string(15) ""
» Blog » Poszłam na Incepcję
03-08-2010 00:52

Poszłam na Incepcję

Odsłony: 17

Jak w tytule: poszłam na „Incepcję”.

To miał być blog ściśle erpegowy, ale poszłam na "Incepcję"

Poszłam na „Incepcję”, zachęcona skrajnie pozytywnymi opiniami recenzentów, którym ufałam. Zachęcona opowiadaniami o świetnym, dopracowanym i precyzyjnym scenariuszu i... Nie no, właściwie nic więcej nie było mi trzeba. Dopracowany, precyzyjny scenariusz kupuje mnie zawsze, reszta się nie liczy. No, żeby jeszcze aktorstwo było przyzwoite.

Albo byliśmy na różnych filmach albo jestem głupia. Bo dla mnie „Incepcja” to szkolny przykład zmarnowanego pomysłu. Patetycznego, przegadanego filmu z fatalnie poprowadzonym wątkiem miłosno – rodzinnym, sztucznym i nieusprawiedliwionym logiką świata utrzymywaniem napięcia, którego w efekcie nie ma i nachalną, przesadzoną muzyką. Ze zbyt dużą ilością scen, zrobionych tylko po to, żeby były, tylko po to, żeby pokazać efekty specjalne. Bez dziur w scenariuszu, za to z resztkami scenariusza wokół wielkiej, ziejącej na środku dziury. Z kilkoma drobnymi dobrymi motywami i sześcioma zdaniami dobrych dialogów. Z fatalnym aktorstwem Leonarda i laski, która grała architektkę, z dobrą (oczywiście, że była dobra, nawet w „Nine” była dobra, a „Nine” było prawie tak złe jak Incepcja) Marion Cottilard. Z rozpoczęciem i zakończeniem nieumiejętnie i bezsensownie zerżniętymi z Efektu Motyla, w ogóle z zakończeniem – wybaczcie wulgarne określenie – ssącym pałę. Po ostatnim ujęciu (dramatyczny bączek, prawie jak dramatyczny lemur, cholera), sala wybuchła śmiechem. Serio.

Teraz będę się rozwijać na temat zarzutów, więc pewnie będą spoilery. Moim skromnym zdaniem spojlery mogą zaszkodzić tylko dobrym filmom z zaskakującą fabułą, ale ostrzegam na wszelki wypadek.

Zacznę od dziury w scenariuszu. I możliwe, że na niej skończę, bo ani żenujący wątek rodziny Leo ani przegadanie i patos filmu nie wymagają, według mnie, komentarza – w każdym razie nie takiego, jak notka na blogu. Komentarz w formie dialogu pasuje do nich zdecydowanie bardziej. Albo i to nie, w końcu gusta i te sprawy.

Scenariusz szczęśliwie jest rzeczą podlegającą logice. No, powinien być, jeśli nie podlega, to mamy dziury. Albo dziurę z resztkami scenariusza wokół. W każdym razie jako podlegający logice, może stać się tematem notki na blogu, całkiem merytorycznej, albo sprawiającej takie wrażenie.

Dodam jeszcze, że jestem zdania, że im bardziej zakręconą rzecz zamierzamy stworzyć, tym bardziej wewnętrznie spójna powinna ona być. Tak na wypadek gdyby ktoś chciał powiedzieć „halo, to przecież film o SNACH”.

Podano mi w tym filmie kilka faktów. Praw, którymi rządzą się sny. Główne wyglądają następująco:
Architekt tworzy scenografię snu. Dowolną, pod warunkiem, że jest w niej „bezpieczne miejsce”, najczęściej sejf, i że jest zapętlona tak, żeby nie dało się zobaczyć, że ma granicę. Ładny motyw.
Zaszczepia ją w umyśle śniącego. Śniący wypełnia ją swoimi projekcjami. Takoż ładny motyw.
Pod sen mogą podczepić się inni – oni jednak nie tworzą projekcji. Nie mogą. Bo jeśli mogą, to ten film jest jeszcze bardziej bez sensu, a konstrukcja postaci poszła się paść jeszcze bardziej niż sądziłam. Poza tym, to też jest ładny motyw.
Można wyszkolić się tak, żeby projekcje atakowały intruzów. Ładny motyw.
Można mieć sny w snach. Ładny motyw.
Czas we śnie płynie szybciej niż w rzeczywistości. Im głębiej wejdziemy w sen, tym szybciej płynie. Też ładny motyw.

