string(15) ""
» Blog » Poukładane
04-03-2012 18:49

Poukładane

Odsłony: 3

Na specjalne życzenie sskellena „coś na niedzielny wieczór”. Opowiadanie to jest najlepszym efektem moich zapasów z tzw. „krótką formą”, po której stwierdziłem że raczej ją sobie odpuszczę. Powstało ono w 2009 roku jako prezent urodzinowy dla mojej przyjaciółki. Aha, uprzedzę od razu, że nie opanowałem wtedy jeszcze zdolności dzielenia długich zdań na krótsze.

Mimo to, mam nadzieję, że czytanie go nie będzie nieprzyjemnym doświadczeniem :)

 

Poukładane

Drażniący, niski skrzek budzika rozdarł ciszę poranka z okrutną obojętnością. Mimo że była to stara, jeszcze ruska konstrukcja, cichością pracy przypominająca zardzewiały czołg, dopiero trzeci sygnał doczekał się reakcji. Smukła, kobieca dłoń ozdobiona bursztynową bransoletą wysunęła się spod pościeli, ujęła pewnie nieforemną bryłę budzika i gwałtownym zamachem cisnęła nim o ścianę.
Stary przyrząd nie rozpadł się przy uderzeniu i spadł miękko na leżącą pod ścianą stertę ubrań, na szczęście jednak przestał skrzeczeć.
- To już rano? – dobiegł spod pierzyny męski głos, gdy zaczęła się kotłowanina. Był wyraźnie zaspany. Zielona satynowa pościel uniosła się, kiedy brązowowłosa, młoda kobieta usiadła energicznie.
- Na to wygląda. – powiedziała niechętnie i przeciągnęła się, aż zatrzeszczały stawy. Była bardzo atletycznie zbudowana, bez grama zbędnego tłuszczu na pięknie wyrzeźbionych mięśniach. Jej spalona od słońca skóra świetnie współgrała z prostymi, długimi włosami, blasku których pozazdrościć by mogła jej niejedna aktorka.
- O której ma przyjechać? – spytał mężczyzna, przesuwając z uczuciem dłonią po jej nagich plecach. Kobieta odwróciła się w jego stronę, a jej zielone oczy zabłysły głębią uczuć, jakie do niego żywiła.
Mężczyzna był nieomal równie młody jak ona, gdzieś w połowie trzeciej dekady życia. Raczej niespecjalnie wysoki, mógł jednak poszczycić się pięknie ukształtowaną muskulaturą. Po prawdzie był bardzo podobny do dziewczyny. Główną różnicą, widoczną na pierwszy rzut oka, była znaczna bladość jego skóry i zgolone na zero włosy. To oraz fakt, że ozdobił swoje ciało tatuażami oplatającymi mu obie ręce tuż pod ramionami i zaznaczającymi dodatkowo mocno rozwinięte bicepsy.
- O 9:14 ma być u nas na dworcu – odrzekła, oparłszy się na jego klatce piersiowej i składając lekki pocałunek na ustach mężczyzny – muszę się zacząć zbierać. Nie chcę się spóźnić.
- Brytyjskie pociągi zawsze się spóźniają. – odparł ten, uśmiechając się i objąwszy ją, zaczął przyciągać do siebie. Brązowowłosa stawiła opór i siłowali się tak przez chwilę, aż w końcu dała za wygraną. Chichocząc zadowolona, opadła nań i ich usta zwarły się w gorącym pocałunku, a ciała w namiętnym uścisku. Trwali tak przez parę minut, tarmosząc się w pościeli, aż w końcu oderwała swoje usta od jego.
- Wini, ja się naprawdę nie chcę spóźnić. – oznajmiła, spoglądając mu prosząco w oczy. Mężczyzna westchnął tylko, zwalniając uścisk i pozwalając jej ześliznąć się z niego. Oparł się następnie wygodnie na ustawionych pośpiesznie poduszkach i podkładając ramiona pod głowę, napawał się jej widokiem. Była dla niego ideałem kobiecości i zawsze kochał obserwować ją nagą. Średniego wzrostu, muskularna, bez zbędnych, zbyt dużych piersi i bioder szerokich jak tylne kola od Ursusa, poruszała się z gracją i dumą sytej lwicy.
Kobieta przeszła przez pokój, przestępując nad rozrzuconymi ubraniami i wstąpiła do nieoddzielonej niczym łazienki, po czym zaczęła napuszczać wody do wanny. Czuła cały czas na sobie jego uważny wzrok i sama się przed sobą przyznawała, jak bardzo to kochała.
Długie lata bycia samej, wyśmiewanej, pogardzanej skutecznie wypracowały w niej kompleksy, wykuły w niej to poczucie kobiecej niższości jak w granitowej skale. Mniej niż dwa lata temu ten mężczyzna zniszczył je, jakby były z papieru. Los spiknął ich chyba w najgorszy możliwy sposób i przez długie miesiące nie mogła znieść tego gadatliwego lekkoducha. Aż pewnego dnia spojrzała pod tę maskę i ujrzała Wincenta takim, jaki był naprawdę. Wtedy poszło już prosto, zwłaszcza w takim życiu jakie oboje wiedli – oboje na obczyźnie, oboje nie akceptujący świata jaki ich otaczał, jego niesprawiedliwości i...skurwysyństwa, mówiąc wprost .
Nie wytrzymała już i odwróciła się w jego stronę. Mężczyzna uśmiechnął się, błyskając białymi, zdrowymi zębami, a następnie posłał jej całusa. To wystarczyło, aby jej serce zaczęło mocniej bić. Spoglądała na niego, rozkoszując się świadomością, że jest tak blisko, aż nagle jego gest, którym wskazał na wannę, wyrwał ją z zadumy.
Woda właśnie zaczynała dochodzić do polowy otworu bezpieczeństwa i buchała kłębami pary, jako, że cały czas nalewała się tylko gorąca.
- O cholera. – rzuciła, zrywając się, aby zakręcić kurki. Wincent śmiejąc się, zerwał z łóżka i podszedł szybko.
- Mogłeś uprzedzić mnie wcześniej. – rzuciła rozdrażniona, gdy podszedł. Mężczyzna w odpowiedzi, nie przestając się uśmiechać, objął ją od tyłu w pasie i pocałował w bok szyi.
- Miałaś taką zadowoloną minę, że nie chciałem ci przerywać. – powiedział przyciskając ją do siebie mocniej. Był od niej wyższy góra o centymetr.
- Poza tym mamy teraz jakieś dwadzieścia minut, nim ten wrzątek będzie nadawał się do kąpieli – mówiąc to, przesunął dłońmi w górę, aż zamknął w nich drobne wzgórki jej piersi – co ty na to, Olimpio moja kochana, abyśmy jakoś ten czas wykorzystali?
Kobieta chciała się żachnąć, rozeźlona troszkę jego fortelem. Jednak obezwładniająca przyjemność płynąca z jego dłoni i jeszcze gorsze pocałunki, którymi zaczął obsypywać jej szyję, skutecznie przemogły to postanowienie. Z rozkosznym jękiem poddała się mu, odchylając tylko głowę.
Wini obrócił ją do siebie i schyliwszy się, zarzucił sobie na ramię, a następnie energicznym krokiem ruszył w stronę łóżka.
- A ty, jak mi jeszcze raz zadzwonisz nie w porę – rzucił po rosyjsku do leżącego na podłodze budzika – to wyfruniesz przez okno...

