» Blog » Pojedynek nad rzeką
21-11-2023 19:20

Pojedynek nad rzeką

Odsłony: 167

Woda intensywnie wdzierała się przez pęknięcia do kokpitu. Sangodele przeklął siarczyście, gdy błyskawicznie dotarła do kolan pilota. Spróbował podnieść klapę. Nieskutecznie. Woda w tym czasie sięgnęła do piersi żołnierza, przyspieszając mu tętno. Pociągnął z całej siły dźwignię awaryjnego otwierania kokpitu. Znowu napotkał opór. Ciecz zaś dotarła do szyi. 

 Nie po to pojechałem na wojnę, by utonąć w cholernej rzece, pomyślał Sangodele. Ponownie szarpnął wajchę, biorąc głęboki wdech. Wreszcie zadziałało. Klapa odskoczyła, woda zaś momentalnie zalała cały kokpit. Żołnierz odbił się od maszyny i popłynął ku powierzchni. 

Mimowolnie odwrócił głowę, by spojrzeć na porzuconego towarzysza. Sześciometrowy mechaniczny humanoid spoczywał nieruchomo na skałkach. Przypominał odlaną z brązu postać wojownika o twarzy z gniewnym grymasem i ciele pokrytym wzorami błyskawic. 

Wrócę po ciebie, Shango, obiecał w myślach pilot, lecz natychmiast zganił się za traktowanie głupiego robota, jakby był on czymś więcej niż kupą żelastwa.

 Sangodele wynurzył się na powierzchnię, gdzie powitał go spokojny śpiew świerszczy. Rozejrzał się w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń, lecz w ciemnej gęstwinie dżungli trudno było dostrzec cokolwiek. Jego uwagę jednak przyciągnęła jasna poświata ogniska na wybrzeżu.

Gdy postawił wreszcie stopę na suchym lądzie, zrzucił przemoczony kombinezon, odsłaniając żylaste ramiona o hebanowym odcieniu skóry. Zajrzał pod koszulkę, aby ocenić stan pompy insulinowej. Urządzenie niestety nie przetrwało ostatnich wydarzeń. Ciemny ekran pokrywała sieć pęknięć. Przynajmniej zbiornik z hormonem był prawie pełen. Nim odetchnął z ulgą, poczuł nagły, przeszywający ból w krzyżu. Jakby pierwsze siwe włosy nie były wystarczającym zwiastunem nadchodzącej starości!

Zamknął oczy, analizując swoją sytuację, lecz nieznośne burczenie w brzuchu, sprowadziło go ponownie na ziemie. Ruszył w stronę ogniska, rozmyślając o wydarzeniach, które doprowadziły go do tego miejsca.

***

– S4 Shango, zgłoś się. – Zabrzmiał nagle znajomy głos z radia.

 Zaskoczony Sangodele upuścił zbiorniczek z insuliną, który wpadł złośliwie pod fotel kokpitu. Przeklął, po czym poprawił słuchawki z mikrofonem i nacisnął przycisk radia. 

– Tu S4 Shango. Kapitanie Adisa melduj. 

– Namierzyłam konwój Wszechcesarstwa Etiopii z zapasami. Wysłałam już namiary i czekam na dalsze rozkazy – złożył meldunek żołnierz.

– A jak sprawdza się Agemo? – zapytał Sangodele. 

– Wspaniale. Szybka i lekka maszyna, a ta niewidzialność, przepraszam, aktywny kamuflaż, to cudo. Inżynierowie Sojuszu Joruba przeszli samych siebie. 

– Szkoda, że to cholerstwo zżera tyle energii, że jak dowództwo zobaczy rachunki, to nam racje żywnościowe zredukują do trawy i deszczówki. 

– Dlatego zgodnie z rozkazem, oddaliłam się na bezpieczną odległość i zgasiłam kamuflaż, by nie marnować prądu. 

– Dobrze. Zostajemy przy pierwotnym planie ataku. Będziesz ubezpieczać z ukrycia nasze tyły. Gdyby pojawiło się coś podejrzanego na radarze, to daj znać. 

– Zrozumiałam. 

