» Fragmenty książek » Podróż Turila #2

Podróż Turila #2


wersja do druku

Fragment rozdziału drugiego

Autor:
Podróż Turila #2
Martwy Władca zwrócił się do Turila. Jego Chwalebność Pramain Bożyszczy zacisnął szczęki; miażdżący odgłos wytworzył dźwięki, które przy odrobinie fantazji można by zakwalifikować jako elementy komunikatywnego języka.
– Uspokaja mnie to, że ceremonia zabicia mnie spoczywa w rękach tak doświadczonego tanatologa – powiedział Bożyszczy. – Kres mojego żywota nie oznacza li tylko chwalebnego końca mej egzystencji, lecz również zaczątek nowego cyklu życia. Dla dostojnych dam dworu, dla ludu mego, dla całego Domiendramu.
Grabarz się ukłonił.
– Wasza Chwalebność, pochwała z tak szacownych ust jest dla mnie pokrzepieniem, którym rzadko dane jest mi się delektować – odparł, w myśl ceremonii. – Dołożę wszelkich starań, by Waszą śmierć zainscenizować dokładnie według zasad etykiety.
Wycofywał się powoli, z opuszczoną głową. Kroczek za kroczkiem oddalał się od Bożyszczego. Starał się nie nawiązywać kontaktu wzrokowego z jego drugim obliczem, ową tłustą krągłością, którą tamten sobie przypiął do pasa i której winien był absolutną szczerość. Wyrażała ona emocje władcy za pomocą prostych emotikonów. Z całą pewnością odzwierciedlała teraz strach, niechęć i wstręt, bo słowa Pramaina nie były niczym innym, jak wierutnym kłamstwem. Domiendraminowie znani byli ze swojego lęku przed śmiercią, a Bożyszczy nie stanowił wśród nich wyjątku.
Władcę otaczało czterdzieści sześć dam dworu, troszczących się o jego dobre samopoczucie. Z całym oddaniem masowały jego zakorzenione w gliniastym podłożu odnóża, śpiewały upajające pieśni, wyszukując słowa, które schlebiałyby jego próżności. Władca oddawał się tej błogiej terapii, wydając pomruki zadowolenia. Głowa powoli opadała mu do tyłu. Podkurczył żylaste gałęzioramiona i przybierał embrionalną pozycję do snu.
Za Turilem zamknęły się wahadłowe drzwi. Tanatolog przywołał w pamięci przebieg zakończenia dworskiego ceremoniału i zastygł skulony w bezruchu na kilka chwil. Dopiero potem wyprostował się, rozciągając obolałe plecy.
– Jego Chwalebność zgadza się na wszystkie twoje żądania – powiedział zasuszony dworzanin, wyrastając obok niego znienacka. – Każdy środek służący do wypełnienia aktu zostanie ci udostępniony, tak szybko, jak to tylko możliwe. Do tego czasu chcielibyśmy cię prosić, abyś zwiedził naszą krainę, nasze miasto. Z pewnością znajdziesz tam inspirację do ramówki zabijania, jeśli tylko wmieszasz się w tłum i poznasz gruntownie życie na Domiendramie.
– Dziękuję ci za cenną radę. – Turil skinął głową w kierunku rozmówcy. Jego prośba była w istocie poleceniem. Rozkazem. – Byłbym ci wdzięczny, gdybyś mógł mi wskazać jakiegoś dobrze obeznanego z okolicą przewodnika.
– Będzie ci towarzyszyć świeżo wykluta Iskierka. – Dworzanin wskazał dłonią na małą świecącą istotę, która właśnie oderwała się od swojego macierzystego światła i podfrunęła w stronę Turila, machając filigranowymi ramionkami. – Ona już wie o twoich potrzebach i opowie ci wszystko, o czym musisz wiedzieć.
– Jesteś nad wyraz uprzejmy. – Kłamstwa i pochlebstwa stanowiły nieodzowną część turilowego życia, nie tylko w obcowaniu z klientami. Tanatolog nie przepadał za Iskierkami. Miały one zbyt wiele wolnej woli i były zbyt egoistyczne. Mimo wszystko wykonał coś w rodzaju ostatniego ukłonu w stronę sali tronowej, zanim nie odwrócił się bokiem i nie oddalił. Przeszedł obok otulonych fantazyjnymi okryciami dworaków, w tej chwili sprawiających wrażenie bardzo zajętych zapisywaniem pożółkłych woskowych liści niezwykle ważnymi notatkami, i wyszedł z najstarszej części dworzyszcza. Najpierw stawiał kroki po martwym przegniłym drewnie, potem po kamienistym podłożu, aż w końcu po wygodnie miękkiej wykładzinie. Domiendramowa straż oczekiwała go na końcu długiego korytarza. Poddano go nadzwyczaj dokładnej kontroli osobistej, podobnie jak w chwili przybycia, nie okazując przy tym nawet krzty szacunku, jaki mu się należał.
