» Artykuły » Felietony » Orbitoversum

Orbitoversum


wersja do druku

O twórczości Łukasza Orbitowskiego

Autor: Redakcja: Staszek 'Scobin' Krawczyk

Orbitoversum
Łukasz Orbitowski jest obecnie jednym z najpopularniejszych polskich pisarzy okołofantastycznych. Nazwany niegdyś "polskim Stephenem Kingiem", wydaje się wręcz powtarzać ścieżkę przemiany mistrza horroru, tworząc książki, w których coraz ważniejsza staje się warstwa obyczajowa, czy może lepiej powiedzieć: mainstreamowa. Tak też jest w jego najnowszej powieści, Szczęśliwej ziemi.

 

 

Przełomowy dla tego autora był zapewne rok 2007, kiedy po dwóch książkach horrorowych wydanych w różnych oficynach (zbiorze Wigilijne psy w Editio oraz powieści Horror show w Ha!art) ukazała się pierwsza powieść Orbitowskiego w Wydawnictwie Literackim – Tracę ciepło. W niej to pisarz odtwarza krakowski Kazimierz z czasów (prawdopodobnie) swojego dzieciństwa, opowiadając o tym, jak dwójka nastolatków próbuje rozwiązać zagadkę śmierci powiązanej z nadnaturalnymi okolicznościami. Już tutaj widać pewne cechy charakterystyczne dla tego autora: zgorzkniałych głównych bohaterów, przedstawianie rzeczywistości w ponury, czasami wręcz fatalistyczny sposób, podobieństwa pomiędzy głównymi postaciami (ludzie odtrąceni od społeczeństwa, słabi fizycznie, słuchający metalu, samotni, z trudnymi relacjami rodzinnymi w tle). Jego kolejną publikacją w WL-u jest Święty Wrocław, powieść pełna niepokojących, nadnaturalnych wydarzeń o nie do końca wyjaśnionej genezie. Po raz kolejny także warstwa metafizyczna książki nie jest całkowicie zrozumiała i oczywista, Orbitowski meandruje pomiędzy znaczeniami  i symbolami, stawiając tę grę z czytelnikiem (a może i samym sobą) nad spójność i jasność narracji.

Niewiele zmienia się pod tym względem w wydanym później (także przez WL) zbiorze Nadchodzi. Kolejne quasi-horrory, kolejni złamani bohaterowie, ponownie styl, język i atmosfera nierzeczywistości góruje nad samą opowieścią. Choć tutaj bardzo wyraźnie widać jeden motyw dominujący, który jest w różnoraki sposób eksponowany na przestrzeni całej książki: to szaleństwo. Szaleństwo rozumiane jako odmienne postrzeganie świata, jako wypaczający ludzi strach, jako próba wytłumaczenia czy zrozumienia rzeczy niewyjaśnialnych. Później Orbitowski pisze Widma, będące alternatywną wizją historii naszego kraju, w której nie wybuchło Powstanie Warszawskie, a wielu znanych ludzi – jak Krzysztof Kamil Baczyński – nie zginęło pod gruzami miasta. To próba odpowiedzi na pytanie, czy Powstanie było konieczne, podana w typowym dla Orbitowskiego depresyjnym przybraniu.

Przygodę z historią autor kontynuuje, tworząc, co zaskakujące, współczesny dramat pod tytułem Ogień dla Narodowego Centrum Kultury (tekst ukazał się w serii Zwrotnice Czasu). Wybór takiej formy jest zaskakujący, tym bardziej zastanawiający, że z funkcjonalnego punktu widzenia nic w zawartości książki go nie usprawiedliwia; widocznie sam autor podjął decyzję o zmierzeniu się z taką formą, choć szkoda, że nie dodało to wartości książce. Wydaje mi się, że zawarta w niej książce historia mogłaby lepiej wypaść jako powieść. Pozbycie się znacznej części warstwy opisowej i – przede wszystkim – wglądu w myśli oraz motywacje bohaterów, zmniejszyło czytelność przekazu i łatwość wczucia się w ich sytuację postaci. Obecność narratora zwiększyłaby liczbę informacji, immersyjność oraz płynność wydarzeń. Trudno też w ogóle powiedzieć, jaki cel przyświecał stworzeniu tego utworu – jeżeli przybliżenie kontrowersyjnej i dramatycznej postaci Józefa "Ognia" Kurasia nieznającym go czytelnikom, to znacznie lepiej czyni to kilkustronicowe posłowie; a jeżeli opowiedzenie jakiejś alegorycznej historii o współczesności, to ze smutkiem stwierdzam, że autorowi nie do końca to wyszło. Opowieść o raczej banalnym konflikcie dwóch braci, o pieniądze, kobietę i miłość rodzicielską, wypada dość blado, bo choć jest pełna emocji, to wydaje się całkowicie odrealniona, a jej bohaterowie to puste zlepki kilku cech (nie pomaga też złączenie ich z konkretnymi postaciami z przeszłości). A przecież w ZC ukazywały się już niebanalne, intrygujące książki, które znacznie lepiej radziły sobie z konwencją historyczną.

