James Islington, Cień utraconego świata
» Recenzje » Ogrody Księżyca - Steven Erikson

Ogrody Księżyca - Steven Erikson


wersja do druku

Każdy epos ma swój początek

Autor: Redakcja: Tomasz 'earl' Koziełło

Ogrody Księżyca - Steven Erikson
Jak głosili starożytni Grecy – na początku był chaos. I takie właśnie odczucie towarzyszyć może lekturze a przynajmniej początkowym kilkudziesięciu stronom Ogrodów Księżyca – pierwszego tomu Malazańskiej Księgi Poległych, spisanej przez Stevena Eriksona. Czytelnik zostaje bowiem wrzucony w sam środek dramatycznych wydarzeń, rozgrywki toczącej się pomiędzy ludźmi, bogami i ascendentami, pełnej zaskakujących zwrotów, gdy w pierwszym momencie trudno stwierdzić, kim dokładnie są postaci biorące w niej udział, a w drugim również nie przychodzi to z łatwością. Klasyczne elementy zaczerpnięte z fantasy krzyżują się tu bowiem z motywami przystającymi raczej do reportażu, wzbogacone są wątkami rodem z powieści łotrzykowskiej, a całość doprawiona jest dużą dawką ironii i błyskotliwymi dialogami. Ta iście wybuchowa mieszanka oszałamia.

________________________


Od dwunastu lat Imperium Malazańskie podbija Wolne Miasta położone na Genabackis. Jest to kampania krwawa i wyczerpująca, w której obie walczące strony nie wahają się posuwać do najbardziej drastycznych metod. Intrygi, podstępy, magia, a wreszcie – kiedy inne opcje się wyczerpią – brutalna rzeź są na porządku dziennym. Wreszcie, gdy pozostało już tylko ostatnie opierające się doborowym oddziałom Malazu miasto – perła w koronie, opiewany przez poetów Darudżystan – kwestia jego jak najszybszego zdobycia stała się priorytetem. A że przy okazji cesarzowa pragnęłaby nie uszczuplić zbytnio swego skarbca, jak i nie narazić potencjalnego źródła nieprzebranych bogactw na straty (z czegoś wszak trzeba będzie finansować kolejne kampanie), do tego celu wyznaczeni zostają Podpalacze Mostów – szumnie określani mianem elitarnej jednostki Imperium. Pod dowództwem nowo przydzielonego kapitana Ganoesa Parana przyjdzie im się zmagać zarówno z przeciwnikiem, którego się spodziewali, jak i z siłami, o których istnieniu nie mieli najmniejszego pojęcia. Na ulicach Darudżystanu walczyć będą, i mieczami i magią, z nieśmiertelnymi wysłannikami Anomandera Rake'a – władcy latającej fortecy Odprysk Księżyca, zawierając przy okazji rozmaite, mniej lub bardziej korzystne alianse, a wreszcie – odpierać pradawną potęgę, której istnienie zagrozić może całemu światu.

Lecz zanim dojdzie do owej konwergencji mocy, nim wśród niemalże apokaliptycznej scenerii dojdzie do dramatycznego finału, czytelnik nie powinien narzekać na nudę. Akcja toczy się błyskawicznie, począwszy od pierwszych scen, w których poznajemy najbardziej znaczące dramatis personae, czyli samego Parana, jak i część ekipy Podpalaczy Mostów, poprzez opis oblężenia miasta Pale, gdy na scenę wkraczają kolejne osoby (kadrowa czarodziejka Tattersail i mag Loczek), by wreszcie przenieść się do Darudżystanu, gdzie dane jest nam zaznajomić się zarówno z tamtejszym półświatkiem, jaki i arystokracją, tudzież przedstawicielami koterii magów. Wszystkie te postaci nakreślone są w sposób niezwykle wyrazisty, choć informacje, jakie na ich temat otrzymujemy określić można jako dość wyrywkowe. Nie od samego początku jawi się bowiem dokładna ich charakterystyka. Zazwyczaj konkretne wiadomości należy zbierać z porozrzucanych po całym tomie strzępów informacji: czy to wyławiać z mimochodem rzucanych przez Eriksona uwag, czy też wnioskować na podstawie toczonych przez bohaterów rozmów. Sprawę ułatwia umieszczona na początku książki lista postaci, którą czytelnik na samym wstępie lektury, nieco przytłoczony ilością pojawiających się na kartach Ogrodów… bohaterów, może się posiłkować, tak by nie zagubił się całkowicie wśród lawinowo wprowadzanych na scenę aktorów. A ich imię to zaiste legion – pierwszo-, drugo- i trzecioplanowych, tych zajmujących poczesne miejsce, jak i pojawiających się jedynie przez moment.