– S5 Agnju, zgłoś się – Dowódca wywołał pilota przez radio, jednocześnie wymieniając pusty zbiorniczek w pompie na nowy. Gdy otrzymał odpowiedź, skrzyżował dłonie i strzelił palcami. – Zaczynamy akcję i módl się, byśmy żadnego anioła nie napotkali. 

***

Zbliżając się do ogniska Sangodele, ujrzał ludzką sylwetkę, która z każdym krokiem nabierała znajomych kształtów. Nagle zamarł, spoglądając, jakby ujrzał ducha. 

– Ilekroć myślę, że nie można być brzydszym, widzę cię Sang i poprzeczka zostaje podniesiona – rzucił na powitanie mężczyzna, piekąc rybę nad ogniem. – Kopę lat, przyjacielu.

Był on w podobnym wieku, co Sangodele, czyli koło czterdziestki, lecz niższy i o nieco jaśniejszej skórze. Głowę zaś miał ogoloną, zapewne by ukryć postępujące siwienie. 

– Wiesz Tessema, kiedy słyszę takie teksty od ciebie, zawsze zastanawiam się, jak tyle lat udaje ci się unikać swego odbicia. 

Rozmówca zaśmiał się, po czym skierował patyk z nabitą rybą w kierunku przybysza, który usiadł naprzeciwko.

– Głodny? – zapytał Tessema, po czym poczęstował przyjaciela. 

– Przypalona – ocenił rybę Sangodele, podnosząc kąciki ust. – Po tym przynajmniej nie grozi mi rewolucja jelitowa. 

– Po tylu latach znowu mi to wypominasz? Ostrzegałem cię, że gotowanie nie jest moją mocną stroną. 

– Wszystko, co wyszło spod twojej rękę, zmieniało się w broń biologiczną. Nie wiem, czy pamiętasz, jak oblałem twoim gulaszem jednego z piratów, którzy próbowali przejąć statek. Biedak od razu wskoczył przerażony do wody, myśląc, że to jakaś trucizna. 

Obaj panowie wybuchnęli śmiechem. Sangodele wrócił pamięcią do czasów, gdy służyli jako ochrona na statku kupieckim. Były to miłe czasy. Pracowali tam ludzie o różnorodnym pochodzeniu. Przypałętał się nawet jeden blondynek z dziwnego kraju koło Niemiec. Mimo to udało się znaleźć wspólny język. Potem niestety wybuchła wojna między Sojuszem Joruba i Wszechcesarstwem Etopii i wszystko musiało ulec zmianie. 

– Mnie w pamięci bardziej zapadło, jak wściekałeś się po przegranych w mankala.

– Dawałem ci fory. 

– Fory? – powtórzył Tessema z szelmowskim uśmiechem, po czym wyciągnął z torby drewnianą planszę z dwunastoma dołkami, ułożonymi w dwa rzędy. Znajdowała się między nimi jeszcze para podłużnych wgłębień na zdobyte przez graczy kulki. – Z chęcią bym zobaczył, jak grasz na poważnie. 

Sangodele ledwo pamiętał ich ostatnią potyczkę. Było to jeszcze przed drugą nieudaną włoską inwazją na Etiopię, która zaczęła to szaleństwo.

W trzydziestym piątym Włosi postanowili zrewanżować się za upokorzenie, które zafundował im Menelik. Kiedy wojska Mussoliniego penetrowały nieubłaganie etiopskie ziemie, zdesperowana cesarzowa Zewditu wyruszyła do Lalibeli, gdzie wydała rozkaz złożenia siebie w ofierze. Salomonowa krew przebudziła tajemniczych budowniczych tamtejszego kompleksu świątynnego, sprowadzając na ziemię pożogę w postaci aniołów. 

– Pamiętasz jeszcze zasady? – zapytał Tessema.

– Pamiętam nawet jak z tobą wygrywać. 

***

Długi konwój pojazdów wyjechał z lasu na otwartą sawannę. Obciążone zapasami ciężarówki przemieszczały się powoli, jakby próbowały dostosować tempo do strzegących ich czołgów. 

