» Recenzje » Ogrody księżyca - Steven Erikson

Ogrody księżyca - Steven Erikson

Ogrody księżyca - Steven Erikson
Niektóre książki nie od razu ukazują swe zalety. Początek może być nudny, a lektura mozolna, często jednak owe wady nikną w dalszej części powieści. Dobrym przykładem są Ogrody Księżyca, pierwszy tom monumentalnego cyklu Malazańska Księga Poległych. Debiutanckie dzieło Eriksona nie jest ideałem powieści fantastycznej, o czym najlepiej świadczy lekki chaos w pierwszych rozdziałach, warto jednak przymknąć na to oko i dać autorowi kredyt zaufania na pierwsze trzysta stron, po których wszelkie mankamenty znikają, porwane przez wartką akcję.

Imperium Malazańskie, rządzone przez cesarzową Laseen, podbija kontynent Genabackis, nie napotykając wielkiego oporu. Do zdobycia pozostaje już tylko słynące ze swego bogactwa Wolne Miasto Darudżystan, które byłoby niezwykle pomocne przy finansowaniu kolejnych wojen. Sytuacja ulega zmianie, gdy do gry włącza się nowy uczestnik, którego motywy są nieznane – Anomander Rake, władca latającej fortecy Odprysku Księżyca, a zarazem czarnoksiężnik, który w pojedynkę jest w stanie walczyć z całą armią.

W uzyskaniu przewagi nad tym potężnym magiem mają pomóc Podpalacze Mostów – elitarny cesarski oddział, który jednak z powodu ciężkich strat poniesionych podczas wojny jest cieniem jednostki sprzed lat. Ich nieformalny dowódca, sierżant Sójeczka, chce już tylko utrzymać swoich żołnierzy przy życiu – co będzie trudne, gdyż misja, na którą zostali wysłani jest niemal samobójcza, a zwierzchnictwo nad oddziałem zostaje powierzone młodemu arystokracie, Ganoesowi Paranowi. Z oddzielnym zadaniem zostaje wysłana adiutantka cesarzowej, przyboczna Lorn, której działania mogą mieć o wiele większy wpływ na sytuację, niż jest skłonna przypuszczać. Bohaterów jest jednak jeszcze więcej: zwiadowca Toc Młodszy, mag Loczek, mieszkańcy Darudżystanu czy też niepozorny pan Kruppe − to tylko część z pojawiających się w powieści postaci.

Z pewnością każdy może mieć problemy z zapamiętaniem tych wszystkich imion, dlatego na początku książki umieszczono Dramatis Personae, w którym czytelnik znajdzie krótki opis każdego z bohaterów. Z takim nagromadzeniem postaci wiąże się jednak poważna wada – pomimo sześciuset gęsto zadrukowanych stron zabrakło miejsca na zarysowanie ich charakterów, bohaterowie definiowani są raczej przez czyny, aniżeli przez swoje przemyślenia. Na plus wyróżniają się tylko Sójeczka, Paran, Lorn i Kruppe − motywy działań reszty pozostają tajemnicą.

Co zatem czyni Malazańską Księgę Poległych dziełem wyjątkowym? Świat przedstawiony, przerastający swym rozmachem większość znanych z literatury fantasy uniwersów. Jego historia sięga ponad 300 000 lat wstecz, zawiera w sobie ogrom wydarzeń, o których nierzadko ledwie się wspomina, a które mają kluczowy wpływ na teraźniejszość. Równie skomplikowany jest panteon – oprócz kilkunastu ''zwykłych'' bóstw są jeszcze Starsi Bogowie, a także Wielkie Domy Życia, Śmierci, Światła, Ciemności i Cienia, rządzone przez najpotężniejszych z nieśmiertelnych i zrzeszające wielu z najbardziej wpływowych mieszkańców tego świata. Co istotne, owe bóstwa nie są wszechmocne – choć mogą manipulować zwykłymi ludźmi, może dojść i do sytuacji odwrotnej, a nawet do zabicia boga przez człowieka i zajęcia jego miejsca w panteonie!

