string(15) ""
» Blog » Paradoks rosnącej stawki
09-08-2015 10:41

Paradoks rosnącej stawki

W działach: Książki, sklepy | Odsłony: 339

Czy zauważyliście, że, jeśli okazuje się iż bohater musi, ale naprawdę musi coś zrobić, bo jeśli mu się to nie powiedzie, to zginie on, jego rodzina, kilka narzeczonych, pies, kot, chomik, złota rybka oraz przy okazji cała, ale to naprawdę cała ludzkość, to fabuła natychmiast siada i staje się nudna?

Bo z góry wiadomo, że bohaterowi się to powiedzie.

Szansa jedna na miliard sprawdza się w dziewięciu przypadkach na dziesięć

Przyczyna takiej sytuacji jest prosta: śmierć bohatera niestety, poza pewnymi wyjątkami kończy fabułę. Wyjątki te to choćby Gra o Tron, która tak naprawdę rozpoczęła się dopiero w momencie zgonu jednej z głównych postaci oraz opowieści, które zaczynają się od tego, że bohater umiera, a my oglądamy jak do tego doszło. Motyw nawiasem mówiąc popularny w filmach sensacyjnych.

Jednak obydwa przypadki nie podlegają pod tą kategorię. W pierwszym z nich po prostu nasz zabity przyjaciel zwyczajnie nie był głównym bohaterem. W drugim: nie mamy do czynienia z podbijaniem stawki.

Sytuacja o której mówimy (spadek napięcia w miarę wzrostu stawki) dotyka najczęściej gatunków mocno opierających się na epice. Wynika on z prostej rzeczy: twórca nie może sobie pozwolić na śmierć bohatera w środku dzieła, ani pod jego koniec (chyba, że będziemy mieli do czynienia z heroiczną ofiarą). Po pierwsze: śmierć bohatera automatycznie przerywa fabułę. Po prostu: gość ginie, Zło zwycięża, wszyscy rozchodzimy się do domów. Widz podświadomie o tym wie, bo widzi, że do końca książki pozostało mu jeszcze 300 stron i gdy postaci znajdą się w sytuacji zagrożenia zdaje sobie sprawę, że wyjdą z niej cało. Bowiem widzi, ile im fabuły jeszcze pozostało. Paradoksalnie pod tym względem lepiej wypada to stare, drużynowe fantasy, w którym zawsze mieliśmy czarodzieja, elfa, krasnoluda, dwóch wojowników, czterech hobbitów etc. bowiem przy takiej masie autor mógł sobie pozwolić, by kilka osób ukatrupić.

Jednak w wypadku bohaterów samotnych nawet to nie działa.

Przy końcu fabuły, oprócz oczywiście tego bohaterskiego samo-poświęcenia postać umrzeć nie może z prostej przyczyny: nie po to autor przez te 400 czy 500 stron budował napięcie, by teraz je spuścić jednym kliknięciem, bo Heros się wykopyrtną, w efekcie czego kupa ludzi została zabita, a Planeta Ziemia przestała istnieć. Po prostu potencjał zostałby zmarnowany w jeszcze gorszym stopniu, niż poprzez stosowanie tandetnych sztuczek scenopisarskich.

Nie jest ważne, co bohater zrobi, ale jak to zrobi

Prowadzi nas to do prostego wniosku: skoro przynajmniej niektóre elementy fabuły są przewidywalne (np. to, ze bohater nie zginie aż do ostatnich stron) to tak naprawdę nie jest istotne to, co nasza postać zrobi. Istotne jest raczej to, jak to zrobi, jak wybrnie z poszczególnych, trudnych sytuacji, jakie to konsekwencje dla niej przyniesie oraz jaką naukę możemy z tego wynieść dla siebie: czy postać okaże się odporna na pokusy, odważna, sprytna, nieugięta? Czy może raczej zdradzi, zawiedzie, podda się lub zeszmaci? Jeśli któreś z tych ostatnich, to czy (i jak?) się zrehabilituje? Albo jaka kara go spotka? I czy jakaś kara faktycznie go potka?

Którą dziewczynę bohater wybierze? I czy w ogóle wybierze którąś? Czy wszyscy bohaterowie drugoplanowi przeżyją? Które miejsca tła zostaną zniszczone w trakcie wojny? Jakie tajemnice noszą poszczególne tajemnicze postaci? Do jakiego, nikczemnego zła posunie się Czarny Lord? Czy jego nikczemność ma jakieś granice? Wyliczać można bez końca. Wydaje mi się jednak, że tak naprawdę odpowiedzi na te pytania są ważniejsze, a ich odkrywanie przyjemniejsze, niż patrzenie po raz setny, jak główny bohater ratuje świat.

Bardzo mocnym przykładem tej sytuacji jest serial Breaking Bad, uznawany niekiedy za najlepszy serial wszechczasów. W zasadzie w Breaking Bad od początku wiemy, że główny bohater na końcu serii umrze na raka, fabuła nie opiera się na szlachetnym queście, tylko na postanowieniu zarobienia pieniędzy dla rodziny na życie. Które to postanowienie nawiasem mówiąc w końcu odchodzi w niebyt, od trzeciego sezony Walther bowiem nie działa już napędzany miłością do rodziny, a do samego siebie i pychą. Obserwujemy bardziej jego moralny upadek, niż wielkie przygody, bowiem fabuła jest powolna, a akcji widzimy neiwiele. Jednak patrzenie na to, jak bardzo można się stoczyć jest pod wieloma względami bardziej fascynujące niż sceny pościgów, strzelanin i wybuchów.

Mimo, że tak naprawdę stawką jest wyłącznie moralność jednego człowieka.

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym

Komentarze


   
Ocena:
0

Tak nawiązując do dyskusji na blogu zewnętrznym, powiedziałbym, że w Code Geass ma zastosowanie z połowa punktów.

2. Generalnie jeśli Lelouchowi coś się udaje, to jest to poprzedzone festiwalem nierealnej jedwabistości. Patrz chociażby: pierwsza walka, a.k.a. mat w czterech posunięciach.

3. Równocześnie często dostaje łomot. Więcej, pierwsza walka z Cornelią pokazuje, że to nadal smarkacz dopiero uczący się wojny. A w polityce niemal matuje go lokalna Księżniczka Z Bajki.

4. Symboliczne są tu wydarzenia po zniszczeniu Tokyo(?), gdy Lelouch traci wszystko prócz życia.

I tak dalej z relacjami i klęską moralną.

09-08-2015 19:37

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.