string(15) ""
» Blog » Podróż Myśloczującego - opowiadniae ze świata Wyraju
15-06-2016 13:23

Podróż Myśloczującego - opowiadniae ze świata Wyraju

W działach: opowiadanie, Wyraj, fantasy | Odsłony: 127

(Wydobyte z szuflady, zapraszam do lektury)

 

W pokoju panował bałagan, przeszyty snopem światła sączącym się z dziury w zasłonie, w którym leniwie tańcowały drobinki kurzu. Pośród porozrzucanych w nieładzie ubrań, naczyń, narzędzi, niedojedzonych i niedopitych resztek, walały się również książki. Część książek było pootwieranych, inne pokrywała gruba warstwa kurzu. W jednym z kątów stał solidny, obity blachą i wyłożony kaflami, długi stół, na którym panował niepasujący do reszty pokoju porządek. Znajdowała się na nim waga aptekarska, moździerz, alembik, menzurki, igły, strzykawki i inne narzędzia stosowane w czarodziejstwie. Na jednej ze ścian nad biurkiem wisiały kartki i karteluszki z wykresami, rycinami dotyczącymi anatomii oka, nosa, ucha i mózgu, bazgroły z dziwacznymi symbolami oraz szafka z przeszklonymi drzwiczkami, za którymi ułożone i opisane były zakorkowane fiolki z kolorowymi substancjami. Nad stołem zaś znajdował się okap odciągu, który niczym metalowy abażur zwisał na rurze wychodzącej z sufitu.

Marazm i ciszę panujące w pokoju przerwał żelazny rechot otwieranego zamka i przesuwanych naoliwionych rygli. Zazgrzytała naciśnięta klamka, powietrze zaszarżowało w stronę otwieranych drzwi, co spłoszyło biesiadujące na resztkach kolacji muchy i karaluchy.

Do pokoju weszli ludzie - kobieta i chudy mężczyzna, oboje w średnim wieku, ubrani w piękne, modne i wyszukane stroje. Mężczyzna miał jednak podkrążone oczy i niezdrową bladą cerę.

- Pani wybaczy – rzekł anemicznie chudzielec, chowając jednocześnie klucz do kieszeni bogato haftowanej kamizelki. - Ostatnio nie mam czasu by tu zrobić porządki...natłok pracy.

Wyniosła dama o wypudrowanym licu, i oczach skrytych w cieniu rzucanym przez elegancki kapelusik, skinęła lekko głową, lecz ostentacyjnie zakryła nos koronkową perfumowaną chusteczką. – Myślę, że Pańskie poświęcenie dla sprawy, drogi de Grouche, i co najważniejsze wyniki w pełni usprawiedliwiają niepoświęcanie uwagi dla tak przyziemnych spraw. Niemniej służba...

- Nie, nie! - nerwowo przerwał nazwany de Grouche'm – wolę by nikt tu nie wchodził, szczególnie prostaczkowie z plebsu. Niech służba sprząta resztę domostwa, lecz od pracowni ma się trzymać z dala. Ale co tam, dzisiaj może nastąpi przełom w badaniach i będę mógł wreszcie odpocząć...i zająć się przyziemnymi sprawami

 – wypowiadając ostatnie słowa lubieżnie przejechał spojrzeniem po osiej talii i dekolcie zaproszonej damy. Ta jednak zignorowała jego zachowanie, przenosząc uwagę na nieład panujący w pomieszczeniu. Jej wzrok zatrzymał się przez chwilę na masywnym drewnianym krześle i wygodnej, choć już niemodnej w swym stylu leżance. Obok leżanki stał stojak pod kroplówkę.

W tym czasie mężczyzna odpiął rapcie i szpadę, które odłożył na zagraconym stole, niedbale rzucił trójrogi kapelusz w kąt, strącając tym samym kieliszki z niedopitym winem, zdjął z siebie elegancki habit – obcisły pięknie haftowany półpłaszcz oraz pasującą do niego kamizelkę i porzucił je na oparcie fotela. Zaczął zakasywać rękawy koszuli. Kobieta podeszła do niego wystudiowanym krokiem.

