» Artykuły » Inne artykuły » Nowa fantastyka 4/2012 – omówienie

Nowa fantastyka 4/2012 – omówienie


wersja do druku

Poza konwencją

Autor: Redakcja: Marcin 'lemon' Łukasiewicz

Nowa fantastyka 4/2012 – omówienie
Tym, co wyróżnia najnowszy numer Nowej Fantastyki, są nietypowe opowiadania, niemal wszystkie wykraczające poza konwencje gatunkowe i kulturowe. W kwietniowym wydaniu pisma znajdziemy także dwa inne smakołyki: wywiad Neila Gaimana z Terrym Pratchettem oraz gęsty merytorycznie artykuł Artura Szrejtera na temat boga Lokiego. Wiele osób z pewnością chętnie sięgnie też po tekst Jerzego Rzymowskiego o drugim sezonie serialu Gra o tron, a nazwisko Wawrzyńca Podrzuckiego może przyciągnąć czytelników do artykułu poświęconego życiu poza Ziemią. Pozostaje jeszcze tekst Marka Grzywacza poświęcony fanowskim protestom w sprawie fantastycznych seriali, które spotkało (lub spotkać może) zdjęcie z anteny. No i rzecz jasna felietony: Jakub Ćwiek pisze o Dodzie (a tak naprawdę o Biblii jako tekście pop), Michael J. Sullivan o motywacji literackich bohaterów, Rafał Kosik (skądinąd z przesadnym pesymizmem) o starzeniu się wszystkiego, a szczególnie literatury, Peter Watts (znowu) o nieprzydatności czy wręcz szkodliwości naukowego wykształcenia dla pisarza, Łukasz Orbitowski natomiast o miłości, prawdzie i szaleństwie w filmie Take Shelter.

Dział prozy polskiej rozpoczyna Świadectwo (live) Ćwieka: trzystronicowy tekst, w którym muzyk stylizujący się na satanistę (wyraźnie wzorowany na Adamie "Nergalu" Darskim) podczas koncertu niechcący sprowadza piekło na ziemię, i to wcale nie w metaforycznym sensie. Zarówno fabuła opowiadania, jak i absurdalnie knajacka narracja (prowadzona przez kolegę "Adasia" z zespołu) dobitnie wskazują na bezpardonową satyrę. Jak jednak sugeruje notka redakcyjna, opisująca sposób postrzegania utworu przez samego autora, coś kryje się tu pod powierzchnią. Szczególnie dla odczytania finału istotne jest stwierdzenie, że Ćwiek "drwi […] z ludzkiej małostkowości, którą chce się, niejako przy okazji, obarczyć Boga". W ostatecznym rachunku tekst otwiera sporo przestrzeni dla interpretacji i oceniam go pozytywnie, choć pierwsze wrażenie graniczyło z niesmakiem.

Po niejednoznacznym Świadectwie… przychodzi dla odmiany tekst dość klarowny, ale za to osadzony w zupełnie inaczej zbudowanej rzeczywistości. Tam u podłoża świata przedstawionego leżała metafizyka chrześcijańska, tutaj – odległa od naszej kultury ontologia buddyjska. Strzelec Bartosza Działoszyńskiego to historia snajpera, który zmierza ku perfekcyjnej koncentracji ("Nie chcę jego śmierci. Chcę doskonałego trafienia"), podobnie jak bohater przywoływanej na początku przypowieści z Mahabharaty. Nie jest to wszakże suchy wykład, ale zręcznie przedstawiona opowieść. Utwór najpierw przybiera formę skrótowej relacji przetykanej rozważaniami filozoficznymi (krótkie zdania, przejrzysty język, czas przeszły, skupienie na zwięzłym przedstawianiu zdarzeń oraz ich intelektualnej interpretacji), a potem przechodzi w opis sceniczny: narracja zaczyna być prowadzona w czasie teraźniejszym (z przerwą na retrospekcję), pojawiają się kolory, zauważamy szczegóły z otoczenia. Dwudzielna budowa tekstu świetnie podkreśla to, że bohater właśnie teraz staje przed kluczowym wyzwaniem swego życia, że obecny moment jest najważniejszy, a wcześniejsze wydarzenia są istotne w takiej mierze, w jakiej do niego doprowadziły. "Ta historia nie ma początku ani końca, ale ma to, co najważniejsze: punkt centralny". Warto przeczytać.