Turil pominął to wszystko milczeniem. Obserwował, sondował, zbierał wrażenia, włączając to do całościowego obrazu planety, na który składało się wszystko to, co do tej pory widział i słyszał.
– Prosimy cię o wybaczenie – jarząca się jasnym płomieniem Iskierka odezwała się po raz pierwszy. – Świat zewnętrzny nie jest taki, jaki powinien być. Miłujemy przytulne ciepło wewnętrznego dworzyszcza i życzylibyśmy sobie, żeby tak było w każdym miejscu na Domiendramie.
– Oczywiście.– Czy zechcesz nadać nam imię? Chętnie posiedlibyśmy jakąś osobowość.
– Nie. Jesteś Iskierką. Nie masz prawa do noszenia imienia.
Turil odebrał swój gruby płaszcz ceremonialny i zarzucił go na ramiona. Zanim dopuszczono go do wnętrza dworzyszcza, musiał pozostawić okrycie. Czyżby straż odkryła tajemnicę płaszcza? To raczej nieprawdopodobne. Wiedział, jak ją ukryć i zamaskować. Pomimo to poczuł ulgę, kiedy wymacał pośród ogromnej liczby kieszeni i wcięć insygnia swojej profesji. Jednocześnie skarcił się w duchu za chwilowy przypływ niezwyczajnych emocji.
– Dokąd zaprowadzisz mnie na początku? – zapytał Iskierkę.
– Dowiedzieliśmy się, że nigdy przedtem nie byłeś na Domiendramie. – Iskierka powstrzymywała swą naturę podpalacza. Ogień jej skrzydełek zmienił barwę z czerwonej na żółtą. Intensywnie się nad czymś zastanawiała. – Opuścimy dworzyszcze i przespacerujemy się po starówce. Sądzimy, że spodoba ci się Nekromancjon.
– Nekromancjon? – Turil aż się pochylił.
– Wyrocznia śmierci. Była założycielem dynastii naszych królów. Miejsce jej spoczynku znajduje się w katakumbach pod miastem. Żyje w ustronnym miejscu, dostępnym tylko niewielu Domiendraminom.
– Jestem... zainteresowany. – Tanatolog spróbował nie okazywać absolutnego znudzenia.
– A więc chodźmy. – Iskierka zachichotała. – Albo polećmy. – Załopotała szybko filigranowymi skrzydełkami, zataczając w powietrzu brawurową pętlę, po czym pofrunęła naprzód, ciągnąc za sobą cienką, ledwie zauważalną smużkę dymu.
– Jak długo będzie ci wolno żyć? – zapytał Turil.
– Trzydzieści standardowych godzin. – W wyrazistych oczach Iskierki pojawił się blask. – Dosyć długo, nieprawdaż?
– Gratuluję. – Trzydzieści godzin. A więc grabarzowi przyznano tyle czasu do dyspozycji. On tymczasem miał się rozejrzeć po Domiendramie oraz przygotować się do wypełnienia swego zadania.
Opuścili dworzyszcze, wychodząc przez wielką bramę główną. Przywitał ich blask zachodzącego słońca, Remigarda, oraz nieznośna wręcz duchota. Turil włączył funkcje ochronne swojego płaszcza. Od razu owiał go podmuch chłodnego powietrza, a tlen został zredukowany do poziomu dobrego samopoczucia.
– Chalasim założono przeszło pięć tysięcy lat temu, jako pierwszą osadę na Domiendramie – oznajmiła Iskierka bezpłciowym głosem profesjonalnego przewodnika. Z pewnością ściągała swoją wiedzę z oficjalnych stron informacyjnych planety. – Odpowiedź na pytanie: „Co i jak?” odnośnie kwestii założenia miasta nie została dotychczas klarownie sformułowana, i to mimo zakrojonych na szeroką skalę prac badawczych. Jak zresztą wiele innych rzeczy, które wydarzyły się w tamtych czasach w Łysym Worze. – Machała niecierpliwie swoim ogoniastym odwłokiem. – Proszę za mną. Dostęp do najstarszych części miasta, pod Katedralem Błogosławieństwa, nie znajduje się daleko od tego miejsca. – Cichutko pobrzękując, frunęła naprzód, omijając zręcznie tłum przechodniów na szerokich, wyłożonych białym marmurem schodach dworzyszcza.
