» Artykuły » Felietony » Odrobina cierpliwości

Odrobina cierpliwości


wersja do druku

Qchnia artystyczna #2

Autor: Redakcja: Michał 'M.S.' Smętek
Ilustracje: Vermiliona

Odrobina cierpliwości
Miało być bardziej ogólnie, po trosze filozoficznie, ale po publikacji felietonu Ani Brzezińskiej odezwały się głosy domagające się konkretów. Tak więc do konkretów przejdziemy.

Jednym z największych wrogów młodych wannabe-pisarzy jest pośpiech. Ich dzieła powstają zazwyczaj w bardzo krótkim czasie, bez jakiegokolwiek przygotowania, bez redakcji. W głowie pojawia się pomysł, zarys kilku scen, ewentualnie sylwetka bohatera i zakończenie, a oni już siadają do pisania. Adrenalina buzuje w żyłach, w głowie huczy od wizji przyszłych planów wydawniczych ("No bo przecież ktoś to wyda, przecież to taki dobry pomysł!") i po kilku dniach (tudzież zarwanej nocy) wklepują magiczne słowo: KONIEC. Jego nadprzyrodzony charakter objawia się tym, że omamia ono samego twórcę. Staje się nie tylko końcem nowopowstałego tekstu, ale również i końcem pracy nad nim, końcem redakcji, ogółem całego procesu twórczego; końcem absolutnym. Po tym pozostaje już tylko wysłać maila z tekstem w załączniku i czekać, aż poruszony naszym talentem redaktor zadzwoni w środku nocy, krzycząc: "To jest to!".

Mija tydzień, i nic. Dwa tygodnie, miesiąc, potem trzy (w międzyczasie zdążyliśmy wysłać jeszcze ze trzy wiadomości, w których pytamy, czy aby na pewno opowiadanie doszło; możliwości, że po prostu się nie nadaje, nie bierzemy pod uwagę). Mija pół roku, nadal żadnej odpowiedzi, ale my zaprzątnięci jesteśmy już czymś innym. Na poprzedni tekst spoglądamy z pobłażaniem, śmiejemy się z nieporadnych opisów, sztywnych dialogów i szarpanej akcji. I piszemy kolejny, bo akurat się do niego zapaliliśmy, bo znowu czujemy buzującą w żyłach adrenalinę. Koło się zamyka.

Tymczasem spisanie tekstu jest tylko jednym, niekoniecznie najważniejszym elementem procesu twórczego. Twórcy tacy jak Peter Watts przez lata zbierają materiały do swoich powieści, wklepanie tekstu na komputer traktując jako element większej całości. Ale i na tym się nie kończy. Ten sam pisarz nie dalej niż dwa miesiące temu na swoim blogu informował, że przepisuje od nowa gotowe już opowiadanie The Things. Coś mu nie pasowało, czegoś nie udało się uchwycić. Zaczął więc od początku. Z kolei Paolo Bacigalupi przyznaje, że żadne z jego opowiadań nie trafiło do druku w pierwotnym kształcie. Kasowanie całych stron, usuwanie gotowych już tekstów i pisanie ich od nowa to dla niego chleb powszedni. Historia zawarta w The Fluted Girl pierwotnie miała być opowiedziana z perspektywy bezwzględnej pani niewolników, jednakże po postawieniu ostatniej kropki Paolo zmienił zdanie i ciężar opowieści złożył na barkach tytułowej dziewczynki. Co więcej, pierwszy rozdział jego debiutanckiej powieści The Windup Girl był przepisywany aż dwadzieścia razy!

Oczywiście, są od tego wyjątki. Pamiętam, że Maja Kossakowska na Szczecińskich Dniach Fantastyki wspominała, że Feliks W. Kres po prostu siada i pisze. Bez żadnego planu. Z kolei Rafał Kosik przyznaje, że nie zbiera żadnych materiałów, a wszystko czego potrzebuje na bieżąco wyszukuje w Internecie. Czyli można. Nie liczyłbym jednak na to, że i wam się uda – może w przyszłości, ale raczej nie w przypadku pracy nad debiutanckim dziełem.