 - Według naszych badań i...przewidywań – wydobyła małą fiolkę z koreczkiem – ta substancja pozwoli w pełni świadomie powrócić z wędrówki po Nawii. Wraz z narkotykami, które tobie udało się stworzyć, może dojść do prawdziwego przełomu. Staniemy się legendą Myśloczujących, wytyczymy nowe ścieżki dla naszego ruchu, potwierdzimy lub obalimy teorie naszych filozofów, Ty i mój Sabat przejdziemy do historii. Przyniesiemy Mowianom odpowiedzi, których wszyscy oczekują. - szeptała słodko podnieconym głosem - De Grouche...katowałeś swoje ciało wiele lat, utwardzałeś swą wolę torturami, jeżeli nie ty...to nikt inny nie postawi tego kroku. Małego kroku Mowianina, wielkiego kroku Mowian.

De Grouche w milczeniu podszedł do okna, rozsunął zasłonę i otworzył okno. Wpuszczone świeże powietrze nosiło w sobie nuty morskiej bryzy i targu rybnego. Mężczyzna spoglądał w zamyśleniu na malujący się przed nim widok, czerwone dachy kamienic o bielonych fasadach i niebieskich okiennicach, białe rybitwy i mewy fruwające nad rybacką przystanią, skaliste klify w oddali i morze. Piękne, tajemnicze, spokojne, rytmicznie falujące hektolitry wody.

Gdzieś tam poniżej okna jego rezydencji toczyło się życie, proste, niewytłumaczalne, bezcelowe, wręcz bezrefleksyjne, ekspansywne, pożerające, srające, chędożące, rodzące się i zdychające oraz rozkładające się. Z porządku w chaos i z powrotem. Mowianie czyli ludzie, czorty, wodnicy i żarptacy biegali za swoimi sprawami, jakby były ważne, nie wiedząc i nie rozumiejąc po co to wszystko. A on dziś może być tym, który wedrze się za kurtynę i ujrzy, co stoi za aktorami tego przedstawienia i przyniesie im wszystkim odpowiedzi, choćby miały przeszywać serca grozą. Chudzielec z zamkniętymi oczami zacisnął dłonie na krańcu kamiennego parapetu, aż kostki mu pobielały, wziął głęboki oddech i wydech. Otworzył oczy, ostatni raz spojrzał na Tarczeń – stolicę Rewolucyjnej Wiharii i morze, po czym energicznym ruchem zamknął okiennice, okno i zasłonił zasłonę. W pomieszczeniu ponownie zapanował półmrok. - Doskonale, jestem gotów – Przerwał na chwilę, zbierając myśli i wychrypiał. - Gdybym nie przeżył lub gdybym stracił rozum – kobieta chciała zaprotestować, przerwał jej jednak uniesieniem ręki. - gdyby tak się stało, to sporządziłem odpowiedni testament. Zabierzecie moje ciało i je zbadacie, co poszło nie tak może być dalszą wskazówką jak działać. Wyniki moich badań również przepisałem Ruchowi. Badania muszą być kontynuowane, odpowiedzi nam się należą. Zaczynajmy. - Z szafki nad stołem laboratoryjnym wydobył kilka fiolek, wziął strzykawki i igły, następnie podszedł do staromodnej leżanki. Ze stoliczka obok leżanki zrzucił filiżanki i książkę, po czym położył przyrządy. Kobieta bez słów podeszła do stołu, włączyła podgrzewacz i rozpuściła zawartość swojej fiolki w wodzie.

