej może sobie ją darować.

Rozdział 1

Cambridge, Massachusetts,
Federacja Atlantycka, Ziemia,
trzy miesiące wcześniej


Czasami Amandzie Capelo wydawało się, że ma najlepsze życie ze wszystkich koleżanek uczęszczających do Akademii Saulera. Ojciec kochał ją i jej siostrę znacznie bardziej, niż inni ojcowie kochali swoje córki. Każdy to widział. Do tego jej ojciec był sławny, a macocha Carol miła. A przecież Amandzie mógł się trafić ktoś równie okropny jak Thekli Carter po rozwodzie rodziców. Tymczasem Carol była równą babką. W szkole Amanda zbierała dobre oceny, miała mnóstwo przyjaciół i nawet jako czternastolatka wiedziała, że jest niebrzydka i ma szansę zostać w przyszłości prawdziwą pięknością. Zamierzała pójść na studia i pracować jako naukowiec tak jak ojciec, aczkolwiek nie chciała być fizykiem, ponieważ matematyka nie była jej mocną stroną. Zastanawiała się nad biologią. Na razie cieszyła się domem, ładnymi ubraniami i dorocznymi wakacjami na Marsie u cioci Kristen i wujka Martina. Krótko mówiąc: osiągnęła dobrą pozycję w kontinuum czasoprzestrzennym – jak lubił mawiać jej ojciec i z czym Amanda całkowicie się zgadzała.
Wszelako kiedy indziej odnosiła wrażenie, że jest wiecznie przerażona. Od śmierci matki zawsze się bała. Obawiała się, że Fallerowie zaatakują Układ Słoneczny. Drżała, że coś złego przytrafi się jej ojcu albo Sudie lub cioci czy wujkowi. Strachem napawała ją myśl, że ojciec straci pieniądze i będą musieli się przenieść do jednej z tych okropnych dzielnic, które pokazywano w holowizji. Jednakże dopiero gdy pewnej nocy jacyś mężczyźni przyszli po jej ojca i zabrali go ze sobą, Amanda się dowiedziała, co to prawdziwy strach.
Wieczór rozpoczął się źle, kłótnią z ojcem. Zanim ukończyła trzynasty rok życia, nigdy się nie kłócili, ale odkąd zaczęli przed półtora rokiem, nie mogli przestać. Amanda kochała ojca bardziej niż kogokolwiek innego na świecie, nie rozumiała jednak, czemu wiecznie zawirusowuje jej programy. Inni ojcowie w niczym go nie przypominali. Ojciec Thekli pozwalał jej chodzić samej do holokina, Juliana mog-
ła uprawiać swobodne spadanie, a Yaeko rozmawiała ze swoim tatą dosłownie o wszystkim. Tom Capelo nie chciał rozmawiać o wielu sprawach.
Amanda rozmyślała o tym wszystkim, zakradając się do sypialni ojca. Nie powinna tego robić. Lecz Tom był na dole w swoim gabinecie, gdzie zajmował się fizyką, a jak wiadomo, kiedy to robił, zapominał o świecie. Jej, Amandy, nie wyłączając. Dziewczynka posmutniała, uświadomiwszy to sobie. Zaraz jednak poprawiła się w myślach. Nieprawda, tata mnie kocha. Tylko że albo mnie tłamsi, albo ignoruje. Czemu nie może być normalny?!
Po cichutku zamknęła za sobą drzwi jego sypialni, po czym równie cicho wyciąg-
nęła pudło ukryte pod łóżkiem. Miało rozmiary metr na metr i piętnaście centymetrów wysokości i było wykonane z nieprzezroczystego niezwykle silnego tworzywa zaprojektowanego z myślą o dłuższym przechowywaniu rzeczy w niesprzyjających warunkach. Zostało wyposażone w zamek elektroniczny, do którego szyfr Amanda zmyślnie odkryła. Nie było to trudne – szyfr stanowiły cyfry składające się na datę urodzenia jej matki. Aż dziw, że słynny na cały świat fizyk nie wymyślił czegoś oryginalniejszego.
A może wcale nie było w tym niczego dziwnego.
Amanda poczuła kulę w gardle jak zawsze, gdy otwierała to pudło. Odłożywszy na bok kilka kostek informacyjnych i dwa mniejsze pudełka, wyjęła sukienkę. Serce rozpoczęło swój dudniący taniec. Tym razem nie zamierzała tylko patrzeć na sukienkę; tym razem chciała ją przymierzyć.
