» Artykuły » Inne artykuły » Pisać każdy może?

Pisać każdy może?


wersja do druku

Czyli rzecz o cyberliteraturze

Autor: Redakcja: Beata 'teaver' Kwiecińska-Sobek

Antagoniści
Czytelnictwo w Polsce nie ma się zbyt dobrze. Niedawno usłyszałem gdzieś, że przeciętny obywatel naszego kraju czyta pół książki rocznie (swoją drogą, ciekawe które pół?). Kogo lub co winić za ten stan rzeczy? Wysokie ceny pozycji beletrystycznych? Bzdura, przecież są biblioteki. Może więc telewizję? O, tu już lepiej, ale mimo wszystko, to nie to. W końcu mamy dwudziesty pierwszy wiek, ludzkość mknie do przodu na skrzydłach postępu… Co więc nam zostaje? Internet!

Gry, filmiki, newsy, czaty, nasza-klasa – trzeba przyznać, że obsada wyścigu o uwagę odbiorców jest mocna, a książki – jako medium wysoce czasochłonne – muszą biec w cuglach. Bo i po co czytać? Nie lepiej usiąść sobie wygodnie, wklikać adres jakiegoś portalu rozrywkowego i podziwiać ekscesy coraz to nowych cybergwiazd? Mniej absorbujące, mózg się tak nie męczy, a i oczy nie psują tak bardzo jak podczas lektury. To znaczy, psują się, psują, ale jak już ma się stracić wzrok, to lepiej, żeby ostatnią rzeczą, którą się wyraźnie zobaczy była wylegująca się na plaży supermodelka (tudzież Paweł Małaszyński), a nie szeregi drukowanych literek, równymi rządkami pokrywających szary papier.

Czy to się zmieni? Wątpię. Koegzystencja literatury i Internetu (w sferze rozrywki) poniekąd przypomina zależność pomiędzy kinem ambitnym a durnowatą komedią – jedno bez drugiego istnieć nie może. Od ciągłego myślenia boli głowa, a z kolei permanentny śmiech utrudnia oddychanie. Właśnie dlatego muszą się uzupełniać. Właśnie dlatego nigdy jedno nie wyprze drugiego (jak to wróżono przy pojawieniu się e-booków).

Owocna współpraca
Jednakże, czy Internet z samej definicji jest antagonistą książki? Czy słowom: "użytkownik" i "czytelnik" tak do siebie daleko? Otóż nie. Bo wbrew temu, co o internautach sądzi pewien Jarosław, nie tylko porno i piwo im w głowie.

Oprócz zaciętej walki o atencję odbiorców, niekiedy literatura i cybernetyka łączą swoje siły. Taka współpraca, jakkolwiek kuriozalna, jest zaskakująco owocna. Jak grzyby po deszczu wyrastają wciąż to nowe portale stricte literackie, tudzież przynajmniej częściowo zahaczające o beletrystykę. Coraz częściej ich celem staje się jednak nie tyle popularyzacja czytelnictwa, co zachęcanie ludzi do samodzielnego pisania.

Bo Internet zniesie wszystko. Od profesjonalnych analiz literackich, po zamieszczane na blogach recenzje najnowszej płyty Tokio Hotel. Od sporadycznych publikacji znanych i lubianych twórców, po wiersze pana Zdzisia, który pisze tylko dlatego, że go żona prosi, a sąsiadki mijane na klatce robią potem do niego maślane oczy. Dlatego też, obok coraz to nowszych filmików, w sieci pojawia się mnóstwo wszelkiego rodzaju radosnej twórczości użytkowników, którzy w pewnym momencie swojego życia stwierdzili, że bycie pisarzem to tak naprawdę nic trudnego.

Ogólnie można zaobserwować trzy główne nurty, jeżeli chodzi o popularyzację cyberliteratury.

