» Opowiadania » Podążający – Will McIntosh

Podążający – Will McIntosh


wersja do druku

(Followed)

Autor: Ilustracje: blublu
Tłumaczenie: Bartłomiej 'baczko' Łopatka

Podążający – Will McIntosh

Pojawiła się, idąc po chodniku szarpanym, trupim krokiem, nie do pomylenia z płynnymi ruchami żyjących. Miała sześć lub siedem lat, mogła pochodzić z południowo-wschodniej Azji, może z Indii; jej poszarpane ubranie pokryte było zaschniętym błotem. Przechodnie omijali ją szerokim łukiem, w ogóle jej nie zauważając.

Nie poświęciłem jej zbyt wiele uwagi. Sądziłem, że została porzucona przez osobę, za którą podąża, i że teraz ściga ją w ten bezlitosny, trupi sposób. Byłem w centrum miasta, w letnie popołudnie, siedziałem na zewnątrz kawiarni Jittery Joe's. Do rozpoczęcia jesiennego semestru brakowało jeszcze kilku tygodni, więc czułem się zrelaksowany i nigdzie się nie spieszyłem.

Powróciłem do tekstu, który czytałem, i nie poświęcałem jej więcej uwagi, dopóki nie pojawiła się na peryferiach mojego pola widzenia, stając przed moim stolikiem. Spojrzałem na nią, odwróciłem się, zerknąłem przez ramię, potem znowu na nią. Wtedy zrozumiałem. Patrzyła na mnie tym niewidzącym wzrokiem, tymi wielkimi, martwymi, brązowymi oczyma. Jakby mnie sobie przywłaszczała. Ale to było niemożliwe. Czekałem, aż się poruszy, ale ona tylko stała. Zatrzymałem kawę w pół drogi do ust, odstawiłem ją drżącą ręką.

Kobieta ubrana w zieloną jutową sukienkę, siedząca przy stoliku obok z nogą położoną na pustym krześle, patrzyła na mnie znad książki w miękkiej oprawie z ledwo skrywaną pogardą. Kiedy spojrzałem jej w oczy, spuściła wzrok.

Wstałem gwałtownie, zgrzytając krzesłem po ceglanym bruku i wylewając ledwo napoczętą kawę na blat; uciekłem na chodnik.

Schowałem się w anonimowość swojego zaparkowanego auta i tkwiłem tam, śledząc we wstecznym lusterku toczącego się w moim kierunku trupa. Może to była pomyłka, nieporozumienie, może przejdzie obok. Moje Volvo Green posiadało, do cholery, najwydajniejsze ogniwo paliwowe, na jakie mogłem sobie pozwolić, i nie było jednym z tych energożernych potworów, którymi jeździ większość przyciągających trupy. Uchyliłem okno, żeby zobaczyć, czy mnie ominie.

Kiedy zaczęła się zbliżać, usłyszałem, jak szura drobnymi stopami po żwirowym chodniku. Stanęła niecały metr od moich drzwi, odwróciła się i spojrzała prosto na mnie. Miała okrągłą i dziecięcą twarz; podbródek jak niewielki supełek pod otwartymi, obwisłymi ustami. Była taka mała.

Zapaliłem samochód i wyjechałem z parkingu, niemal uderzając w inny wóz. Oddalając się, widziałem we wstecznym lusterku moją podążającą: szła niepewnie po chodniku, cierpliwie kierując się podszeptami jakiegoś zmysłu tropiącego, używanego przez martwych do znajdowania tych, których sobie przywłaszczyli.

Co kilka minut rozsuwałem firanki, by zobaczyć, czy nadchodzi. I w końcu pojawiła się, idąc z opuszczoną głową wzdłuż pobocza. Skręciła na mój podjazd, uderzając stopą w cienką krawędź asfaltu. Potknęła się, ale odzyskała niepewną równowagę. Sztywno wspięła się po trzech stopniach do frontowych drzwi i zatrzymała się. Zasunąłem firankę, wstałem i zamknąłem drzwi na zasuwę.