Turil podążał za swym małym przewodnikiem w kierunku tętniącego życiem miasta. Mimochodem wzrok jego zatrzymywał się na Domiendraminach. Wyrosłe z drzewa i mięsa istoty sprawiały wrażenie małych kopii swego króla. Najczęściej były kulistymi stworzeniami, z twarzami o wyrazistej mimice, odznaczającymi się bogatymi mazerunkami. Kroczyły sztywno, a ich długie ramiona pozostawały w ciągłym ruchu, nieustannie obmacując otaczającą je przestrzeń. Podczas wzajemnych dotyków – a zdarzały się one nader często – ich miękkie kiełkowe palce muskały się delikatnie. – Tutaj, tutaj proszę! – nawoływała Iskierka.
– Idę. – Turil rozumiał pośpiech sztucznej istoty. Miała do dyspozycji niewiele godzin. Jeśli niedostatecznie wypełni swoją życiową rolę, zakończy egzystencję w stanie głębokiej urazy. Poczucie wstydu przejdzie na jej następców i być może kolejne pokolenia Iskierek cechować będzie ograniczona funkcjonalność.
Pomimo to Turilowi potrzeba było czegoś więcej aniżeli zarządzone przez dwór zwiedzanie okolicy. Musiał umieć wyczuć Domiendraminów, musiał ich zrozumieć, rozpoznać ich motywy, wniknąć w ich duchowe życie. Tylko wtedy zdoła zainscenizować ceremonię pogrzebową w taki sposób, że pamiętać ją będą następne stulecia. Ta robota przyprawiała go o mdłości...
Dotarli do dolnych dzielnic miasta. Tutaj, z dala od bajecznego pałacu, krzątanina i hałas przybrały na sile. Handlarze unosili się pośrodku chmurek z ciężkich oparów, krzykiem wychwalając swoje towary, spółdzielcy konsorcjum handlowego zawodzili głośno nad przesadnie wygórowanymi cenami i spadkiem jakości sprzedawanych dóbr. Dwóch braci ze zgromadzenia Apokalixy zaklinało koniec wszelkiej egzystencji, kilku żebraków wykłócało się o przegniłe owoce, mężczyźni i kobiety ciemnej profesji wystawiali na użytek publiczny swoje zdrewniałe i pokryte bliznami ciała. Sękaty wróżbita podniósł z ziemi grudkę gleby, rozgniótł ją, zadumał się i wyprorokował Turilowi dużo zadowolenia przez następne kilka lat. Grabarz znał szczególne zamiłowanie Domiendraminów do wszystkiego, co metafizyczne. Ich przywiązanie do ziemi stało w jawnej sprzeczności z techniki, którą posługiwali się na co dzień. W przestrzeni pomiędzy tymi jakże różnymi biegunami egzystencji swój żyzny biotop, uprawiany przez niemałą liczbę samozwańczych proroków według wszelkich zasad sztuki, znajdowała cała rzesza szarlatanów.
Wzdłuż zaniedbanych ulicznych rowów przesuwały się wolno pojazdy lądowe. Prowadzących je, którzy należeli – jak większość w Łysym Worze – do mających najbardziej zły humor przedstawicieli swojej nacji, nie obchodzili wcale piesi. Błoto bryzgało w górę, wszędzie w plątaninie tego nadziemnego zamętu i zamieszania rwały się i łamały odnóża Domiendraminów. Turil stanął pośrodku rozgardiaszu i zamknął oczy. W końcu powinien rozpocząć swoją pracę. Oddychał głęboko, koncentrował się, dopasowywał do bicia miejskiego serca.
Odczuwał... tęsknotę. Chęć wybawienia. Nadzieję na koniec wszelkiego cierpienia.
