» Artykuły » Inne artykuły » Okno na świat: Creative Commons

Okno na świat: Creative Commons


wersja do druku
Okno na świat: Creative Commons
Jest lipiec, rok 2009 - dwudziesty pierwszy wiek, nowe millenium, a tak w ogóle za niecałe trzy lata świat czeka zagłada (przynajmniej według Majów i Rolanda Emmericha). Większość półek w mojej sypialni zajmują książki (blisko dwie setki), podczas gdy na komputerze mam zaledwie kilkanaście opowiadań w formie PDFów, i to tylko dlatego, że inaczej nie sposób ich dostać.

Albo więc mój dom to skansen, albo szumnie zapowiadana w mediach rewolucja na rynku księgarskim - objawiająca się odejściem od tradycyjnej, drukowanej na papierze książki i wyparciem jej przez e-booki - nie nastąpiła. Wydawnictwa nie upadły, pisarze nie zbankrutowali, a zadrukowany gęsto czarnymi ślaczkami papier wciąż jest towarem chodliwym.

Coś się jednak zmieniło: internetowe periodyki rosną jak grzyby po deszczu, blogi, których autorzy piszą wyłącznie, tudzież przynajmniej w znaczącej części o literaturze, mnożą się prężniej od bakterii, a do sprzedaży trafił Steampunk tales"pierwszego elektronicznego pulpowego magazynu, stworzonego wyłącznie dla iPhone’ów oraz iPodów Touch". Największa rewolucja miała jednak miejsce na polu praw autorskich i chociaż nie dokonała się rękoma państwowych urzędników, wprowadziła rynek księgarski w realia dwudziestego pierwszego wieku. Owa rewolucja to Creative Commons.


A co to takiego?


Projekt ten powstał z powodu niezadowolenia z nieudolności kolejnych rządów amerykańskich do efektywnego zreformowania praw autorskich i dostosowania ich do realiów czasów doby Internetu[1]. Cory Doctorow, chyba największy entuzjasta i popularyzator idei CC, opisuje to w ten sposób: "Creative Commons robi to, czego Kongres nie chciał, bądź nie potrafił zrobić – oferuje podejście do praw autorskich, które pomaga tym z nas, którzy nie zgadzają się na narzucone przez Disneya i jego kolegów ograniczenia wszelkich przejawów kreatywności. Creative Commons osiąga to za pomocą zestawu licencji, aktów prawnych, które zezwalają na określone użytkowanie twórczości innych osób"[2].

Od roku 2001, kiedy to CC powstało, na ich licencji opublikowano ponad 160 milionów utworów (książki, filmy, muzyka, itd.).

Zasady funkcjonowania są proste: za pomocą wspomnianego wcześniej zestawu licencji, można, między innymi udostępnić swoją twórczość za darmo, nakładając jednak na użytkownika pewne ograniczenia. Podstawowe założenia uwolnienia swojego dzieła do Internetu są takie, iż każdy może je ściągać, rozpowszechniać, tłumaczyć, modyfikować, generalnie robić, co chce – aby tylko każdorazowo zaznaczał, kto jest autorem, a przede wszystkim nie czerpał z tego żadnych zysków[3].


Czy to działa?


Podstawowym pytaniem, jakie zadaje sobie każdy, gdy usłyszy o CC, jest kwestia wpływu publikacji dzieła na tej licencji na jego sprzedaż. Logicznie rozumując, dochodzi się do wniosku, że na tego typu rozdawnictwie autor może tylko stracić. Bo po co płacić za coś, co dostaje się za darmo? Nie można się z tym nie zgodzić - sieci peer-to-peer uderzają w rynki filmów i muzyki, odciągając ludzi od kin i sklepów fonograficznych. Rynek książek rządzi się jednak innymi prawami. W tym wypadku fakt, iż czytelników jest dużo mniej niż kino- i melomanów, a ich podejście do twórczości pisarzy jest inne, działa na korzyść systemu CC.

To proste. Kto słucha muzyki? Każdy. Kto ogląda filmy? Każdy. Kto czyta książki? Delikatnie mówiąc, nie każdy. W czasach współczesnych czytelnik to niemalże bibliofil[4]. Liczy się nie tylko sama przyjemność z lektury, ale także obcowanie z książką; niektórzy lubią zapach papieru, jego dotyk. Tego typu ludzie rzadko kiedy mogą oprzeć się pokusie nabycia danej książki, która im się spodobała, nawet jeżeli mają darmowy dostęp do wygodnego w przechowywaniu pliku PDF[5].