Oryginalne są także rasy zamieszkujące karty powieści − ludów takich jak Jaghuci, K'chain Che Malle czy T'lan Imassowie nie można porównać do przewijających się przez niezliczone książki elfów czy krasnoludów.

Warto także zaznaczyć, że również prawa magii są skomplikowane. Czarownicy posługują się Grotami, które reprezentują różne aspekty mocy, a zarazem inne sfery świata. Tak więc jest grota lodu Omtose Phellack, grota uzdrawiania Denul, ale i grota śmierci, rządzona przez Kaptura. Każdy czarownik jest przypisany do jednej z nich, co daje mu status niemalże nadczłowieka − nie zawsze jednak przydaje się on podczas bitwy, gdyż magowie są zbyt zajęci neutralizowaniem nawzajem swych poczynań.

W tej beczce miodu jest i kilka łyżek dziegciu: styl autora jest prosty, nad opisami dominują dialogi (co niektórzy mogą jednak uznać za zaletę), a poziom powieści jest dosyć nierówny – z powodu nadmiaru wątków pierwsze rozdziały czyta się z przeświadczeniem, że autor po prostu nie będzie w stanie zapanować nad chaosem, który stworzył. Na szczęście ostatecznie wszystko się krystalizuje po wspomnianych trzystu stronach, a finał czytamy z zapartym tchem.

Cała powieść jest raczej niezwykle obszernym prologiem do cyklu, mającym wprowadzić nas w realia, zapoznać z co ważniejszymi bohaterami i dać przedsmak przyszłych wydarzeń. Ponieważ jednak oceniam pojedynczą książkę, a nie fragment większej całości, muszę przyznać, że Ogrody... to najsłabsza część doskonałego cyklu. Spowodowane jest to głównie upychaniem w powieści zbyt wielu wątków, bohaterów i wydarzeń, przez co czytelnik, dla którego jest to pierwszy kontakt z prozą Eriksona, może się zniechęcić. Mimo to, po przeczytaniu ostatnich zdań książki byłem pod wielkim wrażeniem talentu autora i od razu sięgnąłem po kontynuację.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
7.5
Ocena recenzenta
Tytuł: Ogrody księżyca (Gardens of the Moon)
Cykl: Malazańska Księga Poległych
Tom: 1
Autor: Steven Erikson
Wydawca: Wydawnictwo Mag
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 2000
Liczba stron: 604
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
ISBN-10: 83-87968-36-6
Cena: 35,00 zł



Czytaj również

Ogrody Księżyca - Steven Erikson
Każdy epos ma swój początek
- recenzja
Ogrody księżyca - Steven Erikson
Monumentalne otwarcie
- recenzja
Ogrody Księżyca - Steven Erikson
Początek długiej drogi
- recenzja
Ogrody Księżyca – Steven Erikson
Dla tych, którzy lubią magię
- recenzja
Okaleczony Bóg
Wielkie zamknięcie
- recenzja
Myto Ogarów
Początek końca
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

Alkioneus
   
Ocena:
+4
Dobry pomysł na serię recenzji(jeśli to seria cała ma być) przy nadchodzącej dziewiątce. Malazańska mimo słabszych momentów zasługuje na najwyższe uznanie.

W miesiące nieparzyste uważam, że Pieśń Ognia i Lodu jest lepsza od Malazany, w parzyste na odwrót.

Gwoli światotwórstwa - istotnym elementem warsztatu Eriksona jest fakt, że jest paleontologiem. Udało mu się rzemiosło wojny w świecie fantasy wynieść ze stadium dwie armie tłuką się po głowach do stadium wojny cywilizacyjnej, w której ścierają się dwie odrębne kultury. Jaghuci, Imassowie, w dalszych tomach Edur - bliżej im do kultur pierwotnych niż zaawansowanych cywilizacji.

Szczerze polecam wszystkim. Bo przy całej głębi świata, ciekawych wątkach i nakreślonych problemach(ulubione zajęcie Eriksona to mordowanie nie ludów, ale kultur) - mamy do czynienia z świetnie skonstruowaną rozrywką, która jest zarówno pionierem(po Cooku) jak i jednym z najlepszych przedstawicieli swojego gatunku.