Zdecydowanie najwięcej uwagi Erikson poświęca Podpalaczom Mostów. Ta elita wojowników… a raczej banda szumowin spod najciemniejszej gwiazdy, wyrzutków społeczeństwa, zbieranina żołnierzy, którzy w żadnej innej jednostce nie potrafili znaleźć dla siebie miejsca, trzymana żelazną ręką przez zdegradowanego generała Drugiej armii, aktualnie sierżanta o dźwięcznym mianie Sójeczka, ukazana jest w sposób niezwykle barwny. I, pomimo dość szemranej proweniencji jej członków, w sposób ogromnie sympatyczny. Żołdacy, na pozór prostaccy, zyskują przy bliższym ich poznaniu, kiedy okazuje się, że owa szorstka prostota to pozór skrywający znacznie głębsze osobowości. A chaos, który im towarzyszy, jest w najdrobniejszym stopniu przemyślany i zaplanowany. "Pierwsi wchodzimy, ostatni wychodzimy" – to motto oddziału – i tacy właśnie są jego członkowie: odważni aż do granic szaleństwa, uwielbiający ryzyko, lekceważący bezpieczeństwo i, mimo wszystko, honorowi. Oczywiście – wedle wyznaczonego przez samych siebie kodeksu.

Drugą, równie interesująco przedstawioną grupą są bywalcy gospody Pod Feniksem w Darudżystanie. Na pierwszy rzut oka jest to zbieranina klasycznych postaci, jakie pojawiają się w każdej powieści fantasy: złodziej, skrytobójca, bawidamek, mag – nieudacznik. Lecz znów ich wizerunki bardzo odbiegają od kanonu, może oprócz młodego adepta złodziejskiego fachu – Crokusa, który jest dość przewidywalny. Najwyraźniej widoczne jest to w przypadku Kruppego – osobnika nakreślonego w sposób kapitalny, którego, prócz niczym niepowstrzymanego słowotoku i wiecznego optymizmu, cechuje umiejętność radzenia sobie w każdej sytuacji oraz parę dodatkowych zdolności, które dla czytelnika mogą być zaskakujące.

Natomiast główny adwersarz Podpalaczy – a przynajmniej ten, który na początku nim się wydaje – pochodzący z rasy nieśmiertelnych Tiste Andii mag Anomander Rake – również odbiega od standardowego wyobrażenia schwarzcharakteru. Początkowo przedstawiony jako postać owiana nimbem tajemnicy, mroczna, posępna, spoglądająca na świat oczyma, które widziały więcej niż normalna istota byłaby w stanie znieść. Jednak w miarę rozwoju akcji osoba maga stawać się będzie coraz mniej jednoznaczna. Lecz, jako że rozgrywka toczona w Darudżysanie okaże się znacznie bardziej złożona, przyjdzie nam poznać kolejnych zamieszanych w nią uczestników – bogów i pradawne siły – zaś dochodzenie do tego, kto w istocie pociąga za sznurki, będzie zadaniem bardzo skomplikowanym. Albowiem Erikson cały czas prowadzi grę z czytelnikiem, podsuwając mu kolejne tropy, zwodząc, podając jedną teorię, by za moment zastąpić ja zgoła odmienną, a na sam koniec podać rozwiązanie diametralnie różne. I bynajmniej nie definitywnie oczywiste. Cały czas odnosi się wrażenie, iż pisarz nie odkrył jeszcze wszystkich dzierżonych w rękach atutów i przedstawia nam jedynie wycinek historii, umiejętnie przez siebie spreparowany.