***

Parę godzin później...

***
Niski pisk hamującego pociągu, od którego plomby z zębów mają ochotę wyskoczyć, przetoczył się nad wiekowym peronem. Zebrany tłum ludzi, który stał, krzywiąc się, gdy hamulce grały swój koncert, ruszył teraz w stronę drzwi pociągu, pchając się jeden przez drugiego. Nikt tu nie myślał o daniu wysiadającym pierwszeństwa. Zamiast tego wszyscy się przeciskali, depcząc po palcach i piętach, obijali łokciami i klęli na potęgę. Jedynie przy wyjściu z przedostatniego wagonu sytuacja była inna.
Jak tylko pociąg się zatrzymał, na schody wskoczył ubrany na gotycką modłę nastolatek i zaczął pchać przed innymi, dopóki nie natrafił na twardą rękę. Ktoś bezceremonialnie wypchnął go z powrotem i zaraz ten sam los spotkał otyłego gościa po czterdziestce jak i żylastego murzyna z krótkimi dredami.
- Zaraz! Najpierw wysiadający! – ryknął ciężki głos po angielsku prawie bez akcentu. – Z drogi!
Tłum zaszemrał i parę osób zacisnęło pięści, szykując się, aby rozprawić z kimś, kto śmie narzucać im, co mają robić. Szybko zmienili jednak zdanie, gdy tylko osoba ta gwałtownie wychynęła na stopnie wagonu.
Nauczycielem dobrych manier był średniego wzrostu, potężnie zbudowany mężczyzna o bujnych, puszczonych na dziko, czarnych bokobrodach. Zarost w ogóle nie pasował do szerokiej, szczerej twarzy, wręcz czynił go szpetnym, co sugerowało, że jego właściciel nie dba o to, jak wygląda. Miał na sobie wysokie, wojskowe buty, wyblakłe dżinsy i podkoszulek bez rękawów oraz czarno-czerwoną bandanę, pod którą ukrył włosy.
Nieznajomy powiódł po tłumie gniewnym spojrzeniem szarych oczu i bez słowa zeskoczył na peron. Najbliżej stojące osoby cofnęły się, chcąc unikać konfrontacji, mężczyzna zaś odwrócił się w stronę wagonu i wyciągnął przed siebie rękę. Starsza, zasuszona kobieta ujęła ją ostrożnie i wspierając się, zeszła z trudem po stromych stopniach. Kolejni wysiadający podali mężczyźnie wcale niemałą walizkę starszej pani i ten szybko oparł ją na kółkach oraz wyciągnął stelażowy uchwyt na całą długość.
- Dziękuję, młodzieńcze. – powiedziała staruszka, gdy podał jej uchwyt walizy. – Dobrze wiedzieć, że są jeszcze u nas w Anglii porządnie wychowane osoby.
- Nie jestem Brytyjczykiem, proszę pani. – odparł mężczyzna, gasząc jej nadzieje. – Miłego dnia.
Następnie pomógł jeszcze wysiąść ciężarnej kobiecie z dwójką małych dzieci i ciemnoskóremu staruszkowi ze złamaną nogą. Gdy sięgnął, aby pomóc młodej dziewczynie z ogromną walizą, tłum wokół niego zaszemrał.
- Do kurwy nędzy, długo jeszcze mamy czekać? – żachnął się w końcu młody facet, na oko mający dwadzieścia parę lat, podobnie jak mężczyzna z pociągu. Ten w odpowiedzi odwrócił się gwałtownie w jego stronę i wycelowawszy w niego oskarżycielsko palec, rzucił tylko krótkie:
- Zamknij dziób, albo ja ci go zamknę. – niby nic, zwykła odzywka i to nawet nie wypowiedziana podniesionym głosem, a jednak było w niej coś takiego, że pytający aż zrobił dwa kroki w tył. Mężczyzna w bandanie wskazał kciukami w lewo i w prawo.
- Jak się komuś nie podoba czekanie, to tam są inne wejścia. – rzucił. – Tu obowiązują zasady dobrego wychowania. To w końcu Wielka Brytania, chyba powinniście coś o tym wiedzieć.
Tłum zaszemrał rozeźlony, ale nikt nie chciał zadzierać z tak dziwnym i muskularnym gościem, dlatego wiele osób ruszyło szybko ku innym wejściom gdzie obowiązywała typowa zasada wyścigu szczurów.
Obserwująca całą scenę Olimpia odwróciła się z uśmiechem do Wincenta.
- Mówiłam ci, że jego da się łatwo zauważyć.
- Ortodoksyjny Żyd w meczecie wywiera mniejszy efekt. – odparł Wini, siedząc rozwalony na ławce. Usłyszawszy to porównanie, kochanka posłała mu rozbawione spojrzenie.
- A ty wiesz coś o tym. – powiedziała, uśmiechając się. Mężczyzna również wyszczerzył się w odpowiedzi. Następnie rzucił, wskazując palcem w stronę wagonu.
- Zdaje się, że skończyły mu się staruszki do pomagania.
Kiedy brązowowłosa ponownie spojrzała w stronę pociągu, mężczyzna, który spowodował wcześniej całe zamieszanie, złapał właśnie rzucony przez kogoś pakowny plecak i ruszył przed siebie. Inni podróżni schodzili mu z drogi, nie wiedząc, czego się spodziewać, a nie chcąc ryzykować. Mężczyzna wyszedł z tłumu spokojnie się już cisnących do wejścia Brytyjczyków i założywszy plecak, rozejrzał się po peronie. Olimpia zamachała ręką, aby zwrócić na siebie uwagę, i nowoprzybyły ruszył szybko w jej stronę.
Gdy tylko podszedł, kobieta z uśmiechem objęła go i przytuliła. Ten odwzajemnił uścisk, zamykając wokół niej ramiona.
- Dobrze, że w końcu przyjechałeś. – powiedziała po polsku, uśmiechając się i odrywając od niego. – Jak ci minęła podróż?
- Dobrze – odpowiedział mężczyzna – autobus był trochę ciasny, a pociąg powolny, ale to koniec wieńczy dzieło.
Olimpia parsknęła rozbawiona, mężczyzna również się uśmiechnął.
