» Artykuły » Felietony » O porannym kacu

O porannym kacu


wersja do druku

Qchnia artystyczna #5

Autor: Redakcja: Marcin 'malakh' Zwierzchowski
Ilustracje: Vermiliona

O porannym kacu
Obudziłem się. Światło wbiło się boleśnie pod opuchnięte powieki. Odbiło mi się słabo przetrawioną wódką. Na oślep sięgnąłem po szklankę. O kurwa, pusta, musieli wszystko wypić. Wciągnąłem skórzane spodnie oraz nabijane ćwiekami skarpetki i macając po ścianach, powlokłem się do łazienki. Łeb mi pękał po wczorajszym pijaństwie. W progu potknąłem się o jakieś szmaty, wszystko zarzygane i śmierdzące, widać impreza była lepsza niż zapamiętałem.

Odkręciłem kurek, ale z kranu wypłynęło tylko kilka kropel mętnej wody.

- Co jest, kurwa? – wychrypiałem wyschniętym, popękanym wargami, a wtedy po ręce pociekło mi coś lepkiego i czerwonego...

Niestety, nie dowiecie się dzisiaj, co się wydarzyło bohaterowi tej uroczej wprawki, którą pozwoliłam sobie spreparować na potrzeby kolejnej Qchni artystycznej. Ale nic straconego. Wśród tekstów nadsyłanych do Runy jest pokaźna ławica opowiadań, które zaczynają się właśnie takim uroczym intro, a większość podobna do siebie jak śledzie w Bałtyku. Na ostatnim Zahkonie, gdzie tradycyjnie odbył się przy ognisku pojedynek opowiadaczy, skacowane poranki również uderzały z częstotliwością zgoła zaskakującą. I tak od Zahkonu zachodzę w głowę, ziomkowie i przyjaciele, co jest ujmującego w poetyce porannego kaca. Jasne, że każdemu zdarzyło się przedawkować, zwłaszcza w czasach, kiedy słabiej człek zna swoje możliwości, a i pragnienie szlachetnej młodzieńczej rywalizacji jest potężniejsze. Jasne, że ból istnienia bardziej w człowieka uderza, kiedy ledwo ma siłę zwlec się z wyra. Jasne, że poranek jest naturalnym początkiem opowieści, bo nowy dzień wstaje, hej, nowy dzień. Ale żeby się tak tym kacem i tym początkiem napawać? I żeby detalicznie opisywać wszelkie czynności, które przebudzeniu towarzyszą, od trudności przy zapinaniu suwaka w portkach po rytualny rzyg? Nie rozumiem, rzetelnie nie rozumiem.

Można się na ten temat długo a wdzięcznie wyzłośliwiać, ale sprawa jest poważna. Na rynku pojawia się coraz więcej książek. W najlepszym sezonie wydawniczym codziennie do księgarń trafia kilka tomów fantastycznych. Wydawnictwa są zalewane manuskryptami: Runa nie jest największa na rynku, a codziennie dostajemy kilka powieści. Kilka. O tym, co dzieje się w pismach, nie chcę nawet myśleć, ale zakładam, że Nowa Fantastyka dostaje kilka albo kilkadziesiąt prac dziennie. Owszem, istnieją w wydawnictwach lektorzy i redaktorzy, których zadaniem jest właśnie czytanie nadsyłanych manuskryptów. Ale – been there, done that – uwierzcie mi, że po dziesiątym literackim kacu sami są również w nastroju cokolwiek rzygliwym. Nie czytają manuskryptów od deski do deski, raczej przerzucają kartki i trzeba po prostu przykuć czymś ich uwagę. Początkujący autor nie ma na to wiele czasu. Błysk geniuszu ukryty na stronie 153 raczej zostanie przez wydawcę przeoczony. Dlatego ważna jest pierwsza strona, pierwszy akapit, pierwsze zdanie. To ono ma chwycić redaktora za gardło, jaja czy co tam kto preferuje i sprawić, że rzeczony przeczyta cały tekst.