Dobry pisarz musi mieć w sobie coś z perfekcjonisty (aczkolwiek zbytnie malkontenctwo nie jest mile widziane); musi też być cierpliwy. W swoim felietonie Ania pisała o młodzieży biorącej się za bary z fantasy, unikających w ten sposób (przynajmniej w zamyśle) konieczności pracy nad tekstem, robieniem tak zwanego reaserchu. Podobnie rzecz ma się z horrorem – boom na literaturę grozy jest jak najbardziej zrozumiały. Pisząc horror, w powszechnym mniemaniu nie trzeba się na niczym znać. Nie trzeba zbierać danych, przesiadywać w bibliotekach i robić notatek; w dużej mierze mała popularność science fiction wynika właśnie z niechęci do pracy wykraczającej ponad spisanie tekstu.

Reasumując, każdy wannabe-pisarz powinien mieć świadomość, że opowieść to twór żywy. Jako taki podlega więc prawom ewolucji. Zaczyna się od maleńkiego zalążka, a z czasem się rozwija, przekształca mnóstwo razy, by w efekcie powstało pełnoprawne opowiadanie. Musi mieć jednak na to szansę. Na pewno wielokrotnie słyszeliście starą prawdę, iż po napisaniu tekst powinien swoje odleżeć. Należy go zamknąć w szufladzie, zająć się czymś innym i wrócić do swojego dzieła po jakimś czasie, by spojrzeć na niego z innej perspektywy. Brzmi jak banał, ale nim nie jest. W chwili wklepania na klawiaturze ostatniego zdania wasze opowiadanie zdaje się wam pozbawionym wszelkich wad, oryginalnym, napisanym z polotem – sądzicie, że zawojujecie nim świat. Wystarczy jednak tydzień, miesiąc czy dwa, byście zaczęli dostrzegać w nim wady. Nie należy się wtedy zniechęcać, tylko pracować dalej, czytać każde zdanie dziesięć razy, gdy jest to konieczne, a nawet skasować całość i wrócić do etapu pustego arkusza.

Bo co nagle, to po diable.



Czytaj również

O marzeniach
Qchnia literacka #15
Z planem czy na żywca?
Qchnia artystyczna #14
Selekcja i dawkowanie informacji
Qchnia artystyczna #13
Mina przeciwpiechotna
Qchnia artystyczna #12
Ucieczka w dialogi
Qchnia artystyczna #11
Pisałem kiedyś powieść. Emocje.
Qchnia artystyczna #10

Komentarze


Lafcadio
   
Ocena:
0
Brak Anny Brzezińskiej już w drugim artykule w cyklu nieco smuci.
11-10-2009 15:32
Siman
   
Ocena:
0
"Nie spiesz się" to dla mnie równie ogólna porada, co "Rób reasearch przed/w trakcie pisania". :) Cały czas czekam na coś bardziej odkrywczego i mniej oczywistego.
11-10-2009 16:35
27383
   
Ocena:
0
A moim zdaniem to bardzo przydatna porada. To jest seria artykułów dla początkujących "pisaczy", nie wszyscy muszą odrazu wiedzieć, że ich dzieło wymaga dokładnych badań w trakcie pisania, a do tego braku pośpiechu :)
11-10-2009 21:51
malakh
   
Ocena:
0
@ Lafcadio

Było uważnie czytać wieść o cyklu;p Artykuły będą pisane na zmianę. To po prostu moja kolej.

Tekst Ani pojawi się za dwa tygodnie.

@ Siman

Siman, co dla jednego jest oczywistym, dla drugiego nie. Przez ostatnie lata, najpierw jako pomocnik w dziale opowiadań innego serwisu, następnie szef działu Poltera przeczytałem mnóstwo tekstów autorstwa wannabe-pisarzy. Uwierz mi, może z 10% w ogóle było powtórnie czytane przez autora po napisaniu. O redakcji nie wspominając.
11-10-2009 23:00
Siman
   