- Tobie, kolego, to chyba wszędzie ciasno. – odezwał się Wincent, wstając z ławki. Nowoprzybyły rzucił mu uważne spojrzenie, brązowowłosa zaś wskazała ich sobie rękami.
- Wini, to Dziebor Honorski, mój przyjaciel. – powiedziała, wskazując nowego przybyłego, następnie spojrzała na niego – Dziebor, to Wincent Joselewicz, mój narzeczony.
- Tym się nie chwaliłaś. – rzekł nowoprzybyły, wyciągając do Winiego rękę. Ten złapał ją pewnie.
- Miło mi. – powiedział i uśmiechając się lekko, zaczął zaciskać dłoń coraz mocniej. Honorski spojrzał zdziwiony na splecione prawice i uśmiechnąwszy się krzywo, również zwiększył nacisk. Uśmiech Joselewicza zmalał nagle, gdy poczuł moc tego uścisku. Olimpia zorientowawszy się, co się dzieje, wkroczyła szybko pomiędzy nich.
- Hej, spokojnie – powiedziała, kładąc obu ręce na ramionach – o co wam chodzi?
- Jego pytaj, on zaczął. – odrzekł jej Dziebor, gwałtownym szarpnięciem rozrywając uścisk. Wincent porwał rękę i zaczął energicznie rozcierać dłoń.
- Skarżypyta – powiedział, po czym się uśmiechnął – ale nawet mocniejszy, niż wygląda. Możesz się nam przydać.
- Wini... – brązowowłosa syknęła do swojego kochanka, było już jednak za późno.
- Do czego? – Honorski warknął, a z jego tonu wyczytała, że przełącza się już na tryb bojowy. Zacisnęła uspokajająco dłoń na jego ramieniu. Mężczyzna szybko przeniósł na nią spojrzenie i napotkał jej błagalny wzrok. Wiedział, że jej widać zależy, aby nie doszło do walki między nim a jej narzeczonym. Odetchnął wobec tego głęboko, uspokajając się wielkim wysiłkiem woli.
Joselewicz w tym czasie skończył rozcierać dłoń i wzruszył ramionami.
- Nie gadajmy tak na środku peronu jak Turcy na straganie – rzekł – niedaleko jest przyjemna knajpka, usiądziemy i pogadamy.
- Hmmmrrrppp – mruknął drugi mężczyzna i wzruszywszy ramionami spojrzał na Olimpię – jeśli chcesz, to pójdziemy.
Brązowowłosa odetchnęła z ulgą bo wiedziała, że przewietrzenie się ostudzi tych zapaleńców.
- Chodźmy, na pewno jesteś głodny po podróży, a ja dziś stawiam. – powiedziała z uśmiechem. Dziebor uśmiechnął się z wdzięcznością, poprawił plecak i ruszył za parą. Wincent objął Olimpię za ramiona, ta zaś przytuliła się do niego i również objęła, tyle że w pasie. Nowoprzybyły szedł krok z tyłu po drugiej stronie kobiety.
Pewnym, niespecjalnie szybkim krokiem przemierzyli budynek dworca i wyszli na ruchliwy plac. Nowoprzybyły rozglądał się z zainteresowaniem, podziwiając różnokolorowy tłum oraz porozstawiane stragany. Ogólnie przypominało mu to skrzyżowanie dworca katowickiego z warszawskim. Pełno tu było śmieciowego żarcia, tandetnych ozdóbek i różnorakich szmat przetykanych obwoźnymi sprzedawcami oferującymi dosłownie wszystko. Dziebor dziwił się, że nigdzie nie dostrzegł dwumetrowego Ruska w pasiastym podkoszulku, obwieszonego kałasznikowami i oferującymi je za bezcen. To by dopełniło obrazu.
Na zewnątrz nie było specjalnie lepiej. Dzień był co prawda pogodny, z lekkim północnym wiatrem pchającym po niebie gęste, ale białe chmury. Nie była to jednak kraina mlekiem i miodem płynąca, jak zdawało się wielu jego rodakom w starym kraju.
Cała trójka przeszła chodnikiem niecałe sto metrów, aż do skrzyżowania z masywną sześciopasmówką.
- To tu. – powiedział Wincent, wskazując na stojący na rogu dwupiętrowy budynek z czerwonej cegły. Nad wejściem widniał symbol złoconego claymora i napis wykonany stylizowaną czcionką głoszący McCloud Inn.
Para weszła pierwsza i zniknęła za olbrzymimi drzwiami ze wzmacnianych żelazem, poczerniałych dech. Honorski bez ociągania ruszył za nimi.
- Uważaj, strome schody. – dobiegł go głos Olimpii, gdy przekładał nogę przez wysoki próg i zapewne tylko to ostrzeżenie uratowało przed upadkiem. Faktycznie, schody były wysokie i wąskie. Sam miał buta rozmiaru 44 i czubki mu wystawały za krawędź schodka, nawet gdy piętą dotykał wcześniejszego.
- Już wiem, jak opędzają się od pijanych klientów. – mruknął pod nosem i ruszył ostrożnie na dół. Schody prowadziły do wąskiego i niskiego korytarza oświetlonego przez mdłe, czerwono-żółte halogeny, co zapewne miało imitować ogień pochodni. Zaraz za korytarzykiem były kolejne, łukowato sklepione drzwi otwarte na oścież. Za nimi była główna sala.
Wkroczywszy do środka, Dziebor zatrzymał się na moment, aby rozejrzeć. Głowna sala była utrzymana w lekkim półmroku i kojarzyła się Polakowi z jaskinią lub bunkrem. Miała kształt wachlarza i kilka kopulastych sklepień z ozdobnymi wzmocnieniami oraz drewnianą podłogą. Po węższej stronie wachlarza rozmieszczone były bar i kuchnia, a na reszcie pomieszczenia porozstawiano podłużne stoły z ławami i okrągłe stoliki z krzesłami. Ściany zdobiły zdjęcia z filmów i serialu Nieśmiertelny oraz ogólne motywy szkockich górali.