Zadzwoniłem do Jenny.

– Mam trupa – powiedziałem, kiedy tylko odebrała.

– O mój Boże, Peter – odpowiedziała Jenna. Chwila przerwy. – Jesteś pewien?

– Jezu – jęknąłem – ona stoi na moim pieprzonym progu. Jestem całkowicie pewny, że jest moja.

– Nie rozumiem. Nie zasłużyłeś na trupa.

– Wiem. Jezu, nie mogę w to uwierzyć. Po prostu nie mogę.

Jenna pocieszała mnie przez chwilę, wymieniając dowody na to, że byłem całkowicie inny od reszty posiadaczy trupów. Później zmieniła temat. Nie miałem nastroju na rozmowę o polityce uniwersytetu ani banalną gadkę pod tytułem "jak ci minął dzień", więc umówiłem się z nią na kolację i odłożyłem telefon.

Próbowałem zająć się czymś innym i włączyłem telewizor. Sprawdziłem giełdę. Dow Jones podskoczył o trzy procent, NASDAQ o dwa. Przełączyłem na wiadomości. Prezydent zwołała konferencję prasową dotyczącą nowych wiatraków, których budowa oznaczała wycofanie się z trzeciego porozumienia z Kioto.

– Robimy co możemy, by ograniczyć efekt cieplarniany – mówiła do kamer. – Ale nie ugniemy się przed zagranicznym naciskiem. Amerykański styl życia nie podlega negocjacji.

Bla, bla, bla. Chociaż kamery szukały jak najlepszych ujęć, widać było kilka setek jej trupów, oddzielonych od niej falangą agentów Secret Service w granatowych garniturach. Trup wycieńczonego czarnoskórego chłopca w wieku czterech lub pięciu lat, z brzuchem wydętym, jakby schował pod skórą piłkę, wyszedł spomiędzy nich i skierował się w stronę pani prezydent. Jeden z agentów zgarnął go i odprowadził do tłumu. Ale uprzejmie – rząd nie chciał dawać Amnesty International kolejnych argumentów.

Próbowałem pocieszyć się widokiem trupów pani prezydent. Miała ich osiemdziesiąt lub dziewięćdziesiąt tysięcy, dwadzieścia rzędów ciał otaczających bramy Białego Domu. I ciągle ich przybywało. Ja miałem tylko jednego. Zacząłem skakać po kanałach. Dziwne, że większość programów przedstawiała świat bez trupów. Żadnego trupa w sitcomach, serialach o policjantach ani w programach interaktywnych. Tam ludzie spacerowali, pracowali, wygłupiali się z przyjaciółmi i za żadnym z nich nie chodził trup. Czy naprawdę kiedyś nie było podążających? Coraz trudniej mi to sobie wyobrazić.

Odsunąłem firankę i spojrzałem na nią, stojącą bez ruchu na moim progu. Nic nie mogłem na to poradzić. Zastanawiałem się, czy znajdę jakieś poszlaki wskazujące na to, kim była albo jak umarła. Jakiś dowód, że kosmiczna tablica aktuarialna przydzieliła ją do mnie przez pomyłkę. Podszedłem do drzwi i otworzyłem je. Weszła do środka, brudząc dębową podłogę bosymi stopami.

– Rozejrzyj się – powiedziałem, omiatając wnętrze ręką. – Nie mam tak dużo rzeczy.

Oprowadziłem ją.

– Ogniwa słoneczne, fluorescencyjne żarówki – zwróciłem uwagę, że wszystkie moje meble były używane. Nie patrzyła na nic, tylko gapiła się na mnie. – Próbuję kupować jedzenie z lokalnych hodowli. Głosowałem na partię Jeden Świat. – Nic. Omiotłem pokój wzrokiem, szukając kolejnych dowodów.

– Co zrobiłem? – spytałem jej pustej twarzy. – Powiedz mi, co zrobiłem!

