» Klub Wiktora » Żwikipedia » Pogawędki z Wiktorem (7)

Pogawędki z Wiktorem (7)


wersja do druku

Co gryzie Wiktora Ż.

Autor:
Pogawędki z Wiktorem (7)
Felieton pierwotnie ukazał się w "Science Fiction, Fantasy i Horror" w 2007 roku

O etapach w życiu człowieka, ciszy w westernowych miasteczkach, niebieskich gremlinkach i alarmie w pewnej bazie wojskowej z Wiktorem Żwikiewiczem – jednym z najpopularniejszych polskich autorów SF lat 70. i 80. rozmawia Marek Żelkowski

Marek Żelkowski: Powiedz kto kogo zdradził - literatura ciebie, czy ty literaturę? Chodzą na ten temat różne słuchy.

Wiktor Żwikiewicz: Człowiek rodzi się jako krzykacz. Maluje graffiti na ścianach, drze się, pokazuje co to nie on, a potem... potem mu się odechciewa. Z moich obserwacji wynika, że bardzo rzadko chce się ludziom robić coś, co potrafią, aż do usranej śmierci. Przemija nawet chęć do prokreacji. A jeśli chodzi o mnie... Lubię się uczyć. Lubię robić rzeczy, których nigdy nie robiłem. Jeśli mam w kółko powtarzać coś co opanowałem niemal do perfekcji, to mnie to po prostu nudzi. Przekroczyłem 50. i doskonale wiem, że potrafię pisać. Więcej! Potrafię dobrze pisać!

M.Ż.: A gdzież skromność? Przecież spora część pisarzy twierdzi, że jeszcze długa droga... że talent trzeba szlifować do końca życia i tak dalej!

W.Ż.: To z pewnością są pewne prawdy, o których warto pamiętać, ale... Jedną z rzeczy, którą pisarz powinien mieć zawsze przy sobie, to poczucie własnej wartości. A wracając do zasadniczej myśli – wiem, że potrafię pisać i dlatego przestało mnie to pociągać. To jest nudne. Nie rajcuje mnie pracowite utrwalanie kolejnych historyjek. Wprawdzie czasami stawiam sobie jeszcze jakieś trudne wyzwania, ale coraz rzadziej.

M.Ż.: Wybacz, ale to brzmi trochę tak – „Jestem doskonały, jestem mistrzem! Wobec tego pocałujcie mnie wszyscy w...”

W.Ż.: A czy ja mam obowiązek pisania?
M.Ż.: „Nieobecni nie mają racji!” „Publikuj albo giń!” „Żadnego dnia bez tyrki nad kolejnym kawałkiem prozy.” To tylko część haseł, którymi kierują się pisarze podbijający polskie rynki wydawnicze.

W.Ż.: I bardzo dobrze! Skoro ich to bawi! Skoro wprawia ich w ekstazę, euforię, trans. Doskonale! Mnie niestety pukanie kolejnych tekstów przestało już bawić.

M.Ż.: To jesteś jeszcze pisarzem?

W.Ż.: Może? Czasami odzywa się we mnie jakiś zew i wówczas siadam do pisania. Ale myślę, że to mój zegar biologiczny oraz psychologiczny kompletnie się już rozpierdzielił. On nie przystaje do rzeczywistości, a ja nic na to nie poradzę. Tak samo jak nie chce mi się pisać, tak nie chce mi się czytać. A przecież byłem nałogowym pożeraczem książek. Dzisiaj czytam bardzo mało. Ostatnio „połknąłem” tom Ziemkiewicza „Polactwo”. Smaczna to była lektura, ale... Cóż ja poradzę... To co napisał Rafał ja już od dawna wiem! Podchodząc logicznie do rzeczy – po cholerę to czytałem?

M.Ż.: Znowu się chwalisz! A moim zdaniem logiczne byłoby napisanie przez ciebie podobnej książki, tyle, że przed nim!

W.Ż.: Pewnie tak, ale mówiąc szczerze... Wolę pograć w kolejnego RPG-a niż zbawiać ludzkość lotnością swego umysłu. Ziemkiewicz robi to przecież doskonale. Nazywa to, co myślę ja i tysiące Polaków. A kiedy i jemu przestanie się chcieć, to znajdzie się ktoś inny.