Ujrzawszy to wszystko, Honorski ruszył za znajomymi. Podłoga trzeszczała miejscami pod jego krokami, on jednak, nic sobie z tego nie robiąc, dotarł szybko do stolika pod zewnętrzną ścianą. Olimpia pospiesznie przesunęła sobie krzesło i usiadła tuż obok swojego narzeczonego. Nowoprzybyły zdjął plecak i ustawił go pod ścianą, a następnie usiadł naprzeciwko pary.
Nim jeszcze zdążył się odezwać, młoda, atrakcyjna londynka w kilcie i białej koszuli podeszła do nich i rozłożyła trzy pary menu, zaraz potem zniknęła. Narzeczeni otwarli razem jedno i zaczęli szybko wertować kartki, z kolei nowoprzybyły wziął się za dokładne przeglądanie stron.
Śmieciowe żarcie, przystawki i zupy przerzucił od razu. Skupił się dopiero na ciepłych daniach i tym, co poleca szef kuchni.
- Mówicie, ze fundujecie obiad? – spytał jeszcze dla pewności.
- Mhm – Olimpia kiwnęła szybko głową, uśmiechając się przy tym. Honorski spojrzał również na Wincenta, ten jednak nie podniósł na niego wzroku, skupiony na menu. Wzruszył więc ramionami i również zagłębił się w lekturę. Danie wybrał szybko, potem napój do tego. Nim skończył, blondynka pojawiła się ponownie.
- Zdecydowali się państwo? – spytała z zawodowym uśmiechem na ustach.
- Tak – Wini odezwał się pierwszy – dla mnie dwa hot-dogi z wszystkimi dodatkami i do tego dużą Warkę, dla mojej pani zaś kotlet z piersi kurczaka z sałatkami i frytkami oraz niegazowaną mineralną.
Powiedziawszy to, wskazał gestem na Dziebora, dziewczyna zaś skończyła notować i spojrzała na drugiego mężczyznę.
- Karkówkę z grilla z bitymi ziemniakami i zestaw surówek, a do tego sok jabłkowy. – zamówił szybko. Kelnerka zapisała i to, po czym zabrała menu i kiwnąwszy im głową, oddaliła się.
- Jeśli masz ochotę na piwo, to w tym kraju nie musisz się krępować – zagadał Joselewicz – tutaj niebiescy się nie czepiają do 0,8 promila, nawet jak prowadzisz. Wielka Brytania ma najwyższe dopuszczalne ilości dozwolonego alkoholu we krwi w Europie.
- Dobrze wiedzieć, ale nie dlatego nie brałem alkoholu – odparł zagadany – po prostu nie mają nic, co by mi smakowało.
- A co by ci smakowało?
- Miód – odpowiedziała szybko Olimpia, uśmiechając się rozbawiona – i siwucha.
Dziebor również się uśmiechnął, kiwając głową na znak potwierdzenia. W tym momencie ponownie pojawiła się kelnerka, przynosząc napoje.
Wini upił szybko kilka łyków złocistego trunku, a następnie otarł usta przedramieniem i spytał.
- Masz już, Dzieborze, jakieś plany, co będziesz tutaj robił?
- Coś się znajdzie. – zapytany wzruszył ramionami, brązowowłosa dostrzegła jednak zmianę w jego pozycji. Odprężenie, na jakie pozwolił sobie w ciągu ostatnich chwil, właśnie zniknęło i Honorski znów zrobił się zwarty i gotowy. Domyślał się, że Wincent zaprosił go na obiad w jakimś konkretnym celu. I nie zamierzał dać się złapać z opuszczoną gardą.
- Osoba z twoją posturą raczej nie powinna mieć problemu ze znalezieniem pracy.
- Nie interesuje mnie praca bramkarza ani windykatora.
- A jaka?
- Bo ja wiem...może aktora? – odparł, na co Olimpia nie zdołała powstrzymać rozbawionego uśmiechu, a Wincent parsknięcia – no co?
- Obecnie mamy recesję, waga aktorów również poleciała na łeb na szyję – wyjaśnił Wini – popatrz choć na najnowszego Janosika.
Honorski wzruszył tylko ramionami i upił łyk soku. Był gorszy niż w starym kraju, bardziej kojarzył mu się z tanimi napojami z hipermarketów. Możliwe, że Joselewicz wiedział, co robi, wybierając ojczysty produkt. Podobnie jak Olimpia, woda to w końcu woda.
Nim rozmowa znów się rozpoczęła, kelnerka zjawiła się ponownie, przynosząc posiłki. Dziebor zdziwił się trochę, ze tak różne potrawy zostały przyrządzone w tym samym czasie, wolał jednak nie pytać, jak to możliwe. Uznał, że jeśli nie będzie wiedział, że wszystko zostało odgrzane w mikrofali, to nie poczuje tego w smaku. Może.
- Posiłek mistrzów. – skwitował Wini, ujmując oburącz pokaźnego hot-doga i biorąc się z trudem za odgryzanie sporych kęsów oraz popijanie ich solidnymi siorbnięciami Warki.
- Mistrzów jedzenia hot-dogów to może – rzuciła Olimpia, patrząc na narzeczonego z ukosa – nikt, kto chce coś osiągnąć w sporcie, nie pakuje w siebie tyle śmieci.
- E tam – odrzekł jej mężczyzna, unosząc rękę i napinając bicepsa – dobrze wiesz, że mojej formie te śmieci nie szkodzą, a sporo na nich osiągnąłem. A ty, Dzieb, co o tym sądzisz?
- Nie mnie oceniać twoją formę – odpowiedział zapytany z pełnymi ustami – a i za mało cię znam, aby wiedzieć, co osiągnąłeś. Nie jesteś aż tak sławny, przykro mi.
Olimpia parsknęła śmiechem, Wincent również się uśmiechnął.
- Miałaś racje serduszko, wygadany jak się patrzy – rzucił – pytałem jednak, co sądzisz o śmieciowym żarciu?
- Jest smaczne, ale wszyscy dietetycy się ich czepiają, nawet ci od Kwaśniewskiego. Jak masz śmieciowe żarcie własnej roboty, to jest niezłe, ale jak kupne z produkcji masowej, to lepiej użyć go jako trutki na szczury.