Ale:
Leonardo ma swoje projekcje w snach innych ludzi, i są to projekcje niszczące jego plany. Ma je na tyle często, że mówi się o powtarzalności zjawiska. Jego współpracownicy o nich wiedzą i je widują. Można to bez problemu wytłumaczyć tym, że jest rozbity psychicznie, szalony i nie panuje nad sobą. W takim jednak wypadku to, dlaczego reszta jego ekipy – w większości mega pro, doświadczonych, najlepszych w branży, nazwijmy ich „dreamwalkerów” zgadza się iść z nim na jakiekolwiek akcje, ba, w ogóle z nim rozmawia, pozostaje tajemnicą. Owszem, Leonardo cieszy się opinią najlepszego, ale:

Jego kariera, o ile rozumiem, zaczęła się po długotrwałych badaniach snów. Prawdopodobnie również po śmierci jego żony. Od początku kariery był więc rozbity. Od początku kariery zdarzało mu się widywać pociągi, dzieci i Mal, od początku kariery każda akcja z jego udziałem miała niewielkie szanse powodzenia, zwłaszcza, że nigdy nie mógł zdobyć się na to, by pozbyć się zagrożenia. Jakim cudem stał się najlepszy, pytam?!

Ochrona Fishera atakuje Fishera. Podświadomość wyczuwa intruzów a śniący, do licha, nie jest intruzem w swoim mózgu. Poza tym, oszukanie podświadomości tak, że myśli, że nie jesteś intruzem powinno... Nie wiem... Działać, skoro działa?

Totemy. W ogóle to, jak wyglądają i co mają przy sobie osoby wnikające w sen jest mgliste, ale nie widzę problemu w wyśnieniu sobie swojego avatara z działającym totemem. No i bączek Leosia, który przez cały film się przewracał. Poza ostatnią, dramatyczną sceną oczywiście. Jeżeli ktoś powie mi, że Leosiowi mogło się śnić, że bączek się przewraca, przyznam mu rację, ale do licha, na co mu wtedy bączek? Pomijając to, że bączek był potrzebny, żeby jeden z nielicznych dobrych motywów w filmie (ilustracja incepcji Mal – świetne, naprawdę) mógł zaistnieć.

Kompletnie zbędny motyw z „zryw cię wybudza, śmierć przenosi do Złego Poziomu W Którym Zwariujesz”, czyli „dorzućmy coś, bo napięcie siada”. Przykro mi, siadło tym bardziej – zero uzasadnienia w świecie, zero. Motyw spomiędzy pośladków wyjęty, oględnie mówiąc.

Nikt nie wpada na to, że syn właściciela największej korporacji świata ma szkolenie antysnowowchodzące.

Pozostały czas, który mieli spędzić we śnie Fishera wziął się i zmył. Rozumiem niższe poziomy, wybudzali się, ale do licha, na pierwszym miał być tydzień. Nie mówię, że realizatorzy powinni go pokazywać – film i tak był za długi – ale zasugerowanie, że ten czas minął byłoby sympatyczne. Nie wspominając już o tym, że byłby to tydzień uciekania przed myślochroną Fishera, ewentualnie tydzień, w czasie którego wszyscy by zginęli, zostali uwięzieni w Złym Poziomie W Którym Zwariujesz i obudzili się bez wszystkich klepek.

I końcówka – to już nie jest zarzut do logiki, ale muszę. Boże drogi, dlaczego każdemu wydaje się, że może zrobić otwarte zakończenie? Otwarte zakończenie to jest chwyt trudny. Wymagający dobrze skonstruowanego filmu. Nieprzewracający się bączek przynajmniej lekko usprawiedliwiłby parę badziewnych elementów. Powtarzanie w kółko tych samych, beznadziejnie banalnych zdań na przykład. Naiwność, patetyczność, przesadę i prostotę. Nie zmieniłby mojego zdania o filmie, ale na pewno odrobinę by mu pomógł.