Dalej mamy Ogień i lód, poprzedzony informacją "Odkrycie ze strony www.fantastyka.pl". Ewelina Kozik (utwór jest jej debiutem literackim) napisała przygnębiające opowiadanie o pomiatanej przez mężczyzn kobiecie, która w końcu się buntuje i staje przed szansą ucieczki. Rzecz dzieje się w przydrożnej karczmie, w jakiej goszczą nie tylko zwykli ludzie, ale też przeklęci kronowie: "Mężczyźni z twarzami pokrytymi szronem. Z oblodzonymi brwiami, sinymi ustami i oczyma zimnymi niczym otwory w kapturze kata". Zgodnie z tradycyjnym standardem fantasy wszystko ma miejsce w quasi-średniowiecznym świecie, ale tekst porusza niezbyt typowe dla tej konwencji problemy: bicie i niewolenie kobiet, stręczycielstwo. Jeszcze większą niespodzianką dla czytelnika może być zakończenie, wprowadzające nowe pytania o naturę kronów. Chociaż jednak nie ma tu jasnych odpowiedzi, trudno mi się oprzeć wrażeniu, że ludzie lodu (i ognia) to metafora mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Tak czy inaczej, tekstowi Kozik – ze względu na oszczędne wyjaśnianie natury świata, znaczną rolę wątków obyczajowych oraz opisy nasycone raz smutkiem, raz grozą – bliżej do horroru niż fantasy, ale można też uznać go za próbę odświeżenia tego ostatniego gatunku. I jest to próba udana.

Ostatnie z polskich opowiadań i najdłuższy tekst numeru to Romantyczność Zbigniewa Wojnarowskiego. Ten bogaty utwór daje się odczytać na paru płaszczyznach. Pierwsza z nich to wydarzenia opowiedziane z perspektywy rosyjskiego rotmistrza Gorycyna, który krąży ze swym oddziałem po terenach objętych powstaniem styczniowym i odpiera ciche, lecz zabójcze ataki nieumarłych Polaków. Ot, trochę historia alternatywna, trochę horror. Druga płaszczyzna to pytania o naturę rzeczywistości, a ściślej: nienowe w dorobku Wojnarowskiego (wystarczy wspomnieć Każdy śni swoje z dodatku do Nowej Fantastyki z grudnia 2011 roku) podważanie granicy między jawą a snem. Wreszcie na trzecim poziomie uruchamiają się nawiązania do literackiej klasyki: Romantyczności, Reduty Ordona i trzeciej części Dziadów Adama Mickiewicza czy też Demona Michaiła Lermontowa. Warto też zwrócić uwagę na zróżnicowaną kompozycję (obejmującą między innymi wspomnienia, przemyślenia i sny Gorycyna, jego rozmowy z żołnierzami, sceny walki, a także krótki, lecz znaczący dialog rotmistrza z pewnym cadykiem) oraz na warstwę stylistyczną, dla której może najbardziej charakterystyczne są liczne potoczności i wtręty z rosyjskiego w żołnierskich wypowiedziach oraz cytaty ze znanych tekstów poetyckich (czasem podstępnie przekręcone) przewijające się w całym opowiadaniu. W utworze Wojnarowskiego nietrudno się rozsmakować.

Przejdźmy do działu literatury zagranicznej. W Zapisanym w węzłach Kena Liu przybysz z dalekiej Ameryki, Tom, składa nieoczekiwaną propozycję Soe-bo – jednemu z członków górskiego plemienia Nan, utrwalającego swoją wiedzę w niezwykłym piśmie węzełkowym. Utwór ten jest próbą przedstawienia nowego mechanizmu rozwoju nauki – angielski oryginał opublikowany został zaledwie pięć miesięcy po zamieszczonym w Nature artykule, który dostarczył pisarzowi inspiracji (redaktorzy Nowej Fantastyki podkreślają, że "to świetny przykład na to, jak szybko współczesna fantastyka potrafi reagować na nowe odkrycia naukowe"). Wszelako Zapisane w węzłach nie stanowi prostej gloryfikacji postępu, ale pokazuje też, jakie zagrożenie dla plemienia kryje się kontakcie z zachodnią cywilizacją. Co prawda pod względem stylistycznym tekst niczym się nie wyróżnia, lecz ciekawym rozwiązaniem narracyjnym jest przeplatanie punktów widzenia Soe-bo i Toma. Ogólnie – na plus.

Kwiat, Litość, Igła, Łańcuch Yoon Ha Lee opowiada o czterech nadzwyczajnych broniach, których moc ma zasadnicze znaczenie dla losów uniwersum… i nie jest to fantasy. Główna bohaterka, dawna zabójczyni oraz obecna posiadaczka Kwiatu, żyje w rzeczywistości, która byłaby dla nas odległą przyszłością. Dodatkowo otrzymujemy refleksję nad determinizmem i wielością wszechświatów. W sumie więc utwór równie krótki co Ćwiekowe Świadectwo… przynosi nad wyraz obfitą treść.