Była uroczym dzieckiem. Wyobrażałem sobie, jak się śmieje, tańczy, bawi się z hula-hoop na chodniku, tak jak kiedyś moja siostra. Wyobrażałem sobie, jak pije brązową wodę z brudnego, metalowego kubka, leżąc w łóżku, umierając na tyfus albo czerwonkę. Może jej rodziny nie było stać na łóżko, może umarła na słomianej macie, na podłodze w rogu brudnej chatki. Pozwoliłem, aby narastał we mnie słuszny gniew z powodu takiej niesprawiedliwości.

Stała obok w całkowitej ciszy. Nie ruszała się, nie oddychała. "Będzie ze mną do końca mojego życia", pomyślałem. Jak w ogóle będę w stanie to wytrzymać?

Usiadłem w fotelu w salonie. Stała na wyciągnięcie ręki przede mną i patrzyła. Przyjrzałem się jej dokładniej. Chude nogi z kościstymi kolanami. Bardzo brązowe stopy. Długie, czarne włosy zaśmiecone liśćmi i gałązkami. Jej czerwone, ubłocone spodenki miały z przodu jedną kieszeń. Sięgnąłem do niej i wzdrygając się od zimna jej ciała, włożyłem dwa palce do środka. Coś tam było. Wyciągnąłem to. Guzik, całkiem nowy guzik. Guzik z brązu z wijącymi się zielonkawymi żyłkami. Odwróciłem go, był chłodny i gładki, nieporysowany; coś, czym mogłaby się bawić mała dziewczynka, która nie ma żadnej lalki Barbie.

Podniosłem jej brudną dłoń za nadgarstek, odwróciłem wierzchem do góry, położyłem na niej guzik, zacisnąłem jej palce i delikatnie opuściłem jej rękę z powrotem. Guzik brzęknął o drewnianą podłogę.

– Jest tutaj? – zapytała Jenna. Mój trup stał przed drzwiami restauracji, wpatrując się we mnie przez szybę. Powinienem wybrać jakąś restaurację dalej od domu, żebym mógł zjeść, zanim mnie znajdzie. – Po prostu ją ignoruj – wyszeptała Jenna.

Starsza para otworzyła drzwi, by wyjść, a mój trup wszedł niezauważony. Równie niezauważony, co zignorowany – nie jak zgubiony pies, ale bardziej jak kawał drewna lub powiew jesiennego wiatru. Mała podeszła i stanęła przede mną, gapiąc się, z ładnym guzikiem w kieszeni. Jenna wciąż jadła, jakby nic się nie zmieniło, choć zerkała na mojego trupa kątem oka. Nabiłem na widelec połówkę szparaga w cytrynowym maśle i włożyłem go do ust, przeżułem i przełknąłem, czując, jak staje mi w gardle.

Mój trup nie był jedynym w lokalu. Było ich około dziesięciu. Dwa stały przy barze, z oczami w cieniu przyćmionego światła poplamionych lamp, w poszarpanych szmatach całkowicie nie na miejscu pośród wyprasowanych spodni, białych koszul, polerowanego drewna oraz chromu. Atrakcyjna i dobrze ubrana para po trzydziestce miała ich troje; krążyły wokół stolika jak prywatna służba. Jeden był starym, zgarbionym Azjatą, kolejny dwunastoletnią czarną dziewczynką, a trzeci pięciolatką, która mogłaby być zaginioną siostrą mojego trupa. Jezu, musieli żyć jak świnie, żeby zdobyć tyle trupów.

Drzwi otworzyły się, kiedy następna para wyszła. Trup niemowlęcia wpełzł do środka, a zamykające się drzwi prawie przytrzasnęły jej stopę. Mała była naga. Czołgając się nierytmicznie, przypominała żółwia. Wydała z siebie chrząknięcie, kiedy skończyła mozolić się przez salę, zatrzymała się przed wyżej opisaną parą, klapnęła na tyłek i wpatrzyła się w kobietę. Ta nie przestawała jeść paelli, jednej ze specjalności lokalu. Mężczyzna powiedział coś i kobieta zaśmiała się, zakrywając usta.

