string(15) ""
» Blog » O dowódcach i nudzących się graczach
26-05-2010 21:26

O dowódcach i nudzących się graczach

Odsłony: 9

Cześć, jestem Ewa, jestem erpegowcem i nie lubię żeńskich końcówek. Do założenia tego blogaska skłoniła mnie potrzeba napisania tekstu o moim ostatnim – średnio wiekopomnym, ale może przydatnym – odkryciu w dziedzinie erpegów właśnie.

Tekst naprawdę jest o tym, co jest w tytule. Naprawdę. Ja mam po prostu silne skłonności do dygresji i rysowania całego kontekstu sytuacji, więc jest długi, ale prowadzi do sedna. Długą drogą, ale prowadzi.

Do rzeczy jednak. Gram od lat. Ośmiu zdaje się, albo dziesięciu, ale raczej ośmiu i przez większość tego czasu byłam MG (wygodny skrót, nie trzeba się rozdrabniać na mistrzów i mistrzynie ;-)). Z przyczyn różnych, kwadratowych i podłużnych, głównie dlatego, że mnie to najmniej przeszkadzało, miałam największe doświadczenie w ekipie albo otoczenie było przeświadczone o tym, że wymyślam najlepsze historie bo przecież zawsze wygrywam w Munchausena (pamiętajcie – to ostatnie wcale, ale to wcale nie czyni dobrego MG). Przez większość tego czasu byłam mistrzem złym, potem przyszedł przełom, w czasie którego odkryłam że im więcej człowiek zwali na graczy, tym bardziej wszyscy są szczęśliwi, i w wyniku tego przełomu stałam się MG przeciętnym z przebłyskami dobrości w postaci dwóch kampanii i jednej wyjątkowo udanej sesji.
Wiedziałam co robię źle i nie bardzo mogłam sobie z tym poradzić. To znaczy, robiłam źle wiele rzeczy, kiepskie przygotowywanie się do sesji było jedną z nich i na tę mogłam coś poradzić, ale nie była ona głównym moim problemem. Głównym problemem była aktywizacja graczy.

A miewałam różnych. Czujących klimat, nie czujących klimatu, upartych, uległych, cichych, głośnych, ogółem – dobrych i niedobrych, piszę to z całą świadomością niepoprawności politycznej zawartej w sformułowaniach „dobry gracz” i „niedobry gracz”, bo przecież wszyscy gracze są dobrzy, tylko każdy inaczej.
Otóż nie, nie sądzę, żeby byli – chociaż faktycznie częściej zdarzają się kiepsko stworzone i prowadzone postaci niż kiepscy gracze.

Głównym problemem mojej drużyny był właśnie fakt, że moi gracze byli tacy różni. Była dziewczyna, która zawsze miała bardzo aktywne, doskonale przemyślane i konsekwentnie prowadzone postaci, była dziewczyna, która miała hiperaktywne, w miarę przemyślane i przyzwoicie prowadzone postaci, hiperaktywny chłopak z niezłą postacią, w której konsekwencja potrafiła posypać się ostro i dwóch do trzech graczy, którzy, mimo dużych chęci i sporej pracy nad postacią głównie siedzieli i się nudzili, żywe wyrzuty sumienia. No, niekiedy ożywiali się na walki, ale wiecie jak to jest z walkami, kiedy prowadzi baba. Starałam się, żeby była jedna na sesję, ale czasem po prostu wylatywało mi to z głowy.

Prowadząc drużynce pięciu do sześciu osób (w wieku podówczas piętnaście – dwadzieścia, dodajmy), z czego trzy są hiperaktywne, ciężko jest zadbać o aktywizację wszystkich, mówiłam to chłopakom nie raz. Nie mogłam pozostałym graczom zabronić składania deklaracji ani zacząć ich olewać, rozmowy z bardziej aktywnymi z graczy nie bardzo przynosiły jakikolwiek skutek. Poza tym, bezpośrednie pytanie „co robisz?” potrafi zestresować – „ktoś czegoś ode mnie wymaga, Jezusmaria, wszyscy coś robią tylko nie ja, litują się nade mną, nie jestem dobrym graaaaczeeeeeem”. Aktywizacja pozostała więc dla mnie problemem, na który nie znalazłam rozwiązania – na pozostałe wcześniej czy później mi się udało, to czy je zawsze stosowałam to już inna sprawa.