- To się nazywa zgodzić z oboma stronami – kobieta uśmiechnęła się, kiwając głową. Honorski pokiwał tylko głową w odpowiedzi, odgryzając olbrzymi kawałek mięsa i wpychając do ust.
Przez parę minut przy stole było słychać jedynie szczęk sztućców, odgłosy żucia i siorbania. W końcu cała trójka przegryzła ostatniego kęsa, a Wincent skwitował posiłek cichym beknięciem.
- Było niezłe – przyznał Dziebor, splatając ręce za głową i rozciągając się wygodnie na krześle – dzięki za zaproszenie.
- Przydałby nam się ktoś taki jak ty. – rzucił nagle Wini, upijając sporego łyka. Olimpia poczuła, jak coś ją uciska w dołku, a Honorski utkwił w jej narzeczonym uważne spojrzenie.
- Wam, to znaczy komu – spytał zimno, nie zmieniając jednak pozycji – i do czego?
- Wielka Brytania to niebezpieczne miejsce – Joselewicz odparł spokojnie, oglądając uważnie swoje palce, jakby szukając brudu pod paznokciami – zwłaszcza dla imigrantów. Od początku nie był to raj na ziemi, od czasu kryzysu jest jeszcze gorzej. Zwłaszcza naszym. Polacy są świetnej klasy fachowcami, o wiele lepszymi niż miejscowi i to w każdej dziedzinie. To wywołuje zazdrość, a ona przemoc.
- Mam zacząć się bać?
- Nie, nie – brązowowłosa wyjaśniła szybko – chodzi tylko o to, że trzeba uważać i...
- I trzymać się swoich – wpadł jej w słowo Wincent – miejscowa policja ma mocno w nosie sprawy imigrantów z Europy Środkowej. Z większością nie potrafią się dogadać, z resztą nie chcą. Zresztą, też obawiają się konkurencji, więc dla nich byłoby najlepiej, jakbyśmy wszyscy zniknęli.
- A nie licząc zwykłych rasistów, mamy też inne problemy – uzupełniła kobieta – gangi, mafijki, zwykłych świrów.
- Dlatego musimy bronić się sami – podjął zaraz Wini – parę lat temu stworzyliśmy taka grupę samoobrony, nakierowaną na naszą społeczność. Nie interesuje nas bronienie porządku publicznego ani majestatu królowej. Jedynie aby nikt nie gwałcił polskich dziewczyn i nie katował polskich chłopców. Lub odwrotnie.
- Przestępcy pilnujący przestępców? – spytał Dziebor.
- Bardziej stowarzyszenie ochotników – odparł mu Joselewicz – ale owszem, nie przejmujące się prawem.
- Gang?
- Gang. Olimpia mówiła, że umiesz walczyć, do tego wyglądasz na kogoś silniejszego niż przeciętny zjadacz chleba. Ktoś taki zawsze się nam przyda. Zwłaszcza, że znam ją na tyle, że będąc jej przyjacielem, nie możesz być jakimś fajfusem.
Honorski poprawił się na krześle, siadając porządnie, oparł też dłonie na krawędzi stołu.
- Dzięki... – zaczął – ale nie. Już w starym kraju próbowali mnie rekrutować do różnych gangów i też podcierali się różnymi hasłami: patriotyzm, honor, bronienie własnych. Wiesz, do czego się to zawsze sprowadzało? Do łysego łba, dresu na grzbiecie, bejsbola w ręku i swastyki na dupie.
- My się nie bawimy w takie rzeczy. – zaprzeczyła szybko Olimpia.
- Oni też tak twierdzili, jak się ich skonfrontowało – odpowiedział, wstając – dziwię ci się, Olimpio, że przystąpiłaś do czegoś takiego. Ja nie mam jednak zamiaru. Dzięki za obiad.
Powiedziawszy to, zarzucił szybko plecak na ramię i wyraźnie zdenerwowany ruszył do wyjścia.
- Dziebor... – zaczęła kobieta, Wincent jej jednak przerwał.
- Niech idzie, nikogo na siłę nie będziemy przymuszać. – skwitował również rozdrażniony. Olimpia spoglądała to na niego, to na wychodzącego przyjaciela. Tego właśnie chciała uniknąć, ale przez nieodpowiedni dobór słów i postawę Joselewicza wszystko poszło nie tak. Gdy tylko Honorski wyszedł, brązowowłosa odwróciła się z wściekłością do narzeczonego.
- Musiałeś się tak zachowywać?! – prawie krzyknęła – wiesz, ile dla mnie znaczyło, aby do nas dołączył.
Ku jej zaskoczeniu, Wini wyraźnie się odprężył i całe zdenerwowanie zniknęło z jego twarzy.
- Wiem, ile dla ciebie znaczyło, aby do nas dołączył – zapewnił, patrząc jej w oczy – ale o wiele więcej znaczy dla ciebie, aby dołączył do nas z własnej, nieprzymuszonej woli. My nie prowadzimy kółka różańcowego. Jeśli Dzieb do nas dołączy, to nie może to być z nudów ani dlatego, że go o to poprosiłaś, a ja mu zaproponowałem. Musi się przekonać, że to my jesteśmy tu tymi dobrymi i że będzie mógł pomóc nie tylko sobie, ale i innym, jeśli do nas dołączy.
Olimpia patrzyła na niego uważnie, zaskoczona prostą logiką jego wypowiedzi. W końcu kiwnęła głową, niepewność nie zniknęła jednak z jej pięknej twarzy.
- On jest cholernie uparty – powiedziała – i nienawidzi nazistów. Nie wiem, czy będzie w stanie się przekonać do zmiany zdania.
- Nie będzie – zawyrokował mężczyzna – ale życie zmieni je za niego. Oboje znamy to miasto i ten kraj. Prędzej czy później przekona się do tego, co mówimy, a wtedy będzie chciał z własnej woli do nas dołączyć. A o to ci właśnie chodziło od początku.
Kobieta kiwnęła głową, na co Wincent uśmiechnął się tylko i objąwszy ją ramieniem, przyciągnął do siebie.
- Nie martw się, królowo – powiedział, przytulając ją – wszystko jeszcze będzie poukładane.