Na Koronusie panna młoda wdziewa żółć, kolor słońca. Ojciec powiedział jej o tym dawno temu, kiedy jeden jedyny raz pokazał jej tę sukienkę. Amanda przypuszczała wtedy, że się upił, co nie było do niego podobne. Później się dowiedziała, że tego dnia wypadała rocznica śmierci jej matki. Nigdy więcej nie uczynił żadnej wzmianki na temat rzeczy po zmarłej żonie. Zatrzymał je jednak nawet po powtórnym ożenku.
Wepchnąwszy pudło pod łóżko, Amanda zrzuciła buty, tunikę i spodnie. Wsunęła sukienkę przez głowę i przejrzała się w dużym lustrze Carol.
W minionym roku ciało Amandy nabrało krągłości, które do tej pory ją zdumiewały, chociaż w skrytości ducha była z nich zachwycona. Yaeko nadal była praktycznie płaska jak deska, a Thekla najbardziej przytyła w pasie. Mimo to Amanda zazdrościła Thekli oczu. Tak czy owak w tej sukience wyglądała bardzo ładnie, a także – ze względu na wzrost – sprawiała wrażenie starszej niż w rzeczywistości. Żółty materiał opinał ciasno jej klatkę piersiową i spływał faliście po biodrach i udach, jakby strój został uszyty na jej miarę. Karen Capelo była drobnej budowy ciała, podobnie jak Tom i Sudie, Amanda za to wdała się w ciocię Kristen. Ale ze swoimi długimi jasnymi włosami i szarymi oczami przypominała też mamę. W przeciwieństwie do młodszej siostry Amanda pamiętała matkę. Miała prawie osiem lat, kiedy Karen zginęła w ataku wroga na sielską planetę.
Czy była ładniejsza od Karen? Nie, raczej nie. Matka miała przeuroczą twarz. A nos Amandy był nieco za długi, czoło zdawało się nazbyt pomarszczone, a broda... z brodą w ogóle było coś nie tak. Co za szkoda, że rodzice okazali się takimi konserwatystami i nie pozwolili na żadne modyfikacje genetyczne u swoich dzieci. Mało kto w dzisiejszych czasach jest takim dinozaurem. Thekla na przykład ma takie cudowne zielononiebieskie oczy, których kształt i kolor jest wynikiem inżynierii genetycznej, i jeszcze...
Usłyszała na schodach kroki Toma.
Żołądek zwinął się jej w supeł. Właściwie nie powinna być w domu, tylko na pływaniu, ale urwała się z zajęć i przyjechała wcześniej, czego nie wolno jej było robić. Zamierzała schodzić ojcu z oczu, póki nie wybije godzina, o której w normalnych okolicznościach ochroniarz Yaeko podrzuciłby ją pod dom, i udawać, że dopiero co wróciła. Wiedziała, że jeśli ojciec ją przyłapie, będzie na nią bardzo zły. W panice kopnęła zrzucone ubrania pod łóżko, a następnie ukryła się w garderobie. Nie śmiała domknąć za sobą drzwi, ponieważ Tom już wchodził do sypialni. Zostawiła niewielką szczelinę, przez którą mogła patrzeć jednym okiem...
To nie był jej ojciec! Przez moment Amanda sądziła, że człowiekiem, na którego patrzy, jest Dieter Gruber: potężny blondyn zmodyfikowany w każdym calu. Tylko że Gruber został na Świecie, na drugim krańcu Galaktyki, i tkwił tam już od dwóch lat, a poza tym zawsze zachowywał się niezdarnie i głośno. Tymczasem ten mężczyzna skradał się cicho jak kot.
Zajrzał do sypialni, obrzucił wzrokiem pomieszczenie, po czym wycofał się na korytarz.
Amanda zacisnęła mocno powieki. Kto to może być? Co się dzieje? Co powinna zrobić?
Ostrożnie otworzyła drzwi garderoby, wyślizgnęła się i lekko odchyliła zasłonę. Na zewnątrz stał samochód i drugi mężczyzna. Poza tym ulica była pusta i cicha, jak to w kwietniowy wieczór, pilnowana przez szpaler drzew, dla których Tom Capelo zdecydował się zamieszkać na przedmieściach Cambridge.„Skoro już muszę się zadawać z tymi głupkami z Harvardu – mawiał – przynajmniej nie będę z nimi mieszkał”.
Ojciec Amandy wyszedł z domu w towarzystwie trzeciego mężczyzny. Dziewczynce wydawało się, że idzie jakoś dziwnie. Był zbyt opanowany, zbyt cichy, nie wymachiwał rękami ani nic nie mówił. Nigdy tak nie chodził. Przyglądała się, jak wsiada do samochodu z tamtymi dwoma, po czym zobaczyła, jak dołącza do nich ten trzeci, który przed chwilą był na piętrze. Później samochód odjechał.