Więc tak, miałam o czym myśleć po seansie i o czym dyskutować. Myślałam o zmarnowanym potencjale i fajnym pomyśle i dyskutowałam na temat wszystkich aspektów beznadziejności Incepcji.

A teraz słucham. Wytłumaczcie mi, że to wszystko nie tak. Że jestem głupia a film jest logiczny i dopracowany. Proszę.

EDIT
Dzięki Simanowi, który był łaskaw w swoim wpisie o "Incepcji" użyć sformułowania "mistycznie przekazana prawda: "there is no spoon" jest tyleż prozaiczna, co oczywista: łyżki nie ma i już", udało mi się znaleźć słowa, które pozwalają mi na wyjaśnienie o co mi chodzi z przegadaniem i oczywistością.

Otóż w Matrixie, zresztą filmie, którego nie przestanę kochać bez względu na to czy obowiązująca moda i fatalne kontynuacje sprawią, że w ramach recenzji Incepcji w dobrym tonie będzie jeżdżenie po nim (to nie jest zarzut personalny, to odnotowanie tendencji, która mię się w oczy rzuciła), więc w Matrixie powiedziano mi, że nie ma łyżki.

W Incepcji ten sam komunikat przekazanoby w sposób następujący:
"Rzeczywistość, która cię otacza jest zaprogramowana i zaszczepiona ci przez architekta snów. Twoja podświadomość zaludniła ją swoimi projekcjami. Nic z tego, co cię otacza nie jest realne, chociaż może się takim wydawać. Jeżeli się przyjrzysz, dostrzeżesz pewne nieprawidłowości. Śnisz, podłączony do specjalnej maszyny, dzięki której do twojego snu dostali się intruzi."

Może jestem płytka, jako i rzeczony sztuciec, ale powiem wam, że wersja z łyżką trafia do mnie bardziej.

Komentarze


Scobin
   
Ocena:
0
Gdyby było nieważne, to byłoby luczątko. Jest dość ważne, więc luczka. A gdyby było kluczowe, to by była luka. :P
04-08-2010 13:15
Eva
   
Ocena:
0
@ Wojteq
Przebrnąłem przez całość dyskusji
Podziwiam ;-) Nie, serio ;-)
i skłaniam się ku wersji Simana, co jest również powodem, dla którego wybiorę się raz jeszcze do kina, by na spokojnie przyjrzeć się tym razem szczegółom.
To też podziwiam ;-)

Swoją drogą podziwiam, że po jednym seansie jesteś w stanie sformułować tak ogromną ilość zarzutów.
Wracałam z kina pieszo, mocno rozczarowana, z koleżanką, której film nie podobał się tak samo jak mnie, a powrót ten trwał trochę ponad godzinę ;-) Przerobiłyśmy prawie wszystko ;-) Poza tym, lubię wiedzieć czemu coś mi się nie podobało ;-)

Odnoszę wrażenie, że po prostu niesiona jakąś nieznaną motywacją postanowiłaś "Incepcji" dołożyć - proszę nie bierz tego do siebie jako wjazdu osobistego. Nic z tych rzeczy.
Oczywiście, że tak. Napisałam już o tym gdzieś wyżej. Moją motywacją było dogłębne rozczarowanie filmem, na który szłam z entuzjazmem i naprawdę dobrze nastawiona.

