string(15) ""
» Blog » O zaufaniu do tłumaczy
18-05-2013 14:19

O zaufaniu do tłumaczy

W działach: przekład, john r.r. tolkien, jerzy łoziński, maria skibniewska, gilgamesz, robert stiller | Odsłony: 40

O zaufaniu do tłumaczy
[Notkę można przeczytać również tutaj, będzie mi bardzo miło.]


Jako student przekładoznawstwa i osoba zainteresowana różnymi problemami związanymi z procesem tłumaczenia, z ogromnym zainteresowaniem czytałem dyskusję (momentami bardzo intensywną) na temat tłumaczenia Władcy Pierścieni, która toczyła się tutaj. Nie chcę się wypowiadać na temat samego tekstu, bo kłótnie o polskie nazwy trwają od lat i chyba nie zmierzają w żadnym konkretnym kierunku. Przy okazji jednak w komentarzach wychodziły na jaw różne poglądy na funkcje tłumaczenia oraz tego, jak ten proces powinien przebiegać. I z tego wszystkiego zacząłem rozmyślać o relacji między czytelnikiem a tłumaczem, konkretnie: nad zaufaniem lub jego brakiem.

Sprawa wygląda bowiem tak: tłumaczenie Skibniewskiej jest dobre, tłumaczenie Łozińskiego nie. Głównym kryterium, które o tym przesądza, są nazwy własne, u tej pierwszej zachowane w oryginale, u drugiego zaś spolszczone – gdyby to nie przesądzało, można by dać szansę późniejszym wydaniom Łozińskiego, gdzie „wbrew woli, ale za zgodą” tłumacza pozostawiono nazwy oryginalne, co jednak nie nastąpiło. Nie nastąpiło, bo czytelnik czuje się zdradzony: chciał przeczytać Tolkiena, za Tolkiena zapłacił, a tu nagle Łoziński.

Trudno mi jednak oprzeć się wrażeniu, że zdrada nie wynika ze złej woli tłumacza, tylko z mniej lub bardziej świadomego zaufania, jakie pokłada w nim czytelnik: wiary w to, że obcuje z oryginałem – tylko w innym języku. Oryginał to rzecz święta. Niezależnie od tego, czy wierzymy w intencję autora, który chce nam coś przekazać, czy w tekst, który sam z siebie generuje określone znaczenia, tłumacz ma być tekstowi wierny.

Problem polega na tym, że każdy tłumacz odbiera i interpretuje tekst inaczej, tak samo, jak każdy „zwykły” czytelnik, w związku z czym każdy z nich stworzy inne tłumaczenie (nawet jeśli interpretacje są do siebie zbliżone). Do tego dochodzą różnice między językami – problemy ze znalezieniem odpowiedników (lub ich brak), rozmaite odcienie znaczeniowe słów – oraz przyjęcie różnych strategii przekładu.

Czemu więc Łozińskiemu się oberwało? Nie wnikając w kwestie jakości tłumaczeń (bo też cała dyskusja nie ich dotyczyła, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie), widzę dwa powody. Po pierwsze: chronologia. Przykład Kubusia Puchatka świetnie pokazuje, że pierwsze tłumaczenie może się doskonale przyjąć, nawet jeśli mocno zniekształca tekst, kolejne, mimo wierności (którą swoją drogą też można różnie definiować) względem oryginału, mają już o wiele trudniej. Czytelnicze wyobrażenie tekstu oryginalnego bardzo łatwo więc kształtować. Po drugie: spolszczenie nazw to decyzja bardzo widoczna, natychmiast przyciągająca uwagę, choć w procesie przekładu trzeba podjąć mnóstwo innych, równie istotnych. Burzy więc iluzję obcowania z Oryginalnym Tekstem, choć przecież wszystkie inne słowa angielskie zamienione na polskie odpowiedniki (a więc całe tłumaczenie) są niczym innym jak ingerencją weń tego konkretnego tłumacza.