M.Ż.: Uważam, że nie jesteś do końca szczery. Wielokrotnie opowiadałeś mi o swoich pomysłach literackich. Musiałbym być ślepy (widzący inaczej?), żeby nie dostrzec jak płoną ci oczy kiedy opisujesz inne światy. Mówisz z fascynacją, pasją... Jestem przekonany, że pisanie nie jest ci obojętne.

W.Ż.: Typowa nadinterpretacja. Tak, bawi mnie wymyślanie historii. Odległe i tajemnicze miejsca są fascynujące. Wszystko prawda. Problem w tym, że gdy już dopnę jakąś opowieść na ostatni guzik, kiedy wiem o niej wszystko, to ostatnią rzeczą jaką chcę zrobić jest jej zapisanie. Najbardziej zabawna oraz zajmująca jest kreacja. Realizacja bywa często nudna.

M.Ż.: Więc może powinieneś zostać bajarzem i opowiadać swe historie na konwentach i fanowskich zlotach?

W.Ż.: Pomyślę. To mogłoby być nawet zabawne. Przynajmniej na początku. Tak to bowiem ze mną jest. Mogę strugać świątka z lipowego drewna i włożę w to całą pasję, ale tylko raz. Dłubanie drugiego i trzeciego, może mnie jeszcze czegoś nauczyć, ale rzeźbienie kolejnych, z mojego punktu widzenia, nie ma już sensu. Nie będzie to ani ekscytujące, ani pouczające. Chciałbym być tylko dobrze zrozumiany! Ja nie opisuję rzeczywistości obiektywnej! To co mówię nie jest prawdą życiową, którą głoszę jak prorok. To moja mała, prywatna prawda do osobistego użytku. Może to koleje mojego losu sprawiły, że jestem dzisiaj taki, jaki jestem? Nie wiem! Ale nie odczuwam żalu, ani tęsknoty za literacką wielkością.

M.Ż.: Jakoś ci nie wierzę. Za dużo twoich historii słyszałem, aby uwierzyć, że literatura przestała interesować Wiktora Żwikiewicza.

W.Ż.: A może to jednak literatura przestała się interesować mną?

M.Ż.: Gra słów?

W.Ż.: Nie. To prawda! Po co mam pisać, skoro przez naście lat nie znalazł się nikt, kto chciałby wydać chwaloną w recenzjach wewnętrznych powieść „Kosmodram Machu Picchu? Ponad 1000 stron maszynopisu powstało bez sensu. Bo jaki sens ma ta pisanina skoro prawie nikt jej nie przeczytał? Może dlatego pisanie przestało mnie bawić? Może, może, może... Nie wiem. Prawdziwa przyczyna jest ukryta gdzieś głęboko w mojej podświadomości i nie mam szans do niej dotrzeć. Jedno jest pewne. Pisanie jakoś mało mnie bawi!

M.Ż.: Ale nie twierdzisz, że pisanie jest bez sensu?

W.Ż.: Pewnie, że ma sens, ale... ja przestałem go już dostrzegać! Mogę mówić i mówię tylko o sobie. Piszącym życzę wszystkiego dobrego. Są na fascynującym szlaku. Tworząc literaturę człowiek się rozwija, szlachetnieje... Zazdroszczę im, bo widać ja już się nie rozwijam.

M.Ż.: Opowiadałeś mi ostatnio ze szczegółami pomysł tekstu „Modlitwa o dwa naboje 9 mm”. Moim skromnym zdaniem Dick mógłby bez oporów podać ci rękę i nazwać swoim przyjacielem, a właściwie więcej kontynuatorem.

W.Ż.: Podobało ci się? Świetnie! To opowiadanie jest już zapięte na ostatni guzik, mam powymyślane wszystkie szczegóły... Śliczne rzeczy mi się tam ulęgły. No i co? Cieszę się, że jeszcze mogę, ale nie potrafię przełamać bariery i przelać tego wszystkiego na twardy dysk.

M.Ż.: Pytanie sprawdzające: Gdybyś teraz siadł do komputera, to ile czasu zajęłoby ci ukończenie „Modlitwy...”?

