» Biblioteka Jedynego » Księgi o Dominium » Nordyjska wyprawa

Nordyjska wyprawa


wersja do druku

praca konkursowa

Autor:

Aula Akademii Handlowej wypełniona była ledwie w połowie. To pierwszy ciepły dzień późnej tego roku wiosny nie pozwolił większości studentów udać się na zajęcia; część z tych, którzy przybyli, drzemała w odległych rzędach - zapewne po całonocnych "naukach" nad kufelkiem ragadańskiego piwa w jednej z tawern.

Do sali, trzymając pokaźny rulon mapy i kilka podniszczonych kajetów, wszedł niewielki staruszek. Obserwowany przez znudzonych żaków złożył swoje brzemię na biurku. Przygładził wianuszek siwych włosów otaczający łysą czaszkę i zawiesił na stojaku mapę, która rozwijając się, ukazała Półwysep Pazura. Odwrócił się i wolnym krokiem podszedł do pierwszego rzędu ustawionych półkolem ław, założył ręce na plecach, po czym rzekł:

- Głównym filarem sukcesu naszych negocjatorów jest głębokie zrozumienie człowieka i jego korzeni! - przy czym nie sposób było spodziewać się tak gromkiego głosu w tak mikrej postaci. Studenci pogrążeni w drzemce zostali z niej brutalnie wyrwani, zaś ci siedzący najbliżej nauczyciela niemal podskoczyli w ławach. Ten uśmiechnął się pod nosem i wrócił do swojego stołu.

- Gdy opuścicie mury tej uczelni, by w świecie zachwalać sztukę cynazyjskiego barteru, spotkacie na swej drodze wiele nacji. Jedni zajmą się handlem z Cesarstwem, inni z Matrą i innymi znacznymi krajami, część zaś będzie służyła Koronie tutaj, w Cynazji. Różne są narody, a o każdym krążą jakieś utarte opinie, zabobony... Aby dobrze wykonywać swój fach, musicie odsunąć te wszystkie uprzedzenia na bok.

Profesor, przerywając spacer po sali, odwrócił się w stronę uczniów i badając ich reakcje kontynuował:

- Dlatego dzisiaj tematem naszych zajęć będzie kraj wyjątkowy, budzący kontrowersje i wzgardę na równi ze strachem, bezcenny jednak ze względu na swe ekonomiczne znaczenie. Jak już mówiłem, większość z was będzie wiodła misje handlowe do znaczących krain Dominium, niewielu jednak stanie przed prawdziwym wyzwaniem. Być może żaden z was nie dostąpi zaszczytu negocjowania z Nordią.

Przez salę przetoczyły się szepty, szmery przybrały na sile i rozpłynęły się w ciszę. Na twarzach nie zaciekawionych dotąd codziennym wykładowcą żaków odmalowały się różnorakie uczucia: odraza, znudzenie, strachliwa fascynacja. Nauczyciel zliczył je wszystkie i usiadł w końcu przy biurku.

- Kordyjczyk i Nordyjczyk nigdy nie znajdą wspólnego języka - pozornie tak podobni, w istocie różni jak ogień i woda. O ile poddanego Cesarza cechuje buta, o tyle w zachowaniu mieszkańca Milczących Gór nie doszukacie się żadnego afrontu. Obie nacje zachowują się z wyższością wobec obcych: Nordyjczyk z powodu swej wiedzy, Kordyjczyk w swoim poczuciu siły. Z jednej strony stoi Kord, z zaopatrzeniem, lecz ciągłym głodem technologii. Z drugiej zaś Nordia, której bogactwem jest technologia właśnie... lecz to jedyne jej bogactwo. I tak znajdujemy się w miejscu, gdzie ścierają się dwie wrogie kultury, a my, ręka w rękę ze sztuką negocjacji, stojąc między nimi,  mamy szansę na ogromne zyski... lecz tylko dla odważnych ludzi o umysłach ostrych jak brzytwa. Tchórzliwych i durnych kraina Nordii zmiecie z powierzchni ziemi.

Nie chcę tu polemizować z uczonymi w religii mężami. Być może są potomkami Czarnych Rodian, być może nie ma dla nich zlitowania Jedynego, i na pewno ziemia ta ma swoje tajemnice, niechętnie powierzane obcym. Ja chcę jedynie uświadomić wam, jak wiele kłamliwych teorii narosło przez wieki, wokół tej tajemniczej nacji, a przy negocjacjach o wiele korzystniej jest traktować każdego klienta z dystansem i jako jednostkę, a nie przedstawiciela konkretnego narodu.