To czytelnicze wrażenie potęguje z pewnością fakt, że tłumacze rzadko tłumaczą się ze swoich decyzji – najczęściej wtedy, kiedy są one bardzo widoczne, tak jak właśnie Łoziński, czy Andrzej Polkowski, zamieszczający na końcu każdego tomu serii o Harrym Potterze słowniczek terminów, gdzie podaje etymologię słów i wyjaśnia, czemu przełożył tak, a nie inaczej. Najjaskrawsze przykłady można znaleźć tam, gdzie tłumacz musi najmocniej ingerować: nie tak dawno temu miałem przyjemność przeczytać Gilgamesza w przekładzie (a może już adaptacji?) Roberta Stillera. Tekst eposu zachował się w postaci niekompletnej, niektóre z tablic dotrwały do naszych czasów tylko w postaci szczątkowej, niektóre zaś zostały mniej lub bardziej udolnie zrekonstruowane – na przykład zakończenie, powtarzające tekst jednego z wcześniejszych rozdziałów, które Stiller zdecydował się zmienić na wersję zgodną z wcześniejszymi wydarzeniami i lepiej oddającą ducha utworu. W takiej sytuacji obszerny wstęp, w którym tłumacz podaje źródła, z których korzystał, oraz motywacje, jakie nim kierowały, wydaje się nieodzowny.

Co powinien wobec tego począć czytelnik? Może oczywiście pozbyć się pośrednika i czytać teksty oryginalne. To rozwiązanie bardzo atrakcyjne, choć nie zawsze możliwe – istnieje zbyt wiele języków, by poznać je wszystkie. W pozostałych przypadkach musi więc chyba zdobyć się na odwagę i zaufać tłumaczowi, mając świadomość, że tekst, który czyta, oryginałem nie jest i nie będzie. I liczyć się z ryzykiem rozczarowania, którego nie można zminimalizować – przynajmniej dopóki wszyscy tłumacze nie zaczną się tłumaczyć.


Na obrazku (autorstwa Domenico Ghirlandaio) święty Hieronim – patron tłumaczy.

Komentarze


   
Ocena:
0
Domyślam się, że przy ewidetnym zawaleniu sprawy przez tłumacza w sposób przez Ciebie opisany albo w sytuacji gdzie tłumacz uprawia własną inwencje twróczą to byłoby łatwiejsze. Ale tak w sumie to komentarz ten miał się też odnieść do problemu "wskazówek autora". Powiedzmy, że mamy zyjącego autora który mówi "nazwy własne zostają" a tłumacz stwierdza, że jednak powinno się przynajmiej je częśćiowo tłumaczyć bo dla rodzimego czytelnika są niewymawialne i nic nie mówiące(a w ow oryginale mają drugie dno). I czy w takiej sytuacji można tłumaczowi coś zarzucić?

A wracajać do konferencji to sam problem był omówiony jak pisałem na poezji śpiewanej- temu konkretnemu tłumaczeniu zarzucno, że po rosyjsku utwór ma drugie dno i jednak pewną głębie, a tłumacz zrobił z niej piosenki do pośpiewania przy wódce bez żadnych głębszych odniesień. I to mnie szczerze mówiąc zastanowiło, bo jaką by tutaj przyjąć linię obrony?
20-05-2013 19:16
mr_mond
   
Ocena:
0
Warto dodać jednak, że gdyby karać też teksty, w których tłumacz popisuje się własną inwencją twórczą, to trzeba by się zabrać na przykład za wspominanego już gdzieś wyżej Kubusia Puchatka – oczywiście w dzisiejszych przekładach dokonywanie tak daleko idących zmian jest nie do pomyślenia. Albo tłumaczenia poetyckie dokonane przez Stanisława Barańczaka (jak zresztą zauważyłeś, w poezji problem jest w ogóle większy niż w przypadku prozy).

A w przypadku poezji śpiewanej, od którego się odnosisz – można by przyjąć linię obrony polegającą na uwzględnieniu specyfiki grupy docelowej – tłumaczenie skierowane było do ludzi, którzy chcą pośpiewać przy wódce bez żadnych głębszych odniesień, wobec tego drugie dno nie jest w tłumaczeniu konieczne i tłumacz zastosował strategię polegającą na nietłumaczeniu drugiego dna. Jeśli uwzględnienie drugiego dna źle by wpłynęło na "śpiewalność" piosenki, to takie rozwiązanie byłoby chyba uprawnione, a przynajmniej przemawiałyby za nim pewne argumenty, chyba ważkie.
20-05-2013 20:02
earl
   
Ocena:
0
@ mr_mond

W Ewangelii nic na ten temat nie ma, natomiast wg tradycji Chrystus zstąpił po śmierci do piekieł, by tam pokonać szatana i zapewnić ludziom wieczne życie i możliwość wiecznego zbawienia. Potem wstał z martwych i 40 dnia po zmartwychwstaniu wstąpił do nieba.
20-05-2013 21:57
mr_mond
   
Ocena:
+1
@earl
Dzięki, czyli musiałem sam sobie dopowiedzieć ten skok do nieba na kolację na podstawie zdania skierowanego do dobrego łotra. Widzę tu raczej niedopowiedzenie niż sprzeczność, ale to faktycznie ciekawy fragment.
20-05-2013 22:07
-DE-
   
Ocena:
+1
"Gdyby tylko o takich rzeczach była mowa, dałoby się to może jakoś zbadać, ale też tłumaczenia rażąco złe pod tym względem nie zdarzają się często."