Ocena:
+4
Moje prywatne przeświadczenie: wannabe pisarze, jeśli nie czytają (powtórnie) własnych opowiadań, nie przeczytają też porad odnośnie pisania. Wannabe pisarze, którzy nie szukają informacji mogących poprawić światy które tworzą, nie przeczytają też porad, które im to zaproponują. To jak z poradami dla MG: większość komentarzy mówi "mi to nic nie powie, ale dla początkujących...". Ale jakoś żaden znany mi MG nie deklarował nigdy, że uczył się prowadzenia z poradników. Jeśli coś z poradników wyczytali, to właśnie z tych, które skierowane były dla totalnych begginerów, ale odkrywały coś nowego także doświadczonym. Bo wbrew pozorom doświadczenia wymaga nawet świadomość, że w ogóle ktoś jakieś poradniki dla MG/pisarzy pisze.

Jako 9-latek pisałem swoje pierwsze opowiadanie w zeszycie 16-kartkowym. Gdy się skończył, zacząłem pisać na luźnych kartach. Jak skończyły się i one, przerzuciłem się na chusteczki. Chusteczki rychło się pogubiły, więc opowiadania nie dokończyłem. Dobra porada dla mnie w tamtym okresie: pisz w zeszycie 32-kartkowym (albo: kup komputer).

Dla początkującego KAŻDA informacja może okazać się przydatna. Ale: chodzić dziecko nauczy rodzic, nie programy edukacyjne. Wrzucać biegi nauczy instruktor, robienie o tym np. programów telewizyjnych byłoby kretyńskie. Większość MG dostanie kilka mądrych porad od bardziej doświadczonych erpegowców z okolicy, po almanachy sięgnie później. Żeby nauczyć się grać C, D, E na gitarze nie musiałem sięgać po filmiki instruktażowe na YouTube, potrzebne mi to było dopiero przy bardziej złożonych ćwiczeniach. A że autor nie przeglądał swojego opowiadania dostrzeże zazwyczaj każdy człowiek, który czytuje więcej książek, nie tylko redaktor serwisu/wydawnictwa.

Po poradniki sięgają osoby, które znają najbardziej oczywiste kroki, ale ludzie dookoła (znajomi trochę siedzący w temacie) nie są w stanie podać im czegoś więcej. Więc te osoby myślą: "a co by mi powiedział profesjonalista?". Szkoda, jeśli profesjonalista znów powtarza te oczywistości.
12-10-2009 05:16
malakh
   
Ocena:
0
Siman, ty chyba oczekujesz, że już w pierwszych artykułach zamieścimy jakieś prawdy objawione;p

A przecież od czegoś wyjść musimy - zaczynamy od najbardziej oczywistych kwestii, najczęściej popełnianych błędów. Jak mam pisać o konstruowaniu wiarygodnych postaci komuś, kto nawet nie robi reaserchu i redakcji?
12-10-2009 12:19
Lafcadio
    @malakh
Ocena:
0
Faktycznie treść wieści o cyklu zatarła mi się w pamięci. Dzięki za przypomnienie ;)
12-10-2009 18:05
teaver
   
Ocena:
+2
Moim skromnym zdaniem, jako osoby która poprowadziła nieco redakcji na tym serwisie, ta rada jest mało precyzyjna.

Pośpiech młodych autorów widać nie po tym, że siadają i piszą aż napiszą. To raczej dobra cecha świadcząca o pracowitości i tym, że lubią to, co robią. Im po prostu brak samokrytyki.

Dobry tekst to taki, który miał co najmniej trzy wersje. Dobry tekst to taki, nad którym pracował ktoś jeszcze oprócz autora. Wreszcie - dobry tekst to taki, który został porządnie wybebeszony, czyli zarzucony tysiącem pytań.

Tymczasem autorzy wysyłający opowiadania do redakcji Poltera bardzo często kończą współpracę na samym wysłaniu maila. Są oburzeni, że ktoś próbuje cokolowiek robić w ich dziele, lub ignorują wszelkie próby kontaktu nie zwracając uwagi na logiczne argumenty.