Oczy Shango zabłysły czerwienią, sygnalizując gotowość do akcji. Umieszczone w nogach dopalacze zasyczały, po czym uwolniły chmury płomieni, wyrzucając w powietrze maszynę jak pocisk. Zacisnęła dłonie na obu toporach, po których tańczyły drobne błyskawice, dzięki czemu Shango przypominał boga gromów, któremu zawdzięczał imię. 

Zagrzmiały działa i wyrzutnie rakiet, posyłając w unoszącego się nad nimi przeciwnika rój pocisków. Sangodele wyminął zwinnie ataki, manewrując między smugami kondensacyjnymi rakiet, i opadł na wroga. Wykonał w locie kilka zamachów toporami, spuszczając na czołgi deszcze błyskawic. Kilka z maszyn eksplodowało, a z powstałych chmur wyłonił się gromowładny, rozcinając kolejne pojazdy przeciwników.

Gdy Shango dał się pochłonąć śmiercionośnemu tańcowi z siłami wroga, kilka samochodów z zapasami wykorzystało okazję i ruszyło z piskiem opon. Drogę jednak zagrodziła ściana płomieni, zza której widoczna była sylwetka kolejnej maszyny. Przypominała Shango, lecz zamiast toporów dzierżył ognisty miecz, ciało zaś zdobiły płomienne wzory, z których część układała się w brodę na stoickim obliczu wojownika. 

– Aganju, co tak długo? – rzucił Sangodele przez radio, przewracając pojazdy, by nie mogły uciec.

– Nieźle tyły ubezpieczyli – odparł przybysz.

Sangodele zależało jedynie na przewożonych przez ich cel zapasach. Dowództwo Wszechcesarstwa, jak zwykle oparło swoją kampanię wojenną na szybkich atakach aniołów i przedzieranie się w głąb terenów wroga. Agresywna strategia sprawiła, że etiopska logistyka kuleje, więc niszcząc kolejne transporty zapasów, zadają przeciwnikowi olbrzymię straty.  

Sangodele skupił się na robieniu chaosu, strzelając naokoło błyskawicami i przewracając ciężarówki, jakby były zaledwie zabawkami. Część żołnierzy uciekła, wielu jednak chwyciło za wyrzutnie rakiet i granaty, aby stawić opór. Jeden z ataków trafił nawet Shango w głowę, zostawiając w miejscu lewego oka paskudną dziurę. 

W międzyczasie jednak nadeszło wsparcie. Żołnierze Sojuszu ruszyli na quadach i zaczęli przejmować wrogie pojazdy, likwidując po drodze ludzkie przeszkody.

– S4 Shango, zgłoś się – zabrzmiał z radia głos pilotki Agemo. – Zauważyłam coś dziwnego…

Oślepiająca wiązka światła wystrzeliła spomiędzy chmur, zmieniając kawałek lasu w popiół. Miejsce, z którego nadawała Agemo. Nim Sangodele zdążył wydusić choćby słowo, coś niczym meteor uderzyło w Aganju. 

Pilot ujrzał prawie dwa razy większą od Shango istotę, przypominającą drewnianą lalkę. Skrzydła istoty drgały nerwowo, jakby stwór ledwo powstrzymywał się od kolejnego ataku. Posiadał trzy pary kończyn, każda z sześcioma stawami. Dwie ręce były skrzyżowane na piersi i osłonięte okrągłą tarczą. Monstrum uniosło głowę o dziecięcym obliczu i wyciągnęło pazury z kokpitu Aganju, budząc grozę zdobiącymi je śladami krwi. 

***

Sangodele zaczął jako pierwszy. Chwycił kulki z trzeciego dołka i poprzekładał po jednej do każdego z wgłębień na planszy. Ostatnia trafiła do podłużnego, zapewniając żołnierzowi punkt, jak i dodatkowy ruch. Pilot Shango starał się, jak najszybciej zebrać najwięcej kulek. Tessema jednak dreptał mu po piętach, a różnica punktów między nimi cały czas była nieduża. Gdy przeciwnik przejął kulki z dołka Sangodele, ich poprzedni właściciel przeklął. 

– Akande ostatnio podobnie mnie załatwił – westchnął pilot, marszcząc w skupieniu czoło.