Można tutaj oczywiście narzekać nad spsieniem rynku i krótkowzrocznością wydawców, którzy, czytając po łebkach, przeoczą ten czy inny niezwykle lukratywny debiut. To oczywiście prawda. Pomyłki się zdarzają i niemało wydawców pluje sobie w brodę, że nie chciało wydawać Rowling albo, na naszym rynku, Pilipiuka, który przecież przez kilka lat pielgrzymował po kolejnych redakcjach ze zbiorem o Wędrowyczu. Ale narzekania nie zmienią praktyki rynkowej. Całej nadsyłanej produkcji literackiej nie da się wnikliwie przeczytać. Czasy legendarnych redaktorek Czytelnika i książek, które redagowało się kilka lat, już nie wrócą.

Książki fantastyczne sprzedają teraz na rynku fantastycznym trzy rzeczy: nazwisko i tytuł, okładka oraz pierwsza strona. Nazwisko debiutanta nie będzie dla wydawcy – ani czytelnika – żadnym argumentem. W zależności od wydawnictwa debiutant ma lub nie ma wpływu na tytuł, bo wydawca zdaje sobie sprawę, że jest to czynnik niezwykle istotny i zwykle wypowiada się w tej sprawie dział marketingu (zdarzało mi się pisać opowiadania do zbiorów, które ostatecznie ukazywały się pod zupełnie innym tytułem niż ten, który miałam w umowie).

Okładkę również zamawia wydawca, czasami słuchając w tej mierze sugestii autora, ale niekoniecznie. Ciekawym fenomenem są na polskim rynku okładki książek tłumaczonych, które niejednokrotnie oryginalnie były okładkami zupełnie innych książek, ale spodobały się wydawcy, więc postanowił je zamieścić przy tekście, z którym pierwotnie nie miały nic wspólnego. Swoją drogą, przypomina to trochę czasy pierwszych ksiąg, ilustrowanych drzeworytami, które istniały odrębnie i pojawiały się w inkunabułach w zupełnie surrealistycznych kombinacjach. Czasami na okładkę adaptuje się – z modyfikacjami lub bez – istniejącą ilustrację. Autorzy o uznanej pozycji mogą zawarować sobie w kontrakcie wpływ na okładkę lub wręcz jej akceptowanie, ale debiutant, któremu zależy na publikacji, nie bardzo może wybrzydzać.

Tu chyba miejsce na anegdotę o szkicu do pierwszej okładki Zbójeckiego gościńca. Pokazano mi ją na jakimś jublu NOWEj, po sporej ilości chivas regal i dobrze, bo na trzeźwo nie dawała się oglądać. Ale – chyba żart to był – wydawca tak się ubawił moją opinią o ptaszydle, które miało udawać jadziołka, że zadzwonił od ręki do ilustratora i przystawił mnie do słuchawki. Na usprawiedliwienie mam tyle, że nie wiedziałam zupełnie, kto to jest Bogusław Polch, a po alkoholu zbiera mi się czasami na szczerość. Szczerze zatem wyłuszczyłam swoją opinię na temat szkicu – miał być to skrzydlaty potworek, atakujący z góry czytelnika i przedstawiony jakoś tak w planie brzusznym, przez co przypominał wytarty wiecheć. Pamiętam również, że padło określenie "pierzasta miotełka do kurzu" i "kitka od czako". Po tamtej rozmowie Polch zrobił mi świetną, dynamiczną okładkę, z którą się ostatecznie Zbójecki… ukazał. Metody na bezczelnego, szczerego debiutanta jednak nie polecam, bo raczej ryzykowna.