Największe wyzwanie lekturowe w numerze stanowi Pierścień Verthandiego Iana McDonalda, opisujący gigantyczną wojnę w kosmosie. Łatwo się zgubić w gąszczu wymyślonej przez pisarza terminologii oraz poznawanej od środka fabuły, a poczucie wyobcowania pogłębiają nazwy własne: "Wiecznie Wonny Zapach Boskości", "Księżyc Żniwiarzy", "Niebieska Równina Dnia Dzisiejszego" i tak dalej. Jednakże im bliżej końca, tym jaśniejsze stają się wydarzenia i motywacje bohaterów. Pytanie brzmi: czy oprócz zestawu technicznych i posthumanistycznych pomysłów oraz konfliktu o niewyobrażalnym rozmachu McDonald ma do zaoferowania dobrą opowieść, w której występują zmieniające się postacie, a nie proste nośniki fabuły bądź idei? Mam co do tego poważne wątpliwości, aczkolwiek czytelnikom wysoko ceniącym fantastycznonaukowy worldbuilding opowiadanie może przypaść do gustu bardziej niż mnie.

Nie spodobał mi się również tekst Lisy Morton, Iskry wzlatywały ku górze. To postapokaliptyczne opowiadanie z dużą liczbą zombie, przedstawione nam w formie wpisów z dziennika głównej bohaterki, jest w znacznym stopniu utworem o aborcji. Niestety, zabrakło w nim subtelności światopoglądowej – autorka wykreowała rzeczywistość, w jakiej i charakterystyka postaci, i fabuła, i nawet ontologia służą jednoznacznemu rozstrzygnięciu dylematu "czy embrion to człowiek". Nie napiszę, którą odpowiedź wybrała Morton, ponieważ moją niechęć budzi sam fakt potraktowania tego problemu tak, jak gdyby był on oczywisty. Cierpi na tym cały utwór, a szkoda, bo dołączenie nieumarłych do sporu o życie i śmierć mogło dać efekt naprawdę niebanalny.

Cóż zatem? Teksty McDonalda i (zwłaszcza) Morton mnie nie ujęły, ale pozostała szóstka stanowiła zajmującą lekturę. Dlatego mogę zarekomendować i ten numer Nowej Fantastyki, z jednym wszakże zastrzeżeniem: jest tutaj sporo utworów, które naruszają granice gatunkowe (Kozik, Wojnarowski) lub sięgają – w większym albo mniejszym stopniu – do wyraźnie innych niż euroamerykański obszarów kulturowych (znów Wojnarowski, Działoszyński, Liu, Lee, McDonald). Dla mnie była to zaleta, ale jeżeli wolelibyście przeczytać teksty osadzone w dobrze znanych konwencjach, to opowiadania z kwietniowej Nowej Fantastyki mogą nie spełnić tych oczekiwań.



Czytaj również

Komentarze


baczko
   
Ocena:
0
"Pierścień Verthandiego" czytałem kiedyś w oryginale, w antologii "The New Space Opera" - miazga i masakra językowa :)
16-04-2012 17:57
Maciej Szraj
   
Ocena:
+3
„Iskry wzlatywały ku górze” pozwalają z początku sądzić, że będzie to opowiadanie na kształt przypowieści, gdzie background jest tylko pretekstem do postawienia jakiegoś problemu. Niestety całość ujęta w formie pamiętnika, czyli mocno osobistej relacji, jawi się przeciętnie. Mnie osobiście razi podejmowanie tematu zombie w stereotypowy sposób, gdzie odcięta od życia mieścina musi zmagać się z tymi jakże sztampowymi, powolnymi, zaślinionymi i bezmózgimi kreaturami. Zachodzę w głowę czy rzeczywiście innego wizerunku umarlaka człowiek nie jest w stanie stworzy? Odpowiedzi są dwie: 1) albo nie umie, nie chce mu się; albo 2) jest to gra konwencją. Niech i tak będzie, że ten obraz zombie potraktujemy jako symbol lub wcześniej wspomniany pretekst. Ignorując taplanie się w schematach miałem nadzieję, jak się okazało płonne, na podjęcie w ciekawy sposób tematyki aborcyjnej. Tutaj możliwości jest sporo, od za do przeciw, jest szansa aby to fajnie emocjonalnie ubrać bo jak wspomniałem narracja jest pierwszoosobowa. Ale zamiast refleksji, spostrzeżeń matki przed i po zabiegu, wniosków, połączenia aborcji z ekstremalnymi warunkami, dostajemy akapit truizmów w stylu feministycznego bełkotu „każda kobieta ma prawo dokonać własnego wyboru”. Jeżeli tekst aspirował do czegoś wyżej to się nie sprawdził. Na dobrą sprawę nic z niego nie wynika. Jeśli miał być rozrywką to upadł odgrzewając tego samego kotleta n-ty raz. Imo „Iskry…” to takie Highschool of the Death tylko z poważnymi aspiracjami, które nie zostały zrealizowane.