Uważne czytanie to podstawa, by zrozumieć Ogrody Księżyca. To stwierdzenie nabiera w przypadku owej książki dodatkowego znaczenia – gdyż ją powinno się wręcz analizować. Albowiem pewne fakty, które na pozór wydają się mało znaczące, ot, rzucone gdzieś mimochodem, po kilkudziesięciu – lub nawet kilkuset – stronach okazują się być kluczowymi dla fabuły. A wyłowienie ich z gąszczu innych informacji bywa niekiedy arcytrudne. Zwłaszcza, iż Erikson pisze momentami nieco chaotycznie, przeskakując od jednego wydarzenia w drugie, czasem pewne ustępy pozostawiając niedopracowanymi – czuje się, iż pomimo spektakularnej wizji, jaką posiada brakuje mu nieco umiejętności warsztatowych. Nie są to jakoweś rażące błędy – raczej pewna surowa szorstkość zdań i dialogów. Trzeba się również przyzwyczaić do specyficznej nomenklatury, widocznej przede wszystkim w przypadku imion postaci. Pisarz podąża tu w dwóch kierunkach: albo wymyślając miana, na których można sobie połamać język (Tattersail, Tayschrenn, Estraysian D’Arle), albo stosując proste nazwy, zdające się być raczej przydomkami (Płot, Skrzypek, Biegunek). Natomiast jednym z najlepszych elementów książki są dyskusje pomiędzy postaciami – iskrzące się ironią szermierki słowne, jakże nietypowe dla fantasy, gdy bohaterowie posługują się na wskroś współczesnym językiem.

Podziw budzi rozmach, z jakim Erikson wykreował swoje uniwersum. Kanadyjczyk – z zawodu paleontolog, bywalec archeologicznych wykopalisk – z naukowym zacięciem zabrał się do kreślenia historii świata opisanego na kartach Malazańskiej Księgi Poległych, rozpisując ją na wiele tysięcy lat. I choć w jego prozie można odnaleźć bardzo wiele literackich tropów – inspiracji zarówno dziełami stricte fantastycznymi, z Czarną Kompanią Cooka na czele, jak i antycznymi eposami (Iliadą i Odyseją) – to jednak autorstwo większości pomysłów należy niezaprzeczalnie do niego samego. Jak chociażby rozmaitych ras, jakich na próżno szukać na kartach powieści fantasy – Jaghutów, T'lan Imassów, K'Chain Che'Malle i wielu innych. Nie ma natomiast w Ogrodach księżyca typowych dla książek spod znaku magii i miecza istot, jakimi są chociażby elfy czy krasnoludy.

Wielce skomplikowane są czarnoksięskie arkana, jakimi posługują się bohaterowie książki. W ogóle magia jest spiritus movens całego uniwersum – wszechpotężna, pradawna, pozwalająca na niemalże wszystko, lecz również wymagająca od tych, którzy z niej korzystają, ogromnych wyrzeczeń. Natomiast cena, jaką płaci się za dorównywanie dzięki niej bogom, bywa ogromna. Równie złożony jest panteon – powiązani ze sobą siecią aliansów lub też silnie zantagonizowani bogowie, Starsi Bogowie, Wielkie Domy, którymi rządzą nieśmiertelne istoty, ascendenty, czyli ludzie, którzy zyskali boskie moce, itd.

Ogrody Księżyca trudno zdefiniować jednym określeniem. W tej książce występują elementy pozwalające ją zaliczyć do dark fantasy, rozmach, który skłania, by przypisać jej miano high fantasy, a wreszcie elementy typowe dla wersji low. Patos przeplata się z cynizmem a monumentalny rozmach puentowany jest scenami iście koszarowymi. To misterna kompozycja wielu elementów, mozaika, w której wciąż brakuje licznych tesser. Zaskakujący wstęp do znacznie obszerniejszej historii, udowadniający, iż Erikson posiada umiejętność tworzenia niebanalnych bohaterów i potrafi wykreować świat o ogromnym potencjale (którego jednak nie do końca udało mu się w pierwszym tomie Malazańskiej Księgi Poległych wykorzystać). Z treścią książki idealnie koresponduje okładka – klimatyczny obraz tajemniczej, otulonej nocną mgłą wieżycy. Na pewno nie jest to lekka i łatwa lektura, lecz, kiedy czytelnik oswoi się z charakterystycznym dla pisarza stylem, chłonąć będzie każdą kolejną stronę.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
8.5
Ocena recenzenta
7.95
Ocena użytkowników
Średnia z 21 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Ogrody księżyca
Cykl: Malazańska Księga Poległych
Tom: 1
Autor: Steven Erikson
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawca: MAG
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 13 lipca 2012
Liczba stron: 596
Oprawa: miękka
Format: 165 x 230 mm
ISBN-13: 978-83-7480-258-1
Cena: 49 zł



Czytaj również

Ogrody księżyca - Steven Erikson
Monumentalne otwarcie
- recenzja
Ogrody Księżyca - Steven Erikson
Początek długiej drogi
- recenzja
Ogrody Księżyca – Steven Erikson
Dla tych, którzy lubią magię
- recenzja
Okaleczony Bóg
Wielkie zamknięcie
- recenzja
Myto Ogarów
Początek końca
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+2
"[...] albo stosując proste nazwy, zdające się być raczej przydomkami (Płot, Skrzypek, Biegunek)." - to SĄ przydomki...