Okładka zwykle jest więc decyzją wydawcy, estetyczną (spójność serii), ale też marketingową i finansową. Debiutant nie będzie miał również wpływu na slogany reklamowe książki ani na ostateczny kształt notki na czwartej okładce, chociaż wydawca może go poprosić o pomoc w przygotowaniu takich materiałów. Dlatego warto zawalczyć o początek książki.

Zwlokłam z półek kilka książek dla mnie ważnych, a na tyle klasycznych, że raczej nie będziemy się spierać o ich literacką wartość. Tak się zaczynają:

1. "W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką i starszym bratem na pastwę białych od żaru i oszałamiających dni letnich."
2. "Urodziłem się w Bombaju... dawno, dawno temu".
3. "Z końcem roku 1811 zaczęło się wzmożone zbrojenie i koncentrowanie sił Europy Zachodniej, a w roku 1812 wszystkie te siły – miliony ludzi (licząc i tych, którzy przewozili armię i żywili ją) – ruszyły z Zachodu na Wschód, ku granicom Rosji, dokąd również od roku 1811 ściągały siły Rosji."
4. "W hotelu Strether przede wszystkim spytał o swego przyjaciela, lecz bez zbytniego zmartwienia przyjął wiadomość, że Waymarsh nie zjawi się przed wieczorem."
5. "Katorżnicy noszą kombinezony w biało-różowe pasy."
6. "Zasiedli parę minut po drugiej i przez to długie i parne, znużone i zmartwiałe wrześniowe popołudnie siedzieli w tym pokoju, który panna Coldfield wciąż jeszcze nazywała kantorem, bo tak go kiedyś nazywał jej ojciec – w pokoju mrocznym i dusznym, z żaluzjami szczelnie zasuniętymi już od lat czterdziestu trzech, bo w czasach kiedy panna Coldfield była młodą dziewczyną, ktoś tam uważał, że światło i przewiew przynoszą gorąco i że w mroku jest zawsze chłodniej; teraz (w miarę jak słońce coraz pełniejszym blaskiem padało na tę stronę domu) mrok kratkowało coraz więcej żółtych ukośnych krech, w których drgały niezliczone cząsteczki kurzu czy też może – myślał Quentin – odpryski starej, zeschłej farby z łuszczących się żaluzji, wdmuchiwane do pokoju przez słońce zupełnie tak, jak mógłby je wdmuchiwać wiatr."
7. "Drogi Marku,
Udałem się dziś rano do mego lekarza Hermogenesa, który niedawno wrócił do Willi z dosyć długiej podróży po Azji."

8. "Brakowało mu cal – może dwa – do sześciu stóp wzrostu, był potężnie zbudowany, a gdy szedł prosto na kogoś, patrząc nieruchomo spode łba, z pochylonymi nieco plecami i wysuniętą głową, przypominał nacierającego byka."
9. "Czy sam zostanę bohaterem niniejszej powieści, czy miejsce to zajmie kto inny, następne rozstrzygną stronice."
10. "W samym środku leśnej gęstwiny stał zamek i dawał schronienie tym, których noc zaskoczyła w podróży: rycerzom i damom, królewskim orszakom i zwyczajnym wędrowcom."

Dobrałam je dość losowo, bo mi się nie chciało wyhaczać w głębi półek Balzaka czy Dostojewskiego. Celowo ich nie podpisuję, bo pojawią się w sondzie, której celem będzie sprawdzenie, po który najchętniej byście sięgnęli, bom bardzo tego ciekawa.