***
Kilka tygodni później...

***
Energiczne pukanie do drzwi przerwało poranną ciszę korytarza na trzecim piętrze starej, wiktoriańskiej kamienicy.
- Panie Honorski, tu policja – rozległo się między stuknięciami – proszę otworzyć, musimy porozmawiać.
Przez parę sekund nic się nie działo, w końcu jednak dało się słyszeć dźwięk otwierania kolejnych zamków i zdejmowania łańcuchów. Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem nienaoliwionych zawiasów.
Oczom Dziebora ukazał się wysoki, czarnoskóry mężczyzna w lekko spranym, szarym garniturze trzymający w dłoni otwartą legitymację policyjną.
- Jestem detektyw Mark Ale – przedstawił się – mogę wejść?
- Ale o co chodzi? – Polak spytał w odpowiedzi, splatając ramiona na piersi.
- O twoją znajomość z niejaką Olimpią Bezkicką.
- Beskidzką – poprawił go Honorski, usuwając się jednak z drogi i wchodząc w głąb mieszkania. Detektyw wszedł za nim, rozglądając się uważnie.
Mieszkanie było w opłakanym stanie. W wielu miejscach ze ścian odpadł tynk i odłaziła farba i tapeta, a tam, gdzie jeszcze się trzymały, było widać, że są mocno wyblakłe. Meble podobnie prezentowały obraz nędzy – zdekompletowane, dziurawe lub połatane, w większości zdezelowane. Detektyw wątpił, czy były warte więcej niż stówę, wszystkie razem wzięte. Tylko główny salon prezentował się inaczej.
Olbrzymi pokój był świetnie oświetlony dzięki licznym oknom, a wyposażenie zmieniało go tak naprawdę w niezłą salę do ćwiczeń. Lewą stronę, patrząc od wejścia, zajmowały atlas, sztangi, ławki i inne kulturystyczne duperelki, podczas gdy prawą wyłożono materacami i zaopatrzono w dwa worki treningowe, jeden zwykły, choć na pewno ciężki, a drugi przymocowany łańcuchami i do sufitu, i do podłogi.
Mark powiódł wzrokiem po tym sprzęcie z zazdrością. Sala gimnastyczna jego komisariatu nie była tak dobrze zaopatrzona. Poczuł się natomiast nieswojo, gdy spojrzał na założony na sztangę ciężar. 300 funtów potrafiło wprowadzić kogoś w przestrach.
Polak, jakby chcąc to jeszcze zaakcentować, usiadł wygodnie na ławeczce, opierając się właśnie o tę sztangę. Nie zaoferował gościowi nic do picia ani możliwości spoczęcia gdziekolwiek, jakby chcąc go popędzić do szybszego załatwienia sprawy.
- Widzę, że dbasz o sprawność fizyczną. – zagaił policjant, Dziebor wzruszył jednak tylko ramionami.
- W mojej pracy to niezbędne.
- Ano tak. Dostałeś pracę w ochronie naszego dworca głównego. Czyli służbie mundurowej.
- Co to ma wspólnego z Olimpią? – zniecierpliwił się Honorski.
- Skąd ją znasz?
- Ze starego kraju, przyjaźniliśmy się tam od lat.
- W takim razie na pewno zwierzała ci się z tego, że należy do półświatka?
- Nie – Dziebor odpowiedział gładko spoglądając detektywowi w oczy – a nawet gdyby, to nie moja sprawa. Olimpia jest dorosła i doskonale wie, co robi.
- Należysz do służb mundurowych Jej Królewskiej Mości – Ale wygarnął rozdrażnionym tonem – masz obowiązek bronić prawa i sprawiedliwości!
- Prawo i Sprawiedliwość? – Honorski spytał, uśmiechając się rozbawiony – Głosowałem na kogoś innego.
Mark spojrzał na niego zdziwiony, nie rozumiejąc dowcipu. Polak wzruszył tylko ramionami, spoważniał jednak.
- Nie mam obowiązku bronić prawa, a jedynie utrzymywać porządek na Yorskim dworcu – sprostował – i nie jestem pracownikiem Jej Pomarszczonej Mości, tylko miasta York.
Detektyw zmełł w ustach przekleństwo, a następnie odetchnął głęboko.
- Pytam po raz kolejny – odezwał się już spokojnie – co wiesz o przestępczej działalności Olimpii Bezkickiej?
- Nic – usłyszał w odpowiedzi – i po raz kolejny Beskidzkiej, nie Bezkidzkiej.
- W takim razie pozwól, że opowiem ci coś o niej – Mark powiedział to, ruszając energicznie w stronę Dziebora – twoja przyjaciółka należy do jednej z najlepiej zorganizowanych organizacji na wyspach. Rozboje, kradzieże, napady z bronią w ręku, pobicia. To i wiele więcej jest ich dziełem. Co więcej, ludzie, wśród których działają, to albo też przestępcy, albo tacy, co uważają ich za pieprzonych świętych i obrońców. Zakichani imigranci.
Dziebor spojrzał na niego od stóp do głów i z kpiącym uśmiechem spytał:
- A ty pochodzisz z rodziny celtyckiej czy piktyjskiej?
Mark rzucił mu groźne spojrzenie.
- Uważaj, mogę cię posadzić na dobę na dołek. – zagroził.
- Możesz – Honorski wzruszył ramionami – ja zaś będę miał soczysty kawałek dla gazet i prawników. ‘Nielegalne zatrzymanie z powodów narodowościowych’, a tak przynajmniej opiszą to pierwsze strony gazet. Więc daj sobie siana, detektywie Ale.
Skończywszy przemowę, przesunął się bliżej końca ławeczki i położył na niej wygodniej.
- Jeśli to już wszystko, to przed pracą muszę jeszcze poćwiczyć – powiedział, ujmując wygodnie sztangę w szerokim chwycie – wiesz, gdzie są drzwi, nie zapomnij ich zamknąć za sobą.
Mark patrzył oniemiały, jak jego gospodarz, najwyraźniej zupełnie go ignorując, zdjął sztangę z uchwytów i opuścił ją, biorąc głęboki wdech. Następnie wypchnął z powrotem do góry, robiąc wydech. Ale poczuł, jak wzbiera w nim wściekłość. Takiego lekceważenia nie przeżył jeszcze nigdy.
Szybkim krokiem podszedł do ćwiczącego mężczyzny, przyglądając mu się uważnie, i ustawił się za nim. Dziebor śledził go wzrokiem, nie przerwał jednak ćwiczenia, zapewne chcąc dowieść, ze nie ma mu już nic więcej do powiedzenia. To jeszcze bardziej rozwścieczyło Anglika.
Złapał nagle za sztangę, gdy Honorski opuścił ją na klatkę piersiową i naparł na nią całym ciałem.
- Słuchaj mnie uważnie, Polaczku – syknął – przyjeżdżasz do mojego kraju, zabierasz prace moim braciom i jeszcze pyskujesz? Uważaj, z kim zadzierasz, bo policja nie lubi chronić takich jak ty.
- Pies trącał taką ochronę. – wycedził Polak przez zaciśnięte zęby i napiął mięśnie. Mark rozszerzył oczy ze zdziwienia, gdy sztanga zaczęła pomału, cal po calu, piąć się w górę. Zwiększył błyskawicznie nacisk, ale niewiele to dało.
Dziebor, wykrzywiony na twarzy z wysiłku, odpychał od siebie ogromny ciężar, patrząc Ale w oczy. Pot spłynął strużką po jego włosach, płuca zaczynały palić żwawym ogniem, gdyż robił to na bezdechu. W końcu wypuścił ze świstem powietrze i ostatnim wypchnięciem zarzucił sztangę na uchwyty.
Od razu przetoczył się na bok, zrywając na równe nogi i stanął w pozycji do walki. Detektyw spoglądał na niego w oszołomieniu, samemu czując z wysiłku przyśpieszony oddech i pot na całym ciele. Dłoń mimowolnie ruszyła mu w stronę kabury.
Polak jednak go nie zaatakował, odetchnął tylko szybko kilka razy, po czym uniósł rękę wskazując w stronę drzwi.
- Wynoś się – rzucił – a może nie wniosę oskarżenia.
Zdawszy sobie w pełni sprawę z zupełnego niepowodzenia próby zastraszenia, Ale odetchnął głęboko i czując gorycz porażki, ruszył do drzwi.
Honorski odprowadził go wzrokiem, a jak tylko drzwi się za policjantem zatrzasnęły, opadł na ławeczkę, oddychając ciężko i głęboko.
- Pięknie...kurwa...pięknie – rzucił po polsku.