Tu zrobił pauzę i podszedł do tablicy, po czym zaczął kreślić na niej zdania, na nowo podejmując opowieść.

- Aby zanalizować jakąkolwiek kulturę, brać musimy pod uwagę kilka czynników. Przede wszystkim położenie geograficzne. Tutaj Nordia jest ewenementem wśród wszystkich nacji - jej izolacja względem sąsiadów nie pozwala na żaden wpływ na sztukę i inne dziedziny życia. Ta kraina trwała bez zmian poprzez wieki i nie zmieniło tego ani sąsiedztwo Królestwa Papieskiego, ani naszego tętniącego życiem kraju.

Drugim czynnikiem jest religia. Nordia przyjęła karianizm i wyraziła chęć przystąpienia do Dominium, w niczym to jednak nie zmniejszyło uprzedzeń wobec tej nacji. Mimo oddania sprawie i wypełniania swych zobowiązań wynikających z  sojuszu, nadal uważani są za nieczystych, niemalże na równi z deviria, a większość królestw najchętniej zmiotłaby nordyjczyków z powierzchni ziemi. Strach przed nieznanym mami ich umysły, i aby się go pozbyć gotowi są wywołać wojnę nieprzewidywalną w skutkach. Możemy mieć jedynie nadzieję, iż rozsądek weźmie górę nad zabobonami i unikniemy niepotrzebnego konfliktu wewnątrz unii. Tyle tytułem wstępu, resztę czynników omówimy na bieżąco, w czasie trwania wykładu.

Profesor odłożył kredę, otrzepał ręce i znów podszedł do biurka.

- W wieku 19 lat uczyłem się w tej oto uczelni, a w pamiętnym roku 1534 rektorem naszej katedry został sir Tomas Lutenberg. Oprócz umysłu godnego filozofów i wielu naukowych tytułów był również niezrównanym żołnierzem, co wykazał walcząc wiele lat na froncie agaryjskim. Został ranny w bitwie pod Agasho, a przyprawiając siebie o kalectwo uratował życie pewnemu nordyjskiemu szlachcicowi nazwiskiem Wiliamus Branh. Jako że mój przyszły mentor nie miał umysłu zmąconego przesądami, nawiązała się między nimi pielęgnowana przez lata przyjaźń. Po powrocie z frontu wymieniali korespondencję, i tak oto w jednym z listów profesor Lutenberg otrzymał zaproszenie dla siebie i swojej świty do posiadłości sir Branha. Jak wiecie, granice Nordii można przekroczyć tylko na zaproszenie szlachcica, więc przed sir Tomasem, człowiekiem handlu i naukowcem, otwierała się możliwość poznania jednej z najbardziej tajemniczych kultur naszego kontynentu. Okazją do zaproszenia profesora były uroczystości urodzinowe lady Amalii Branh. Być może dziwicie się, że taka, bądź co bądź codzienna na wojnie okoliczność, jak uratowanie życia, mogła zrodzić tak serdeczną i głęboką przyjaźń. Pamiętać więc musicie, że jakkolwiek będziemy traktować odmienność Nordyjczyków, oni traktują swoje przekleństwo bardzo poważnie. Ponieważ nie mogą liczyć na łaskę Jedynego, boją się śmierci i każdy ich wybawiciel może liczyć na specjalne względy u uratowanego i jego bliskich.