Zacznij czytac literature popularna z gatunku sensacja i romans, szybko zmienisz zdanie.
20-05-2013 22:07
DeathlyHallow
   
Ocena:
+2
tak mi przyszło go głowy, raczej na marginesie tych rozważań, że sam Tolkien był autorem bardzo odwracającym od siebie uwagę jako twórca. nie sympatyzowałby może z tezą o śmierci autora bo brzmiałaby dla niego wulgarnie, ale jego wszystkie meta-zabiega służące pokazaniu, że on tylko przekazuje cudzą opowieść + mnóstwo wypowiedzi o tym, że jemu się właściwie samo pisze i czuje się raczej przekaźnikiem i pierwszym odbiorcą historii, nie ich twórcą itd. itp. dość silnie zdejmują autora z piedestału i poniekąd pozbawiają 'jedynowładzy intepretacyjnej'. w sprawie przykładów wypowiadał się bardziej jako językoznawca niż autor, więc w sumie to trochę coś innego.
21-05-2013 01:01
earl
   
Ocena:
0
@ mr_mond

Tutaj raczej chodzi o przestawienie dwukropka i zdanie od razu nabiera sensu, gdy Chrystus by powiedział: "Zaprawdę powiadam ci dziś: ze mną będziesz w raju". Czyli, że nie dzisiaj skazaniec będzie w raju z Jezusem, tylko, że Jezus dziś mu mówi, że będą razem w raju.
21-05-2013 08:59
Siriel
   
Ocena:
0
"I będziesz żył w celi, bracie."

Dobrze postawiony przecinek robi różnicę. :)
21-05-2013 09:33
earl
   
Ocena:
0
Tutaj raczej chodzi o usunięcie literki :)
21-05-2013 16:57
54591

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Siriel >>> "Woman without her man is nothing" - postaw znaki interpunkcyjne.

Polteru >>> niebywałe jak to na polterach są sami tłumacze, którzy rozsiewają kolejne iteracje mitów odnoszących się do przekłądu.

Jezus >>> "A Jezus powiedział do Łotra: Łotrze, nie będziesz tłumaczył niewiernie, albo cię gromy siarczyste dosiegną!" Tak to szło.

ZajebiZty cZłowiek >>> Z, ty to zaskakujesz cały czas! Zajmowałeś się kiedyś przekładem, czy przypadkiem trafiłeś na kilka wpisów z terminologią którą stosujesz w komciach?

Mr_mond >>> Nie ma przekładów "dobrych" i "złych", ale to jest truizm. Sam o tym pewnie wiesz jeśli czytałeś kilka książek o przekładzie. Łoziński nie znał pewnie pojęcia Skoposu, ot zrobił udomowienie które jest CAŁKIEM OK. A to, że mroczni tolkienowscy fapacze się z nim nie zgadzają to trudno, mają całe dwa inne.

Ognat >>> w podanej przez ciebie sytuacji to wydawca albo osoba zlecająca ma najwięcej do gadania. Jak autor da wytyczne to miło z jego strony, ale częściej to tłumacz dostanie bęcki za podjęcie jakiejkolwiek decyzji.
22-05-2013 10:10
Z Enterprise
   
Ocena:
+1
@Lu Ann
Zajmowałem się zawodowo tłumaczeniem, owszem. 4 lata pracy zawodowej w Sądzie Kryminalnym i na posterunkach Gardy w Dublinie i okolicach. Natomiast przekłady literackie to raczej amatorsko i niewiele (np ostatnio tłumaczę sobie dla zabawy Apokalipsę Św. Jana, z dużo czytelniejszej niż Wujkowa, angielskiej KJV) Co nie znaczy, że pewne zasady, np trzymania się kontekstu kulturowego, idiomów i intencji autora są mi obce. Akurat przy przesłuchaniach i wizjach lokalnych to bardzo ważne ;)
22-05-2013 10:30
54591

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Od tej strony cię nie znałem, miłe zaskoczenie.
22-05-2013 10:43

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.