"Podpalaczom Mostów. Ta elita wojowników… a raczej banda szumowin spod najciemniejszej gwiazdy, wyrzutków społeczeństwa, zbieranina żołnierzy, którzy w żadnej innej jednostce nie potrafili znaleźć dla siebie miejsca" - gdzie jest w książce o tym, że to szumowiny i wyrzutki?! To elitarny oddział, jeszcze z czasów Cesarza...
30-09-2012 21:42
Asthariel
   
Ocena:
0
Co nie zmienia faktu, że mają reputację takich twardzieli, co to pakują kosę pod żebra dowódcom...
30-09-2012 22:16
earl
   
Ocena:
0
Zresztą taka jest opinia recenzentki, którą przedstawiła na podstawie charakterystyki tego wojska.
30-09-2012 22:26
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Opinia opinią, ale pisanie pierdół to inna kwestia.
Skoro to jest opinia na podstawie przedstawionej w książce charakterystyki, to ja chcę fragment, w którym jest o tym, że są to wyrzutki i szumowiny (wystarczy mi nr strony, mam to samo wydanie). Jeżeli nie ma tego w książce (a jestem przekonany, że tego nie ma), to gratuluję recenzentki, która nie potrafi wiarygodnie przedstawić powieści.
30-09-2012 22:37
Szczur
    Nikt tego nie przejrzał po wrzuceniu
Ocena:
0
żeby tagi pozamykać poprawnie?
30-09-2012 22:49
Melanto
   
Ocena:
+1
Bardzo mnie ucieszyło ponowne wydanie, bo mogłam przeczytać tom pierwszy. I tak wciąż uważam, że najlepszy jest następny w kolejce, kiedy czytelnik jest tak ciekawy tego, co będzie dalej i jak to było naprawdę, że żaden chaos i nadmiar mu nie przeszkadza. Mnie w tomie pierwszym - który czytałam po długiej, długiej przerwie - przeszkadzał. Ale im dalej, tym było lepiej.
Początki są nie zawsze dobre, w przypadku Eriksona poczatek jest bardzo, bardzo dobry. Cenię u niego zwłaszcza zmuszanie czytelnika do dokładnego czytania, do skupienia uwagi na każdym szczególe, na tych ważnych dla fabuły drobnostkach, które kryją się tu i ówdzie.

Wypadałoby poprawić drobne błędy typu Ganoesh, Krupe czy K’Chein Che’Malle, T’lan Ilmassów. Jakoś tak zawsze znajdę coś, co nieładnie wygląda.
30-09-2012 23:37
Scobin
   
Ocena:
0
@Anonim, Melanto

Wysłałem Mai Białkowskiej wiadomość o Waszych komentarzach.

(EDIT: literówki poprawione, przynajmniej te, o których dała mi znać Maja).

(EDIT II: Anonimie, z początku tego nie zauważyłem, ale w przyszłości zdecydowanie prosiłbym o unikanie uwag personalnych. Inaczej ciężko o dyskusję).

@Szczur

Ktoś zdążył już poprawić, zanim zajrzałem – zdaje się, że teraz tagi są OK. Dzięki za uwagę.
01-10-2012 00:34
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Przegadana, pretensjonalna i nadęta recenzja.
01-10-2012 10:17
Madalena
   
Ocena:
+1
Nie podoba mi się. Niestety. Nie mówię, że Autorka nie musiała włożyć ogromnej ilości pracy w to co napisała, ale niestety praca ta została zrobiona daremnie.

Przede wszystkim w recenzji próbuje się zrobić coś, co moim zdaniem jest w przypadku Eriksona niemożliwe, a mianowicie zaszufladkować ten cykl. Nie da się, gdyż wymyka się on większości prawideł a wszelkie próby jak widac sa skazane na porażkę.