W kilka dni przed wyruszeniem w drogę pomocnik profesora został poważnie poturbowany w czasie bójki w tawernie, i tym zrządzeniem losu wykładowca zaczął szukać asystenta wśród swoich podopiecznych na uczelni. Zgłosiło się niewielu chętnych, a spośród nich szczęśliwym trafem zostałem wybrany jako młodszy pomocnik. Wpływ na decyzję profesora miał też niewątpliwie fakt, iż znałem podstawy języka nordyjskiego; skąpa była to wiedza, lecz wystarczająca by porozumieć się w najprostszych względach. Po trzech dniach od obwieszczenia mi tej wspaniałej nowiny, w ciepły czerwcowy poranek, stawiłem się na Placu Handlowym i wraz z trzema konnymi, wśród których znajdował się profesor, jego służący oraz stary przyjaciel z Akademii, Jakub Shain, wyruszyłem w drogę ku nieznanemu. Na rogatkach miasta czekał na nas przewodnik, który podjął się doprowadzenia nas do Potrójnej Bramy, a z jego komentarzy i ponurego nastroju można było wnioskować, iż jedynie głęboka kieszeń sir Lutenberga przekonała go do pojęcia tej pracy. Im bardziej oddalaliśmy się od ojczystych stron, zapuszczając się w przełęcze Milczących Gór, tym niespokojniejszy stawał się nasz kompan: zrywał się na każdy szelest, trzymał przy sobie naładowane pistolety, a nocą kazał wystawiać warty. O tym, jak wiele szczęścia mieliśmy, docierając bez przeszkód do granic Nordii, mieliśmy się dowiedzieć dopiero później. W końcu, po czterech dniach w siodle, dotarliśmy do portalu.

Tu nadmienić trzeba, iż pan Jakub był człowiekiem, którego ręce dzierżące węgielek bądź ołówek potrafiły zdziałać cuda. Na tą wyprawę wziął oprawny w skórę kajet - wykładowca podniósł w górę sfatygowany pamiętnik i, podszedłszy do jednego z uczniów, podał mu go, po czym gestem kazał podać go dalej, następnym uczniom. - Szkicował wszystko, co wydawało mu się niecodzienne, piękne, lub po prostu godne uwagi. Na pierwszej stronie możecie zobaczyć Bramę Potrójną.

Szkic nie pozostawiał wątpliwości, co do talentu autora. Subtelnościami szarości, wyczarował on rozległą, usianą monolitami dolinę. Jej wejście zamykała wysoka na kilkadziesiąt metrów murowana konstrukcja, przy której najpotężniejsze drzewa wyglądały jak zapałki. Jasny kamień wyraźnie odcinał się od czerni wielowiekowego drewna, z którego zbudowane były trzy wierzeje, dwie boczne jednakowych rozmiarów, środkowa zaś wyraźnie większa od pozostałych. Metal spinający skrzydła furt, mimo że pamiętał czasy Rodian, nie nosił ani śladu rdzy. Skrzydło jednej z bram było uchylone w niewielkim stopniu, na tyle jednak, że dwa wozy jadące w przeciwnych kierunkach mogły się wyminąć nie ustępując sobie z drogi. Jeden z uczniów pomyślał, że mury te wyglądają, jakby zbudowano nie tyle z myślą o ochronie mieszkańców Nordii, a raczej by nie pozwalały czemuś wydostać się z Milczących Gór... Wzdrygnął się na tą myśl i skupił uwagę na dalszym wykładzie profesora.

- Jak widzicie, opinia o sztuce nordyjskich budowniczych w niczym nie jest przesadzona. Wszystkie bramy, co prawda są spadkiem po dawnej kulturze, jednak współczesne budowle jedynie w niewielkim stopniu im ustępują. Powszechnie uważa się, że to magia pomaga im w realizowaniu niezwykłych pomysłów architektonicznych. Ech, lepiej byłoby gdyby te zawistne języki zamilkły i oddały sprawiedliwość umiejętnościom i wiedzy Nordyjczyków. Równie dużo mówi się o rytuałach przy wytapianiu stali. Cóż, jeżeli wrzucenie dwimera do kadzi z surówką daje jej niesamowitą wytrzymałość, to widać jest to błogosławieństwem Jedynego. Wszak nordyjska waluta ma na awersie krzyż, którego nie dotknie żaden deviria, a wrzucić go do zbiornika może jedynie osoba o czystym sercu - tu profesor uśmiechnął się - Sądząc po ilości wspaniałych szpad z ich stali, więcej wśród nich osób niesplamionych występkiem niż w całym Dominium.

Po sali przebiegł stłumiony śmiech. Starszy pan kontynuował swoją opowieść.