Cykl, w którym obecnie poruszały się te istoty, trwał już zbyt długo. Odczuwalny był ich pęd do odnowy, do polepszenia rzeczywistości. Dzieci i starcy, pracujący i lenie, bogaci i biedni – wszyscy oni pragnęli rychłej śmierci swojego władcy. Wtedy dopiero, gdy on, pień wszelkiego życia, zostanie wycięty, a jego ciało zgnije w mchu ziemi dworzyszcza, wyrośnie Nowe – nowy wódz, niosący ze sobą nowe idee i nową nadzieję.
Turil powrócił do rzeczywistości. Iskierka iluminowała go podekscytowana, co poniektóry Domiendramin rzucał mu zdziwione spojrzenie. Jego smukła sylwetka wzbudzała zainteresowanie, a jego dziwne zachowanie – tym bardziej.
– Wybacz mi, kochana – powiedział. – Od czasu do czasu potrzebuję chwili spokoju. Żeby pozbierać myśli.
– Spokoju? Tutaj? – Iskierce udało się wzbudzić w jej sztucznym głosie coś w rodzaju wzburzenia. – Mamy cię zaprowadzić z powrotem do twojego statku? Na GELFARA?
– W żadnym wypadku, Iskierko. Muszę koniecznie zobaczyć Nekromancjon.
I w końcu uwolnić się od ciebie i tobie podobnych, pomyślał.
Dalsza droga wiodła pomiędzy niskimi domkami z ceglanymi dachami, przez wąskie zaułki, coraz głębiej w gmatwaninę uliczek. Centrum Chalasimu cechował niezwykły melanż staroświeckich domostw i nowoczesnej techniki.
– Bądź zawsze w naszym pobliżu – powiedziała Iskierka. – Nie każdy tutaj chce twego dobra. Mamy... Kolegów niższej jakości, którzy chętnie by cię od nas oderwali. Oni mają zamiar cię uwieść, zranić... – Wiem, jak się obronić. Dziękuję.
Stopniowo robiło się spokojniej. Po świetle Remigarda nie pozostało śladu, oba księżyce rzucały na kamienisty grunt srebrzystą poświatę. Jakaś stara babina, już niemal zupełnie zdrewniała, zamiatała niezdarnie kurz sprzed swojej bramy. Oczy jej trzeszczały podczas każdego ruchu. Z jakiegoś ciemnego kąta dobiegły Turila kwiki. Szczuropodobna zwierzyna czyhała, wyczekując swojej szansy. Gdy niebawem stara wyzionie ducha, rzucą się na jej ciało, nie pozostawiając na niej ostatniego zielonego kiełka i listka.
Domiendraminowie ugrzęźli w swoim tradycyjnym sposobie życia, pomyślał Turil. Zdrewnieli. Ponieważ ich król stał się zbyt stary i zbyt tchórzliwy, i zbyt konserwatywny, i nie zezwalał im na dostęp do nowych rzeczy.
Cień wielkiej lotni przesłonił obydwa księżyce i jasną gwieździstą łunę Łysego Wora. Ponad zabudowaniami z cichym pomrukiem przesuwało się olbrzymie cielsko w kształcie płaszczki. Statek wziął kurs na centralny kosmodrom na północy miasta, wybudowany był na gigantycznych, wysokich na kilkaset metrów, pneumatoforach.
W oknach domostw migotały niespokojnie światełka zapalonych świec. Zatęchłe dróżki, którymi prowadziła go Iskierka, oświetlało kilka pojedynczych pochodni. Z oddali dobiegły Turila odgłosy drewniaków na bruku i głośna rozmowa dzieci. Śródmieście z jego ciemnymi zakątkami, licznymi tajemnicami oraz tysiącletnią historią było okazałym biotopem dla żądnej przygód młodzieży.
– Jak daleko jeszcze? – zapytał.
– Zaraz za rogiem – szepnęła Iskierka. – Szybko, pospiesz się. Szybko! Musimy dotrzeć do Nekromancjonu, zanim jego mieszkańcy się całkowicie nie obudzą. Weź jedno łuczywo. W katakumbach panuje zakaz używania sztucznego światła.
Turil zdjął ze ściany jedną z nasączonych żywicą pochodni i oświetlił drogę. Dachy zabudowań z lewej i prawej strony opierały się o siebie jak dobrzy przyjaciele. Tanatolog był szczupły, podobnie jak reszta członków jego klanu, mimo to z trudem udało mu się przecisnąć przez małą lukę pomiędzy śliskimi ścianami. Za nią panowała ciemność. Pachniało łąką. Mchem. Chłodem. Turil stał na skraju... lasu.