Wreszcie najnowsza publikacja, czyli Szczęśliwa ziemia. Wielu recenzentów doszukuje się w niej nawiązań do Tracę ciepło, zauważając, że to kolejna powieść o grupie przegranych ludzi reprezentujących lęki, obawy i słabości danego pokolenia (poprzednio bohaterami byli dwudziestokilkulatkowie, obecnie postacie są o dekadę starsze). Kolejna, ale dojrzalsza, tym samym ilustrująca także rozwój i literackie dojrzewanie Orbitowskiego – o czym mają świadczyć chociażby porównania z mainstreamowymi autorami płynące już z okładki. Być może komentatorzy mają rację, widząc w Szczęśliwej… duchową następczynię Tracę ciepło, ale wydaje mi się, że kto ulega pokusie oparcia interpretacji książki na tej paraleli, ten nadmiernie upraszcza sobie zadanie. Owszem, można wytyczyć punkty czy tematy wspólne dla obu tych powieści, ale znacznie więcej je dzieli, niż łączy.

Zaczynając od argumentu pokoleniowego – owszem, autor pisze o generacjach, ale o ile w Tracę ciepło problemy życiowo-osobiste głównych bohaterów i aspekt obyczajowy to tło fabularne, dodatek do snutej historii oraz warstwy fantastycznej, które (ponadto problemy życiowo-osobiste głównych bohaterów są niezwykle zindywidualizowane) o tyle w Szczęśliwej ziemi wygląda to odwrotnie: to fantastyka jest tłem, dyskretnym fundamentem i narzędziem do pokazania ogólniejszych problemów danego pokolenia. Ostatni utwór Orbitowskiego to także w znacznie większym stopniu powieść o dziedzictwie niesionym przez każdego człowieka. To książka, mimo wszystko, o próbie kreacji, tworzenia, może wręcz demiurgii, podczas kiedy starszy z tekstów jest opowieścią o dekonstrukcji, a w najlepszym razie: próbie utrzymania stanu inercji; wokół jego głównych bohaterów, wskutek ich działań, rozpadają się życia, światopoglądy, a w pewnym momencie nawet i fragment świata. Jednak pomiędzy tymi dwoma książkami można zauważyć zastanawiające, a chyba nie wspominane, podobieństwo pomiędzy postaciami anioła (Tracę ciepło) a byka (Szczęśliwa ziemia). Pierwszy, wierząc że spełnia marzenia ludzi, że ich rozumie, chcąc stworzyć im raj, sprowadza na nich zagładę, natomiast drugi urzeczywistnia najskrytsze ludzkie życzenia, które często obracają się przeciwko samym bohaterom. Co ciekawe, obaj wymagają ofiary – pierwszy duchowej, a drugi z ciała – co daje im władzę nad ludzkimi życiami.

I choć trudno jednoznacznie zakwalifikować i zaszufladkować twórczość pisarza, to można pokusić się o próbę określenia pewnych cech stałych Orbitoversum. To ciemne i ponure miejsce, zaludnione zgorzkniałymi, pozbawionymi złudzeń ludźmi. Znacznie łatwiej znaleźć tam cierpienie i smutek niż ukojenie i szczęście, a piękno, choć występuje, to jest niezwykle delikatne i szybko przemija. Bóg, o ile istnieje, w niczym nie przypomina chrześcijańskiej wizji miłosiernego Stwórcy – znacznie bliżej mu do obojętnego, zimnego demiurga, grającego ludzkim losem w karty.

Twórczość Orbitowskiego na pewno należy do najciekawszej polskiej fantastyki (jeszcze fantastyki), choć nie jest najłatwiejsza w odbiorze i oczywista w interpretacji. W specyficznym, czasami odpychającym, czasami urzekającym stylu przedstawia własną ponurą wizję rzeczywistości, która nawet nie próbuje udawać, że zanurzenie w niej pozwoli na chwilową ucieczkę od codzienności i własnych problemów. Wręcz przeciwnie – Orbitowski uderza w czytelnika tym, co ten chciałby zostawić za sobą, rozpoczynając lekturę i zmusza go do konfrontacji z samym sobą.




Czytaj również

Szczęśliwa ziemia
Nieszczęśliwy świat
- recenzja
Szczęśliwa ziemia
- fragment
Widma - Łukasz Orbitowski
Poeta apokalipsy spełnionej w świecie emocji
- recenzja
Nadchodzi - Łukasz Orbitowski
Nie ma nadziei
- recenzja

Komentarze


UglyGoblin
   
Ocena:
+1

Łodafak!

Wybór takiej formy jest zaskakujący, tym bardziej zastanawiający, że z funkcjonalnego punktu widzenia nic w zawartości książki go,z funkcjonalnego punktu widzenia, nie usprawiedliwia;

Wydaje mi się, że zawarta w niej książce historia mogłaby lepiej wypaść jako powieść.

Jest tego więcej, ale resztę od biedy można przeżyć. Gdzie redakcja i korekta? Sam tekst całkiem ciekawy.

 

03-12-2013 11:09
baczko
   
Ocena:
0

Poprawiłem to nieszczęsne powtórzenie.

03-12-2013 12:17
Scobin
   
Ocena:
+1

Takie błędy świadczą właśnie o istnieniu redakcji i korekty – znaczą po prostu, że coś z jednej wersji tekstu zostało przez pomyłkę w drugiej. ;-) Dzięki za zwrócenie uwagi na te pozostałości.

04-12-2013 09:14

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.