– Godnego przeciwnika sobie wychowałeś – odparł Tessema, zapalając papierosa.

– Może i tak, lecz po ślubie rzadko starego ojca odwiedza, nawet wtedy, jak obaj byliśmy na przepustce. 

– Akande już żonaty? Ostatnio jak go widziałem, to uważał, że dziewczynki to złośliwe małpy – odparł rozbawiony Tessema, lecz po chwili kąciki jego ust opadły, a twarz spochmurniała. – Młody poszedł w ślady ojca?

– Nie byłem w stanie mu przemówić do rozumu.

– Żywię nadzieję, że mój dzieciak będzie mógł wybrać lepszą drogę…

– Masz dziecko? – powtórzył Sangodele, nie dowierzając. – Przecież ich nie cierpisz!

– Dużo wydarzyło się przez te lata – odparł Tessema beznamiętnie. – Twój ruch. 

***

Błyskawice Shango uderzały w anioła, nie robiąc na nim większego wrażenia. Sangodele jednocześnie cały czas próbował nawiązać kontakt z pilotami Agemo i Aganju, lecz bezlitosna cisza pozbawiała go złudzeń co do ich losu.

 Pazurzasta dłoń wystrzeliła do przodu, a Shango w ostatniej chwili uniknął śmiercionośnego ciosu. Porażka nie zniechęciła anioła. Zakrzywiona niczym sierp szabla wyrosła z ramienia istoty. Chwycił oręż, po czym gwałtownie skoczył w kierunku Shango, wymachując ostrzem, jak rolnik koszący zboże na polu. Ataki przeciwnika zepchnęły Sangodele do defensywy, zmuszając do ciągłych uników, lecz ostrze wroga parę razy naznaczyło rysami pancerz maszyny. 

Anioł przypuścił potężny zamach, zmieniając kierunek ciosu w ostatniej chwili. Sangodele zablokował atak toporami, lecz siła uderzenia odrzuciła go. Potwór jednak nie zamierzał odpuszczać. Chwycił w locie nogę Shango i uderzył nim kilka razy o ziemię. Sandgodele jęknął z bólu i spojrzał na przeciwnika, który nie zdradzał żadnych emocji. W jego cherubinowym obliczu nie było ani radości, ani gniewu – tylko wyraz spokojnej obojętności. Znudzony najwyraźniej ofiarą anioł, puścił Shango i uniósł pazurzastą dłoń, gotów zadać śmiertelny cios. Gdy jednak wystrzeliła, by zakończyć żywot żołnierza, dopalacze gromowładnego wyrzuciły chmurę płomieni i odrzucił maszynę kilkadziesiąt metrów dalej. Uderzył parę razy o ziemię, po czym wylądował w bezpiecznej odległości. 

 Potwór spoglądał, jakby zastanawiał się, czy ma ochotę na dalszą zabawę w kotka i myszkę, po czym odwrócił nagle cielsko, w kierunku ładujących zapasy żołnierzy. Pilot przeklął, po czym z hukiem dopalaczy skoczył między towarzyszy i anioła, podnosząc klapy na naramiennikach Shango. Gdy maszyna znalazła się w zasięgu skrzydlatego, głowa bestii wystrzeliła w jej kierunku, atakując najeżoną zębiskami paszczę. I tu popełniła błąd. Z odsłoniętych naramienników wystrzeliły rakiety, trafiając anioła w oczy, których eksplozja rozrzuciła dookoło chmurę wiórów. 

– Zobaczymy, jak poradzisz sobie na ślepo – rzucił pilot, wycierając strużkę krwi z czoła. 

Anioł zatoczył się, upuszczając szablę, lecz już chwilę później wrócił do dawnej postawy. Wziął głęboki wdech, po czym uwolnił z paszczy olbrzymi strumień światła, którym sunął po ziemi, wypalając wszystko na swojej drodze. Żołnierze rozpierzchli się, pędząc na quadach lub w przejętych ciężarówkach. Wróg był jednak szybszy. I diabelnie precyzyjny, jakby utrata oczu nie stanowiła żadnego problemu. Anioł przesuwał strumieniem, trafiając po kolei pojazdy uciekinierów, których eksplozje nie dawały nawet złudzeń co do losu żołnierzy.  