***
W tym samym czasie w innej części miasta...

***

- Już tu są. – powiedziała Olimpia, wchodząc na zaplecze. Wincent westchnął ciężko, zdejmując nogi ze stołu i poprawiając się w fotelu.
- Niech wejdą – powiedział, a ciszej dodał – miejmy to już za sobą.
Kobieta kiwnęła tylko głową, wskazując dłonią w stronę drzwi, przez które przeszła, a następnie podeszła do Winiego i usiadła wygodnie na oparciu jego fotela. Oboje obserwowali wchodzących pięciu mężczyzn. Wszyscy byli biali i w najlepszym razie krótko ścięci, jeśli nie ogoleni na 0. Muskularne ramiona mieli wytatuowane prawie na całej długości, dominowały zaś symbole wikingów, swastyki i runiczne zapisy. Najpotężniej zbudowany z nich, ważący lekką ręką ze 130 kilogramów i mający długą złotą brodę zaplecioną w dwa warkoczyki, kiwnął Winiemu głową.
- Wikingowie są zaszczyceni, że zgodziłeś się z nami spotkać. – powiedział nienaganną angielszczyzną, siadając na fotelu naprzeciwko. Jego czterej kompani rozstawili się obok, splatając ramiona na piersiach. Ich pozbawione wyrazu twarze nadawały im wygląd wzorowych psów obronnych.
- Czego chcecie? – Joselewicz spytał szybko, patrząc uważnie na przywódcę gości. Ten spojrzał na Olimpię ze zdziwieniem.
- Będziemy rozmawiać przy twojej dupie?
- Przy mojej pani – poprawił go Wini, a w jego głosie zabrzmiała groźba. Olimpia uśmiechnęła się zaś, kładąc narzeczonemu dłoń na ramieniu.
- Jeśli ci się nie podoba, to możesz spierdalać. – rzuciła olbrzymowi prosto w nos. Psy strażnicze drgnęły, jakby szykując się do skoku, Beskidzka uśmiechnęła się tylko szerzej.
Wiking uniósł szybko dłoń, osadzając swoich ludzi na miejscu.
- Słyszałem, że Rycerze robią rzeczy inaczej – powiedział i ponownie obejrzał Olimpię od stóp do głów – nie wiedziałem tylko, że aż tak bardzo.
- Teraz już wiesz – odrzekł mu Wincent, splatając dłonie razem na brzuchu – z czym do nas przychodzisz?
- Od razu do rzeczy, co? – spytał Wiking, kiedy zaś nie doczekał się odpowiedzi, zawiedziony wzruszył ramionami – dobrze więc. Ja i moi wikingowie przybyliśmy tu parę dni temu ze Skandynawii. Chcemy się dogadać i wejść na lokalny rynek.
- Z czym? – brązowowłosa spytała szybko. Mężczyzna spojrzał najpierw na nią, potem na Winiego ten jednak nie miał zamiaru dawać żadnego znaku i zapadło niezręczne milczenie. Po paru chwilach, przekonawszy się, że w tym dziwnym gangu faktycznie kobiety mają prawo głosu, odpowiedział, nie owijając w bawełnę:
- Z ochroną, dziewczynkami, uprzyjemniaczami czasu i bronią – wypalił od razu – arabusy i czarnuchy próbują się rozpanoszyć za bardzo i wiem, że wy też macie z nimi problemy. W zamian za możliwość wejścia na wasz teren pomożemy wam się uporać z wrogami rasy.
- Wrogami rasy? – Olimpia spytała rozbawiona – a kto nim jest, hmmm? Każdy, kto nie jest wysokim, krótko ściętym blondynem o niebieskich oczach? Na przykład taki niski malarzyna z ulizaną ciotowatą fryzurką i cwelowym wąsikiem?
Gdyby wzrok mógł zabijać, to Beskidzka już by była kupką popiołu pod ciężarem spojrzeń wikingów.
- Może i macie dziwne zasady – Wiking powiedział powoli, patrząc z nienawiścią na Olimpię – ale nikt, a na pewno żadna baba, nie będzie obrażać naszego wielkiego wizjonera. Dobrze wiesz, że mamy ten sam cel i wyznajemy te samą ideologię.
- Te samą? – zaciekawił się Wincent – no to patrz, co ja o tym myślę.
Mówiąc to, zaczął zdejmować kurtkę, w której siedział. Miał pod nią podkoszulek bez rękawów.
- O kurwa. – rzucił jeden ze strażników Wikinga, gdy zobaczył tatuaże Winiego, jego kompani i sam szef siedzieli zaś oniemiali. Tatuaże przedstawiały bowiem plemienną, prosta plecionkę otaczającą duże kółko, w którym dumnie prezentowała się... Gwiazda Dawida.
- Jebany Żyd! – wrzasnął Wiking, zrywając się i sięgając po broń, ale Olimpia była szybsza. Skoczyła błyskawicznie w stronę olbrzymiego mężczyzny, uderzając go prawym sierpowym w skroń, lewym prostym w nos, a prostym kopniakiem w splot słoneczny. Olbrzymi mężczyzna poleciał do tyłu jak balon, z którego spuszczono nagle powietrze, i opadł z powrotem na fotel.
Jego strażnicy dobyli pistoletów i zaczęli je unosić, nagle jednak boczne drzwi stanęły otworem i do pomieszczenia wpadło czterech innych gości w wojskowych kamizelkach balistycznych z karabinami szturmowymi w rękach. Wikingowie zastygli w pół ruchu, potem zaś pomału odłożyli pistolety na ziemię.
- Dobra, skoro mamy już wstęp za sobą – powiedział Joselewicz, wstając i podchodząc do Wikinga – to przejdźmy do właściwej części. Zgodziłem się na to spotkanie tylko po to, aby wyjaśnić wam, jak tu stoją sprawy. Nie wchodzicie z uprzyjemniaczami czasu ani z bronią na ulice. Nigdzie. Z niczym nie wchodzicie na nasz teren. Polskie, czeskie, litewskie i wszystkie inne dzielnice nowych imigrantów są dla was niedostępne. Kropka.
- Jeśli są... – zaczął Wiking, dysząc jeszcze po ataku Beskidzkiej, jednak Wincent mu przerwał.
- Nie skończyłem! – rzucił – wiem, że jesteście za tępi, aby to zrozumieć, że macie się trzymać od nas z daleka, ale teraz otwórz uszy i zamknij japę, bowiem to, co powiem, jest święte. Chcecie się prztykać o wpływy, to wasza sprawa. Ale na wyspach wywalamy broń za okno. Chcecie wałczyć, to robimy to bez sprzętu. Ani klamek, ani bejsboli, ani nawet zasranych wykałaczek.
- Akurat... – wódz przybyłych próbował się odezwać ponownie, ale Joselewicz łupnął pięścią w stół.
- Rzuć okiem na ziemię i wokół siebie – polecił – gdy wy biegacie z przerdzewiałymi dziewiątkami i w najlepszym razie z zacinającymi się Ingramami lub chińskimi Kałachami, które wybuchną wam w twarz przy trzeciej serii, my mamy dostęp do pełnego zaopatrzenia w starym kraju. Jeśli będę chciał, to na jutro będzie na mnie czekał nowiutki gatling. Zresztą, spójrz na moich ludzi. Królewscy marines są gorzej wyposażeni. Ale nie zależy nam na zalaniu ulic czerwoną rzeką, dlatego nie używamy sprzętu. I albo to teraz skumasz, albo zakopiemy cię pół metra pod ziemią. I ni cholery nie spalimy na drakkarze.
Skończywszy przemowę, podszedł do Wikinga i złapawszy go za brodę, skierował na siebie jego wzrok.
- Gówno mnie obchodzi, czy zrozumiałeś co do ciebie mówiłem, ale jeśli nie, to sobie zakarbuj i niech ci jakiś pięciolatek wyjaśni zbyt skomplikowane słowa – powiedział, po czym puścił go i wskazał na wyjście – a teraz spierdalajcie, póki macie jeszcze na czym!
Wikingowie pomogli szefowi wstać i niemrawo zaczęli zbierać się do wyjścia. Olimpia w tym czasie przytuliła się do narzeczonego, który objął ją ramionami i oboje obserwowali, jak ich goście się oddalają.
- To jeszcze nie koniec. – powiedział Wiking na odchodnym.
- Lepiej dla ciebie, aby to był koniec... – rzuciła mu w twarz kobieta.

***

Wieczorem...