Krzątali się tak jeszcze dobre pół godziny, by przygotować się do eksperymentu. W końcu kobieta podeszła do leżanki na której leżał gotowy de Grouche, miał już rozszerzone źrenice, gdyż zażył swe czarodziejskie narkotyki. Dama sprawdziła jeszcze raz kroplówkę i poczęła dawkować tajemniczą substancję do krwiobiegu chudzielca. Mięśnie twarzy de Grouche drgały z napięcia, oczy miał wytrzeszczone i nieobecne, paznokciami drapał skórzane obicie leżanki. Mężczyzna trząsł się cały. Kobieta spoglądała na niego bez troski, lecz z wyczekiwaniem, doglądając kroplówki i dozując czarodziejskie narkotyki.

*

            Narkotyki wyostrzyły wszystkie zmysły de Grouche, słyszał każdy dźwięk, zarówno chrobot karaluszych nóżek, łopot muszych skrzydełek. Czuł zapachy dobiegające zewsząd, perfumy dam i kawalerów przechadzających się po alejkach stolicy, perfum które nie były wstanie zatuszować ich smrodu. Słyszał rozmowy służby i domowników. Oddech wiedźmy, która stała obok niego, był niczym dech miechów w hucie. Na zewnątrz zaś huczało od dźwięków życia którego tajemnicę chciał poznać, słyszał i rozpoznawał człapanie mackowatych nóg Wodników, ćwierkającą mowę Żarptaków, stukot czorcich kopyt. I tykanie zegarów. Tyle zegarów! Wzrok otworzył przed nim podwoje nowych barw, wszystko było ostrzejsze, działo się wolniej. I wzrok właśnie zaczął go opuszczać jako pierwszy, obraz zaczął się zamazywać, stać w miejscu, po chwili zaczął gasnąć. Zacisnął mocniej zęby na skórzanym kneblu który miał włożony w usta. Znał już to uczucie, próbował wejść do świata duchów i snów już wielokrotnie. Słuch również począł przygasać, aż w końcu nie słyszał już nic. Stał się głuchy i ślepy. Zapachy również odeszły. Czuł tylko jak jego serce łomocze, jak wbijają się jego paznokcie w skórę dłoni. Ale i te odczucia które zawdzięczał pierwotnemu zmysłowi dotyku, także poczęły blaknąć. W końcu nie czuł nic, nie widział, choć w rzeczywistości oczy miał wytrzeszczone, nie słyszał, nie czuł zapachów, ani swojego ciała. Nic. Za to rozmyślał, był świadomy siebie. Jak długo to trwało? Nie wiedział, w końcu jednak zaczął wyczuwać obecność. Naparł na coś, jakby ścianę, tłustą barierę, błonę, która grodziła mu drogę. Wytężył umysł i jeszcze mocniej naparł na obecność, czuł coś jakby nacisk na głowę, ból porównywalny ze straszliwym kacem. W końcu przeszkoda poczęła ustępować, zaczęły pojawiać się dźwięki, stłumione szepty, nie dobiegające z domu czy ulic miasta. To były echa snów i duchy zmarłych, zawieszone świadomości i ich pozostałości, dobiegające z innego świata. De Grouche już wiedział, że jest w Nawii, słyszy ją czy raczej odczuwa, a jego ułomny umysł okłamuje go, że to dźwięki. Tu już jednak dotarł wcześniej i tak jak teraz nie rozróżniał tych głosów, słowa bowiem tonęły w szumie i zagłuszających trzaskach.

Lecz w przeciwieństwie do poprzednich wypraw, miał jeszcze w sobie bardzo wiele siły, parł więc dalej, aż poczuł coś jakby wypłynął z galaretowatej błony. Jego myśli i zmysły były nareszcie wolne. Takiej wolności nie czuł jeszcze nigdy, to tak jakby, jakby zrzucił okowy swojej cielesności, wyzwolił swoją świadomość z labiryntu tuneli mózgu. Tak!

Głosy stały się wyraźniejsze, słyszał rozmowy, mowę. W różnych językach.