Ostatnia kampania, jaką prowadziłam – tak się złożyło, że graliśmy akurat w Gasnące Słońca – mówiąc oględnie nie była najlepszą w moim życiu. Było, oczywiście, dużo emocji, mechanika GSów, którą uważam, proszę się nie śmiać, za skończenie idealną, bardzo je wspiera, niewiele jest rzeczy bardziej emocjonujących niż rzut k20, masa śmiechu, awantury i przygody, ale było również częste zmienianie nieudanych postaci i ratowanie drużynce tyłków za pomocą zbyt często pojawiających się bogów z maszyny, co nie bardzo mi zwykle odpowiada. No i był – dlatego się tak rozpisuję – dowódca.

Dowódca był moim eksperymentem, postanowiłam bowiem dać jednemu z mniej aktywnych – i wyraźnie niezadowolonych ze swojej małej aktywności – graczy postać, od której będzie coś zależało, która zwyczajnie będzie musiała być aktywna. Long shot tak zwany, bo – umówmy się – nikt nie lubi dowódców (drużynka w wieku 15 – 20, przypominam, to z reguły nie jest ten etap, kiedy docenia się postaci w stylu commodora Norringtona – został w końcu commodorem, prawda? - preferuje się raczej Jacka Wróbka).

Chłopak się nie sprawdził. Nie sprawdził się kompletnie, totalnie, absolutnie i mogłabym tu przywołać jeszcze kilka przymiotników, ale wiecie chyba o co mi generalnie chodzi. Postać była porażką, drużyna się rozpadała, nadaktywność nadaktywnych graczy była jeszcze bardziej ewidentna, nieaktywność nieaktywnych takoż, a wyczyny drużyny były zwyczajnie nierealne, a że MG, czyli ja, miała miękkie serce, nie ubiła rzeczonej drużyny ani przy pierwszej, ani przy drugiej, ani przy dziesiątej głupocie, dekonstruując tym samym świat i dając drużynce poczucie bezkarności, które jest w gruncie rzeczy nudne.

Nie było to co prawda powodem dla którego przestaliśmy grać. Ba, nie przestaliśmy, był jeszcze jakiś kawałek w Siódme Morze potem, ale jakoś nie trafiło. Następnie doszło do dość długiej przerwy bo ja prowadzić nie miałam czasu a nikt inny nie chciał, po czym – po roku – moi wyposzczeni gracze (ogromny plus graczy z liceum swoją drogą – są wyposzczeni po miesiącu bez sesji, co tu mówić o roku) uznali, że koniec tego, gramy. Co z tego, że koniec roku, gramy. Mogę nie prowadzić, poprowadzi R.. Zdarzały mu się przecież już jednostrzały, jest drugi co do starszeństwa i w ogóle. Gramy. Musimy grać.

Byłam wniebowzięta, bo w ostatni nie-jednostrzał w swoim życiu zagrałam chyba pięć lat temu, a jednostrzały szczerze mówiąc mnie nie kręcą. Lubię się zżyć z postacią, pozgłębiać, poeksplorować, poprzeżywać przygody a potem je powspominać, rozwinąć ją, postać znaczy, zmienić jej psychikę pod wpływem wydarzeń i w ogóle ach. Jak to baba ;-)

Ponieważ więc była to pierwsza okazja od dawna, prawdopodobnie również ostatnia w tej ekipie, no i ponieważ trochę mi się stosunek do typów bohaterów i sposobów grania zmienił przez lata, uznałam, że tym razem zagram postacią kompletnie nie w moim stylu.