Zbyt dużo widział już w swoim życiu, ażeby pozostawać w oniemieniu dłużej niż przez kilka oddechów. Las, tak gęsty, że wiele pni obejmowało się wzajemnie, był czymś niezwykłym – choć z drugiej strony – właściwie nie. Domiendraminowie jednoczyli w sobie życie cielesne i roślinne. W mało przejrzystym zamęcie receptorów i fizjologicznych organów, czułków fotosyntezy, korzeniowych chwytaków, systemów arterii i nawilżania kryło się dużo rozumu i inteligencji, ale również pokaźna ilość humoru i fantazji. Nigdzie indziej podczas zawodowej kariery Turil nie natknął się na podobne istoty, nie spotkał się także z nimi również podczas nauki profesji w odległych regionach Łysego Wora. Nie zmieniało to jednak stanu rzeczy. Obecne zadanie po prostu nudziło go niepomiernie. Było tyle innych bardziej interesujących rzeczy niż zabijanie królów! – Szybko, szybko! – ponagliła znowu Iskierka. – Tutaj możesz się przedostać. – Pofrunęła w kierunku czegoś, co przypominało ścieżkę wijącą się pomiędzy cienkimi pniami w głąb lasu.
– To jest Katedral Błogosławieństwa? – zapytał Turil.
– A co niby miałoby to być? – Iskierka potrząsnęła główką, jak gdyby dziwiła ją jego tępota. Podleciała wyżej, oświetlając korony drzew. Niektóre z nich były gołe, niektóre zaś pokryte gęstym listowiem. A przy wielu z nich tkwiły przytulone kanciaste, powyginane ciała. Wysuszeni, zaschnięci Domiendraminowie.
– Tu więc zostają złożeni na miejsce wiecznego spoczynku… – mruknął.
– Tylko najznamienitsi z nich. Tacy, którzy wzięli na siebie ofiarę podróży kosmicznych, naukowcy, muzycy, badacze, politycy, biznesmeni.
– W dossier nie wyczytałem nic o tym lesie.
– Bo twoim zadaniem jest pochówek króla – zabrzęczała Iskierka – a nie zwykłych szaraków. Masz przesadzić w ciemność pień całego pokolenia. Ceremonia zabicia Pramaina Bożyszczego musi swoją wspaniałościąprzebić wszystko, co stało się na Domiendramie w ciągu ostatnich stu lat.
– Oczywiście. Bożyszczy stanie się elementem najwspanialszego rytuału zabijania, jaki kiedykolwiek wykonałem.
Standardowa fraza. Wypowiadał ją już tyle razy i będzie ją wypowiadał dalej, aż po kres swojej kariery.
Wyciągnął pochodnię przed siebie na długość ramienia. Ostrożnie, żeby płomień nie dotknął absolutnie żadnego ze zwisających konarów i lian. Pachniało pleśnią, zgnilizną i śmiercią – dobrze znaną Turilowi mieszanką. Drobne zwierzątka z poskręcaną w loki sierścią biegały w różne strony po pokrytej mchem ścieżce. Ich czerwone ślepia rzucały mu groźne spojrzenia. Chyba były zdania, że nic tutaj po nim.
Iskierka zamilkła, jak gdyby się przelękła bądź nagle nabrała respektu przed tyloma umarłymi, tkwiącymi w rozgałęzieniach konarów i patrzącymi na nich swoimi martwymi oczami. Wielu z nich rozmieszczono w stylowy sposób wokół pnia, jak gdyby byli oni częścią scenografii spektaklu, którego scenerię stanowił cały las.
Turil podziwiał bez zazdrości pracę swoich tutejszych kolegów po fachu. Przydali śmierci oblicze, które mu się spodobało. Katedral Błogosławieństwa emanował estetyką i był pozbawiony wszelkiego lęku. Domiendraminowie wiedzieli, jak ustosunkować się do końca swojej egzystencji.



Czytaj również

Podróż Turila
1. Najazd
Podróż Turila - Michael Marcus Thurner
Śmiertelnie nudny grabarz
- recenzja
Dzieci demonów - J.M. McDermott
Półdemon jaki jest – każdy widzi?
- recenzja
Dzieci demonów
Fragment 1 rozdziału
Magia krwi - Anthony Huso
Mariaż dark fantasy, new weird i steampunku
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.