W dyskusji obalono wiekszość Twoich zarzutów
Dwa. Dwa pozostają w mocy i powstał jeden nowy ;-)
więc proponuję powtórną wizytę w kinie i, mając w pamięci powyższą dyskusję, ponowne podejście do obrazu. "Incepcja" jest moim zdaniem warta tego, żeby dac jej jeszcze jedną szansę.
Za Chiny Ludowe. Żadnych wydanych ostatnio pieniędzy nie żałuję tak, jak tych, które wydałam na bilet na "Incepcję". To równowartość mniej więcej czterech piw, niesamowity kapitał towarzyski, a ja, zamiast go wykorzystać, poszłam na Incepcję. Nie wiem jakim cudem w ogóle jestem w stanie spojrzeć sobie w twarz ;-)
Nie dam Incepcji drugiej szansy nie dlatego, że nadal uważam że scenariusz jest dziurawy. Jest mniej dziurawy niż sądziłam, ale ten film nadal jest w mojej opinii straszliwie przegadany (patrz: edit do notki), patetyczny i źle zagrany. Nie obejrzę go z własnej woli drugi raz, nie zrobię sobie tego ;-)
04-08-2010 13:29
~Gall Anonim

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Jeśli chodzi o bączek, to ja w ogóle odnoszę wrażenie, że tam kryje się jakaś ściema (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Zwrócono uwagę, że to wcale nie bączek, a obrączka może być totemem Cobba. Okej. Ale na chwilę zatrzymajmy się przy samym bączku. Czy w którymkolwiek momencie filmu pada jednoznaczne stwierdzenie Cobba w stylu:

"Kręcę bączkiem, żeby sprawdzić, czy śnię; jeśli śnię, to bączek nie przestaje się kręcić"?

Być może, ale ja tego nie pamiętam. Anyone?

Wiemy, że bączek był totemem Mal. Wiemy, że w przypadku totemów chodzi o ich wagę, kształt itd. - te parametry znane są tylko właścicielowi totemu. "Zachowywanie się" totemu (np. ciągłe kręcenie lub jego brak w przypadku bączka) może tu nie mieć nic do rzeczy. Po śmierci Mal Cobb odziedziczył bączek. Owszem, w trakcie filmu kręci nim kilka razy - ale po to, by sprawdzić, czy się zatrzyma, czy po prostu po to, żeby sprawdzić, czy kręci się tak jak powinien? Bo jeżeli to drugie, to ostatnie ujęcie filmu może być wielką zmyłką reżysera: bączek MUSI się w końcu przewrócić, ale to, czy się przewróci, czy nie, NIE MA NIC WSPÓLNEGO z przebywaniem na jawie / we śnie.

I tak, pamiętam, że Cobb podłożył w podświadomości Mal "wiecznie wirujący bączek", ale tamtego bączka nie należy rozumieć jako totemu per se, ale jako metaforę myśli ("Żyję we śnie"), którą Cobb zainceptował żonie.
04-08-2010 14:56
~monika i tomek

Użytkownik niezarejestrowany
    kobieto, dziękujemy Ci za ten tekst!
Ocena:
0
kobieto, dziękujemy Ci za ten tekst! myślimy o tym filmie dokładnie to samo :-)
co do joty! [właśnie z niego wróciliśmy]
podpisujemy się pod każdym słowem!

hmmmmm, czyżbyś siedziała w naszym umyśle? Incepcja? buahahahahaaha :):)

serio - dzięki!
04-08-2010 22:53
Eva
   
Ocena:
0
Ha! Nie jestem sama! ;]
I nie ma sprawy :-)
04-08-2010 23:04
Szept
   
Ocena:
0
@Eva
"Odniosłam wrażenie, że oni mają bardzo ograniczony wpływ na swoje awatary, jeśli mają w ogóle."

Widocznie modyfikacja przedmiotu jest łatwiejsza niż modyfikacja ciała.

"Tymczasem totemy pokazano jako działające niejako automatycznie. "

Gdzie?

"Każdy musi mieć totem, tak uczą Ariadnę, która o ile się zorientowałam pełnie poza wszystkim rolę przewodniczki widza po całym tym (dziurawym ;-)) labiryncie. Więc każdy musi mieć totem, to jest rutyna, nie kwestia obaw."

Nie, totem to zabezpieczenie, nie rzecz bez, której nie da się wejść do snu. Ariadna na początku wchodzi bez totemu. A skoro to zabezpieczenie to musi istnieć coś prze czym ma zabezpieczać.