Nagle kątem oka zobaczyłem, jak mój trup zerka na mój talerz – a przynajmniej tak mi się wydawało. Odwróciłem się i uważnie jej przyjrzałem. Wzrok trupa był martwy i utkwiony w mojej twarzy.

– Co się stało? – zapytała Jenna. – Nie gap się na nią – wysyczała, jakbym dłubał w nosie. – No, co jest?

– Przysiągłbym, że przed chwilą spojrzała na mój talerz – odpowiedziałem.

– Podzielimy się deserem? – zapytała.

Zastanawiałem się, czy wyobraziłem sobie to szybkie, ukradkowe spojrzenie. Pewnie tak.

– Zamów tylko dla siebie, ja jestem już pełny. – odłożyłem widelec, zostawiając prawie nietkniętego smażonego łososia.

Kiedy wróciłem do domu, usiadłem przy kuchennym stoliku i wypisałem czek na trzy tysiące dolarów na Fundusz Walki z Głodem. Zazwyczaj wysyłam im około pięćdziesięciu. Trzy kawałki bolą, ale stać mnie na to. Popatrzyłem w górę i przestraszyła mnie twarz gapiąca się przez kuchenne okno. Jej twarz. Do tej pory stała tylko przed frontowymi drzwiami bez okien. Najwidoczniej uczyła się. Gapiła się bez mrugania. Nigdy nie mrugała; chyba zauważyłem to już wcześniej, ale nie byłem tego w pełni świadom.

Kiedy wkładałem czek do koperty, uświadomiłem sobie, że trzymam go tak, żeby mój trup go widział. Byłem ciekaw, czy ta mała dziewczynka wciąż tam jest, świadoma tego, gdzie się znajduje i co się wokół niej dzieje, czy to już tylko pusta skorupa.

Podarłem czek i wypisałem kolejny, tym razem na dziesięć tysięcy dolarów. Na tyle nie mogłem sobie już tak łatwo pozwolić. Poszedłem do skrzynki. To była piękna noc: księżyc w pełni, ogłuszające pieśni świerszczy i cykad. Dwa domy dalej, po drugiej stronie ulicy, trup wysokiego i kościstego czarnego mężczyzny kucał, zerkając jednym okiem przez prześwitującą dziurę w opuszczonej rolecie. Mój trup obszedł dom, idąc przez wysoką do pasa trawę i chwasty (kolejne świadectwo mojej wrażliwości na zieleń, kolejny dowód na to, że ten trup to jakaś pomyłka), i spotkał mnie, kiedy wracałem. Podążająca szła za mną do frontowych drzwi. Zamknąłem je przed jej nosem.

Następnego ranka wstałem wcześnie, po w większości nieprzespanej nocy. Podciągnąłem roletę i zobaczyłem niedużą, okrągłą buzię martwej. Była na tyle niewielka, że jej nos ledwo wystawał sponad okiennej futryny.

– Szlag – uderzyłem czołem w listwę, zwalczając narastający szloch. Naprawdę wierzyłem, że mogłem się od niej wykupić.

– Wynoś się, do cholery! – wykrzyczałem przez zamknięte okno, zanim spuściłem roletę z powrotem.

Biorąc prysznic, wyobraziłem sobie mojego trupa cierpliwie czekającego pod oknem. Dlaczego to nie mógł być mężczyzna – stary, bezzębny facet? Zbliżał się jesienny semestr. Za pięć dni miałem pierwsze zajęcia. Nie mogłem wyobrazić sobie uczenia z wpatrującym się we mnie trupem.

Żaden ze studentów nie miał trupa, więc mój był jedynym na zajęciach o dziesiątej. Studenci z grzeczności unikali patrzenia na małą, choć stała ledwie metr przede mną z przekrzywioną głową, wpatrując się we mnie, kiedy wertowałem sylabus.