Zasadniczo zwykle kiedy tworzę postaci, wszyscy wiedzą jakie one będą. Nie mogę się oprzeć wadzie „drobny”, jakkolwiek twórcy systemu by jej nie nazwali, swoją drogą to żadna wada. „Gibkość” i „zwinność” prezentują się na karcie postaci tak pociągająco, że ołówek sam dopisuje tam kolejne punkty. Jeśli nie daj borze jest tam „akrobatyka”, to prawdopodobnie będę tam miała co najmniej dwa, jeśli nie trzy punkty. Otwieranie zamków. Zwinne palce, oczywiście, no bo zawierają magiczne słowo na „z”. No, te dwie ostatnie umiejki niekiedy nie występują – poza graniem złodziejkami grywam bowiem mechanikami i wtedy z bólem poświęcam akrobatykę na rzecz bycia najlepszym-mechanikiem-wynalazcą-technikiem-albo-informatykiem-na-całym-świecie, tysiąc razy lepszym niż wszyscy inni razem wzięci. W miarę, oczywiście, skromnych lub nie, możliwości, jakie daje mi (ha, ha) mechanika systemu. A, no i one zawsze, zawsze bezwarunkowo muszą być dziećmi ulicy, im gorszy plebs i większa patologia tym lepiej. Ale, oczywiście, są wesołe, pogodne, rozgadane, mają dobre serduszka i kompletnie nie umieją się zachować.

Istnieją oczywiście pewne wariacje, trochę przesadziłam z profesjami, chociaż faktycznie złodziejki i mechanicy są moimi ulubionymi, ale zasadniczo chyba łapiecie typ.

Lena Al-Malik (wy, niezaznajomieni z GSami, jeśli tam jesteście – Al-Malikowie to szlachta), dyplomata idealny, zimna, wysoka, wyniosła, ambitna chorobliwa perfekcjonistka kompletnie do niego nie pasuje. Ale nie o to chodzi w tym wpisie, do którego sedna z mozołem zmierzam. Otóż moje pierwsze zdanie przy tworzeniu drużynki (a wypowiedzenie go wymagało naprawdę sporych jaj – metaforycznych znaczy), brzmiało „ja chcę grać dowódcą”.

Zagraliśmy do tej pory jeno prolog. I to taki naprawdę prolog – przylecieliśmy na asteroidę, znaleźliśmy wrak statku, otworzyliśmy przejście do środka asteroidy, koniec. I jestem wniebowzięta. Mój problem z aktywizacją graczy wreszcie został rozwiązany.

Jako MG nie bardzo mogłam powiedzieć „ty to umiesz to ty to zrób” - nawet NPCem średnio to wygląa. Jako dowódca – bez problemu. Pamiętam kto jest specjalistą od czego i po prostu ordynarnie rozdzielam questy. Każdy, ze spowiednikiem włącznie (ojcze, czy zechcesz pobłogosławić nasz statek przed odlotem?) ma swoje zadanie. Każdy ma swoje scenki. Nikt się nie denerwuje, że robię coś na siłę i odgórnie, albo że się lituję, bo nie ma co robić. Nie, ja mam postać, której jedyną aktywnością jest rozdzielanie zadań i patrzenie jak inni je wykonują (najlepiej patrzenie z wyższością i narzekanie), więc nie mogą mieć mi tego za złe ani czuć się niezręcznie. Mało tego – czują się docenieni.

Właściwie jedyną rzeczą, jakiej gracz chce na sesji jest to, żeby JEGO postać była ważna. Żeby każdy myślał o JEGO postaci. Żeby JEGO postać cierpiała. Żeby nad JEGO postacią pastwili się wrogowie. Żeby umiejętności JEGO postaci pomogły reszcie wyjść z tarapatów. Jeśli jest aktywny – szuka tego sam, jeśli nie jest – czeka, aż świat mu to zaoferuje, z tym, że jeśli oferuje mu to przez MG, zwykle dochodzi do paniki.