De Grouche popędzany ciekawością i pobudzony sukcesem naparł dalej. Po chwili poczęły powracać pozostałe zmysły. Poczuł zapach, ten jednak nie był przyjemny, kojarzył się z zepsutym powietrzem, mięsem i fekaliami. Wzrok, lub raczej jego czysta, wyzwolona z cielesnych organów i narządów forma, ukazała mu świat spowity jakby we mgle, lub eterycznych pajęczynach, rozbłyskujących delikatnymi światłami.

Wszystko to przypominało kolorowe mgławice na niebie. Struktura nie była jednością, niektóre z mglistych pajęczynowatych plątanin poruszały się swobodnie. Myśloczujący miał pewność, że również on sam tak wygląda.

Widmowe formy na jakie natrafił, gdy im się przyjrzał i je posmakował zmysłami, okazały się strzępkami snów, a inne wspomnieniami zmarłych osób. Napotkał także duchy, niestety wyłącznie majaczyły i niczym w transie błąkały się po bezkresnej mrocznej przestrzeni. Myśloczującego  zastanowiło czy można określić te byty inteligentnymi. De Grouche odnotował, że zetknął się do tej pory z dzieciobójczynią, krzywoprzysięzca i pedofilem okrutnikiem. Gdzieś jednak muszą być zmarli filozofowie i inne znamienite osobistości, a przede wszystkim świadome i inteligentne byty. A co ważniejsze, może napotka świadomości, które udzielą mu wskazówek i odpowiedzi na nurtujące go pytania. Każda napotkana świadomość nosiła w sobie wyobrażenia siebie, gdy więc ją smakował zmysłami, dostrzegał kobiety i mężczyzn różnych gatunków, i w różnym wieku, ubranych w stroje odmiennych epok i kultur. Widział też jak wyglądali będąc dziećmi, młodzieńcami. Napotkani byli bowiem przeważnie zbiorem informacji, a nie świadomymi bytami. To również zaciekawiło de Groucha. Czy po śmierci tracimy świadomość? Stajemy się tylko zbiorem informacji na swój temat? Przepływał dalej przez mglistą niematerialną przestrzeń.

Po nieokreślonym czasie błądzenia, monotonia mglistego krajobrazu poczęła się zmieniać, mgliste struktury stały się gęstsze, poskręcane, przypominając korzenie drzew. Pnącze sprawiało monumentalne wrażenie, było ideą, eteryczną, niematerialną jak wszystko tutaj, i pięło się w górę, ginąc w mgłach.

Kłącze samo w sobie było grube i poskręcane, średnica była również przytłaczająca. Pomiędzy poskręcanymi konarami snów i informacji żwawo latały swobodne pajęczynowate struktury, część z nich unosiła się w górę. De Grouche spojrzał w górę, gdzie pień ginął pośród mgieł i dostrzegł blask, jakby przebijający się zza chmur i mgieł.

Gdy miał ruszyć ku światłu wraz z innymi bytami, poczuł, że coś go się uczepiło i nie może swobodnie pofrunąć w górę. Jego jaźń przeszyło ukłucie trwogi. Po chwili poczuł się jakby tonął, zaczął panikować i miotać się. Słyszał szum i trzaski, coś się wdzierało w jego świadomość. Nie potrafił dostrzec co go prześladowało, było bowiem skryte za złotymi refleksami światła. Lecz czuł jakby powoli oplatały go oślizgłe macki, których koniuszki wdzierały się w jego Ja.

- Suka! Piekielna kurwa! - Zakotłowało się w myślach de Groucha – przeklęta wiedźma mnie zdradziła!