Trzymałem podręcznik trzęsącymi się z wycieńczenia i nerwów rękami. Poprzedniej nocy czułem się paskudnie i wypiłem cztery–pięć drinków, by powstrzymać niepokój. Wieczność zajęło mi ubranie się. Zastanawiałem się czy nie ubrać się bardziej na luzie – założyć t-shirt i jeansy – aby pokazać, że jestem zwyczajnym facetem, który tak naprawdę nie zasłużył na trupa. Ale czy studenci nie przejrzeliby mnie i nie uznali, że jestem pretensjonalny? W końcu wybrałem parę czarnych jeansów i białą koszulę, akurat tę, którą miałem na sobie, kiedy mój trup się pojawił. Smart casual, zazwyczaj tak się ubierałem.

Sytuacja pogorszyła się, kiedy zacząłem prowadzić wykład. Mam w zwyczaju chodzić tam i z powrotem, kiedy mówię; naśladowała mnie, robiąc dwa małe, chwiejne kroki na każdy mój. Szuranie jej małych stóp na linoleum przyprawiało mnie o dreszcze. Wariowałem od szurania bosych stóp na podłodze, tak jak niektórzy wariują, słysząc odgłos skrobania paznokciami po tablicy lub dotykając waty. Zatrzymałem się.

Zacząłem gubić wątek, mieszać się. Nawiązałem kontakt wzrokowy z jedną z nowych studentek – szybko spuściła oczy, udając, że robi notatki, choć akurat nie mówiłem niczego ważnego. Właściwie przez cały wykład nie powiedziałem niczego ważnego, ledwo potrafiłem sklecić spójne zdanie.

Nieświadomie zacząłem wpatrywać się w mojego trupa, jakbym to dla niego prowadził zajęcia. Mała odwzajemniła moje spojrzenie. Zmusiłem się, żeby odwrócić wzrok i spojrzeć na pustą białą ścianę z tyłu sali. Odruchowo zacząłem znowu spacerować, a ona ze mną – szur, szur, szur, szur, poruszając się jak… jak co? Jak martwe dziecko.

Wypuściłem grupę wcześniej i ruszyłem na ślepo w stronę mojego gabinetu – wyczerpany, skacowany, zastanawiając się, jak przetrwam zajęcia o trzynastej. Robiła co mogła, aby za mną nadążyć. Słyszałem szuranie jej stóp za plecami.

Wezbrał we mnie gniew i odwróciłem się, wskazałem ją palcem i otworzyłem usta, by coś powiedzieć. Jej wzrok na ułamek sekundy uciekł na moją klatkę piersiową, potem znów się podniósł. Tym razem widziałem to, nie miałem wątpliwości. Wzrok jej uciekł i prawie – nie do końca, ale prawie – skupił się.

– Widziałem to! – powiedziałem, dźgając palcem w jej stronę. Byłem na korytarzu przed swoim pokojem, stojąc twarzą w twarz z trupem. Jack wysunął łysą głowę ze swojego gabinetu, zrozumiał, co się dzieje, i cofnął się do środka.

Zawstydzony, odwróciłem się i wpadłem do swojego pokoju, zostawiając otwarte drzwi i pozwalając jej podążyć za sobą. Popatrzyłem na nią z góry.

– Powiedz mi, co zrobiłem! – krzyknąłem, schylając się i zbliżając swoją twarz do jej twarzy. – Jestem dobrą osobą, nie zasłużyłem na to!

Chciałem, żeby skupiła się, popatrzyła na mnie, wysłuchała tego, co mówię. Zobaczyłem mały, różowo-szary kawałek tkanki, zwisający z tyłu jej gardła. Pod nim: ciemność.

Podniosłem onyksowego Buddę z biurka i rzuciłem nad jej głową. Uderzył w półkę, roztrzaskując ramkę ze zdjęciem stadionu Jankesów, rozsypując kilka podręczników.

