» Fragmenty książek » Przeklęty Zakon - Craig Smith

Przeklęty Zakon - Craig Smith


wersja do druku
Przeklęty Zakon - Craig Smith
Jerozolima
Święto Paschy A.D. 30


– Czy ci, którzy widzieli go za życia, rozpoznają go na tym portrecie, Teofanesie?
– Z całą pewnością, panie – odpowiedział niewolnik, choć nie miał żadnych podstaw, by w to wierzyć. Ci, którzy znali owego żydowskiego mesjasza, sami byli Żydami, wszyscy zaś wiedzieli, że Żydzi odmawiają nawet zerknięcia na jakąkolwiek podobiznę człowieka.
– A jednak wizerunek nie jest zbyt wierny – stwierdził Piłat z powątpiewaniem.
Teofanes przyjrzał się krytycznie swojemu modelowi. Mężczyzna miał na sobie łachmany i koronę cierniową. Jego głowa była krwawym skupiskiem ran. Namalował tego Żyda tak, jak ów wyglądał, pomijając jedynie upokarzające skutki przemocy, a dzięki umiejętnemu przedstawieniu oczu obraz tchnął uniwersalnym spokojem szlachetności. Teofanes był szczególnie uzdolniony w oddawaniu tego efektu. We wszystkich innych kwestiach pozostał wierny naturze. Mężczyzna był dobrze zbudowany, rysy miał regularne, nos duży i szeroki, a spojrzenie pogodne.
– Jak może zauważyłeś, panie, wszyscy przestępcy wyglądają tak samo w tym szczególnym momencie swej kariery. To – Teofanes wskazał na malowidło – jest portret człowieka,
którego widziałeś, kiedy wjeżdżał do Jerozolimy.
W odpowiedzi prefekt uniósł nieco podbródek, a jego twarz przyoblekła się czymś na kształt triumfu. Ów człowiek! Słowa niewolnika podbudowały jego pewność siebie. Ów człowiek wkroczył do miasta jako król Żydów.
– Fryzura jest niewłaściwa – oświadczył na koniec, gdyż nie spocząłby, dopóki by nie znalazł wad w pracy swego sługi – a broda za krótka, Teofanesie!
Nie było to prawdą, ale Teofanes nauczył się już wiele lat temu pod uderzeniami rózgi, że jego pan nie jest w stanie pojąć tego, na co patrzy. Sztuka – wszelka sztuka – interesowała go jedynie o tyle, o ile mogła wywrzeć wrażenie na innych Rzymianach i rzucić na kolana resztę ludzkości. Nie potrafił zrozumieć, że to, co widzi, zabarwione jest jego własnymi odczuciami. Włosom i brodzie nie można było nic zarzucić. Niewolnik namalował po prostu, jak jego zdaniem mógł wyglądać ów człowiek wyłaniający się z rzymskiej łaźni późnym popołudniem, choć nigdy progu takiej nie przestąpił. Zamiast jednak bronić tego punktu widzenia, Teofanes odpowiedział pierwszym kłamstwem, jakie przyszło mu do głowy:
– Włosy i brodę wzorowałem na tym, jak nosi je twój żydowski przyjaciel, Nikodem, panie. Mam nadzieję, że nie było to uchybieniem.
Piłatowi bardzo się ta odpowiedź spodobała. Nikodema uważał za Żyda, z którego powinni brać przykład wszyscy jego rodacy. Współpracował z rzymskimi władzami i całkiem nieźle płacił za przysługi, o czym sam Piłat wiedział najlepiej.
– Teraz to dostrzegam – rzucił z namysłem. – Dobrze więc. Umocuj go na sztandarze na miejscu Tyberiusza… I nie zapomnij o napisie, I.N.R.I. Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski. W końcu o to właśnie chodzi!
Prefekt już wcześniej poinstruował niewolnika w tej spra- wie, ale Teofanes zdążył przywyknąć do dwukrotnego wysłuchiwania rozkazów. Rzymianie jako nacja żywili przekonanie, że przedstawiciele innych narodowości przywiązują mniejszą wagę do szczegółów.
– Chcę mieć sztandar z wizerunkiem tego człowieka na ścianie mojej sali biesiadnej, kiedy wrócę do Cezarei.
– Mam więc opuścić Jerozolimę przed tobą, panie? Teofanes poczuł dreszcz strachu. W Jerozolimie z pewnością wybuchnie jawny bunt, kiedy ukrzyżują tego człowieka. Wewnątrz pałacu, pod osłoną tarcz straży prefekta, czułby się w miarę bezpiecznie. Błąkanie się po ulicach w takich okolicznościach to kuszenie losu. Grasujące tłumy będą szukać łatwych celów, kiedy już na tyle upoją się odwagą, by zapomnieć, jaki los czeka buntowników.
– Wyruszysz o zachodzie słońca. Będzie to początek żydowskiego szabatu, więc nikt ci nie przeszkodzi, jeśli szybko się uwiniesz. – Piłat rozważył tę sprawę krótko, po czym dodał z lekkim, mrożącym krew w żyłach, uśmiechem: – Przynajmniej dopóki nie zobaczą, co ze sobą niesiesz.
Wydawszy te rozkazy, prefekt wezwał Korneliusza, swego najstarszego setnika, by odprowadził więźnia na miejsce przeznaczenia. Potem nie zajmował się już Teofanesem.
Można by równie dobrze powiedzieć, że historia na tym się kończy, gdyż nie prowadzono zapisów dotyczących losów niewolników. Za szczególnie wyróżnionych mogli się oni uważać, jeżeli panowie w ogóle znali ich imiona. Poza woźnicami rydwanów, życie niewolników nie wywoływało komentarzy i nawet kiedy najwięksi mistrzowie z Circus Maximus w Rzymie opuszczali arenę po raz ostatni, do grobu nie odprowadzał ich choćby szept.



Czytaj również

Włócznia Przeznaczenia - Craig Smith
Sensacyjna powtórka z rozrywki
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.