Publikacje papieru nie warte
Działy z opowiadaniami permanentnie zalewane są falami nowych tekstów, z których tak naprawdę bardzo znikoma część zasługuje na publikację. Większość z zamieszczanej na tego typu portalach czy forach prozy, to nawet nie tyle pierwsze kroki młodego literata, co nieskoordynowane podrygi zagubionego twórcy. Jednakże fakt, iż początkujący pisarz popełnia mnóstwo błędów nie jest zjawiskiem negatywnym (w końcu dopiero się uczy). Problem w tym, że zbyt pochopna publikacja takiego tekstu może zamknąć debiutantowi oczy na niedociągnięcia własnego warsztatu. Dlaczego? Wystarczy przeanalizować dwa warianty:

Opowiadanie pojawiło się na danej stronie. Jeśli naprawdę na to zasługiwało, początkujący twórca zbierze należne mu pochwały, znajomi z uznaniem poklepią go po plecach, a pod samym tekstem zaroi się od pełnych zachwytu komentarzy. Autor będzie bogatszy o nowe doświadczenie, zostanie zmotywowany do dalszej pracy.

Ale co się dzieje, gdy tekst będzie zły? Początkujący twórca zbierze sporo pochwał, znajomi z uznaniem poklepią go po plecach, a pod samym opowiadaniem, owszem, pojawi się kilka krytycznych uwag, ale ich autorzy zostaną zakrzyczani przez pełne zachwytu komentarze mało wymagających użytkowników. Wszystko to będzie ze szkodą dla młodego autora, któremu nazbyt pochopne i przesadnie entuzjastyczne uwagi czytelników (a takich, niestety, zazwyczaj jest najwięcej) mogą zamknąć uszy na krytykę. Dochodzi wtedy do paradoksu, kiedy to publikacja, zamiast wzbogacić bagaż doświadczeń debiutanta o konstruktywne rady, sprawia, że zasiada on do pisania kolejnego tekstu, w którym to – niepomny wygłaszanych w dobrej wierze krytycznych komentarzy – powiela własne błędy.

Szkopuł w tym, że ten drugi przypadek, kiedy to publikowany jest tekst kiepski, wcale nie należy do rzadkości. Bo Internet to nie papier. Opowiadanie nie trafia do płatnego czasopisma (a wiadomo – kto płaci, ten wymaga), tylko na bardzo chłonne strony sieci. Publikacja na nich rzadko kiedy wiąże się z jakimikolwiek kosztami, dlatego też selekcja jest mniej rygorystyczna. W przypadku działów z opowiadaniami problem polega na tym, że ludzie odpowiedzialni za współpracę z głodnymi debiutu twórcami rzadko kiedy decydują się na szeroko zakrojoną ingerencję w nadesłane teksty (oczywiście, kiedy dzieło tego wymaga). Wielokrotnie redakcja ogranicza się jedynie do zmian czysto kosmetycznych - tu przecinek, tam powtórzenie, a gdzie indziej znowu - zły szyk zdania. Trudno jednakże od redaktorów wymagać czegoś więcej, w końcu to nie szkółka pisania.

Niestety, spora część twórców wychodzi z założenia, że skoro ich opowiadanie zostało opublikowane, a większych uwag redakcja nie miała, to znaczy, że było prawie idealne. Dopiero z perspektywy czasu, kiedy to bogatsi o nowe doświadczenia i potrafiący spojrzeć na swoje dzieła z dystansem pisarze patrzą wstecz, dochodzą do wniosku, że tak naprawdę wcześniejsze pochwały były dla nich krzywdzące (ja sam mam na sumieniu dwa teksty, które krążą w sieci, a których najzwyczajniej w świecie się wstydzę).

Kuźnia talentów
Zdecydowanie dużo bardziej atrakcyjne, pod względem pracy ze stawiającymi pierwsze kroki twórcami, są warsztaty literackie. Z definicji nastawione na indywidualną współpracę z danym autorem, na przykładzie konkretnego tekstu, i jeżeli prowadzone są przez kompetentnych ludzi, mogą w dużej mierze przysłużyć się do rozwoju chcącego się uczyć pisarza.