Można zarzucać Eriksonowi pewne warsztatowe braki i dużą liczbę dialogów - ale przy takiej kondensacji informacji i wątków trzeba wyjątkowego warsztatu, żeby to ogarnąć i ładnie podać czytelnikowi. W następnych tomach jest o wiele lepiej.
31-05-2010 13:35
Scobin
   
Ocena:
0
Zachęciliście mnie do wznowienia lektury, bo pierwszy tom odłożyłem na półkę mniej więcej po 350 stronach. Wrócę, jak tylko obronię magisterkę. ;-)
31-05-2010 13:46
baczko
   
Ocena:
0
Kurczę, przeczytałbym, ale nie chce mi się wypożyczać z biblioteki wszystkich tomów, po to, żeby za pół roku zapomnieć o co chodziło i nie móc swobodnie do tego wracać :)

A kasy żeby kupić nie mam :P
31-05-2010 15:42
~Tzar

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
@ baczko
Szczęściarz z ciebie. W mojej bibliotece z nowszej fantastyki to tylko "Zmierzch". :(
31-05-2010 17:41
Kumo
   
Ocena:
0
Cykl zdecydowanie warto polecić. Dlaczego?

1.Naprawdę nietypowy i rozbudowany świat (a przy tym, wbrew pozorom, solidnie przemyślany).
2. Świetni bohaterowie. Należy tylko uprzedzić, że autor nie ma oporów przed zrobieniem im krzywdy.
3. Humor! Czasem nieco makabryczny, ale wspomnienie niektórych motywów śmieszy nawet po paru latach... na przykład ten z dzieciakami w drugim tomie.
4. Czasem pojawiają się dłużyzny, to fakt. Mimo to fabuła jest wciągająca, a zwroty akcji... powiedziałbym, że chwilami to raczej zakręty o 180 stopni. Na pełnym gazie i bez hamulców :D.
31-05-2010 20:38
~Sayonara

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Cykl jest świetny, choć momentami razi robienie supermanów z niektórych bohaterów. Ale z drugiej strony też stoją megazordy, więc aż tak to nie przeszkadza.

Ja polecam, to jeden z najlepszych cyklów fantasy jakie w życiu czytałem - a czytałem dużo :)
31-05-2010 20:57
Asthariel
   
Ocena:
0
Czy ja wiem? Przegięty jest jedynie Karsa, i być może Wędrowiec, reszta wydaje się być normalna pod względem potęgi. Taki Rake miał w końcu mnóstwo czasu na zdobycie doświadczenia.
31-05-2010 21:00
Kumo
   
Ocena:
0
Jak to określił jeden kolega w naszym klubie: u Eriksona ciągle trafia się jakiś super-pałer-przegięty gostek. Ale wkrótce pojawia się ktoś, przy kim ten "superman" jest zaledwie maleńkim robaczkiem...

Co najlepsze, to wszystko nie zaburza równowagi świata - niby Rake czy Caladan Brood (i paru innych gości) mogłoby w pojedynkę walczyć z całą armią, ale mimo wszystko ich szanse przeżycia byłyby średnie.
01-06-2010 07:46
Seif al din
   
Ocena:
0
Karsa nie jest aż tak przegięty. Nie raz zdarzyło mu się dostać łomot. A co do Wędrowca, no cóż, na pewno znalazłoby się jakieś uzasadnienie, gdyby Erikson rozwinął bardziej jego historię, można nawet stwierdzić, że Wędrowiec jest większym rzeźnikiem niż Karsa :)
03-06-2010 22:54
Asthariel
   
Ocena:
0
Moim zdaniem, jeśli jego walka z WiadomoCzym na końcu 4 tomu nie była przegięciem, to nie wiem, co może nim być.
04-06-2010 11:42
~makacek

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
@ Sayonara

"Cykl jest świetny, choć momentami razi robienie supermanów z niektórych bohaterów. Ale z drugiej strony też stoją megazordy, więc aż tak to nie przeszkadza."

taki "Dragon Ball" w wydaniu Eriksona ;)
14-01-2013 14:49

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.