W.Ż.: Myślę, że jakieś dwa miesiące. Przewiduję to opowiadanie na góra 40 stron, ale musiałyby to być strony okupione krwią i potem. „Modlitwa...” wymaga idealnego rozłożenia akcentów oraz totalnego panowania nad formą, a nawet melodyką zdań.

M.Ż.: Czyli raczej nie jesteś stachanowcem klawiatury, tylko jej Michałem Aniołem.

W.Ż.: Gładko przełknę komplement.

M.Ż.: Opowiedz w takim razie, o czym jeszcze nie napiszesz.

W.Ż.: Rzeczy, których nie napiszę wywalam z głowy. Szkoda nad nimi myśleć nawet bezwiednie. Są jednak takie pomysły, co do których ciągle mam nadzieję... Nadzieję, że kiedyś moje ambiwalentne nastawienie do twórczości literackiej przeminie. To są rzeczy, które chętnie bym napisał, gdyby chciało mi się pisać.

M.Ż.: Odpalaj zatem maszynkę fantazji made in Żwikiewicz.

W.Ż.: Wymyśliłem kiedyś dwa krótkie opowiadanka na ten sam temat. Chodziło o milczenie wszechświata. Jakoś nikt się do nas nie odzywa, chociaż słuchamy kosmosu od kilkudziesięciu lat. Zacznę od pomysłu, który wydaje mi się głupszy. Powiedz, kiedy nad westernowym miasteczkiem zapada cisza?

M.Ż.: No, tuż przed pojedynkiem.

W.Ż.: Tak jest! A jeśli to samo dotyczy wszechświata? Jeśli za chwilę dojdzie do wymiany ognia? Może to będzie starcie między nami, a obcymi. A może to obcy mają do załatwienia jakieś porachunki między sobą?

M.Ż.: I to jest według ciebie głupi pomysł?

W.Ż.: Wolę drugi z nich. Cisza. Nie ma żadnych sygnałów, żadnych śladów życia. Założyłem, że cykl rozwoju cywilizacji jest taki, jak opisałem mówiąc o swoim rozwoju osobniczym. Za młodu się wrzeszczy: „Patrzcie tu jestem i jestem genialny”, a później dochodzi się do wniosku, że są w życiu ważniejsze sprawy. Jestem, ale milczę. Mniej więcej podobnie funkcjonują kultury narodowe wewnątrz naszej cywilizacji. Są momenty, że dana cywilizacja dynamicznie się rozwija, a później z zupełnie niewiadomych powodów przechodzi w stan uśpienia. Wyobraziłem sobie, że we wszechświecie może być dokładnie tak samo. A jeśli nasza cywilizacja trafiła na podobny schyłkowy okres dziejów? Obcych cywilizacji mogą być miliony, ale nie interesuje ich zewnętrzność. Mają swój innerspace, odseparowały się od świata i pogrążone są w kontemplacji. Tylko my drzemy się niczym nieznośne dzieciaki.

Ale zgodnie z logika dziejów przyjdzie czas, że i my się wyciszymy i zaczniemy cenić sobie inne wartości niż teraz... Przestanie nas interesować dynamika ekspansji, gwiazdy, kontakty... A wówczas przebudzi się wszechświat. Pojawią się nowe prężne rasy, które podbijać będą galaktyki, tylko... tylko my tego nie zechcemy dostrzec, bo co innego będzie nas wówczas zajmować.

M.Ż.: A dlaczego ludzkość ma być taką dziwną rasą?

W.Ż.: Cóż może jesteśmy cywilizacją wampiryczną? Wampiryczną, czyli aktywną w nocy, kiedy kosmos śpi. Z tego ogólnego pomysłu dałoby się zrobić fajną powieść. Wiem już nawet jak należałoby to rozegrać.

M.Ż.: Bylibyśmy zatem dziećmi nocy? Aż ciarki mnie przechodzą kiedy sobie pomyślę, że... idąc śladem twego pomysłu można dojść do wniosku, iż również nasze zdobycze cywilizacyjne oraz intelektualne, z których jesteśmy tacy dumni, są być może równie „dziwne” i wynaturzone jak opisywana w literaturze kultura wampirów. Zaostrzyłeś mi apetyt. Co jeszcze gryzie Wiktora Ż.?

W.Ż.: Od dawna marzę o przywłaszczeniu sobie cudzej prozy!