Mistrzowie, dawajcie drużynkom dowódców. Wybierajcie ich uważnie – nikt nigdy nie przyzna się, że chce być szefem, wszyscy wolą być buntownikami, już o tym mówiłam – ale wybierajcie. Bierzcie na stronę, spiskujcie, konfabulujcie, zróbcie sobie agenta w drużynie. Jasne, że fabuła będzie szła szybciej a podejmowanie decyzji znacznie się skróci (wiem, że są tacy, którzy uznają to za plus, ale ja uwielbiałam kiedy postaci graczy przez trzy godziny obmyślały plan, a ja wiedziałam, że jednak nie przygotowałam za mało materiałów do sesji – wręcz przeciwnie), ale będziecie mieli graczy zadowolonych jak nigdy.

Inną rzeczą, która sprawia mi dziką frajdę jest granie na drużynę. To znaczy, nie tworzę swojej bohaterki... To znaczy nie no, tworzę, Lena ma swoje wątki, swoje demony i wszystko to, ci gracze lubią najbardziej, ale staram się odgrywać nie tylko zarąbistą postać, która jest najfajniejszą ze wszystkich postaci w całej drużynie, a postać, która daje innym pole do popisu. Postać, której można nie lubić. Dowódcę, przeciw któremu można się buntować i którego rozkazy wykonuje się z zaciśniętymi zębami, bo to niesprawiedliwe, że ta głupia laska, która potrafi tylko gadać z arystokratami traktuje mnie jak śmiecia tylko dlatego, że urodziła się pod takim a nie innym nazwiskiem i ma romans z jakimś tam hiper ważnym hrabią.

No, ale granie na drużynę – czyli granie właściwie bardziej NPCem niż BG to jest materiał na osobny tekst, pewnie mniej dygresyjny i bardziej konkretny niż ten.

Cóż, podejrzewam, że gdzieś tam są Mistrzowie tacy, jak ja, którzy nie mogą sobie poradzić z włączaniem graczy w rozgrywkę. Proponuję im taki patent. Myślę, że zadziała.

Komentarze


de99ial
   
Ocena:
0
Bardzo fajny wpis. Podoba mi się ;)
27-05-2010 14:30
Kocic
    Lider
Ocena:
+2
O dobrego lidera jest naprawdę trudno, mało graczy się do tego nadaje, jak to w życiu bywa. Kiedyś czytałam, że tylko 5% ludzi ma potencjał do bycia dobrymi szefami. Kiedyś trafiła mi się taka sesja, gdzie lider sam się wykreował (fixer w cyberze) i zdominował MG, to było niezdrowe i zaowocowało garstką niezadowolonych graczy.

PS. Naprawdę udany wpis :)
27-05-2010 14:32
Gerard Heime
   
Ocena:
+4
Fajny wpis :-)

Problem rzeczywiście ciekawy, chociaż ja już dawno nie miałem problemów z brakiem aktywności na sesji. Co najwyżej z nadmiarem.

Funkcja lidera jest bardzo ciekawa, chociaż z doświadczenia wiem, że gracze z którymi gram:
1. Nie lubią być liderem, bo lider musi być odpowiedzialny za drużynę i jej czyny.
2. Wolą być drugim-u-władzy bądź doradcą, bo ich głos jest wtedy ważny ale nie wiążący i ciężar decyzji spada na lidera.
3. Zwykle sami wiedzą lepiej, co należy robić, i zwykle robią to podkopując autorytet lidera.

Co zaowocowało tym, że na tą lukratywną w teorii posadę jest niewielu chętnych.

