» Fragmenty książek » Ostry odjazd

Ostry odjazd

Ostry odjazd
- Oki - mruknęła cicho i kliknięciem zapisała uzyskane dziś dane na dyskietkę. Do swojej coraz dłuższej listy dodała kilka nowych nazwisk oraz okoliczności, w jakich te osoby niby zaginęły. „Jestem coraz bliżej! Znajdę was, dranie. Cholerni bogacze! Luksus dla wybranych, co? Ale ja też chcę! Odnajdę was i będziecie musieli mnie dopuścić. Też zostanę Wieczystą!”
Podniosła się z fotelika i przeciągnęła rozkosznie, w pełni świadoma wrażenia, jakie wywarła na kilku okularnikach, stałych bywalcach tej internetowej kafejki. „Popatrzcie sobie, frajerzy!”. Podeszła do minibarku, za którym urzędował wyblakły właściciel, i uregulowała rachunek. Odliczając pieniądze, czuła jego wzrok na swoim dekolcie. Spojrzała mu prosto w oczy i patrzyła tak długo, aż jego wzrok uciekł w bok, a drobne rozsypały się pod ladą. Biedny frajer, nawet nie wie, że jego szanse w pewnych okolicznościach byłyby większe, niż zarozumiałych macho wymachujących kutasami. Nie cierpiała tych męskich szowinistycznych świń! I uwielbiała spławiać ich z nieużywanym fiutem w garści.
Na zewnątrz panował już gorący wieczór. Poczuła jakiś nieokreślony niepokój, głód. „Muszę przyjarać albo co...” Na dnie plastikowej torebeczki została jednak tylko mała zielona smużka pyłku marychy, cienka jak ostrze żyletki. „Kurna! Przecież wyjarałam dziś rano. Kurna! Idę do Gnidy, może u niego coś wyhaczę.”
Bar „Chez Felek” potocznie nazywany był „u Gnidy” na benefis barmana. Był on śliskim lizusem i dupowłaźcem, a jednocześnie wrednym i bezwzględnym sukinsynem. To zależało od zasobów pieniężnych klienta lub jego ważności. Ona wprawdzie nie była bogata ani wpływowa, ale była piękna. Wiedziała, że Gnidzie na jej widok natychmiast zaczyna podnosić się mizerna kuśka.
- Cześć, dziecino! - zaszczebiotał na jej widok.
- Daj mi wódkę z sokiem.
Zignorowała jego powitanie i lepki, obleśny uśmiech. Gnidzie najwyraźniej bardzo się to podobało.
- Już podaję, maleńka - zachichotał jak stuprocentowa ciota. - Dla ciebie wszystko!
„Boże! Ten szmaciarz puszcza do mnie oko. Sukinsyn! Jest ktoś na sali? Kurna, nikogo znajomego. Muszę poczekać, może ktoś się pojawi z towarem.”
Okazało się, że nie musiała długo czekać.
- Siemasz, królowo! - zagrzmiał za nią zdartocwany głos. - Się dosiądę. Czekasz na kogo?
- Niee. Siadaj - odpowiedziała.
Z lekkim rozbawieniem obserwowała, jak straszliwie pretensjonalnie, krzykliwie, ale i drogo ubrany typ ładuje się na sąsiedni hoker. Miał prostacką, ale przebiegłą twarz z rysem ukrytej brutalności. Należał do tych, którzy z sobie tylko znanych powodów uważają się za niezwykle eleganckich facetów o nieodpartym uroku.
- O, pan kapitan! - Gnida zatarł rączki. - Co podać? Jak zwykle szkocką?
- Się wie! - odpowiedział raźnie przybysz i wyszczerzył się do niej.
Słyszała, jak nazywają go tu kapitanem Micheckim czy tak jakoś, ale według niej z gościa był taki kapitan, jak z niej klaryska. Jakiś wojskowy dryg było jednak po nim widać. Ale mało ją to obchodziło - facio miewał towar! Brała już od niego kilka razy. Dziwne to było, ale jej się podobało. „Ciekawe, skąd ten palant to bierze? Może ma dostęp do jakiegoś wojskowego magazynu leków?”
- Masz coś? - zapytała cicho.
Teraz uśmiechnął się jak James Bond po wydymaniu panienki.
- Się wie! Dla ciebie zawsze coś się znajdzie. - Pochylił się ku niej i zaszeptał z cwanym grymasem: - Dziś mam coś ekstra! Mówię ci, lala, startujesz po tym jak z Bajkonuru. Ale wiesz... cena też idzie w górę. Jak chcesz...
- Ile? - ucięła te szepty.
Popatrzył na nią jakby szacunkowo.
- Mała! Jak dla ciebie: trzy dyszki.
Zastanowiła się. Miała wprawdzie te trzydzieści złotych, ale jak je wyda i ureguluje rachunek w barze, zostanie praktycznie bez grosza. „Kurna! No i co? A, pieprzę! Co mi tam, nie poradzę sobie?”
- Dawaj! - westchnęła i podała mu pieniądze.
Wcisnął jej coś pod blatem w rękę. Był to malutki woreczek foliowy z błękitną tabletką w środku. Nawet nie wychodziła. Odpakowała pigułkę i dyskretnie, udając pokasływanie, wrzuciła ją w usta. Popiła drinkiem. Kop przyszedł prawie natychmiast. Poczuła, jak rośnie w niej energia, siła, a chęć działania wprost rozpiera. Wszystko wokół stało się przejrzyste, jasne i wyraźne. I wisiało jej.
- No? Kręci, co? - zapytał kapitan Michecki czy jak mu tam. Gapił się na nią z zaciekawieniem, jakby czekał na coś ekscytującego.
- Tak, niezła - odpowiedziała nonszalancko.
„Cholera! Zaczyna mi się wydawać, że nawet ten dupek jest interesujący. Hi, hi, hi. Założę się, że typka najbardziej kręcą laski w szpilkach i kabaretkach. Pociągnę z niego trochę łacha.” Rozmawiała z nim jeszcze kilka minut, ale w pewnym momencie poczuła tak silny przymus działania, że postanowiła potańczyć, a nie robiła tego prawie nigdy.
- Idę popląsać, żołnierzu. Popilnujesz mi drinka?
- Się wie, królewno! - odpowiedział i ruchem dłoni przygładził zaczesane do tyłu włosy. -Zasuwaj kadryla!
Tańczyła rzadko i raczej tylko z towarzyskiego obowiązku, ale dziś wciągnęło ją wprost niesamowicie. Czuła każdy dźwięk, rytm, a ciało reagowało sprzężeniem zwrotnym. Zniknęło zakłopotanie, którego doświadczała zazwyczaj przy publicznych wygibasach. Dzisiaj miała to gdzieś! Tańczyła sama z muzyką. Czuła na sobie pożądliwe spojrzenia facetów. Zazwyczaj ich olewała, wystarczał jej dobry towar, ale teraz zaczęła się zastanawiać, czy nie zabrać któregoś na chatę. Czasami to robiła, kiedy zapominała, jakie z tego mogą wyniknąć kłopoty.

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.