Poczuł brutalne wwiercanie się w każdą swoją myśl i zapamiętaną informację. Czuł się drenowany, On, jego Ja, było wyszarpywane po kawałku i wypychane z siebie, nicowane. Szarpnął się i na chwilę odzyskał wolność, poczuł jednak, że nie do końca wie, gdzie jest i po co. Jak ja się nazywam, kim ja jestem! Tłusty mrok począł go wypełniać, mężczyzna sparaliżowany strachem, był brutalnie obdzierany, nie towarzyszył temu ból, lecz świadomość straszliwego końca. Czuł jakby był od czegoś odrywany, a właściwie odzierany z czegoś, ale z czego?! To co z niego pozostało, przerażone, skulone, skamlące, nierozumiejące, zostało bez cienia szacunku ciśnięte niczym strzęp, ochłap, w mrok mglistego świata snów i umarłych. Mglisty pajęczynowaty strzęp bez celu począł błąkać się pomiędzy pnączami zgęstniałych eterycznych pajęczyn. I gdyby świat ten był morzem, to strzęp de Groucha byłby bezmyślną meduzą wykonującą mechanicznie ruch.

*

Stojąca nad nim wiedźma obserwowała jak jego ciało się pręży i wygina, łapczywie chwyta oddech i niewidzącym wzrokiem błądzi po pokoju. W końcu się uspokoił i przestał z całej siły zagryzać knebel. Sprawdziła tętno, stabilne, oddech również stał się miarowy. De Grouche śnił, a tak naprawdę wędrował. Była pewna, że dotknął już Nawii, a być może słyszy już jej tajemnice. Ale czy narkotyki są takie jak zakładają, czy pozwolą wejść dalej. Wszystko na to wskazywało. Poprzednie eksperymenty na bezdomnych „ochotnikach” potwierdziły, że dają możliwość wejścia daleko głębiej w świat duchów, niż dotychczas. Co prawda mimo zastosowania substancj, którą podała de Grouchowi, to poprzednicy powracali szaleni, bełkoczący, ale z ich obłąkanych wrzasków można było wywnioskować ciekawe informacje. Udało się np. skontaktować z nieżyjącą od pokolenia członkinią Sabatu. Która to przekazała, że w Nawii istnieją byty które nigdy nie zaznały świata materialnego – Jawii. Informacje potwierdziły istnienie bogów i demonów, a także niezliczonych rzeszy duchów zmarłych. Komunikacja była jednak ograniczona, a pośrednik z plebsu szybko zwariował i nie można było już nic od niego się dowiedzieć. De Grouche był jednak inny, był Myśloczującym, a filozofii, że zmysły są kluczem do poznania natury świata, oddał większość swojego życia. I tylko on byłby wstanie świadomie, bez obłędu eksplorować Nawię i wrócić z prawdziwymi informacjami na jej temat.

Z zamyślenia wybił ją bełkot, chudzielec, wciąż nieprzytomny, śniący, mamrotał coś przez knebel, lecz nie rozumiała co.

-Khmjjstm, Kghmmajem! - bełkotowi towarzyszył nawrót nieskoordynowanych podrygów ciała de Groucha. Bezwiednie ręką przewrócił stolik z narkotykami i strzykawkami. Po czym spadł z leżanki, pociągnął za sobą kroplówkę, i drgał dalej. Wiedźma szybko przypadła do niego, mężczyzna był zlany zimnym potem, miał zamknięte mocno oczy i wciąż bełkotał. Kobieta poprawiła kroplówkę i zwiększyła dawkę.

Drgania ustąpiły, oddech stał się na powrót miarowy, łagodny. De Grouch uniósł się na łokciach i począł wodzić wzrokiem po pokoju. Spojrzenie jednak było świadome, widzące. Widać przebudził się z transu i teraz dochodził do siebie.

Dama poczęła odpinać go od kroplówki, a on się zaczął w nią wpatrywać, intensywnie, wręcz natarczywie, coraz bardziej świadomym spojrzeniem. Wyjęła mu knebel, lecz nie padły żadne słowa. Pół siedział, pół leżał na podłodze pośród porozrzucanych fiolek, kieliszków i strzykawek, przepocona koszula ściśle przylegała do jego chudego ciała.