Inna kwestia, że lider powinien też posiadać konkretne kompetencje i zdolności. My też gramy w tej chwili w Gasnące Słońca i pojawił się problem gdy się okazało, że 3 osoby (połowa drużyny) nie mają żadnych kompetencji by pełnić funkcję na statku kosmicznym, a pozostała trojka jest dość wąsko wyspecjalizowana (pilot, mechanik, artylerzysta). tym samym obsadzenie stanowisk oficerskich na krążowniku (kapitan, 3 oficerów...) okazało się być bardzo trudne. I to trudne o tyle, że na stanowiska te nadawali się najlepiej NPC-e, a nie gracze, co dla mnie osobiście jest mało fajne.
27-05-2010 14:56
~Vithyag

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
A mi się wpis nie podoba, ale nie powiem dlaczego.
27-05-2010 16:08
Eva
   
Ocena:
+6
@ snoth

"Wątpię jednak by opisany tu jako sposób na aktywizację drużyny był skuteczniejszy dla jakiegoś szerszego grona. Mam wrażenie że to rozwiązanie było forsowane na silę. Z samego tekstu wyczytać można iż próbowaliście tego wcześniej szło topornie i nie wypaliło. Czy próbowaliście w ogóle czegoś innego czy też od samego początku była to jedna, jedynie słuszna droga?"

Próbowaliśmy wielu rzeczy, wydawało mi się, że gdzieś tam wspomniałam o rozmowach z graczami a w którymś komentarzu o wątkach prywatnych ;-)


"A co jeśli takiego przywódcę dotknie w końcu, wynikła z władzy, korupcja?
Zacznie korzystać z funkcji na rzecz własnych partykularnych korzyści i absorbować czas innych graczy? Jak to rozpoznać nim wszystko się posypie? Będąc jednocześnie jednym z uczestników tej sesji?
-Nawet jeśli wtedy dojdzie do rewolty i wykształci się nam nowy lider i tak wygra ten kogo poprze MG. Więc kto to będzie stary wypracowany i przeżarty układ, czy nowy obcy ład? W każdym razie MG będzie stronniczy zaś pośród grających zaczną się przepychanki i ferment, raczej nie będzie z tego zabawy."

Myślę - o tym zresztą będzie chyba w następnym odcinku, który zdaje się powstanie - że jest kwestia pewnej świadomości grania. No i dogadania się z MG. Kiedy będę znów prowadzić, to poza tym, że wezmę któreś z aktywnych graczy na lidera, wytłumaczę mu, że chciałabym, żeby zajął się szukaniem gry dla reszty. Dobry lider to dla mnie taki w sumie pół-MG - działa na warunkach gracza, odgrywa postać i dostaje questy, ale pilnuje, żeby drużyna miała co robić.


"Piszesz że podołałaś tej roli i zostałaś takim liderem jakiego chciałaś będąc Mistrzem Gry.
-Może dzięki temu że wcześniej prowadziłaś tej drużynie jakiś czas i masz w niej potrzebny do tego autorytet? Współgracze przywykli do tego że mówisz im co i jak jeszcze wtedy gdy byłaś ich MG.
W drużynie bez przywódcy, często brakuje osoby o takim autorytecie. Zresztą on sam nie wystarczy, już na etapie tworzenia postaci poświęciłaś parę punktów na to by mieć za sobą pochodzenie (al. Malik) czy wpływy."

Wydałam punkty ;-) "Poświęcenie" jest cierpiętnicze i sugeruje że wcale nie chciałam, a chciałam bardzo ;-) Natomiast faktycznie autorytet może być ważnym czynnikiem, ale ja bym go nie przeceniała ;-)

@ Gerard

"1. Nie lubią być liderem, bo lider musi być odpowiedzialny za drużynę i jej czyny."