Może ojciec ma jakieś spotkanie na uczelni i zostawił jej karteczkę?... Pognała pędem na dół, żeby to sprawdzić. Jednakże zanim dotarła do kuchennego stołu, na którym zawsze zostawiali sobie wiadomości, wiedziała już, że nie chodzi o żadne spotkanie na uczelni. Tamten potężny blondyn był w ich domu, a potem wyprowadził ojca w taki sposób, jakby mu coś zrobił. Na przykład jakby nafaszerował go lekami czy czymś.
Powinna zawiadomić policję.
„Siedemdziesiąt procent to bełkoczące niezdary o inteligencji nogi od stołu – mawiał Tom Capelo o policjantach – a pozostałe trzydzieści procent co najmniej w połowie trzyma sztamę z przestępcami”.
Co będzie, jeśli Amanda zadzwoni na policję i trafi się jej jeden z tych, co trzymają sztamę z przestępcami, to jest z tymi, którzy zabrali ojca? Albo nawet jeden z tych głupich jak noga stołowa, co nie będzie wiedział, jak się zachować? Tom Capelo z pewnością uznałby piętnaście procent za prawdopodobieństwo niewarte ryzyka.
Amanda stała w bezruchu.
„Myśl – radził jej zawsze ojciec. – Ogarnij problem umysłem. Po to masz mózg”.
Zatem musiała się nad tym wszystkim zastanowić.
Nie mogła zadzwonić na policję. Policjanci mogli mieć w tym swój udział. Nawet w szkole słyszała, jak koleżanki poszeptują, że rząd się rozpada, przez co zaginął czyjś wuj czy kuzyn. Oczywiście dotyczyło to tego dużego rządu na Marsie, a nie któregoś z małych na Ziemi, ale... Żadnemu rządowi nie można ufać. Ba, nikomu nie można.
No, z wyjątkiem cioci Kristen mieszkającej w Lowell City. Tylko że jeśli Amanda skontaktuje się z nią, mężczyźni, którzy zabrali jej ojca, dowiedzą się o tym. Rozmowy były kontrolowane, szczególnie te z mieszkańcami stolicy Marsa i nawet te szyfrowane. W najlepszym razie nie wychodziła na jaw treść rozmowy, lecz sam fakt przeprowadzenia jej. O tym wiedziało każde dziecko – dzięki holowizji. W dodatku ZISYDO nagrywał wszystko, co się działo przy głównym wejściu i przed oknami na parterze. Źli panowie bez wątpienia przypomną sobie o zintegrowanym systemie domowym i pokonają jego zabezpieczenia (nawet Amanda to potrafiła), by zniszczyć dowody porwania. Robiąc to, dowiedzą się, że dziewczynka przez cały czas była w domu, i przyjdą także po nią.
Być może już są w drodze po nią!
Musiała uciekać, szybko, natychmiast. Jednakże nie mogła się udać do siostry Carol, gdzie przebywały Carol i Sudie, ponieważ źli panowie z pewnością to wiedzą i gdyby ona też tam poszła, mieliby je wszystkie w garści. Nie mogła na to pozwolić, gdyż była jedynym świadkiem porwania Toma Capelo. W razie czego będzie świadczyć w sądzie. Najpierw jednak musiała zorganizować pomoc dla ojca... Musiała zwrócić się do kogoś zaufanego, do kogoś, kogo źli panowie nie posądzą o znajomość z nią, a przy tym kogoś bogatego i wpływowego na tyle, aby był w stanie pomóc. Tego również Amanda nauczyła się z holowizji.
Marbet Grant. Na Lunie.
Amanda poczuła, jak uchodzi z niej powietrze, i o mało się nie rozpłakała z ulgi. Marbet była idealnym wyborem. Nikt nie pomyśli o tym, aby szukać Amandy na Lunie. Do tego Marbet była najmilszą, najbystrzejszą, najlepszą osobą, jaką dziewczynka znała. W gruncie rzeczy skrycie miała nadzieję, że jej ojciec ożeni się z Marbet. Chociaż Carol też była miła i być może nawet lepiej się nadawała na żonę Toma Capelo niż Marbet, która była Wrażliwcem. Tom Capelo bowiem miał zbyt swarliwą naturę, aby wyszedł mu na zdrowie związek z kimś, kto z dużą dozą prawdopodobieństwa umie przejrzeć jego myśli.