Po drugie spłaszczanie naprawdę głębokich motywów widocznych nawet w 1 tomie jest niedopuszczalne ( np. kwestia postrzegania wojny poprzez pryzmat skarbca przez cesarzową)

Po trzecie, skakanie z tematu na temat powoduje chaos w umyśle czytającego. Ja po czymś takim nie sięgnęłabym po Ogrody. Pierwszy tom jest ciężki, i tym bardziej należało by go przedstawić słowami prostymi, ukazując wątki bardziej przejrzyście, nie próbować ująć zamysłu (!) pisarza w jednej notce. Bo mamy tutaj uwagi i językowe, i neologiczne, symbolikę, charakterystykę postaci (sic!) itd itd. Wymieniać by można długo.

Nie mówię, że Autora recencji w wielu kwestiach nie ma racji. Bo ją ma. Np. owszem, czytanie całości serii, nie tylko Ogrodów, wymaga skupienia i uwagi. To nie jest książka którą można wziąć na 5 minut do kibla. Tutaj trzeba się poprzegryzać, pozastanawiać, czasami przerwać i powórcić dopiero po przemyśleniach, inaczej utopimy się w geniuszu autora, ale niewiele z niego wyniesiemy, i niewiele zobaczymy. A jest na co patrzeć.

Moja rada? Pewnie niepotrzebna. Mniej hmm, górnolotności, więcej prostoty i bez spoglądania z góry na serię.
01-10-2012 12:35
Scobin
   
Ocena:
+1
@Madalena

Może warto zwrócić uwagę na kontekst: pod artykułem znajdują się linki do dwu innych recenzji "Ogrodów Księżyca" (jedna z nich ukazała się przed paroma tygodniami). Każdy z trzech naszych tekstów o książce Eriksona zwraca uwagę na troszkę inne rzeczy. :-)
01-10-2012 12:48
Siriel
   
Ocena:
+1
Z treścią książki idealnie koresponduje okładka – MAG w reedycji, zamiast kiczowatego barbarzyńcy, który prężył muskuły na obwolucie pierwszego wydania, postarał się o bardziej klimatyczny obraz tajemniczej, otulonej nocną mgłą wieżycy.

Nie widzę tu specjalnych starań. Taka okładka jest po prostu w reedycji oryginału.

np. tu: amazon
01-10-2012 12:53
Salantor
    Okładka
Ocena:
+2
Paczę na stare wydanie Ogrodów i nie widzę tam żadnego prężącego muskułów barbarzyńcy. Widzę za to demonicznego wojownika w płytowej zbroi, siedzącego na opancerzonym, równie demonicznym koniu, dumnie prezentującego kilka umieszczonych w pobliżu siodła czaszek. Plus ognisty portal w tle. Taki obrazek trochę więcej mówi mi na temat książki, niż samotna wieża gdzieś na skalnym pustkowiu.
01-10-2012 12:58
~pierwsza tylda

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
@Salantor - tekst o okładce starego wydanie jest kolejnym przykładem tego, że autorka recenzji pisze co chce, nie zwracając uwagi na to, jak JEST.

@ ~: "Przegadana, pretensjonalna i nadęta recenzja." - jak każda tej recenzentki ;)
01-10-2012 14:38
Sting
    @Scobin
Ocena:
+2
"Każdy z trzech naszych tekstów o książce Eriksona zwraca uwagę na troszkę inne rzeczy. :-)"

Tekstów o "Ogrodach Księżyca" było więcej - z pięć lub sześć. Aleksandra z 2005 roku, mój z 2006 i być może jeszcze jakiś. ;] Można by podlinkować wszystkie.

Co do okładki pierwszego wydania. Faktycznie nie ma na niej żadnego barbarzyńcy. Nie jest to jednak oryginalna okładka. Oryginalna została wykorzystana w "Tarczy Szerni" Kresa.
01-10-2012 14:59
Scobin
   
Ocena:
+1
@Salantor, Sting, Siriel

Dzięki za uwagi dotyczące okładki. Usunąłem z recenzji krótki fragment o staraniach MAG-a.

@Sting

Masz rację – powinienem był sprawdzić także w bazie danych, a nie tylko w linkach pod notą. Rzecz ciekawa: dwa starsze teksty miały tagi "Ogrody Księżyca" i "Steven Erikson", ale dopiero kiedy dodałem "Malazańską Księgę Poległych", pojawiły się w odsyłaczach pod recenzją. Tak czy inaczej, teraz linki już są.
01-10-2012 18:04
Vanth
   
Ocena:
+2
Odnośnie okładki:
Przyznaję, mea culpa - stary egzemplarz dawno mi się rozpadł i pamiętałam jeno, ze na okładce był wojownik kiczowaty straszliwie i czaszki - wiec automatycznie mi się z barbarzyńca skojarzyło. Powinnam była sprawdzić dokładnie.