A to akurat jest dla mnie świetne z punktu widzenia czysto egoistyczno-graczowego. To znaczy, nad liderem - w tym wypadku mną - ktoś stoi. I jak moi ludzie coś skopią, to mnie się dostanie, mało tego, jako dobry lider (bo Lena w założeniu jest dobrym liderem) będę heroicznie bronić moich ludzi przed zwierzchnikami, choćby nie wiem jak skopali sprawę. Innymi słowy przekichane. A przekichanie z reguły prowadzi do fajnych motywów, ostrych interakcji i tego, że inne postaci zwracają uwagę na postać gracza. Same plusy ;-)


"Inna kwestia, że lider powinien też posiadać konkretne kompetencje i zdolności. My też gramy w tej chwili w Gasnące Słońca i pojawił się problem gdy się okazało, że 3 osoby (połowa drużyny) nie mają żadnych kompetencji by pełnić funkcję na statku kosmicznym, a pozostała trojka jest dość wąsko wyspecjalizowana (pilot, mechanik, artylerzysta). tym samym obsadzenie stanowisk oficerskich na krążowniku (kapitan, 3 oficerów...) okazało się być bardzo trudne. I to trudne o tyle, że na stanowiska te nadawali się najlepiej NPC-e, a nie gracze, co dla mnie osobiście jest mało fajne. "

My od ładnych paru lat radzimy sobie z tego typu problemami tworząc drużynkę i "lokację startową". Znaczy, siadamy, ustalamy czy kampania będzie lokalna czy też będziemy jeździć, jeśli lokalna to co robimy w naszym miasteczku i skąd się znamy, jeśli mobilna to czemu właściwie jeździmy/latamy i dlaczego razem, no i dobieramy role tak, żeby do tego wszystkiego pasowały ;-)
27-05-2010 17:41
~Sashka

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Mi się od razu Rogue Trader przypomina...
27-05-2010 19:59
Gerard Heime
   
Ocena:
+2
Myślę - o tym zresztą będzie chyba w następnym odcinku, który zdaje się powstanie - że jest kwestia pewnej świadomości grania. No i dogadania się z MG. Kiedy będę znów prowadzić, to poza tym, że wezmę któreś z aktywnych graczy na lidera, wytłumaczę mu, że chciałabym, żeby zajął się szukaniem gry dla reszty. Dobry lider to dla mnie taki w sumie pół-MG - działa na warunkach gracza, odgrywa postać i dostaje questy, ale pilnuje, żeby drużyna miała co robić.

W ten sposób gram z druga ekipą w Wilkołaka. Oni są szczeniakami, ja starszym, bardziej obcykanym wilkiem, w dodatku szamanem. Ta rola wynika też z tego, że ja mam z systemem największe doświadczenie (2 lata gry przeszło) a oni dopiero zaczynają. Najzabawniejsze jest to, że chcę być dobrym nauczycielem - mogę ich popychać w którąś stronę albo doradzać im ale nie chcę podejmować decyzji za nich - niech sami się trochę pomęczą i w razie potrzeby poproszą o radę. Jestem więc betą watahy i ta rola mi odpowiada.

A to akurat jest dla mnie świetne z punktu widzenia czysto egoistyczno-graczowego. To znaczy, nad liderem - w tym wypadku mną - ktoś stoi. I jak moi ludzie coś skopią, to mnie się dostanie, mało tego, jako dobry lider (bo Lena w założeniu jest dobrym liderem) będę heroicznie bronić moich ludzi przed zwierzchnikami, choćby nie wiem jak skopali sprawę. Innymi słowy przekichane. A przekichanie z reguły prowadzi do fajnych motywów, ostrych interakcji i tego, że inne postaci zwracają uwagę na postać gracza. Same plusy ;-)

Tia. Poprzednia postać (postać, nie gracz) która była kapitanem ucieszyła się z odebrania jej tej funkcji, zaznaczyła, że nie chce mieć żadnego oficjalnego stanowiska i zakończyła swoją przygodę z mundurem kapitańskim niezłą traumą i poczuciem braku własnej wartości...