Podjąwszy wreszcie decyzję, Amanda nabrała tempa. Popędziła do swojego pokoju, włożyła buty i wepchnęła do torby parę czystych sztuk odzieży i przybory toaletowe. Przez cały czas gorączkowo rozmyślała. Ojciec zdradził jej szyfr do sejfu. Mogła więc kazać ZISYDO, aby go otworzył, i zabrać swój paszport. Zaraz się jednak zastanowiła, czy to nie pomoże jej wyśledzić. Machnęła na to na razie ręką, wzięła paszport i wszystkie pieniądze. Na koniec zabrała jeszcze niewielką sakiewkę z niebieskiego plastiku, w której trzymali kamyki z wugu.
Wug... Rozmigotana jaskinia na Świecie przypominająca legendarny Sezam. Ona i Sudie były tam tylko raz, gdy ich ojciec dokonywał ważnych odkryć na odleg-
łej planecie. Dieter Gruber pozwolił dziewczynkom nabrać garście diamencików i złotych samorodków, których pełno było na ścianach i na podłożu. Sudie oczywiście chciała się nimi wyłącznie bawić, ale Amandę ciekawiło, skąd się tam wzięły.„Kiedyś musiała się tu znajdować kaldera wulkanu – wyjaśnił wtedy Gruber. – Złoto wytrąca się z krążącej wody podgrzewanej przez magmę...”
Jakże dawno temu to było! Była wtedy jeszcze dzieckiem.
Umieściła sakiewkę w kieszeni i dopiero w tej chwili zdała sobie sprawę, że ma na sobie wciąż sukienkę matki. No i bardzo dobrze. Dzięki niej będzie się wydawała starsza. Wtem wpadła jej do głowy pewna myśl. Pobiegła z powrotem do sypialni ojca, złapała przybory do makijażu Carol i upchnęła je w swojej torbie.
Wyłączyła ZISYDO i wymknęła się przez tylne drzwi. Momentalnie zniknęła między drzewami rosnącymi za domem. Często tam się bawiła z przyjaciółmi, znała więc ten lasek jak własną kieszeń. Ojciec nazywał go „lasem po manikiurze” i „podmiejskim parkiem wersalskim”, nie wróżąc im spotkań wyższego stopnia z dziką zwierzyną, ale co z tego?
W lesie pachniało wiosenną glebą, woń była intensywna i orzeźwiająca. Panował chłód i Amanda zadrżała z zimna, przemykając pewnym krokiem po ścieżynkach oświetlonych blaskiem księżyca. Niestety zapomniała o jakimś wierzchnim okryciu.
Kwadrans później wychynęła z drugiej strony lasku, kilka przecznic od domu. Przeszła na róg ulicy i złapała magnebus do Cambridge. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, w środku roiło się od młodzieży tylko nieznacznie od niej starszej. (A jej ojciec utrzymywał, że jest za młoda, by jeździć magnebusem wieczorami!). Zajęła miejsce z tyłu, w ostatnim rzędzie, i położywszy lusterko Carol na kolanach, zaczęła się malować, ściągając obowiązkowo usta w ciup.
No, teraz prezentowała się o wiele poważniej. Może nawet wyglądała na szesnastolatkę.
A jeśli porywacze zabili ojca?
Nie, to niemożliwe. Prawdopodobieństwo czegoś takiego było bardzo małe. Tom Capelo był słynnym fizykiem, porywacze potrzebowali go żywego zapewne po to, aby rozwiązał dla nich jakiś problem naukowy. Tak! Amanda zakazała sobie gdybania i skoncentrowała się na kwestii, jak mu pomóc.
„Myśl. Ogarnij problem umysłem. Po to masz mózg...” – dźwięczały jej w uszach słowa ojca.
Na dworcu w Cambridge przyglądała się wszystkim znakom uważnie, aż rozgryzła, gdzie kupić bilet na pociąg do Kosmoportu Waltona położonego w środkowej części stanu. Zapłaciła w automacie pieniędzmi, dzięki temu nikt nie mógł jej wyśledzić. Wprawdzie w pociągu nie było ani jednego dziecka, ale na Amandę nadal nikt nie zwracał uwagi. Dziewczynka siedziała sztywno na swoim miejscu, starając się wyglądać jak najdoroślej i nie przejmować się tym, że jej ojciec został porwany i że ona boi się o życie jego i swoje, i że nic nie jest takie jak przed dwiema godzinami, gdy zależało jej tylko na tym, aby sprawdzić, czy będzie jej ładnie w żółtej sukience po matce.



Czytaj również

Przestrzeń prawdopodobieństwa - Nancy Kress
Prawdopodobnie dobra książka
- recenzja
Gwiazda prawdopodobieństwa - Nancy Kress
Gwiazda najjaśniejsza na niebie
- recenzja
Księżyc prawdopodobieństwa - Nancy Kress
Naukowe SF pełną gębą
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.