- Przy bramie zatrzymał nas strażnik, pierwszy mieszkaniec Milczących Gór, jakiego zobaczyliśmy podczas tej wyprawy. Profesor nie był ułomkiem, a jednak mógł patrzeć strażnikowi prosto w oczy tylko z tego względu, iż siedział na koniu. Respekt budził nie tylko wzrost żołnierza, lecz również nienaganny wygląd: gładko ogolona poważna twarz, uważne, wszystko lustrujące oczy, rynsztunek i odzienie bez śladu zaniedbania, jakie zazwyczaj można spotkać w innych armiach na daleko wysuniętych placówkach. Oto jedna z cech narodowych Nordyjczyków: dokładność. Nigdy nie lekceważą  swojej pracy i obowiązków, obojętnie od obranej profesji, czy to żołnierza, czy księgowego.

Uważnie obejrzał zaproszenie, rzucił okiem na naszą trójkę, po czym oddał papiery i zasalutowawszy, rzekł:

- Witamy w Nordii. Proszę za mną, czeka na Was poselstwo.

Pan Lutenberg ani słowem nie wspomniał nam, iż ktoś będzie na nas czekał, a patrząc na wyraz jego twarzy stwierdziłem, że i on o tym nie wiedział. Po chwili jego oblicze rozjaśnił grymas zrozumienia, a po następnych słowach wysokiego człeka wyjaśnienie nasunęło się i mnie.

- Lord Njordan ma zadbać o państwa bezpieczeństwo w trakcie podróży do zamku sir Brahna. To bratanek gospodarza Waszej Mości, jeden z najzręczniejszych jego dworzan, więc niech będzie mi wolno stwierdzić, iż jesteście panowie w jak najlepszych rękach.

Stało się dla mnie jasne, że konwój przysłano nie tylko w trosce o nas, lecz i po to, że moglibyśmy skręcić ze szlaku, i ujrzeć coś nie przeznaczonego dla naszych oczu. Codziennie szlaki patrolowały grupy żołnierzy, jednakże po nas przysłano specjalnie wydelegowaną grupę - co mogło świadczyć tyle o szacunku, co i o podziwie dla lotnego umysłu sir Tomasa. A prawdą jest, że w krótkim czasie, i z małą ilością danych potrafił on dokonywać cudów, jeśli chodzi o dedukowanie. Zresztą, samo to, iż strażnik uznał za słuszne wytłumaczenie obecności poselstwa wydawało się osobliwe - wszak czy Nordyjczyk tłumaczy cokolwiek nie pytany? Zaiste, samo to mogłoby wywołać nasze podejrzenia.

Od drugiej strony Potrójna Brama wyglądała równie imponująco. Łańcuchy bez śladu rdzy ginęły w otworach dachów niższych budynków, zbudowanych z tego samego kamienia, co reszta warowni, mieszczących zapewne starożytne mechanizmy służące do otwierania skrzydeł bram. Z tej strony bogate okucia spinające deski na każdym z portali przekształcały się w haki do założenia sztab, które to zawieszone były na linach poniżej otworów strzelniczych. Na całej długości murów można było dostrzec kotły na ruchomych zawieszeniach, z paleniskami poniżej; służyły najwyraźniej do zalewania szturmujących wrzącą wodą bądź metalem. Na galeriach poniżej widać było szeregi dział, z kulami przygotowanymi w równych pryzmach po boku każdego z nich. Mimo, iż kraj ten nie prowadził z nikim wojny, najwyraźniej utrzymywał pełną gotowość bojową. Mając na uwadze jego stosunki z resztą świata, nie można było się dziwić.

Minęliśmy koszary, magazyny, a strażnik prowadził nas dalej, do położonego na uboczu budynku, który okazał się karczmą. Zasalutował żołnierzowi sprawującemu wartę przed wejściem, po czym w swym ojczystym języku wypowiedział parę zdań, ten zaś skinął głową i zniknął w czeluści zajazdu. Zsiedliśmy z koni, a po chwili wyszedł z gospody kawaler, na oko dwudziestopięcioletni, za którym wyszło z dziesięciu zbrojnych.

- Witajcie panowie. Sądzę, żeś pan jest sir Lutenberg - odezwał się młodzian do cynazyjsku, i skłonił się mojemu nauczycielowi, który równie uprzejmie oddał ukłon. - Więc to panu złożyć mogę wyrazy uszanowania i podziękować, żeś uratował mojego drogiego wuja od niechybnej śmierci.