Generalnie nasza drużyna podejmuje się tematów, która ich przerasta, a jednocześnie jest w gruncie rzeczy dość moralna i ciężko znosi kolejne wpadki, które sprawiają, że nasze dusze są bliżej Czarnego Słońca :P

My od ładnych paru lat radzimy sobie z tego typu problemami tworząc drużynkę i "lokację startową". Znaczy, siadamy, ustalamy czy kampania będzie lokalna czy też będziemy jeździć, jeśli lokalna to co robimy w naszym miasteczku i skąd się znamy, jeśli mobilna to czemu właściwie jeździmy/latamy i dlaczego razem, no i dobieramy role tak, żeby do tego wszystkiego pasowały ;-)

U nas założenia startowe były ale niestety nie uwzględniły tego, że będziemy latać krążownikiem (to wyszło dopiero w trakcie) i to odbiło się niestety negatywnie na całej historii.

Inna sprawa, że u nas rola lidera jest o tyle skomplikowana, iż naprawdę ważne decyzje podejmuje nie kapitan okrętu a Zarząd firmy do której należy okręt (czyli członkowie drużyny + AI które jest mózgiem okrętu). Plus teoretycznie każdy członek drużyny (Zarządu) ma swoje kompetencje, i np. czasem pierwszy oficer podejmie decyzję za kapitana. I to niestety powoduje pewne kłopoty kompetencyjne. Gdybyśmy mieli sztywną strukturę dowodzenia to byłoby spoko, ale w sytuacji gdy wszyscy są sobie równi i są partnerami w firmie, to ciężko przekłada się na hierarchię dowodzenia.
27-05-2010 21:46
~snoth

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
@Eva
"Wydałam punkty ;-) "Poświęcenie" jest cierpiętnicze i sugeruje że wcale nie chciałam, a chciałam bardzo ;-) Natomiast faktycznie autorytet może być ważnym czynnikiem, ale ja bym go nie przeceniała ;-)"

No ja bym tak nie bagatelizował, z tymi punktami mogłaś je wydać na umiejętności walki :)

Z moich obserwacji wynika że świeża drużyna jest niczym stadko piranii: młodzi, agresywni, kły połyskują (przecinaki). Wszyscy obserwują się w poszukiwaniu słabości, jest to czas chełpienia się swoimi kartami i „prężenia muskułów”. To właśnie na tym etapie najczęściej dochodzi do zabójstw, walk o supremacje, jest to czas w którym tworzy się i cementuje pewien ład, ustalana jest hierarchia.

Postać nie wydolna mechanicznie, nie ma szans na zostanie przywódcą tego „akwarium” (układu). Przywódca który nie może wyegzekwować swej władzy względem większych i wredniejszych osobników –śmiechu warte. Jeśli lider nie potrafi podporządkować sobie „żołnierzy” jest po prostu „słaby” i daje tym samym pretekst do podważania swych kompetencji.

-Wypracowany raz (utrwalony, stosowany przez pewien czas) system powiązań jest bardzo żywotny i potrafi przetrzymać nawet zmianę systemu czy postaci.

Z czasem, gdy gracze/przywódca trochę okrzepną, ten sposób sprawowania władzy staje się męczący. Lepiej posiedzieć podyskutować, wysłuchać opinii wszystkich, poznać się lepiej między sobą –to IMHO najfajniejsza część. Później formuje się rada „demokracja” wchodzi do gry. Z czasem zaczyna się stagnacja zaś decyzje toną w niekończących się dyskusjach, pojawiają się irytacja i zmęczenie –czasem uzewnętrzniają się w postaci konfliktów.

-Dobra jesteś tutaj świeża więc odpuszczam, nie będę już więcej Ci tutaj „truł”.
Dobrze że jesteś :)
28-05-2010 07:20
Eva
   
Ocena:
+1
@ snoth
Jak wspomniałam, ustalamy role w drużynie wspólnie przed grą, problemu piranii nie ma ;-) No i nie bez przyczyny pisałam "tworzenie drużynki" a nie "tworzenie postaci" ;-)

I nie chodzi mi o podejmowanie decyzji za drużynę - podejmujemy je razem - fabularnie odbywa się to na zasadzie "no to teraz posłucham co moim ludzie mają na ten temat do powiedzenia, może i jestem dowódcą, ale co ja wiem o wrakach/walce/whatever". Chodzi mi głównie o logistykę, planowanie kto co zrobi, zgodnie z jego koncepcją postaci, a w szczególności o to, żeby pozostali gracze mieli co robić na sesji.
28-05-2010 10:19
~badacz tajemnic

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
jaka jest zenska koncowka do wyrazu "kierowca"?
kierownica?
28-05-2010 10:43
de99ial
   
Ocena:
0
Nie ma. To jeden z tych kilku wyrazów nie posiadających żeńskiej końcówki.