Właśnie dlatego publikacja książek na licencji CC skutkuje skokiem sprzedaży. Wydawnictwo Baen Books potwierdza, że wcześniejsza publikacja w formie e-booków skutkowała zauważalnym wzrostem wyników sprzedaży. Najlepszym przykładem skuteczności CC jest Ślepowidzenie Petera Wattsa, które dzięki uwolnieniu do Internetu zdołało osiągnąć komercyjny sukces[6]. Również Cory Doctorow nie ma powodów do narzekań, mimo iż wszystkie jego książki w dniu premiery papierowej trafiają do Internetu. Jego debiutancka powieść, Down and Out in the Magic Kingdom, której liczba pobrań przekroczyła 650 tys., doczekała się sześciu wznowień! Sam autor tłumaczy to tak: "Największym problemem twórcy SF jest nie piractwo, ale niezauważanie jego dzieł. Ze wszystkich ludzi, którzy zdecydowali się nie poświęcać swojego czasu i pieniędzy na nasze dzieła, ogromna rzesza zrobiła to, ponieważ nie wiedzieli, że w ogóle istniejemy, a nie dlatego, że ktoś wręczył im darmowego e-booka"[7].

W tych słowach zawiera się chyba najlepszy, przemawiający za CC argument: dzięki publikacji w Internecie autor trafia do większej rzeszy czytelników, a w przypadku twórców młodych, tudzież debiutujących – Creative Commons daje im okazję do zaistnienia w umysłach odbiorców, którzy w zdecydowanej większości zapewne nigdy by po ich książki nie sięgnęli, pieniądze wydając na bardziej znanych, pewnych twórców.

Bardzo trafnie rzecz ujął Neil Gaiman, którego słowa, w swoim eseju przytoczył Cory: "Ręka do góry, kto odkrył swojego ulubionego pisarza za darmo – ponieważ ktoś pożyczył wam książkę, albo dał wam ją? A teraz, ręce do góry, jeżeli swojego ulubionego pisarza odkryliście, wchodząc do sklepu i wydając na niego kasę". Jak myślicie, która grupa przeważała na widowni?

Powyższa wypowiedź podsunęła mi pewną myśl: Creative Commons to biblioteka XXI-ego wieku. Funkcjonuje na tej samej zasadzie i, podobnie jak biblioteki, przyczynia się do popularyzowania literatury wśród ludzi, pozwala im na przetestowanie danego pisarza, zanim wyda się na niego pieniądze. Bo mało kto kupuje w ciemno. Jeżeli już decydujemy się wydać ciężko zarobione pieniądze na książkę, jest to albo dzieło pisarza nam znanego, albo polecanego przez znajomych. Niekiedy, na co dowodem jest wspomniane wyżej Ślepowidzenie, nie pomagają nawet pozytywne recenzje.

Dzieło musi się przebić przez natłok innych, dotrzeć do potencjalnego nabywcy. CC to rodzaj promocji, co zauważyły już największe amerykańskie wydawnictwa, jak chociażby Night Shade Books[8].


Co z tą Polską?


W kraju nad Wisłą wciąż popularne jest publikowanie fragmentów; rzadko kiedy ktoś decyduje się na udostępniane dzieł na licencji CC. Piszę rzadko, a nie nigdy, bo znam jeden przypadek. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że pierwsza polskojęzyczna powieść udostępniona dzięki Creative Commons ukazała się już w 2006 roku. Był to Spisek Czterech Jarosława Moździocha. Chociaż wydarzenie to przeszło raczej bez echa, łatwo zgadnąć, dlaczego autor zdecydował się na taki krok.

Na wysoką sprzedaż, w kręgu rodzimej literatury fantastycznej, liczyć mogą: Pilipiuk, Sapkowski, Dukaj, czy Grzędowicz. Młodzi (literacko) twórcy zazwyczaj przejść muszą żmudną drogę pozyskiwania czytelników za pomocą opowiadań, publikowanych w różnych periodykach i antologiach; alternatywą jest debiutowanie zbiorem opowiadań. I chociaż rozpoczęcie kariery od powieści nie jest czymś niemożliwym, rzadko kiedy gwarantuje to wysoką popularność danego dzieła. Jestem pewien, że właśnie im, młodym, Creative Commons oferuje najwięcej. Bardzo chciałbym zobaczyć, w jaki sposób uwolnienie chociaż części tekstów do Internetu mogłoby wpłynąć na sprzedaż takich książek, jak Requiem dla lalek Cezarego Zwierzchowskiego – chwalonego przez krytyków, zaniedbanego, pod względem promocji, przez wydawcę.

Jestem jednak realistą i wiem, że prędko rewolucji się nie doczekamy. Taka jest specyfika rynku. Liczy się tylko kilka wydawnictw, tytułów nie ukazuje się znowu tak dużo, żeby coś ginęło w tłumie – wydawcom nie opłaca się więc oddawanie czegokolwiek za darmo. A szkoda. W przypadku wydawnictw muzycznych, przed zakupem możemy przynajmniej obejrzeć teledyski – na rynku księgarskim wciąż dominuje zasada kupowania kota w worku.