W ten sposób "pośpiech" zdefiniowałabym jako "niechlujstwo", bo praca w pośpiechu wcale nie musi oznaczać, że tekst będzie niedopracowany. Za to lenistwo i zadęcie - a i owszem. Apelowałabym więc o więcej pokory i sumienności w trakcie poprawek - czy to wlasnych, czy naniesionych przez kogoś innego.
13-10-2009 11:28
malakh
   
Ocena:
0
Pośpiech, czyli w moim rozumieniu "parcie na papier". Jak już napiszą tekst, to od razu chcą go wysłać, od razu publikować. To widać chociażby po nagminnych literówkach, które wyeliminować mogłoby przynajmniej jednokrotne przeczytanie własnego działa.
13-10-2009 13:07
~zawpracowany!

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Wannabe to wannabe tamto. Jak tacy z was wannabe amerykańce, to precz z polskiej sieci. Dbajmy o czystość języka!
13-10-2009 13:08
~Antavos

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Dbanie o czystość języka nie oznacza braku pozwolenia na jego zmiany. Pojawienie się Internetu, a co za tym idzie coraz większa globalizacja, powoduje coraz szybszą ewolucję słowa. Widać ją doskonale, gdy porównamy styl wypowiedzi dzisiejszej młodzieży oraz ich równolatków uczących się w czasach przed-Internetowych, na przykład w latach 80 XX wieku. Amerykanizacja życia (Internet jest przecież wynalazkiem amerykańskim) jest naturalnym procesem, którego nie zatrzymamy, bo nie da się zatrzymać globalizacji siłą rzeczy opartej na języku angielskim, lingua franca dzisiejszego świata, też zresztą mutującym się w coraz to dziwniejsze formy. Dużo większym zagrożeniem, przede wszystkim dla literatury, jest językowe niechlujstwo i brak poszanowania dla języka ojczystego, objawiający się w nagminnym popełnianiu błędów językowych, stylistycznych, gramatycznych.

I tutaj dochodzimy do sedna. Odleżenie może oczywiście tekstowi pomóc, ale nie jest sine qua non do napisania dobrego kawałka prozy. Dużo ważniejsze od leżenia w szufladzie jest przede wszystkim MYŚLENIE w trakcie pisania. Pisarz, który myśli, już w trakcie pracy widzi błędy, pracując na żywym organizmie. Potem tekst trafia do redaktora i to jego zadaniem jest ocena tekstu. Zauważcie, co napisałem: ocena, nie poprawienie błędów.

Dobry redaktor powinien takżę wychwycić, czy błędem byłaby sama publikacja. Przykładowo: autor X napisał opowiadanie science fiction Y, napocił się, zrobił research, tekst odleżał lata. Jest poprawny i nadaje się do druku. Brak mu jednak "tego czegoś", co sprawia, że chcemy więcej. Widać, że autor się męczył. W tym samym czasie X napisał od niechcenia horror, bijący na głowę opowiadania Strauba, Kinga czy Piccirillego. Widać pasję. Skreślił zdania - i już, historia sama przyszła. Oba teksty są co najmniej na poziomie druku. Który powinien zostać opublikowany dla dobra autora?
13-10-2009 20:22
malakh
   
Ocena:
+2
"wannabe-pisarz" to po prostu wygodne określenie.

Jeżeli ktoś podsunie mi równie dobry, najlepiej jednowyrazowy polski odpowiednik, z chęcią przerzucę się na ten drugi.

@ Antavos

Pamiętaj jednak, że w przypadku młodych twórców o redaktorach raczej nie ma mowy.
13-10-2009 20:44
nerv0
   
Ocena:
0
Ok., kolejna dość jasna rzecz. Niestety i tym razem nie doszukałem niczego odkrywczego tak jak napisali poprzednicy. Nie twierdzę jednak, że coś takiego nie powinno ujrzeć światła dziennego w tej serii, bo powinno. Jeśli już o czymś pisać to od początku do końca. Problem w tym, że takie podstawowe sprawy powinny zostać przedstawione najlepiej już w pierwszej odsłonie, aby w następnych przejść do konkretniejszych konkretów. Jeśli co dwa tygodnie będzie się ukazywać jedna porada typu: Nie spiesz się i upewnij, że tekst się do czegoś nadaje, tylko ujęta w nieco większej ilości zdań, to ta seria będzie dość długa, a przez to jej potencjał osłabnie.