Zresztą - co to za wyrażenie "żeńska końcówka". Końcówka może być męska, a jak ma ją kobieta, to... kobietą nie jest :D
28-05-2010 10:50
Malaggar
   
Ocena:
0
@de99ial: A jeśli to kobieta uwięziona w ciele mężczyzny?
28-05-2010 10:53
~Kaczor

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Bardzo, wręcz niezwykle dobrze napisany tekst!

Pomysł jest ciekawy, ale wydaje mi się że czasami można trochę obniżyć pułap zamierzeń. To znaczy, miałem kiedyś gracza którego nie imała się żadna technika, żadna muzyka i żadna mechanika. Po sesji też nie mogłem z niego wydobyć co było nie tak, co mu się nie podobało. Po prostu grał bez wielkiego zaangażowania i myślę że nie chodziło o żadne ekspresje-introwersje, tylko gość zwyczajnie miał inne priorytety. Czyli sesja była dla niego głównie spotkaniem z przyjaciółmi, a nie "wyprawą w magiczną krainę wyobraźni". I ten wniosek już sam w sobie był rozwiązaniem problemu.
29-05-2010 17:44
de99ial
    Malaggar
Ocena:
+1
To wtedy jest to tzw transseksualizm i klasyfikowane jest to jako choroba - niestety jedynym skutecznym leczeniem jest operacja plastyczna - i wtedy końcówki już nie ma.

No i mimo wszystko w moich oczach niezupełnie taki owoc skalpela jest tym, co zwyczajnie podpada pod termin "kobieta".
01-06-2010 10:54
Scobin
    @de99ial
Ocena:
0
Żarty żartami, ale nie nazywałbym człowieka "owocem skalpela"...
01-06-2010 12:03
de99ial
    Tak?
Ocena:
+1
A jak nazwiesz to "coś"?

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,t itle,Mezczyzna-ktory-urodzil-dziecko-znow-jest-w-ciazy,wid,10569253,wiadomosc.html

Bo to na pewno nie jest facet i na pewno nie jest to kobieta. To owoc skalpela.
01-06-2010 16:50
AdamWaskiewicz
   
Ocena:
0
"Coś"? Nazywanie osoby która przeszła operację zmiany płci (niepełną, ale mniejsza o to) "czymś" to już przegięcie.
Czasem brakuje mi opcji minusowania; oj, jak bardzo brakuje.
01-06-2010 16:55
de99ial
   
Ocena:
+1
Serio? Uważasz, że to mieści się w głowie? Takie postępowanie? Dla mnie to freak show. Był, jest i będzie.

A zawsze możesz oznaczyć jako "troll" - wszak poprawność polityczna rządzi, nie?
01-06-2010 17:09
AdamWaskiewicz
   
Ocena:
0
Nie "poprawność polityczna", tylko zwykła ludzka przyzwoitość - określanie człowieka jako "coś" przekracza jej granice. Ale najwyraźniej to rzecz niektórym zupełnie obca.
01-06-2010 17:12
Scobin
    Rzecz w tym...
Ocena:
+3
...że ludzie nie dzielą się na 100-procentowych mężczyzn i 100-procentowe kobiety. Płeć wcale nie jest kategorią binarną, tylko o wiele bardziej skomplikowaną, i to już od pierwszych miesięcy życia zarodkowego.

Nie ma więc powodu, aby komuś odmawiać bycia człowiekiem dlatego, że nie umiemy jasno określić jego płci.
01-06-2010 17:21

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.