[1] Pojawił się pewien paradoks: można spokojnie cytować wypowiedzi swoich znajomych, z którymi konwersowało się przy porannej kawie, ale przytaczanie jakichkolwiek treści opublikowanych na ich blogach potencjalnie może zostać uznane za pogwałcenie ich praw autorskich.
[2] Creative Commons, Cory Doctorow; Locus Magazine, Listopad 2007.
[3] Na stronie Creative Commons znaleźć można kilka prostych formularzy, za pomocą których twórca może dokładnie określić, jakie wykorzystanie jego dzieł jest dozwolone.
[4] W swoich rozważaniach nie ujmuję całej rzeszy „niedzielnych czytelników”, których do księgarń przyciągają tylko i wyłącznie szumnie reklamowane bestsellery, pokroju Zmierzchu. Większość z nich po książki sięga na zasadzie: "Bo wszyscy to czytali".
[5] Nie bez znaczenia są także ograniczenia, jakie na czytelnika narzuca komputer: czytanie z ekranu, trudności z transportem, a i do wanny nikt PCeta nie weźmie…
[6] Szerzej Peter opowiadał o tym w tym wywiadzie.
[7] Science Fiction is the Only Literature People Care Enough About to Steal on the Internet, Cory Doctorow; Locus Magazine, Lipiec 2006.
[8] Na stronie wydawnictwa znaleźć można, między innymi wybrane opowiadania z antologii Eclipse Two, pod redakcją Jonathana Strahana, a także dzieła Paola Bacigalupiego, pochodzące ze zbioru Pump Six and Rother Stories.



Czytaj również

Historia twojego życia
Co się odwlecze, to nie uciecze
- recenzja
Wodny nóż
Nie ma wody na pustyni – ani nigdzie indziej
- recenzja
Wodny nóż
- fragment
Nakręcana dziewczyna/Pompa numer sześć
Pierwszoligowa fantastyka
- recenzja
Nakręcana Dziewczyna - Paolo Bacigalupi
Na krawędzi upadku
- recenzja

Komentarze


27532

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Świetny tekst!

Ale gdy widzę autolans w postaci zdjęcia autora przy tekście (WTH? po co mi zdjęcie do czytania tekstu?) zaczynam rozumieć Borejkę.
22-08-2009 20:24
27383
   
Ocena:
+1
Why? Często przy felietonach jest zdjęcie autora.
22-08-2009 20:33
malakh
   
Ocena:
+3
Ale gdy widzę autolans w postaci zdjęcia autora przy tekście

To rozwiązanie przejściowe;) Serio, miała być grafika z okienkiem, ale... cóż, wakacje - graficy nam się urlopują;p

Początkowo myślałem o daniu okładki jakiejś książki, ale o żadnej tak konkretnie nie piszę. Chciałem tez dać zdjęcie Cory'ego Doctorowa, bo to jego teksty z Locusa były inspiracją dla tego tekstu, ale to wprowadziłoby zamieszanie.

Dlatego, podobnie jak przy felietonach, dałem swoją fotę. Nie jest to żaden autolans, Aureusie;) Jak słusznie zauważył Thoctar, to powszechna praktyka.
22-08-2009 20:47
~Khan

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+6
Aureus, jak rozumiem po mieście chodzisz w masce, żeby się przypadkiem nie lansować? Jakby to było zdjęcie z Malakhem w towarzystwie gołych panienek, albo chociaż z cygarem w gębie, to może i byłby lans, ale póki co, to poprostu zdjęcie ukazujące twarz autora.
22-08-2009 23:48
Katatonia
   
Ocena:
+1
Na potwierdzenie tezy, że udostępnienie książki w sieci przekłada się na wzrost sprzedaży tytułu w formie klasycznej, można przytoczyć przykład "American Gods" Neila Gaimana. Wydawnictwo HarperCollins odnotowało wzrost sprzedaży o 250% w ciągu tygodnia od udostępnienia w internecie. Jest to przykład oczywiście skrajny. Niemniej w przypadku innych autorów wzrost sprzedaży wynosił około 20%-30%. Warto dodać, że publikacja w internecie przekłada się na wzrost sprzedaży przede wszystkim autorów bardziej znanych, czy jeżeli ktoś woli, popularnych i obecnych w sieci.

Z innej beczki. Linki u mnie nie działają.
23-08-2009 16:26
malakh
   
Ocena:
0
Linki poprawione;)
23-08-2009 20:27
malakh
   
Ocena:
0
No i, dzięki Vermilionie, mamy nową grafikę, która zastąpiła moją facjatę;)
24-08-2009 21:24

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.