Natomiast co do treści recenzji. Każda ocena jest kwestią subiektywną - oddaje to, w jaki sposób konkretny czytelnik postrzega daną książkę. Nikt nie posiadł klucza uniwersalnego do prozy Eriksona, można ją interpretować na wiele różnych sposobów, by nie rzec wręcz, iż ilu wielbicieli Malazu - tyle sposobów na odczytanie wykreowanego przez Kanadyjczyka uniwersum. Moją wersję przedstawiłam - i nie ma obowiązku się z nią zgadzać. Jak również nie wszystkim może się podobać mój styl pisania i argumentacja. Nie jestem krytykiem literackim (i nigdy do takiego miana nie pretendowałam), tylko amatorem, który stara się oddać wrażenia post lekturowe.
02-10-2012 00:58
Scobin
   
Ocena:
+1
@Pierwsza Tylda

Prosiłem o unikanie uwag personalnych. Nie przyniosło to skutku, więc przed chwilą skasowałem któryś z rzędu komentarz, który je zawierał. Następne tego rodzaju wypowiedzi również będą usuwane.

Zapraszam do kontaktu mailowego (można znaleźć adres w moim profilu) – chętnie prześlę tekst oryginalnego komentarza, tak aby można było go opublikować po wycięciu argumentów ad personam.

___

EDIT: Konsekwentnie zachęcam do wypowiedzi merytorycznych, a nie personalnych. Łatwo sprawdzić, że nie mamy nic przeciwko krytykowaniu naszych tekstów – w innym wypadku poprzednie wypowiedzi, w których krytyka personalna miesza się z merytoryczną, również zostałyby usunięte. Natomiast dalsze ataki personalne (w rodzaju "XYZ nie powinien pisać recenzji" albo "XYZ to wzajemnie wspierająca się kasta") nie będą tolerowane.

Zapisałem kopię ostatniego komentarza (mogę ją również przesłać), ale następne tego rodzaju wypowiedzi będą kasowane bez zachowywania. Niestety (a może na szczęście?) nie mam czasu na łagodniejsze traktowanie powtarzających się anonimowych argumentów ad personam.
02-10-2012 10:47
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Nie otrzymałem merytorycznej odpowiedzi, więc dlaczego jest to ode mnie wymagane?

Ostatni raz zadam proste pytanie: W który miejscu w książce Podpalacze Mostów zostali opisani jako "banda szumowin spod najciemniejszej gwiazdy, wyrzutków społeczeństwa, zbieranina żołnierzy, którzy w żadnej innej jednostce nie potrafili znaleźć dla siebie miejsca"?

Może być, czy znów coś źle zrobiłem?
02-10-2012 13:27
Scobin
   
Ocena:
+1
Nie otrzymałem merytorycznej odpowiedzi, więc dlaczego jest to ode mnie wymagane?

Wymagane jest tylko powstrzymanie się od argumentów personalnych (po które nikt inny tutaj nie sięgał).

Sądzę, że Twoje pytanie jest jak najbardziej sensowne, a ostatnia odpowiedź Mai Białkowskiej – niewystarczająca. Gdyby od początku było merytorycznie, a nie personalnie (albo gdybyś teraz wycofał się z tej drugiej części krytyki), oczekiwałbym, że Maja bardziej konkretnie uzasadni swoją opinię (lub przyzna się do błędu, każdemu może się on zdarzyć). Ponieważ jest inaczej, to według mnie recenzentka nie ma obowiązku odpisywania. Być może mimo wszystko zdecyduje się odpowiedzieć dokładniej – to jej wybór.

Pozdrawiam!
02-10-2012 14:39
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
To może następnym razem na ewentualne zarzuty będzie odpowiadać autorka tekstu, a nie jej obrońcy (earl), którzy sięgaj zawsze po ten sam argument, bardzo częsty na tym portalu ("To subiektywna opinia")?
Człowiek się potem denerwuje, gdy na każdy negatywny komentarz dostaje tę samą (niemerytoryczną) odpowiedź, toteż odpowiada, jak osoba zdenerwowana.
02-10-2012 15:55

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.