"Dla mnie to są wnioski wychodzące bardzo daleko poza film i jako takie ciężko mi je zaakceptować - bo podpadają dla mnie pod łatanie za reżysera dziur. Zachowanie naturalne, jeśli film Ci się podobał, ale nieprzekonujące dla tego, komu nie przypadł do gustu ;-)"

Zależy do czego się odnosimy. Czasem tworzy poukrywają, różne rzeczy, zostawią małe niedopowiedzenia i wskazówki.
Jak obrączka.
Poszukaj w sieci innej interpretacji 12 małp tam też opisano drugie dno filmu.

05-08-2010 01:42
Scobin
    Spoilery jak zawsze
Ocena:
0
Ej, jedna rzecz mi przyszła do głowy.

Czy bączek służy Cobbowi odróżnieniu rzeczywistości od snu, czy raczej własnego snu od cudzego? Bo to w sumie dosyć ważne, a w dyskusjach pojawiają się chyba (nie mam siły wszystkiego jeszcze raz czytać) obie wersje. ;-)
05-08-2010 15:49
~Tomasz

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Film fatalny. Szkoda wogóle sie o nim rozpisywać.
09-08-2010 23:04
Eva
   
Ocena:
0
@Tomasz
E tam. Rozpisywanie się przyjemną rozrywką jest ;-)
10-08-2010 18:56
~Takashi

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
A ja mam odpowiedź.
Ile faktycznie było warstw snów, w których Cobb działał?
1 - Furgonetka w deszczowym mieście
2 - Hotel
3 - Góry
4 - Świat stworzony przez Cobb'a i Mal
5 - Świat Saito gdy zmarł w górach przeniósł się do własnego snu (można się odnieść do tego w ten sposób, że mógł się pojawić jak i Fisher w świecie Cobb'a i Mal, ale tam też zmarł. W swoim jednak świecie Saito się zestarzał na tyle, że gdy dotarł do niego w końcu Cobb, to nie zależało mu na tym, żeby wrócić już. Scena z totemem Cobb'a (a właściwie Mal) i pistoletem mogła sugerować to, że Saito zastrzelił Cobba i ten trafił do kolejnego snu w którym wyśnił że się obudził w samolocie jak gdyby nigdy nic po akcji.
Pod koniec gdy już jest w domu i zakręcił bączkiem, zobaczył twarze swoich dzieci i tak naprawdę było mu już wszystko jedno czy te dzieci i świat są prawdziwe, czy są tylko jego projekcjami. Dlatego zakończenie jest otwarte.
Jest to film na rozkmine. Mnie osobiście wgniótł w fotel.
19-08-2010 02:41
Ninetongues
   
Ocena:
0
Eva.

Ty jeszcze walczysz? ;)
19-08-2010 02:58
Cherokee
   
Ocena:
0
Kompletnie zbędny motyw z „zryw cię wybudza, śmierć przenosi do Złego Poziomu W Którym Zwariujesz”, (...) zero uzasadnienia w świecie, zero. Motyw spomiędzy pośladków wyjęty, oględnie mówiąc.

Motyw nie jest zbędny. Ma na celu przekształcenie opowieści o 10 latach prania mózgu Fisherowi na film o zrobieniu tego w godzinę. ;-)

Nie jest tez do końca nieuzasadniony. Zostało jasno powiedziane, że z I warstwy obudzić się nie mogą. Ani przez zryw, ani wskutek śmierci. Pozostaje więc przestrzeń do wypełnienia miedzy momentem śmierci a przebudzeniem. Nolan uznał, że tę pustkę wypełnia szczególny rodzaj snu - limbus.
19-08-2010 15:02
Eva
   
Ocena:
0
@ nine
Ty jeszcze walczysz? ;)
Nie, po prawdzie to mi się znudziło trochę, nie mówiąc już o tym, że niewiele już pamiętam, bo zdążyłam pójść na dobry film (Uczeń Czarnoksiężnika FTW! ;-) ) i na Zmierzch, na którym bawiłam się równie dobrze, komentarze pod notką to, jak podejrzewam, efekt linku pod nową recenzją tego Nyezewykłego Dzieua ;-)
19-08-2010 16:46

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.