Shango doskoczył do wraku po Agnju i rzucił ognistym mieczem bożka jak oszczepem. Pocisk wleciał w strumień światła i wybuchł, ponownie szpecąc oblicze anioła. Odwrócił się ze zwisającą na jednym stawie żuchwą i ruszył na oponenta, przemieszczając się na czworaka na przydługich kończynach niczym drapieżny owad. 

Shango odskoczył najdalej, jak był w stanie. Na orężu gromowładnego ponownie zagościły błyskawice. Maszyna rzuciła się w bok, miotając przed siebie toporem. Dłoń Sangodele z kolei opadła na awaryjny wyłącznik zasilania. Kokpit zgasł, Shango zaś ciężko opadł. 

Anioł rzucił się gwałtownie za celem, którym okazał się topór. Podniósł broń, spoglądając badawczo, po czym odrzucił ją jak zepsutą zabawkę. Stwór rozejrzał się, a gdy jego zmasakrowane oblicze zostało skierowane na Shango, Sangodele zamarł. Serce pilota biło jak szalone, anioł jednak nie zwrócił na niego uwagi. Kroczył powoli na czworaka, jak dziecko we mgle.

– Czyli pogłoski o aniele wyczuwającym elektryczność nie były bujdą – mruknął Sangodele. – Tak, przejrzałeś kamuflaż Agemo. 

 Żołnierz ponownie włączył zasilanie. Wzbił się w powietrze, a topór pokryły błyskawice. Shango wykonał potężny zamach i rzucił bronią przed siebie. Świecący pocisk poleciał, zwracając uwagę anioła. Maszyna natomiast podleciała wyżej i zgasła, opadając bezwładnie jak bomba. 

Anioł chwycił topór, nie zwracając uwagi na spadające zagrożenie. Sangodele trzymając nerwowo dłoń na włączniku zasilania, wyczekiwał dobrego momentu, a gdy nadszedł, na jego twarzy zagościł uśmiech.

– Niespodzianka, draniu!

Oczy Shango ponownie zabłysły, dopalacze zaś splunęły płomieniami. Gromowładny opadł z hukiem na plecy anioła. Klapy na piersi i udach odsłoniły wyrzutnie rakiet. Bestia nie dawała jednak za wygraną. Wystrzeliła przed siebie z rozłożonymi skrzydłami, zrzucając nieproszonego gościa. W ostatniej chwili jednak Shango chwycił nogę anioła. I tak przelecieli przez sawannę i las, trafiając nad rzekę. Dopalacze ponownie zagrzmiały, dzięki czemu gromowładny znalazł się nad skrzydlatym, po czym wypluł z siebie pociski.  

Dźwięk eksplozji rozniósł się po okolicy, anioł zaś opadł, ciągnąc za sobą smugi dymu z rozpadającego się tułowia. Z kolei pilot gromowładnego pozwolił, by pochłonęła go rzeka. 

***

Sangodele był bliski wygranej, przewodząc w punktacji przez cały czas. Wystarczyłby jeden ruch, by zakończyć rozgrywkę, lecz tej jednej akcji zabrakło. 

Ostatnia kulka Tessemy trafiła do pustego dołka, więc zgodnie z zasadami przejął zawartość z pola przeciwnika, zapewniając sobie zwycięstwo. 

– Wygrałem – mruknął bez entuzjazmu, po czym spojrzał w niebo. Patrzył milcząco, lecz po chwili odezwał się, nie opuszczając nawet głowy. – Moi chyba mnie szukają. 

– Ja też będę musiał wracać. 

Zwycięzca stuknął palcami w zrośnięty ze skórą szyi drewniany okrąg. Po chwili z nieba opadł anioł. Zdążył zregenerować większość obrażeń, chociaż wciąż na jego ciele widoczne były luki i pajęczyny pęknięć. Tylne skrzydła, jak i trzecia ręka były zaledwie kikutami. Anioł wyciągnął pozbawioną palca dłoń, na którą Tessema wszedł. Długa gałązka zrosła się z okręgiem na szyi mężczyzny. 