„Kwiat, Litość, Igła, Łańcuch” to przeciętny tekst, z iście dukajowym wstępem. Co by nie mówić o całości to wstęp jest zrobiony bardzo profesjonalnie. Przykuwa uwagę czytelnika, zachęca do dalszej lektury, wywołuje wiele skojarzeń i domysłów. Ale niestety im dalej w las… Lee pod płaszczem science fiction sprzedaje czytelnikom historię wyjętą ze sztafażu fantasy. Bohater najmujący wybitnego assassina do wykonania jakiegoś zadania. To jednak nie sam quest jest interesujący a przedmiot wokół, którego się wszystko dzieje. Legendarny pistolet, Łańcuch, który zabija dowódcę osoby, do której się strzela. Pole do popisu jest. Można żonglować atrybutami różnych broni, mieszać właścicieli etc. ale to sprawdza się jedynie przy dłuższej historii. Tutaj zakończenie następuje dość szybko, demaskując zabójcę i jego broń jako „zjadacza światów”. Nie uświadczymy ani zniewalającego pomysłu, ani przyzwoitego wykonania, o wciągającej historii nie mówiąc. Jest to kolejny tekst, który tonie w morzu średniej jakości literatury.

U Ken’a Liu mamy do czynienia z orientalnym pomysłem zaszczepienia kulturze zachodu, trochę kultury wschodu. Czyli miły miszmasz się szykuje. Plusem jest to, że tekst od początku do końca intryguje, jest spójny i trzyma jednolity solidny poziom. Jak u Lee zainteresowanie fabułą stopniowo opada, tak u Liu wzrasta. Fabuły nie będę opisywał, ale denerwujący jest fakt, że amerykański przemysł znów oszukał naiwnych Azjatów. Nie mówię tego w sensie pejoratywnym względem autora i jego pomysłu. Chodzi mi raczej o moje osobiste związanie z fabułą. Gospodarka idzie do przodu kosztem sympatycznego, ale zbyt ufnego i nieporadnego cudzoziemca.
Dobrze, że tekst wzbudza emocje. Całość, a szczególnie końcówka, idealnie współgra z felietonem Rafała Kosika dotyczącym „daty ważności” rzeczy produkowanych przez człowieka. Tekst ten jest zdecydowanie najlepszy z zagranicznych opowiadań w tym numerze.

McDonalda musze się przyznać nie przeczytałem. Pierwsza strona mnie nie wciągnęła, dlatego postanowiłem zrezygnować.

Pozytywnie natomiast oceniam „Strzelca” Bartosza Działoszyńskiego. Jest to drugie, w tym numerze opowiadanie oparte na motywach kultury wschodu, ale jakże inne od tekstu Liu. Autor skłania się w stronę mitologii indyjskiej i buddyzmowi. Przeszczepione zostaje tamtejsze podejście do życia, egzystowania i pojmowania rzeczywistości do zawodu snajpera. Istota rzeczy zawiera się w skupieniu. Ale jak się okazuje sukces bohatera nie może być przez niego skonsumowany. Doskonałość, do której tak dążył krzyżuje jego plany. Interesujący motyw, dobra narracja i satysfakcjonujące zakończenie, zmuszają mnie do pozytywnej oceny tekstu. Widać, że jest to historia przemyślana i dobrze zrealizowana.

Cóż, tak to jest, że po lekturze pierwszego tomu „Kłamcy” jakoś niespecjalnie przepadam za twórczością Jakuba Ćwieka. Popkulturowe gadanie to konwencja zupełnie mi nieodpowiadająca. I chociaż przeczytałem „Świadectwo (live)” to pominę jego ocenę.

Imo najlepszymi tekstami (z wyżej wymienionych) okazały się opowiadania Liu (miejsce 1) i Działoszyńskiego (miejsce 2). Oba inspirowane motywami orientalnymi , różne od siebie, ale podobnie przekonujące :)
16-04-2012 18:15
Scobin
   
Ocena:
0
@baczko

W jakim sensie miazga i masakra? ;)

@Obłęd

Dzięki za dłuższy komentarz! Wrażenia z lektury opowiadań Morton i Liu mamy zbliżone, z kolei w przypadku "Kwiatu..." przyjąłem inną perspektywę niż Ty: cieszy mnie duże stężenie pomysłów w krótkim tekście. Masz jednak rację, że po zwiększeniu objętości mogłaby z tego powstać naprawdę świetna historia.
16-04-2012 21:10
baczko
   
Ocena:
+1
Głównie językowym. To jedno z niewielu opek po ang. które musiałem czytać fragment po fragmencie, czasem wracać do tyłu o całe akapity, żeby je zrozumiec, połapać o co autorowi chodzi.

Taki Dukaj po angielsku :D
16-04-2012 21:49
Scobin
   
Ocena:
0
OK, rozumiem.

Czasami miałem tak samo z wersją polską. ;-)
16-04-2012 22:37

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.