***

Olimpia pod rękę z Wincentem wyszła z kina w świetnym humorze. Było dość ciepło, jednak niedawne deszcze spowodowały, że na ulicach utrzymywała sie niska mgła, a i ludzi było niewielu.
- Mówiłem, że ci się spodoba. – powiedział Wini swojej narzeczonej do ucha. Ta w odpowiedzi złapała go za klapy kurtki i przycisnąwszy do ściany, pocałowała gorąco.
- Mówiłeś. – rzuciła z uśmiechem, odklejając swoje usta od jego.
- My też wam coś mówiliśmy. – dobiegło nagle z tyłu nieprzyjemnym głosem. Beskidzka odwróciła się, akurat aby zobaczyć lecącą w swoją stronę pięść. W ostatniej sekundzie zdołała jeszcze złożyć gardę, ale cios i tak cofnął ją o kilka kroków.
Wiking ryknął rozwścieczony, widząc, że kobieta nadal stoi, i ruszył w jej stronę, wtem jednak błyskawiczny sierpowy od Winiego trafił go w szczękę. Trzej kompani wodza gangu skoczyli od razu na Joselewicza.
Wincent przypuścił pierwszego, schodząc z jego linii zgrabnym unikiem i popchnął go jeszcze na ścianę. Drugi już był sprawniejszy i złapał Polaka w pasie, podniósł nad ziemię i trzasnął nim o tę samą ścianę. Trzeci grzmotnął go pięścią w twarz, trafiając w czoło.
Zebrał się do kolejnego uderzenia, gdy gwałtownie dostał kopniaka pod kolano od Olimpii. Zaraz za kopem poszedł lewy prosty i prawy sierpowy na twarz, co na moment skutecznie wyłączyło agresora z walki. Nim brązowowłosa zdążyła uderzyć następnego, Wiking złapał ją od tyłu w niedźwiedzim uścisku i podniósłszy nad ziemię, ruszył do tyłu.
Nie tracąc głowy w tej paskudnej sytuacji, Olimpia błyskawicznie zrobiła jedyną rzecz, jaką mogła, i z zamachu trzasnęła potylicą w twarz napastnika. Ten zachwiał się na nogach i wtulił głowę w ramiona, nie zluzował jednak uścisku. Kobieta spróbowała ponownie go uderzyć, ale trafiła tym razem w nastawione czoło, co zaowocowało tysiącem gwiazd rozbłyskujących jej przed oczami.
- Puszczaj ją, ty fiucie! – wrzasnął Joselewicz, wyszarpując dłonie z uścisku trzymającego go neonazisty. Wziął szeroki zamach i trzasnął go otwartymi dłońmi w uszy. Ten krzyknął przeraźliwie, puszczając Joselewicza i łapiąc się za głowę, gdzie odbywał się właśnie mały ragnarok.
Polak bez skrępowania trzasnął go goleniem w krocze i odepchnąwszy od siebie, skoczył w stronę swojej narzeczonej. Nim jednak zrobił trzy kroki, kolejny napastnik wpadł na niego barem. Będąc dobre trzydzieści kilogramów cięższy od Winiego, bez większego trudu posłał go na ziemię.
Zobaczywszy to, Wiking krzyknął:
- Złapcie go i przytrzymajcie skurwysyna!
W tym momencie Beskidzka ponownie wierzgnęła głową do tyłu, podejrzewając, że do gadania musiał podnieść twarz. Nie przeliczyła się i choć ponownie zobaczyła układ konstelacji, to wyczuła, że uścisk masywnych ramion mężczyzny zelżał trochę. Naparła więc z całej siły.
Zwyczajna kobieta nie zdołałaby się wyrwać, ba, nawet dla wielu facetów było to nieosiągalne. Ona jednak niesamowitym wysiłkiem zdołała rozerwać uścisk Wikinga i opaść na ziemię. Zaczerpnęła gwałtownie tchu, nie będąc już duszona, i odwróciła się w stronę agresora, wymierzając mu sierpowego. Cios doszedł celu i głowa przywódcy wikingów odskoczyła nagle do tylu.
Sam jednak też nie dał za wygraną i z głośnym, wściekłym okrzykiem skoczył na kobietę. Nie miała już czasu ani miejsca uskoczyć, przez co Wiking złapał ją ponownie i uderzył nią o zaparkowany samochód. Od wstrząsu w pojeździe włączył się alarm, a Olimpia aż zobaczyła mroczki przed oczami.
Wincent chciał się zerwać, aby skoczyć jej na pomoc, silny kopniak w brzuch posłał go jednak ponownie na ziemię, a kolejny leciał już w stronę jego głowy. Zasłonił się przed nim, ale próba odskoku i udania się ukochanej kobiecie na pomoc kosztowała go jednak przepuszczenie kolejnego.
Zajęci swoją ulubioną czynnością, czyli kopaniem leżącego, neonaziści nie dostrzegli, jak ponad stukilogramowa postać wyrosła tuż za nimi. Poczuli dopiero jak na ich karkach zaciskają się potężne dłonie i nagle ich głowy rąbnęły o siebie z zaskakująco głuchym odgłosem.
Honorski trzasnął łysymi łbami wikingów jeszcze raz i drugi, po czym pozwolił im opaść na ulicę.
- Co ty robisz, koleś? – spytał Wiking, dojrzawszy go, nadal próbując utrzymać siłującą się z nim Olimpię – to zasrani zdrajcy aryjskiej krwi, a ty też...
- Też jestem Polakiem. – odpowiedział zimno Dziebor, podnosząc Joselewicza do pionu. Obaj ruszyli w stronę przywódcy neonazistów, nim jednak zdążyli dotrzeć było już po wszystkim.
Beskidzka bezceremonialnie łupnęła kolanem w krocze Wikinga, a gdy ten sflaczał, wyrwała się spod niego.
- Sukinsyn! – wrzasnęła, łapiąc go za kark i uderzając jego głową parę razy o bagażnik samochodu. Później na dokończenie wycofała go o krok i wyprostowała. A następnie z całych sił pchnęła do przodu głową w szybę samochodu.
Hartowane szkło strzeliło jak skorupka jajka potraktowana młotkiem. Olimpia puściła bezwładne, zakrwawione ciało i Wiking bez zmysłów opadł obok samochodu.
- Czy on...? – Dziebor spytał niepewnie.
- Żyje – upewniła go przyjaciółka – jest tylko popsuty.
Wincent bez słowa złapał narzeczoną w ramiona i przytulił mocno. Beskidzka wtuliła się w niego i trwali tak przez parę sekund otoczeni przez gęstniejącą mgłę, dźwięk wyjącego alarmu i pojękiwania niezdolnych do walki przeciwników.
- Skąd się tu wziąłeś? – spytał w końcu Joselewicz, odwracając się do Honorskiego.
- Szukałem was – odpowiedział szybko i spoglądając na oboje, wyjaśnił szczerze – odwiedził mnie dziś pewien gliniarz i jego wizyta skłoniła mnie do przemyślenia tego, co mówiliście. Chciałem z wami o tym porozmawiać, a to, co tu się stało...cóż rozwiewa część moich wątpliwości.
Wini uśmiechnął się szeroko, słysząc te słowa, i spojrzał rozbawiony na Olimpię.
- A nie mówiłem, kotku? – spytał, całując ją w czoło – mówiłem, że wszystko się jakoś poukłada. Choć nie sądziłem, że będzie to wymagało zdewastowania komuś wozu.
- Mówiłeś – odrzekła, oddając całusa – jak zwykle.
Wini wzruszył ramionami jako wzór niewinności.
- Ja po prostu mam talent – powiedział z rozbrajającą szczerością. Beskidzka zaś przytuliła go tylko mocniej.
- To miło – odrzekł Honorski, wyraźnie nie wiedząc, o co chodzi – ale może omówcie to w jakimś przyjemniejszym miejscu? Tu już zaczynają zbiegać się gapie, a mnie od tego wycia zaczyna boleć głowa.
- Dajcie temu panu cygaro za dobre pomysły – ocenił Joselewicz – zbierajmy się do nas, tam sobie wszystko omówimy.
- Prowadźcie. – rzucił Dziebor i ruszył szybko za narzeczeństwem. Już kilkanaście kroków stamtąd nie było widać zdewastowanego samochodu i jedynie wycie alarmu podążało jeszcze za nimi przez jakiś czas...

3
Notka polecana przez: Salantor, sskellen
Poleć innym tę notkę

Komentarze


38850

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Dobrze że jedli karkówkę, a nie jajecznice :)
04-03-2012 19:15
sskellen
   
Ocena:
0
Panie Autorze dziękuję za spełnienie prośby:)
05-03-2012 10:01

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.