Co mają wspólnego? Każde z tych dzieł odniosło sukces. Każde z pierwszych zdań wprowadza nas w metodę pisarską i daje nam haczyk do zaczepienia wyobraźni. Są tutaj oczywiste różnice pomiędzy metodą realistyczną a modernistyczną (spójrzcie, na fragment 1 i 6, jak wyraźnie w nich widać pokrewieństwo w pojmowaniu i obrazowaniu świata). Ale nie chodzi koniecznie o styl, ani szczegółowość opisu: spójrzcie na fragment 8, tu nie ma skórzanych spodni ani skarpetek nabijanych ćwiekami, ale dowiadujemy się o bohaterze czegoś bardzo istotnego, nie analizując jego garderoby. Pisarz nie musi wszystkiego opisywać w detalu, może się odwołać do wspólnych wzorców wyobrażeniowych, co widać wyraźnie we fragmencie 5 – wszyscy przecież wiemy, kim są katorżnicy i modyfikacja ich stroju sprawia, że od razu można zgadnąć, o czym będzie ta książka. Bo coś w tych pierwszych zdaniach dostajemy jakieś wyobrażenie o bohaterze, o epoce, o problematyce, o metodzie pisarskiej wreszcie.

Ktoś sprytny na pewno zauważył już, że teksty te nie należą do literatury popularnej. Czy można zatem cokolwiek na ich podstawie wnioskować o tworzeniu takowej? Myślę, że tak, bo wprawdzie strumień świadomości pewnie kiepsko się sprawdzi w powieści akcji, ale dbałość o formę jest zawsze istotna. Dalej: spryciarz zauważył też, że arcydzieła często zaczynają od przedstawienia bohatera i wątki w tych pierwszych zdaniach bywają powtarzalne. Owszem, bo nie chodzi przecież o to, żeby pisarz stanął na retorycznych uszach i zakląskał jak słowik, od pewnej powtarzalności tematów nie ucieknie. W fantastyce zwykle bardzo mocno ceni się pomysł, ale zdanie "Obudziłem się i podrapałem trzecią nogą po nosie" albo "Obudziłem się i okazało się, że jestem włochatym trollem" również mnie nie zachwyci. Czytałam zbyt wiele podobnych. Ten trick wykorzystano już tyle razy, że trzeba naprawdę sporo wysiłku, żeby tchnąć w niego życie. Czy to możliwe? Jasne, że tak. Literatura polega na tym, żeby spojrzeć w inny sposób na coś, na co patrzyły setki i tysiące naszych poprzedników. Jeśli zaczynamy od przebudzenia, to wyciągnijmy z tego jakieś konsekwencje wykraczające poza trzecią nogę, krew na wylewce i flaki w progu łazienki. Pomyślmy, że przebudzenie jest resetowaniem świata, wychodzeniem z niebytu snu w coś, co jest niebezpieczne i zmienne. Jeśli ktoś tego nie potrafi, proponuję, żeby zastanowił się nad bardziej oryginalnym otwarciem.

A jak można się odbić od takiego bardzo ogranego początku z przebudzeniem? Mogłabym – żeby nie było, że skąpię praktycznych porad i kryję się ze swoim pomysłem na literaturę – napisać tak: "Budzę się i polis opada na mnie jak siatka na owada, pierzeje kamienic napierają na siebie, tolosy narożnych kapliczek są dziś obrane pajęczyną wstążek, czerwonych jak skakanka Pyrrae, a potrzaskane mury starategejonu wciąż połyskują nad miastem nagą czaszką." Co z tego zdania wynika? Pierwsze skojarzenie – Grecja, ale na pewno nie klasyczna, bo są kamienice, więc najpewniej jakiś mix fantastyczny. Drugie skojarzenie – mamy kogoś ważnego i jest to raczej dziecko (bo bawi się skakanką). Trzecie skojarzenie – trwa albo niedawno skończyła się wojna lub inna katastrofa, skoro mury strategejonu są potrzaskane. Czwarte skojarzenie – język gęsty, więc chyba nie sensacja, a i za wesołe też pewnie nie będzie. Piąte skojarzenie – czy faktycznie jest coś nie tak z polis, że ono opada, czy coś nie tak jest z bohaterem?

Pierwsze zdanie "Obudziłem się." jest perfekcyjnie pomijalne.

Śpij, chłopie, dalej, niech ci kocyk lekkim będzie.