- Zaprawdę, niepotrzebne to zupełnie. Odpłacił mi się on po wielokroć, zapraszając mnie i moich towarzyszy w swe gościnne progi. I wysyłając tak doborową eskortę, by strzegła naszych skromnych osób - tu błysnął oczami i uśmiechnął się porozumiewawczo. Njordan widać zdał sobie sprawę, iż względami bezpieczeństwa nie dało się zakryć prawdziwego znaczenia ich obecności, i również się uśmiechnął.

- Ruszajmy zatem. Czekają nas dwa dni drogi, a przed zmierzchem chciałbym, abyśmy dotarli do Kruczej Karczmy, by zapewnić Waszmościom należyty nocleg. Nie jest to może wykwintny szynk, lecz z pewnością bezpieczniejszy niż biwakowanie pod gołym niebem.

Wojowie wyprowadzali właśnie ze stajni przyległej do gospody konie - wielkie, lśniące ogiery, przy których nasze, pełnokrwiste rumaki wydawały się ledwie kucami. Nasi przewodnicy zaczęli dosiadać zwierzęta, więc i my zaczęliśmy wspinać się w strzemiona.

- Ależ, panowie, mamy i dla Was konie! Lepiej, żeby Wasze zwierzęta poczekały tutaj na Wasz powrót, gospodarz się nimi należycie zaopiekuje. Nie są nawykłe do wędrówek przez górzyste tereny, nie mają dość szerokich ani twardych kopyt, okaleczą się zanim dotrzemy do dworu. Powierzono mi panów życie i zdrowie, a zapewniam, że nie ma bezpieczniejszego środka podróży w naszym kraju niż konie czystej, nordyjskiej krwi.

Przytroczyliśmy więc nasze bagaże do jucznych zwierząt, a sami dosiedliśmy ogierów. Choć bardziej trafne byłoby użyć słowa "wspięliśmy się". Mimo, iż strzemiona zostały wyregulowane do naszego wzrostu, i tak był to dość karkołomny wyczyn. Na szczęście zwierzęta stały spokojnie, i w końcu, bez zbytniego uszczerbku na honorze, siedzieliśmy na grzbietach tych szlachetnych wierzchowców. Njordan dał znak do odjazdu, i tak oto zaczęła się nasza wędrówka w głąb najbardziej nieprzychylnych człowiekowi ziem w Sojuszu.

Rzadko ujrzycie słońce w tej krainie. Zupełnie jakby wstydziło się świecić na tą ponurą przestrzeń. Chmury - oto, co zdobi tam niebo. Galopujące po niebie, układające się martwymi warstwami do samej ziemi, wilgotnym całunem obejmujące nieprzyjazne szczyty, jakby starając się złagodzić ich morderczo ostre krawędzie. Brzemienne śniegiem lub deszczem z rzadka tylko ukazują błękitne niebo. Częściej jednak pokazują swój gniew, i wraz z błyskawicami zsyłają na ziemię potoki deszczu, który, nie wchłaniany przez jałową glebę, tworzy wciąż nowe rzeki i strumienie. Straszliwy to żywioł - masy wody szukając ucieczki z gór, wzburzoną falą prą w stronę dolin, nierzadko zatapiając jakąś wioskę bądź niszcząc starożytny trakt. Zaiste, w Milczących Górach natura nie zna litości. Jesienne wiatry, zimowe zawieje, wiosenne ulewy i roztopy... Najbezpieczniejszą porą do podróżowania po derwahskich szlakach jest lato, lecz i wtedy nie można poniechać baczności, gdyż oprócz sił przyrody, spokój podróżnych zakłócają siły mroku... Nie brak deviria w tamtejszych lasach i w niedostępnych dla ludzi górach, lecz i zła w ludzkiej skórze jest mrowie - przewodnicy wywodzący podróżnych na manowce, skąd nigdy już nie wrócą, złodziejskie bandy bardańskich górali, i inni, których nie sposób wymienić jednym tchem. Mały ruch na traktach i osady z rzadka tylko rozsiane po dolinach ułatwiają pełnienie im bandyckiego procederu. Nawet patrole straży nie są w stanie tego zmienić.