M.Ż.: Słucham?

W.Ż.: Miałbym ochotę wykorzystać cudze pomysły literackie, ale zrobić inne ciekawsze książki.

M.Ż.: Masz na myśli dopisywanie dalszych ciągów? Trochę się spóźniłeś. Kilku magików napisało już tą metodą grube tomiszcza kontynuujące historie stworzone przez sławnych autorów.

W.Ż.: Nie, nie! Ja jestem jeszcze bardziej leniwy. Ja przepisałbym niemal całą powieść i to momentami słowo w słowo. Pisałbym jednak fantastykę, a nie to co zostało stworzone przez autora. Wszystkie zdarzenia, dialogi byłyby na swoich miejscach tyle, że troszeczkę przerobione, troszeczkę inne. Pierwszą książką, którą chciałbym tak przerobić byłoby „Ogniem i mieczem”. To wspaniały materiał wyjściowy do fantasy. Wręcz genialny. Tam są takie pomysły, takie bitwy... Niech się Tolkien pocałuje w tyłek. Nie ma literatury fantasy, która operowałaby tak wspaniale szczegółem, czy scenami batalistycznymi... Nie ma! Tyle, że „Ogniem i mieczem” trochę już się zgrało i zestarzało. Można by wspaniale odnowić tę powieść. Odnowić i wzbogacić!

M.Ż.: A druga książka?

W.Ż.: Uśmiejesz się, ale to też Sienkiewicz. Uważam, że materiałem na wspaniałą space operę jest... „W pustyni i w puszczy”. Wyobraź to sobie – w wyniku dramatycznych wydarzeń przez wszechświat wędruje para dzieciaczków.

M.Ż.: Intryguje mnie Saba. Ciekawe na jakiego stwora przerobiłbyś psa?

W.Ż.: To wyobraź sobie jeszcze baobab, ale na skalę kosmiczną. Powstanie Mahdiego, które obejmuje całe sektory kosmosu. Myślę, że powstałby kawałek nieprawdopodobnej, cudownej wręcz fantastyki. Czyż nie byłoby piękną sceną wysyłanie przez zagubione dzieciaki latawców? Latawców unoszonych oczywiście kosmicznym wiatrem. Każdy szczególik „W pustyni i w puszczy” można tak wybornie przerobić na space operę, że aż w głowie się nie mieści. Jedno nie ulega dla mnie wątpliwości – dzisiaj Sienkiewicz byłby wziętym pisarzem SF.

M.Ż.: A jak to wygląda od strony prawnej? Niby prawa autorskie już wygasły, ale... Nawiedzeńców nie brakuje. Nie boisz się jakichś procesów, albo...

W.Ż.: Jak już bym się za to zabrał, to miałbym to serdecznie w... nosie. Napisałbym po prostu książkę i już! A publikacja... W dzisiejszych czasach, które karmią się skandalami, znalazłby się na pewno jakiś wydawca. A poza tym cóż to za przestępstwo? Przecież zaznaczyłbym, że powieść powstała na motywach powieści Sienkiewicza. Musiałbym to zrobić, bo trzymałbym się dokładnie struktury książki.

M.Ż.: Wydaje mi się, że pisarzem podatnym na podobne zabiegi byłby Conrad.

W.Ż.: Oczywiście! Też myślę, że książki tego autora świetnie nadają się do przeróbki. Dzisiaj ten facet także pisałby SF! Może nie rozrywkowe, ale jakie mądre!

M.Ż.: Wróćmy jednak do twojej oryginalnej wirtualnej twórczości...

W.Ż.: Niestety, ale jeszcze nie. Właśnie przypomniałem sobie, że kiedyś popełniłem 260 stron powieści „Sarkoma 2”. Przerabiałem... „Hrabiego de Monte Christo”. Niestety moje bogate w wydarzenia życie sprawiło, że gdzieś mi to dziełko wcięło!

M.Ż.: Strasznie grube książki pragniesz przerabiać i później nie starcza ci sił, ani chęci. Trzeba było przerobić „Łyska z pokładu Idy”. Przynajmniej byłby ślad po tej twojej fascynacji przeróbkami. A wracając do niezmaterializowanej twórczości Wiktora Ż...