Czytaj również

O marzeniach
Qchnia literacka #15
Z planem czy na żywca?
Qchnia artystyczna #14
Selekcja i dawkowanie informacji
Qchnia artystyczna #13
Mina przeciwpiechotna
Qchnia artystyczna #12
Ucieczka w dialogi
Qchnia artystyczna #11
Pisałem kiedyś powieść. Emocje.
Qchnia artystyczna #10

Komentarze


27383
   
Ocena:
0
Ja mam zawsze tak, że przeczytam pierwszą stronę i decyduję, czy książkę będę czytał dalej, czy odłożę na półkę. Przez nudne i słabe początki nie przeczytałem wielu lektur :P
21-11-2009 19:27
malakh
   
Ocena:
0
Ekhm... a "Władca pierścieni"? Ileż to osób nie doczytało do końca, bo nie przebrnęli przez opisy życia hobbitów...?
21-11-2009 19:32
27532

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
"W białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, posuwistym krokiem kawalerzysty, wczesnym rankiem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan pod krytą kolumnadę łączącą oba skrzydła pałacu Heroda Wielkiego wyszedł procurator Judei Poncjusz Piłat."
21-11-2009 19:52
malakh
   
Ocena:
0
Z drugiej strony pierwsze zdanie może być skutecznym wabikiem, który skusi czytelnika do sięgnięcia po średnią powieść.

Przykładem może być: Kiedy miałem jedenaście lat, rozbiłem świnkę skarbonkę i poszedłem na dziwki" z książki Erica Emmanuela-Schmidta (bodajże z "Pana Ibrahima i kwiatów Koranu").
21-11-2009 20:11
27383
   
Ocena:
+1
Władca Pierścieni nie ma nudnego początku. Mi się wydawał taki swojski i fajny po prostu ;)
21-11-2009 20:21
Sir Jedi
   
Ocena:
0
Przepraszam, że niemal każdą moją opowieść zaczynałem od "Obudziłem się z ciężkim kacem". ;)
Artykuł przeciekawy.
21-11-2009 21:03
Majkosz
    Ależ, Aureusie!
Ocena:
+2
raczej

"Kiedy zachodziło właśnie gorące wiosenne słońce, na Patriarszych Prudach zjawiło się dwu obywateli."

Czyli w sumie nic szczególnego. Pewnie dlatego autor nie doczekał publikacji. ;)

pozdrowienia!
21-11-2009 21:40
27532

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+2
@Majkoszu,
Czy kojarzysz, że cytowana przeze mnie książka to nie "Mistrz i Małgorzata", tylko dzieło spisane przez Mistrza?

I jak możesz mówić, że w zbitce "Patriarsze Prudy" nie ma nic szczególnego? ; )

A co do "doczekania publikacji"... Wierzę, że to żart z Twojej strony, bo byłbym bardzo zaskoczony, gdybyś nie wiedział, dlaczego MiM nie doczekał się wydania za życia autora.
21-11-2009 21:56
~Antavos

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
O tak, pierwszy akapit jest ważny, weźmy np. Vinge'a i "A deepness in the Sky"

"The manhunt extended across more than one hundred light-years and eight centuries. It had always been a secret search, unacknowledged even among some of the participants. In the early years, it had simply been encrypted queries hidden in radio broadcasts. Decades and centuries passed. There were clues, interviews with The Man’s fellow-travelers, pointers in a half-dozen contradictory directions: The Man was alone now and heading still farther away; The Man had died before the search ever began; The Man had a war fleet and was coming back upon them."