– Jezu! W porządku? – zawołał Jack. Podniosłem monitor komputera ponad głowę i zrzuciłem go na podłogę przed jej stopami. Rozpadł się, trzaskając i sypiąc iskrami. Wtedy złapał mnie Jack. Nie zauważyłem, jak wchodził, a teraz stał za mną i mnie przytrzymywał.

– Uspokój się, uspokój się! – krzyczał.

Walczyłem, próbowałem się wyrwać. Nie jestem pewien, co bym zrobił, gdyby mi się udało. Mam nadzieję, że nie walnąłbym go resztą komputera w głowę. Szarpnąłem się gwałtownie po raz ostatni. Moja koszula rozdarła się głośno.

– Ciii, ciii – Jack mówił mi do ucha – W porządku, już w porządku, ciii. – Zacząłem płakać. Jack poczekał, aż się uspokoiłem, i rozluźnił chwyt. Przytrzymał mnie jeszcze przez chwilę i puścił.

Jack i ja nie znaliśmy się zbyt dobrze. To dodatkowo zwiększało surrealizm całej sytuacji: stałem w moim zdemolowanym pokoju i płakałem. Poprzez łzy zobaczyłem leżący u stóp mojego trupa guzik. Bezmyślnie uklęknąłem i podniosłem go. To był szary guzik małej, ten z zielonkawymi żyłkami. Nie do pomylenia. Jak mógł wydostać się z jej kieszeni?

– Koszula jest już chyba do niczego – powiedział za moimi plecami zażenowany Jack. Spojrzałem na swoją koszulę. Była rozdarta wzdłuż szwu aż pod ramię, rozchełstana z przodu – trzy lub cztery guziki odpadły.

Chyba nigdy nie patrzysz na guziki, nawet jeżeli zapinasz je tysiąc razy. Guziki na mojej koszuli były z brązu, szare z zielonawymi żyłkami. Raczej nietypowe. Nie były tak błyszczące i nowe jak guzik mojego trupa, ponieważ kilka razy trafiły już do suszarki.

Delikatnie podniosłem i odwróciłem jej dłoń, przebiegłem palcami po jej maleńkim wnętrzu, po koniuszkach jej dziecięcych placów. Twarde. To nie palce dziecka, które spędza mnóstwo czasu z hula-hoop.

– Wszystko w porządku? – Maggie z końca korytarza stała w drzwiach. Za nią dwóch następnych kolegów wyciągało szyje, próbując zobaczyć, co się stało. Rzadko coś się działo na naszym wydziale. Czasem pojawiał się rozgniewany student, ale nigdy nie rozbijano szyb ani nie rozwalano monitorów.

– Wszystko w porządku – powiedział Jack. Zrozumiałem, że to dobry facet. Byłem ciągle na kolanach, gapiąc się na guzik z zaczerwienionymi oczami pełnymi łez. Ludzie rozeszli się, za nimi podążyły dwa trupy.

Jack kucnął i położył mi rękę na ramieniu.

– Już dobrze?

Przytaknąłem.

– Nie powiem, że rozumiem, jak się czujesz, ale to musi być okropne.

Przytaknąłem.

– Jeżeli będziesz chciał kiedyś pogadać, po prostu zapukaj.

Przytaknąłem po raz trzeci. Klepnął mnie w plecy i wyszedł.

Za chwilę zaczynałem zajęcia o trzynastej. W dolnej szufladzie biurka trzymałem sweter na dni, kiedy klimatyzacja zbyt mocno chłodziła. Ubrałem go na zniszczoną koszulę i kiedy przełożyłem przez niego głowę, wydawało mi się, że zobaczyłem, jak mój trup patrzy na guzik u jej stóp.

Pochyliłem się, podniosłem guzik i wsunąłem go małej do kieszeni obok drugiego, bardziej świecącego. Poszedłem za róg, do łazienki, przytrzymując drzwi dla mojego trupa, kiedy zaczęły się zamykać. Umyłem twarz i przeczesałem włosy, widząc czujne oczy małej odbite w lustrze.