Wyglądał teraz raczej na członka ruchu Bezwstydników, zatracających się w hedonizmie a nie Myśloczujca. W tym czasie, gdy de Grouche, dochodził do siebie, otworzyła okiennice, wpuszczając świeże morskie powietrze. Chudzielec, chwiejąc się, ostrożnie powstał i ruszył w stronę okna. Dopadł do niego i z malującym się uśmiechem na aestetycznej twarzy chłonął zapachy, dźwięki i widoki.

Wiedźma, stwierdzając najwyraźniej, że już czas na rozmowę przerwała mu celebrację powrotu do świata materialnego.

- De Grouche, co widziałeś! Co tam było! Czego się dowiedziałeś – nie wytrzymała od emocji, udało się, przecież widać, że się udało! Przełom nastąpił. A on stoi i gapi się na widok, który widział setki razy. I nadal ją ignorował. - Kawalerze de Grouche niech Pan wreszcie mówi!

De Grouche powoli od niechcenia oderwał wzrok od wybrzeża i stolicy i przeniósł go na wiedźmę.

- De-Gro-u-che... - powoli wysylabizował chudzielec. I głupio, wręcz dziwacznie się uśmiechnął, wlepiając wzrok w kobietę. Przekrzywił głowę niczym ptak. Światło oświetliło go z jednej tylko strony, resztę kryjąc w mroku. Po czym przerzucił spojrzenie z wiedźmy na spowite w półmroku pomieszczenie. Gdy jego wzrok napotkał lustro, podszedł ku niemu i zaczął się przyglądać swojemu odbiciu. Wiedźma z narastającą złością przyglądała się jak de Grouche wpatruje się w swoje odbicie, palcami maca swoją twarz, przygląda się jej, jakby widział ją pierwszy raz. Ściągnął koszulę i stanął bokiem tak by móc zobaczyć swoje plecy, wykręcając głowę. Dłonią przesuwał po łopatkach, tak jakby szukał tam jakiegoś znamienia lub pryszczy. Nie wiadomo czego tam szukał, ale wyraźnie posmutniał. Po chwili jednak wrócił mu rezon i ponownie się uśmiechnął tym razem z zadowoleniem sam do siebie w swym odbiciu.

- De Grouche! Mówże wreszcie co odkryłeś! -wykrzyknęła zniecierpliwiona dama, podkreślając to tupnięciem.

*

„Kim Ja jestem!” Wołało echo, on jednak się od niego oddalał. Poczuł jak tonie w tłustej, błoniastej strukturze. Z przyjemnością się w niej zatopił, przyniosła mu ulgę. Świdrujący, przeszywający...dźwięk! Tak to jest to, to jest dźwięk. Barwy i kolory, światło, wszystko zlane ze sobą, lecz o to wyostrza się to wszystko. Przez długi czas barwy, dźwięki, zapachy były jednym, zlane w grudkę nierozpoznawalnych doznań. Z czasem jednak zapachy stały się zapachami, wzrok widział światło i zarysy kształtów oraz ruch, słuch zaś słyszał dźwięki. A dotyk! Dotyk pozwalał odczuwać, doznawać słodką materię. Jawia, jestem w Jawii! To doznanie było najbardziej rozkoszne i najbardziej odległe ze wszystkich.

Z rozmyślań wyrwał go ruch obok, stukot, hałas, ktoś, jakaś inna osoba. Spojrzał w jej stronę. Wyglądała inaczej, niż eteryczny kłębek informacji i myśli. Miała ta osobowość bowiem...ach tak! Ręce i nogi, i dotykała go. Coś mu robiła. Później poszła sobie, cały czas wydawała z siebie dźwięki. Zaczęła coś ruszać, przesuwać i nagle stało się więcej światła i te zapachy. Pamięć poczęła do niego powracać. Tak, to zapach morza, soli, życia. Podszedł tam do źródła cudownych bodźców, które otworzyła przed nim druga osoba i począł je chłonąć. Pamięć powracała, a raczej poczęła się segregować, układać, informacje poczęły powracać na swoje miejsce, a wraz z tym nazwy. Wszystko bowiem miało swoją nazwę i się nazywało.