Wydaje mi się, że warto by z miejsca wypunktować sobie absolutne podstawy, o których warto by wspomnieć. Rozpisać je wszystkie w powiedzmy 3 odsłonach (o 2 już nie piszę, bo właśnie przeskoczyły), a później przejść do rzeczy właściwej. To większa ilosć pracy na początek, ale tak to już jest, że na starcie zapal jest największy, więc coś takiego powinno powstać w miarę bezboleśnie. Autorzy mieli by z tym spokój, czytelnicy w jednym miejscu wszystko o czym warto było by pamiętać na początku, a na następny tydzień wypatrywali by np. tekstu o konstrukcji psychologicznej bohaterów, lub tego w jaki sposób w ciekawy sposób opisywać poszczególne sceny...
14-10-2009 10:27
~zawpracowany!

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
-1
Strange że wciąż niektórym się want to używać polish. Przecież inne języki są so lepsze, mają more krótszych słów które świetnie oddają our myśli. Po co się w ogóle jeszcze bother z tym language pełnym długich wyrazów i tymi ą, ę, itp.
14-10-2009 12:38
~Antavos

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+2
@ malakh: Jasne, nie zawsze adept pióra znajduje redaktora, ale jeśli wysyła gdzieś swoje wypociny, to zwykle właśnie do redaktora, nespa?:)

Co do pytania, to zwrot "wannabe-pisarz", ten wredny slangowy anglicyzm boleśnie kaleczący język polski, można zastąpić :

-> adeptem pióra
-> pisarzem aspirującym
-> początkującym autorem
-> i, oczywiście, nieśmiertelnym AŁTOREM. Bądź TFURCĄ. :)

Pasuje? Pasuje. Wiadomo o kogo chodzi? Wiadomo:)
14-10-2009 19:21
malakh
   
Ocena:
0
@ malakh: Jasne, nie zawsze adept pióra znajduje redaktora, ale jeśli wysyła gdzieś swoje wypociny, to zwykle właśnie do redaktora, nespa?:)

No dobrze, śle... i co? Przecież redaktorzy nie pracują z tekstami, które nie nadają się do publikacji. Ja sam jedynie dodaję komentarz (obszerny, owszem, ale to nie redakcja), w którym zwracam uwagę na ogólne rzeczy. Z braku czasu nie mam możliwości pracy z tekstami absolutnych żółtodziobów.

adeptem pióra

O, to mi się podoba;)
14-10-2009 20:12
~Erystyczna tylda

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Wydaje mi się, że zaczęliście te uwagi trochę od końca (a jeśli nie końca, to przynajmniej od środka ;) ). Moim zdaniem, dla pisarza najważniejsze są upór, konsekwencja i jakoś szeroko pojęta wola.
Jestem pewien, że każdego dnia pojawiają się pisarze, którzy zasiadają do klawiatury, stukają, stukają, stukają, a spod ich palców po miesiącu wychodzi arcydzieło lub bestseller.
Na każdego takiego pisarza przypada niezliczona rzesza, która nigdy nie skończy. Można mieć pomysł i można mieć warsztat, ale jeśli nie zasiądziemy do klawiatury regularnie to nic z tego nie będzie.
Ważne jest, aby pisanie stało się czynnością 'rutunową', a nie ulotnym stanem duszy, który raz na nas spływa, a raz nie. Autor musi w sobie wyrobić dyscyplinę i się jej trzymać.
Jeśli ma czas, niech to będzie 2000 słów (albo np 8 stron standardowego maszynopisu) dziennie. Jeśli nie, to chociaż 1000.
Im dłuższa forma tekstu, tym większe prawdopodobieństwo, że początkujący autor straci po drodze pomysł, wolę, zagmatwa coś. Niech na samym początku tworzy miniatury - ale miniatury z pointą, zamknięte całości, nie sceny wyrwane z kontekstu.
Autor powinien też dużo czytać i to najlepiej innego rodzaju literatury, niż sam ma zamiar pisać.

To wszystko też są oczywiście truizmy, ale wydaje mi się, że dość ważne.
14-10-2009 20:33

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.