W.Ż.: Ostatnio firma zajmująca się handlem pościelami i ręcznikami zaproponowała mi, abym uatrakcyjnił ich witrynę internetową swoimi tekstami. Wymyśliłem sobie, że będę pisał bajki o kolorach.

M.Ż.: Oooo! Będziesz jednak coś pisał!

W.Ż.: Eee, jak o tym gadam... Znaczy się - nic z tego nie będzie. Na razie mam dwa pomysły. Pierwszy to „Bajka o niebieskich gremlinach”. W zakolu meandrującej, bystrej rzeki na samym brzegu w jamkach na żółtej plaży żyły sobie wspomniane już gremlinki. Dziwna była to społeczność – stara, wielowiekowa i całkowicie odseparowana od świata zewnętrznego. Specyfiką tej kultury było obieranie raz na pięć lat króla. Króla, który nie rządzi ludem... Ta cywilizacja osiągnęła bowiem taki stopień doskonałości, że nie potrzebowała przewodników. Król obierany był po to, aby nauczył się rządzenia. Cała jego kadencja upływała na nauce.

M.Ż.: Dlaczego tak dręczą nieszczęśnika?

W.Ż.: Właśnie! Raz na pięć lat niebieskie gremliny budowały łodzie z patyków które spływały rzeką i wybierały spośród swego grona grupę kolonistów. Pod wodzą króla wyruszali oni w dół rzeki. Ich zadaniem było założenie nowych osad i szerzenie kultury niebieskich gremlinów. Tak działo się od niepamiętnych czasów. Kolejna wyprawa odpływała co pięć lat i natychmiast rozpoczynały się przygotowania do następnej ekspedycji. Pewnego razu w wioseczce urodził się dziwny gremlinek, który bał się wody. Osobnik ten bardzo często zastanawiał się dlaczego kolejne wyprawy nie kontaktują się z rodzinną wioską.

Problem „gryzł” go do tego stopnia, że postanowił wyruszyć na poszukiwanie współbraci. Ruszył piechotą wzdłuż rzeki ponieważ jak już wspomniałem bał się wody. Wędrował przez wiele dni. Podziwiał piękne widoki, groźną potęgę rzeki itd. Pewnego dnia do jego uszu zaczął docierać narastający łoskot. Po jakimś czasie oczom naszego bohatera ukazała się wielka katarakta! Na dole piętrzyły się stosy rozbitych łodzi. Tak jak gremliny miały kiepskie pojęcie o świecie, tak i świat nigdy nie dowiedział się o wspaniałej kulturze gremlinów.

M.Ż.: No, jeżeli takie bajki mają reklamować ręczniki... Mają te ręczniki szczęście. Tyle ci powiem.

W.Ż.: A teraz druga bajka. Ma nosić tytuł „Człowiek z brązu”. Pewnego dnia w pobliżu skrzyżowania ulic stanął posąg wykonany z brązu. Po dziesięcioleciach zmieniła się moda, albo polityka przesiadła się ze stołka na stołek, więc ekipa robotników zdemontowała rzeźbę i przewiozła ją na jakiś skwer. Postał tam jakiś czas i znowu pojawili się ludzie, odczepili go od cokołu i przewieźli do odludnej, zapuszczonej części starego parku. Od czasu do czasu psy na niego sikały, dzieci pisały na nim nieprzyzwoite słówka, ale ów człowiek z brązu po raz pierwszy poczuł się dobrze. Nie chciał, aby znowu pojawili się ludzie i przenieśli go gdziekolwiek. Zawziął się i pomyślał: „Odtąd nikt nigdy nie ruszy mnie z tego miejsca”. Sprężył się, skupił... Aż pociemniało mu w oczach. Kiedy odzyskał ostrość widzenia zobaczył wokół siebie czarną pustkę usianą milionami gwiazd. Pozostał na miejscu, które wybrał, a Ziemia poleciała dalej.

M.Ż.: A opowiesz w końcu jakąś historię z gatunku twardego SF?