Nasza wyprawa podróżowała jednak latem, z licznym orszakiem zbrojnych, i wydawało się, że nic nie zakłóci spokojnej podróży. Jechaliśmy traktem ułożonym z ociosanych kamiennych płyt. Co jakiś czas mijaliśmy resztki postumentu bądź gruzy po arkadzie spinającej obie strony drogi, zazwyczaj tuż przed rozdzieleniem się nitek szlaku. Nasz towarzysz wyjaśnił nam, iż to pewien rodzaj drogowskazu, arkada z nazwą miasta lub wioski, do której trakt prowadzi, jedna z wielu pozostałości po Rodianach. Gdy sir Tomas wyraził chęć obejrzenia z bliska jednego z postumentów i zbadania znaków na nim wyrytych, Njordan uprzejmie wyjaśnił,  niedługo zacznie zmierzchać, a przed nami jeszcze szmat drogi do karczmy, i że, być może, pan Brahn znajdzie czas by towarzyszyć profesorowi do jednego z takich podwyższeń. Sir Lutenberg nie naciskał.

Widoki były dość jednostajne i przygnębiające. Po lewej stronie traktu ciągnęło się wzgórze porośnięte lasem sosnowym, w wyższych partiach przechodzące w strome urwisko, po prawej zaś płaskowyż, porośnięty jedynie najbardziej wytrwałymi bylinkami. Godzinami otoczenie się nie zmieniało - tylko brunatno - zielone pola, czasami przecięte nitką rzeki lub inną drogą, niekiedy ze skarlałym drzewkiem sterczącym samotnie wśród wzgórków. Nie każda była tak zachowana jak ta, którą się poruszaliśmy. Niektóre wyglądały jakby od lat nikt się nimi nie poruszał - zasypane naniesionym piachem, rozsadzone przez roślinność, na jednych drogach rozkradziono płyty, a na drugich po prostu czas starł kamień na pył. Zapytałem o te wymarłe szlaki naszego opiekuna.

- Widzisz, młodzieńcze, nie wiadomo, dokąd kiedyś prowadziły te trakty. Na końcach niektórych z nich, nam współcześni znajdowali głęboko zakopane w piachu fundamenty budowli, i na nich budowali własne wsie i miasta. Na końcach innych nie znaleźli nic... ale wierz mi, to nie są te rodzaje miejsc, w których chciałoby się cokolwiek budować. Aura jest tam tak nieprzyjazna, że nie podróżuje tam nikt... i Tobie też tego nie radzę - spojrzał na mnie swoimi ciemnymi oczyma, a ja wiedziałem, jaki rodzaj grozy ma na myśli: ten, kiedy płuca płoną bólem od powstrzymywanego oddechu, kiedy najmniejszy szelest przyprawia twe serce o oszalałe tempo, a włosy na karku wstają, jakby dotknęła do lodowata ręka. Nie pytajcie jak, ale widziałem tą całą grozę w jego oczach i wiedziałem, że kiedyś nieopatrznie skręcił w przeklętą drogę. I byłem już pewien, że ja nigdy nie zapuszczę się na wymarły szlak.

Być może dziwi was fakt, że kawaler nieco starszy ode mnie zwracał się do mnie jak do młodzika. Otóż, pamiętać trzeba, że przy swojej długowieczności okres ich dojrzewania i starzenia się trzeba rozpatrywać zupełnie inaczej. Chłopak, który wyda się wam rówieśnikiem, niekiedy może być w wieku waszego ojca, jeśli nie dziadka. By nie popełnić fatalnej gafy, lepiej zawsze zwracać się do Nordyjczyka jak starszego od siebie, z należnym dojrzałej osobie szacunkiem, nawet, jeśli jest to paroletnie dziecko. Ostatecznie może się okazać, iż ów berbeć jest w waszym wieku. Wszystkie rodziny nordyjskie różnią się między sobą w tym względzie.

Parokrotnie ukazywały się przed nami w dali sylwetki na koniach bądź pieszo. Za każdym razem sir Adam, bo tak na imię miał bratanek pana Brahna, skinieniem głowy wysyłał jednego ze swoich ludzi przodem. My jednak jechaliśmy dalej bez przeszkód, a zawsze po jakimś czasie dołączał do nas ów goniec, szeptał coś do ucha młodzieńca, po czym ten uśmiechał się do nas uspokajająco i kontynuowaliśmy wędrówkę.