Jednakże nie są one przeznaczone dla każdego. To, co jest ich zaletą, a więc fakt, iż publikowane na danym forum teksty są niejako rozbierane na części pierwsze przez innych użytkowników, bardzo łatwo może obrócić się przeciwko autorowi. Zanim ktokolwiek zdecyduje się na publikację swojego opowiadania, musi zastanowić się, czy jest gotowy na tak dużą falę krytyki (jakkolwiek dyktowana chęcią pomocy, nadal może dotknąć). To nie zaciszna salka, w której grupa bliskich przyjaciół omawia swoje teksty (tak zaczynali Tolkien i C.S. Lewis). Przez takie portale przewijają się setki, jeżeli nie tysiące użytkowników, a świadomość, że nasze literackie brudy wywlekane są na forum publicznym do przyjemnych nie należy.

Dlatego też sądzę, iż taka forma pomocy twórcom przeznaczona jest raczej dla pisarzy posiadających już pewne doświadczenie (nie chodzi mi tu tylko o publikacje, a także o obycie na tego typu portalach). Nikt nie nauczy się tu pisać od podstaw, co najwyżej może doszlifować swój warsztat. Owszem, można wrzucić na forum tekst surowy, ale fakt, iż niekiedy lista uwag jest dłuższa od samego opowiadania działa deprymująco.

Mimo wszystko, nadal uważam, że jeżeli ktoś chce się uczuć od bardziej doświadczonych, to właśnie warsztaty literackie są do tego najlepsze. Owszem, trzeba mieć mocne nerwy, a i nieodzowna jest świadomość tego, że idealnie się nie pisze, ale tego typu terapia szokowa najlepiej motywuje do dalszej pracy.

Szkoda tylko, że nadal jest to mało popularna forma współpracy z twórcami.

Niekończąca się opowieść
Istnieje jednak jeszcze trzecie wyjście, chociaż mało kto wie o jego istnieniu. W 2002 roku na jednym z internetowych portali ruszył dział Never Ending Story. Zamiarem jego twórcy, Daniela 'Squalla' Kaczmarka, było nakłonienie młodych ludzi do wspólnego tworzenia fantastycznych historii. Cały system polegał na tym, że kolejni userzy – na zmianę – dopisywali fragmenty opowieści.

Ale jak ma się to do popularyzacji pisania? Przede wszystkim, pozwala młodemu internaucie na sprawdzenie się. Wiadomo, NVS nie może równać się z klasycznymi warsztatami literackimi, ale też nigdy do tego nie dążyło. Wbrew hurraoptymistycznym nadziejom niektórych dopisujących się tam użytkowników, nie uczyni z nich także pisarzy. Takie osoby nie tyle stawiają tam swoje pierwsze kroki w kierunku zostania prawdziwym twórcą, co zaczynają raczkować.

Niemniej, czegoś można się tam nauczyć. NVS to poniekąd pisanie opowiadań od kuchni, gdzie proces twórczy, w którym dąży się do stworzenia spójnego tekstu, krok po kroku przedstawiany jest przez kolejnych dopisujących. Początkujący autor ma szansę przede wszystkim przyswoić elementy czysto techniczne, jak chociażby zapis dialogów, czy umiejętność konstruowania konkretnych, zwięzłych opisów (dopisujących ogranicza limit znaków). Nie bez znaczenia jest także planowanie – bez patrzenia w przyszłość, przewidywania konsekwencji danych czynów i rozwoju poszczególnych wątków tworzone przez kilka lub kilkanaście osób opowiadanie będzie zbyt chaotyczne.

Dodatkowo, jeżeli ma się szczęście i wśród innych dopisujących znajdzie się sprawny twórca, młody literat ma szansę na przyglądanie się jego pracy. Jeśli tylko będzie potrafił wyciągać odpowiednie wnioski, tego typu zabawa (jak wspominałem, nikt nigdy nie traktował tego jako szkółki pisania) może przerodzić się w specyficzny (i kuriozalny) rodzaj warsztatów literackich.

A że pozornego chaosu, jakim jest tworzenie jednego tekstu przez większą liczbę autorów, wyjść może coś ciekawego, dowodzi wydana w 2007 roku nakładem wydawnictwa labiryntus.eu mikropowieść Kain (w sumie miała dziesięcioro rodziców).

Suma summarum
Jak widać, żaden z tych systemów nie jest idealny dla młodych twórców. Częstokroć pomaga łaknącym debiutu domorosłym pisarzom, jednak niekiedy wyrządza im po prostu krzywdę, co ma miejsce, gdy chwalony przez internautów amator popada w samouwielbienie i stwierdza, że więcej już uczuć się nie musi.