Wyciągnąłem kilka papierowych ręczników z dyspozytora, zmoczyłem je pod kranem, uklęknąłem i starłem najgorszą część brudu z pucołowatych policzków i czoła mojego trupa. Próbowałem wyczesać z jego włosów choć trochę odpadków, ale były beznadziejnie wplątane. Wsunąłem grzebień do tylnej kieszeni spodni i palcami powybierałem największe śmieci. Popatrzyłem na zegarek. Czas na zajęcia. Po zabraniu sterty syllabusów i listy obecności z mojego gabinetu ruszyłem w stronę głównego korytarza i wszedłem po dwóch biegach schodów, uspokajając się dotykiem srebrnej, metalowej poręczy. W połowie drogi odwróciłem się i spojrzałem na dół. Mój trup zmagał się z drugim stopniem, mając zbyt małe i zbyt sztywne nogi, by na niego wejść. Wróciłem na dół, wziąłem mojego trupa na ręce i wyniosłem małą na górę.

 

Redakcja: Staszek 'Scobin' Krawczyk, Andrzej Homańczyk

Will McIntosh

Urodzony w Nowym Jorku amerykański pisarz tworzący na polu fantastyki. Z wykształcenia doktor psychologii społecznej, porzucił stanowisko profesora na University of Georgia, żeby w całości poświęcić się pisarstwu (mimo to jest adiunktem w College of William and Mary). Mieszka w Williamsburg w stanie Virginia, razem z żoną i dwiema córkami.

Opublikował wiele opowiadań w magazynach i antologiach, a także trzy powieści (Soft Apocalypse, Hitchers, a niedawno Love Minus Eighty). W Polsce ukazały się wcześniej dwa jego opowiadania: Mrożona panna młoda (nagroda Hugo 2010 i nominacja do Nebuli; na jej motywach powstała wspomniana najnowsza powieść autora) i Po drugiej stronie. Prezentowani tutaj Podążający znaleźli się w antologii The Living Dead pod redakcją Johna Josepha Adamsa i doczekali się nawet adaptacji filmowej.




Czytaj również

Hitchers - Will McIntosh
Powrót kochających zmarłych
- recenzja

Komentarze


lemon
   
Ocena:
+6
Ciekawa jest geneza tego opowiadania. McIntosh zapytał kiedyś swoich studentów, czy gdyby wiedzieli, że mogą ratować ludziom życie za równowartość stu dolarów od osoby, to jak wiele z nich by ocalili. Potem powiedział, że prawdopodobnie możemy ratować życia za 100$ lub mniej, a mimo to tego nie robimy. I każdy z nas musi żyć z tą wiedzą, jakoś to sobie usprawiedliwiać, albo sprzedać własny samochód.
28-08-2013 20:41
Clod
   
Ocena:
+3
To jeden z tych tekstów, które pochłania się nie wiadomo kiedy. Miałem zamiar przeczytać jeden akapit, ale skończyłem dopiero po ostatniej kropce. Wciąga i intryguje od pierwszych słów.

@lemon

Myślałem, że opowiadanie powstało na bazie amerykańskiego idiomu o trupach/szkieletach czających się w szafie. Stąd też interpretacja, że wyrzutów sumienia związanych z grzeszkami z przeszłości nie da się w żaden sposób stłamsić lub wyprzeć z pamięci, a trzeba je zaakceptować i nauczyć się z nimi żyć. Chociaż chyba jedno drugiego nie wyklucz :)
28-08-2013 22:09
Repek
   
Ocena:
+1
[Czysto na marginesie - to pierwsze tłumaczenie na BNP. Dzięki za inicjatywę i robotę :) ]
28-08-2013 22:32
ThimGrim
   
Ocena:
+1
Nice. Trochę skojarzyło mi się z Zoo City, ale tam ludzie dostawali zwierzaki za popełnienie czegoś złego. Dzięki za tłumaczenie.
31-08-2013 23:09

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.