– Po połączeniu z tymi stworami… – zaczął niepewnie Etiopczyk. – Jesteśmy innymi ludźmi. Przypominamy jeden rozsądny neuron, w kierowanej instynktami tkance mózgowej. 

– Wszyscy jesteśmy innymi osobami na polu bitwy. Albo przynajmniej chcemy w to wierzyć.

– Być może – mruknął Tessema, obdarzając towarzysza na moment spojrzeniem, po czym gwałtownie odwrócił się.– Mógłbym zapytać, jaką jednostkę pilotuje twój syn? 

– Łatwiej będzie ci bez tej wiedzy – odparł Sangodele, unikając wzroku przyjaciela. 

– Chyba masz rację. 

– A czy ja mógłbym zapytać, jak na imię ma twój syn?

– Córka – poprawił rozmówca, unosząc lekko kąciki ust. – Mimi. Moja mała, uparta diablica. Ma dziesięć lat, lecz jak zacznie kłócić się z Ayyantu, czyli jej mamą, to lepiej uciekać z domu.

– Ożeniłeś się z Oromką? 

– Szkoda, że nie widziałeś miny mojej matki, gdy powiedziałem jej, że nie będzie miała amharskiej synowej. – Tessema zaśmiał się – Gdybyś jednak poznał Ayyantu, to…

Etiopczyk zamilkł. Obaj panowie spojrzeli w niebo, gdy przeleciały nad nimi dwa anioły. Po chwili zabrzmiał koncert eksplozji. Sangodele opuścił głowę i spojrzał na żołnierza wrogiej armii. 

– Dobrze było ponownie cię zobaczyć – powiedział, wieńcząc wypowiedź uśmiechem. 

– Uważaj na siebie. 

Anioł zacisnął szponiastą dłoń i przycisnął ją do piersi, po czym odleciał, wzbijając w powietrze tumany kurzu. Kąciki ust Sangodele opadły powoli. Zmrużył w skupieniu oczy, modląc się, by był to ich ostatni pojedynek.

Komentarze


AdamWaskiewicz
   
Ocena:
0

Bardzo przyjemnie się czyta, ale zgrzyta interpunkcja i niedopasowane formy gramatyczne.

22-11-2023 14:06
Wolfang
   
Ocena:
0

Dziękuje za komentarz. Niestety błędy językowe są problemem, który mnie wiecznie prześladuje

22-11-2023 18:53
Johny
   
Ocena:
+1

Spoko się czytało.

28-11-2023 19:00
Erivan
   
Ocena:
0

Przyjemna lektura :)

29-11-2023 08:02
Wolfang
   
Ocena:
0

Cieszę się, że opowiadanie przydało do gustu.

29-11-2023 09:32
Johny
   
Ocena:
+1

I ma fajny potencjał interpretacyjny. Może na wojnie trudno sobie wyobrazić takie zdarzenie, chociaż czytałem o cudzie bożonarodzeniowym podczas pierwszej wojny światowej gdy ludzie przestali do siebie strzelać, wyszli z okopów i zaczęli wspólnie śpiewać kolędy i obdarowywać się prezentami. Dla mnie jednak tekst jest przede wszystkim super metaforą dla przyjaźni z niektórymi ludźmi, z którymi często drzemy koty, może rywalizujemy na różnych polach, często nie zgadzamy się z nimi, ale i tak dalej się lubimy. I dla tego tekst jeszcze bardziej mi się podoba.

29-11-2023 19:09
Wolfang
   
Ocena:
0

Ciekawa interpretacja. Przyznam, że przy pisaniu opowiadania trochę inspirowałem się historią cudu bożonarodzeniowego. Opowiadanie miało po prostu przypomnieć, że na wojnie ludzie wciąż są ludźmi. Mają swoich bliskich, historię i przyjaźnie, które nie zawsze respektują granice państwowe.

Kiedy nadarza się okazja, nasi bohaterowie zapominają na moment o konflikcie i po prostu spędzają ze sobą miło czas, jakby wszystko było po staremu. Ostatecznie jednak brutalna rzeczywistość przypomina o sobie i nasi bohaterowie wracają do okopów, jak żołnierze z historii o cudzie.

30-11-2023 20:33

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.