"Polowanie trwało ponad osiem stuleci i obejmowało obszar stu lat świetlnych. Od zawsze trzymano je w sekrecie, nawet przed częścią uczestników. We wczesnych latach kodowano zaszyfrowane wiadomości w transmisjach radiowych. Przeminęły dekady i stulecia. Odkryto wskazówki, rozmowy ze współpodróżnikami Mężczyzny - niespójne, wieloznaczne, sprzeczne ze sobą tropy: osamotniony mężczyzna oddalał się coraz bardziej od obławy, umarł przed rozpoczęciem, albo posiadał flotę wojenną i zbliżał się do prześladowców. "(niedoskonały przekład własny, nie mam pod ręką polskiego wydania) Jest więcej dobrych otwarć w fantastyce naukowej - "Pan Światła" Zelaznego czy "Neuromancer" Gibsona, ale Ania nie do końca ma rację.

Warunek "dobrego otwarcia" nie jest jednak conditio sine qua non, warunkiem, bez którego nie ma dobrego tekstu. Po to wydawca dostaje konspekt, by patrzeć także w kontekście całości; rzecz jasna, jeśli po otwarciu następuje szereg idiotycznych błędów gramatycznych, masa tautologii, to nie mamy o czym mówić. :-) Ale nie warto przeginać w drugą stronę, powieść jednak różni się od CV (a odnoszę wrażenie, że pierwsza strona w debiutanckim dziele często jest traktowana, jak CV właśnie - nie mam czasu na czytanie całości, więc daję autorowi 30 sekund...To trochę przerażające)

btw - gdzie rozwiązanie testu na redaktora, z Qhni numer III?:-)
21-11-2009 22:13
Scobin
   
Ocena:
0
Dla mnie przerażająca jest liczba powieści, którą otrzymuje Runa. Kilka dziennie – czyli ponad tysiąc rocznie...?
21-11-2009 22:58
Nyx Ro
    „Panowie, kapelusze z głów!”
Ocena:
+1
A mi, czytając ten artykuł, na myśl nasunął się bohater Dżumy, który przez całe życie pisał jedno, idealne zdanie do swojej książki, która zachwyci wszystkich.

„W piękny poranek majowy wytworna amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego.”
21-11-2009 23:47
~Antavos

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+2
@Scobin

A mnie to wcale nie przeraża, wręcz przeciwnie - CIESZY taki wynik. Oznacza on, że Polacy, wbrew powszechnemu stereotypowi, chcą czytać i chcą pisać, mają coś do powiedzenia i jakieś ciągoty (zwłaszcza młodzi, bo stawiam dolary przeciw orzechom, że gros manuskryptów przysyłają ludzie młodzi). Jasne, w większości przypadków Runa dostaje chłam, ale nawet matematyka każe nam przypuszczać, że wśród chłamu znajdziemy złoto i bynajmniej nie będzie to złoto głupców. Trzeba uszanować to, że ktoś poświęcił wolny czas na pisanie, chociaż mógł gwałcić kobietę w kiblu albo upijać się do nieprzytomności w metrze. Sigrid poruszyła, całkiem przypadkowo zresztą, bardzo ciekawy temat - dlaczego wydawca dostaje tyle idiotycznych manuskryptów?

Aby napisać powieść potrzebna jest - obok talentu i poprawności językowej - znajomość zasad rządzących powieścią, czyli - teoretycznie - to, co każdy z nas wyniósł ze szkoły. Po to w końcu czytamy wałkujemy klasykę na j. polskim - przynajmniej w założeniach programowych - a jeśli wydawca dostaje rzeczy niegramatyczne, napisane z błędami, jest to wina przede wszystkim systemu, a nie do końca - użyszkodnika. Bardzo bym się zmartwił, ale i nie zdziwił, wziąwszy pod uwagę to, że w Polsce prawie nie mieliśmy - poza fantastyką właśnie - szkoły storytellingu w rozumieniu anglosaskim, więc bardzo bym się zmartwił, gdybym dostawał jako wydawca mało powieści, a wszystkie - złe. To byłaby dopiero tragedia.
22-11-2009 12:32
Scobin
   
Ocena:
0
"Przerażająca" to pewna nocna przenośnia. Zamieńmy na "porażającą". :-)
22-11-2009 12:59
~Antavos