Bądźmy też szczerzy, żaden z nich nie zrobi z nikogo autora pełną gębą. Tego typu inicjatywy to nie internetowe kursy: "Jak zostać pisarzem w dziesięć dni", a coś na kształt ustawionych na drodze ambitnego twórcy drogowskazów, które mogą mu pomóc nakierować swój rozwój na właściwe tory.

Dobrze, że w Internecie znalazło się miejsce również dla beletrystyki. Szkoda tylko, że w zastraszającej większości cyberliteratura więcej ma wspólnego z radosną twórczością piszącej pamiętnik nastolatki, niż wartościową prozą. Ale taka już natura sieci, która rzadko kiedy pyta o jakość, dużo częściej nastawiając się na ilość.

Bo Internet zniesie wszystko. Nawet ten artykuł.

Komentarze


27532

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Krótka piłka - czy jest jakiś polski, znany pisarz, który szlifował się przede wszystkim w internecie?
29-04-2008 12:35
Gerard Heime
   
Ocena:
0
Śmiem twierdzić, że gdy większość znanych mi polskich pisarzy fantastyki zaczynała swoje kariery, Internet w Polsce nie był jeszcze tak potężnym medium. Ale to oczywiście o niczym nie świadczy.
29-04-2008 15:24
senmara
   
Ocena:
0
Zobaczymy co wyrośnie z dzisiejszych "internetowców" jak choćby autorów opowiadań "Kochali się że strach"
29-04-2008 15:26
Lafcadio
   
Ocena:
0
Autor niestety karmi truizmami.
29-04-2008 21:52
~Marsavius

Użytkownik niezarejestrowany
    @Aureus
Ocena:
0
Jeśli chodzi o polskich pisarzy, to u niewielu widać, że w ogóle się szkolili - przynajmniej jeśli chodzi o rzemiosło literackie.
Pomysły, fakt, miewają dobre, ale język Pilipiuka kojarzy mi się z podstawówką, a opisy Kresa z brazylijską telenowelą...
Na całe szczęście, "młodych" polskiej fantastyki takich jak Marcin Wroński czy Milena Wójtowicz udało mi się przeczytać dzięki uprzejmości biblioteki, godzin nikt nie odda, ale przynajmniej 50zł zaoszczędziłęm.
30-04-2008 13:42
malakh
   
Ocena:
0
Nawiązując do wypowiedzi senamry, zwróćcie uwagę na Rafała W. Orkana - z tego co wiem, w tej chwili w przygotowaniu jest jego zbiór, który ma wyjśc nakładem Fabryki słów - to baaaardzo obiecujący autor.
30-04-2008 16:43
teaver
   
Ocena:
0
malakh, jako wieloletni książkożer śmiem twierdzić, że talent nie wystarcza. Widać go co prawda przy czytaniu książki, ale to za mało. Talent trzeba wytresować, a polscy młodzi pisarze rzucają się na pomysły, zapominając o szlifowaniu warsztatu. Nie odmawiam młodym twórcom talentu, tylko właśnie braku obeznania z rzemiosłem.

Myślę, że takie warsztaty i wspólne pisanie to jest coś co zapycha niszę rynkową, jaką jest rynek nauki rzemiosła pisarskiego. Szkoda tylko, że jest onzapychany tak naprędce badziewnymi usługami i ciężko znaleźć profesjonalne instytucje zajmujące się nauka pisania literatury. W Polsce chyba jedynymi miejscami, gdzie można się tego dobrze przystosować są wydziały dziennikarstwa na uniwerkach, gdzie tłumaczy się ludziom co nieco na temat procesu korekty, pracy nad tekstem i pomysłami oraz zmusza sie ich do czytania ze zrozumieniem ogromnej ilości róznorodnych materiałów.

Co do ludzi, którzy zaczynali w Internecie - myślę, że jeszcze za wcześnie, tym bardziej, że jest to medium bardzo w Polsce niedoceniane i mało rozwinięte.
06-05-2008 13:15

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.