Druga osoba atakowała go dźwiękami, mówiła do niego, wysyłała informacje. On nic jednak z tego nie rozumiał, musiałby to sobie ułożyć, przywołać odpowiednie informacje, znaczenia przypisać do słów. Osoba cały czas powtarzała słowo które znał, de Grouche. Śmiesznostka, znał oczywiście słowo de Grouche, i powtórzył je zmuszając do wysiłku i pracy krtań i jamę ustną. Udało się! De Grouche! De Grouche! Śmiesznostka, śmieszna sytuacja, ale cóż zrobić. Osoba mówiła do niego.

Zobaczył odbicie w lustrze, podszedł i zaczął się sobie przyglądać. Krytycznie, nie wyglądało to dobrze, muskulatura była licha, no i nie było...

...- De Grouche! Mów, że wreszcie co odkryłeś! - to zrozumiał, a więc informacje się poukładały, szybko, to dobrze.

- Cooo ija odhhhhkrrrrryłęem? - wyrzekł z trudem słowa. Zastanowił się nad tym, uśmiechnął się do siebie i po chwili parsknął.

- Mówże wreszcie kawalerze i co ciebie tak bawi, stałeś się nagle zarozumiały!? - zdenerwowanym głosem wysyczała kobieta. Była niebezpieczna i to bardzo, a on to wyczuł instynktownie. Była kobietą, tak, właśnie tak. - Udało ci się! Wiem to. - Zadarła nosek i spojrzała na niego zwężonymi w dwie szparki oczami.

Chudzielec okręcił się na pięcie i odwrócił od lustra. Widać, że układał sobie wszystko w głowie, a ironiczny uśmieszek nie spełzł z jego lica. To zaczęło irytować wiedźmę. - Odkryłem, moja droga, że muszę niezwłocznie się spakować i przygotować do podróży w góry, do...jak wy to nazywacie? - Zamyślił się chwilę, a gdy znalazł odpowiednie słowa – do Żupani Rykgórskiej, na granicę. Tak? Dobrze to powiedziałem? Żupania to określenie na prowincję tego sąsiedniego imperium – Wielkiego Księstwa Welestii?

- Co Ty bredzisz de Grouche! - Ale zrozumienie poczęło się malować na jej licu – Kim Ty Jesteś!? - krzyknęła, jednocześnie sięgając po mały pistolet-pieprzniczkę, ukryty w fałdach sukni. Było jednak za późno, de Goruche-Nie de Grouche, dopadł do niej i płynnym, szybkim ruchem skręcił jej kark. Kobieta zdążyła wystrzelić, huk poniósł się po pokoju, a kula stłukła lustro. Gryzący zapach czarnego prochu i dym pieściły zmysły chudzielca.

- Kim Ja jestem? - spojrzał na nieruchome, zastygłe ciało wiedźmy – Kimś kto kiedyś miał skrzydła z których wy zostaliście obdarci – spokojnie mówił do trupa – Kimś z ludu, który wydarł tajemnice stwórcom, fałszywym bożkom, kłamczuchom. Słyszysz wciąż, wiem o tym, twa dusza jeszcze tu jest, choć nie ma już władzy nad mięsem, jakim stało się twoje ciało. Wiec więc, że znają mnie jako Jasnowidzącego Ganura, który dzięki Tobie i Twojemu poszarpanemu przyjacielowi de Grouche powrócił do świata materii. I który uwolni swój lud z pułapki i dokończy wojnę z kłamcami. Ganura zrobił krok nad trupem wiedźmy i opuścił pokój.

Duch kobiety swobodnie opuszczał Jawię i mknął ku niematerialnej Nawii, by dołączyć do innych duchów zmarłych.

 

Komentarze


Johny
   
Ocena:
0

Przeczytałem. Nie wywołało za dużo emocji. Wydawało mi się trochę zbyt patetyczne.

19-06-2016 20:46

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.