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
A bo ja wiem, czy taka znów porażająca? Wyobraź sobie, ile manuskryptów dostaje chiński wydawca SF:-) Tam nawet pismo SF ma nakład pół miliona egzemplarzy...
22-11-2009 13:07
Scobin
   
Ocena:
0
No właśnie nawet na polskim gruncie sobie tego nie wyobrażam, a co dopiero na chińskim! :)
22-11-2009 14:15
~AndrzejB

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Antavos, polski przekład Vinge-a ("Otchłań w niebie" czy jakoś tak) jest w czytaniu straszny. Nagminny jest niepolski szyk wyrazów w zdaniu.
22-11-2009 19:27
Streider
   
Ocena:
0
Czy rozpoznajecie te 10 książek, z których zostały zaczerpnięte pierwsze zdania? Ja ze wstydem muszę przyznać, że tylko Lorda Jima w starym tłumaczeniu z numeru 8 jestem w stanie zidentyfikować ;]
23-11-2009 00:02
~Antavos

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Musiałem trochę pogłówkować, ale pierwsze dwa to na pewno "Sklepy cynamonowe" i "Dzieci północy", reszty - :shame mode on: - nie pamiętam...:( Hmm...szóstka to zapewne Faulkner. Siódemka - Graves?
23-11-2009 00:16
~Sigrid

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Nie Graves :)
Ale oczywiście zgadzam się, że idealnie przykuwające uwagę pierwsze zdanie nie jest jedynym ani niezbędnym warunkiem dobrej powieści. Jest jednak ogromna różnica pomiędzy autorem uznanym, którego nazwisko jest dla nas rekomendacją, a debiutantem, który ma bardzo ograniczone możliwości wpływu na wydawcę i czytelnika: zakładam, że mam tutaj pomóc debiutantowi w starciu z machiną wydawniczą. Ale ogólnie zamierzam się trzymać swojego - nie istnieją ścisłe zasady pisania dobrej prozy. Gdybym sięgnęła do biblioteczki, zapewne wyrwałabym z równą łatwością dziesięć miałkich początków arcydzieł, chociaż istotna byłaby też funkcja czasu powstania. No i pewne numery są niepowtarzalne - na przykład "Szczęśliwe rodziny są jednakowe. Każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój własny sposób.". Niby żaden fajerwerk, a chyba nie do przebicia i po prostu nie da się nie znać, prawda?
23-11-2009 16:45
~Antavos

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Cholera, Graves nie Graves, wyraźnie widać, że to jest powieść przynajmniej częściowo dotycząca Rzymu. "Ouo Vadis" odpada zdecydowanie, Parnicki też. *przypomina sobie książki o Rzymie*. Dobra, poddaję się. Nie mam pojęcia, coś tam wymyśliła.

"Ale ogólnie zamierzam się trzymać swojego - nie istnieją ścisłe zasady pisania dobrej prozy. "

O to, to. Pisarz ma do dyspozycji tyle instrumentów, technik, że zestandaryzowanie definicji "dobrej prozy" jest niemożliwe. Vide powieści Murakamiego, czy Clavella, gdzie otwarcia często są do dupy, a całość powala na kolana. A swoją drogą - przychodzi do Ciebie debiutant Clavell, pokazuje pierwszą stronę i manuskrypt "Tai-Pana" - wzięłabyś go?:) Albo Murakami z "Norwegian Wood", które zaczyna się tak: "Miałem trzydzieści siedem lat. Boening 747 przebił się przez gęstą pokrywę chmur i podchodził do lądowania na lotnisku w Hamburgu". :)

P.S "Anny Kareniny" jakoś nie trafię, wolę opowiadania.

P.P.S Gdyby ktoś miał wątpliwości, czy offtopujemy, to spieszę donieść, że nie - Tołstoj jest jak najbardziej fantastą:-)
23-11-2009 17:16

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.