W.Ż.: Ależ proszę bardzo! Nowoczesna, podziemna i całkowicie odizolowana od świata zewnętrznego baza militarna. Ludzie szkolą się, trenują. Otoczeni są supertechnologią, wynalazkami, które bardziej wydają się magią niż techniką. Wszyscy przygotowują się do dnia zero. Nie wiadomo co się wtedy stanie, ale gotowość bojowa żołnierzy narasta. Wreszcie pewnego dnia ryczą syreny alarmu, otwierają się wielkie wrota i potężne machiny bojowe w osłonie piechoty ruszają w nieznane. Świat zewnętrzny, który otacza atakujących jest wrogi i niebezpieczny (coś jakby „Planeta śmierci”). Żołnierze nacierają jednak bez wahania. Zaczynają się pierwsze starcia. Śmierć kosi jak ta lala! Nie ma jednak czasu na myślenie. Trzeba walczyć. Wrogie są zarówno siły przyrody, jak i inteligentne rasy, które stają naprzeciw żołnierzy. W nawale ognia główny bohater ogląda się przypadkowo za siebie i widzi olbrzymie drzewo, którego wierzchołek ginie gdzieś w chmurach. To właśnie spod monstrualnych korzeni tego drzewa suną kolejne oddziały i kolejne bojowe maszyny.

Cała powieść byłaby o marszu przed siebie oraz okrutnej wojnie. Jednak z czasem (po miesiącach może latach) świetnie wyposażone, ale już nieco przetrzebione oddziały tracą kontakt z jednostkami wspomagania. Sprzęt przestaje być uzupełniany. Coraz rzadsze jest również lotnicze wsparcie. Oddział, w którym walczy bohater jest coraz bardziej osamotniony. Żołnierze coraz częściej skazani są na własne siły - jak komandosi zrzuceni na tyły wroga. Z czasem zmiany postępują jednak coraz dalej. Technologia się zużywa, a trzeba przecież walczyć, iść dalej i przetrwać. Rozkazy są wyraźne. Żołnierze zaczynają wymyślać więc technologię na bieżąco. Konstruują broń z tego co znajdą. Powstają więc jakieś dziwne łuki, proce itp.

Powoli i niemal niezauważalnie żołnierze przestają być żołnierzami. Stają się wędrowcami. Czasami muszą jeszcze walczyć o przetrwanie, ale atakowani są coraz rzadziej i coraz mniej zaciekle. Bohater i jego towarzysze przemierzają ów dziwny świat, uczą się go. Upływają lata. Żołnierze starzeją się. Z czasem są zgrzybiałymi pielgrzymami podążającymi w nieznane. Grupka powoli topnieje. Mój bohater chowa ostatniego towarzysza podróży w płytkim grobie, a potem rusza w dalszą drogę. Wreszcie dociera do rozległej pustyni. Wie, że nie jest w stanie jej przebyć, ale mimo to brnie uparcie przez wydmy rozwiewane wiatrem. W końcu pada i umiera.

Po wielu latach jego szkielet lżący na bezkresnej pustyni zostaje zroszony kroplami rzadkiego w tej okolicy deszczu. Nie mija wiele czasu, a spomiędzy żeber zaczynają kiełkować pierwsze listki olbrzymiego drzewa. On był tylko nasieniem, które dotarło najdalej.

M.Ż.: Wow! To byłby fascynujący kawałek prozy. Wiesz, jak cię tak słucham, to mam ochotę przykuć cię kajdanami do klawiatury i dawać jeść tylko po napisaniu minimum dziesięciu stron dziennie.

W.Ż.: Będę się bronił! A poza tym... Nie warto. Takich historii jak ta mam na kopy i konsekwentnie będę twierdził, że lepiej je opowiadać niż pisać. Starożytni opowiadacze też nie męczyli się zapisywaniem swych pieśni. Ktoś zrobił to za nich.



Czytaj również

Pogawędki z Wiktorem (4)
Pył na Księżycu
Pogawędki z Wiktorem (3)
Dlaczego czasami warto zgubić maszynopis?
Marek Żelkowski
Kilka słów o Wiktorze Ż.

Komentarze


~Leszek

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Ależ oczywiście Wiktorze, że należy Cię przykuć do klawiatury. To samo mniej więcej mówiłem:)
No i wiesz co? Mimo iż uważam słuchanie Ciebie za czystą przyjemność, to jednak my, czytelnicy, cenimy Cię za te genialne rzeczy, które napisałeś, a nie opowiedziałeś:)
03-12-2011 15:28

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.