Przed nami ukazało się rozwidlenie dróg. Szlak, którym podążaliśmy rozdzielał się na dwoje, z czego jedna odnoga lekko skręcała w prawo, i prowadziła dalej, mając urwiste wzgórza po lewej ręce, a pola po prawej. Druga  była znacznie węższa, i skręcała ostro w lewo, ginąc wśród żlebów stromego wąwozu, po dnie którego wiła się nitka kamiennych tablic. Pierwsi w półmrok ścieżki zanurzyli się dwaj konni, następnie przodem ruszyli panowie Lutenberg i Shain, za nimi, strzemię w strzemię, ja i służący Tanata, zaś pochód zamykał szlachcic i jego zbrojni. Niekiedy nad naszymi głowami niemal zamykała się kopuła skał, kiedy skalne półki nakładały się na siebie, czasem zaś wąwóz rozszerzał się na tyle, że czwórka konnych mogłaby spokojnie jechać koło siebie. Utrzymywaliśmy jednak szyk, i, o dziwo, ciszę. Umilkły rozmowy, a wszyscy niespokojnie wpatrywali się w porośnięte iglakami szczyty urwiska. Martwota tego miejsca była uderzająca - nie słychać było wiatru, kropli wody drążących niestrudzenie skały, szelestu gryzoni w liściach opadłych na dno jaru... I chyba tylko to uratowało nam życie.

W pewnym momencie konie niespokojnie zastrzygły uszami, a za nimi delikatny chrobot pochwyciły i nasze, mniej wyczulone zmysły. Adam, jadący ostatni, szybko zerknął w górę, po czym wydał okrzyk, od którego spłoszyły się nasze wierzchowce i pognały wzdłuż ścieżki. Przytuleni do końskich grzbietów pędziliśmy jeden za drugim, a za nami gnała lawina. Osypisko ogromnych głazów i ziemi, miażdżące wszystko na swojej drodze, którego jedynym ostrzeżeniem był ledwie uchwytny odgłos pierwszych osuwających się kamyków... Sporo ponad dwadzieścia metrów parowu zostało zasypane za naszymi plecami, zanim lawina zaczęła zwalniać, lecz mimo naszego szaleńczego tempa nie udało się uniknąć nieszczęścia. I gdyby to któryś z nas zamykał ucieczkę, a nie rodowity Nordyjczyk, byłoby z pewnością po nim. Zbłąkany kamień rykoszetując od ściany trafił rumaka szlachcica w zadnią nogę, podcinając go i obalając. Ze strachem odwróciłem się by spojrzeć, jaki los spotkał naszego towarzysza, i strach mój zmienił się w fascynację i niedowierzanie, bo oto w momencie, kiedy okulawione zwierzę potykało się i chyliło się ku upadkowi, szlachcic wyszarpnął nogi ze strzemion, trzymając się lejców lekko stanął na grzbiecie ogiera i odbił się od niego - a wszystko to trwało najwyżej jedno uderzenie serca. Niewiarygodna siła tego skoku wyniosła Adama daleko za koński łeb, miękko wylądował na ziemi amortyzując upadek dłońmi, i w momencie, kiedy lawina wytracała swój impet gnał ku nam z szybkością, o jakiej nie śniło się żadnemu człowiekowi nie zrodzonemu na tej ziemi. Nie pozwolił się nam zatrzymać póki ostatnie echo spadających głazów nie przebrzmiało w kotlinie. Szeroko otwartymi oczyma wpatrywałem się w Nordyjczyka, który niemal bez śladu zmęczenia doprowadzał do porządku swoją odzież, oglądał otarcia na rękach i, lustrując teren ponad nami, wyciągnął pistolet, po czym ruszył z powrotem na zasypaną ścieżkę. W ciszy ruszyliśmy za nim.

Powoli opadał pył. Z daleka widać było, iż droga, którą przybyliśmy jest zasypana na całej swej szerokości. Rozglądaliśmy się nerwowo, gdyż jeszcze co jakiś czas słychać było pojedyncze kamyki spadające na dno parowu. Wszędzie panował bezruch, jaki możliwy jest tylko po okazaniu gniewu przez żywioł, i dlatego niemal od razu zauważyliśmy ruch na skraju gruzowiska, w miejscu gdzie zakończyła swój pęd lawina. Ostrożnie podeszliśmy bliżej. Naszym oczom ukazał się przygnębiający widok: wspaniały ogier leżał przywalony masą ziemi, jego aksamitna kiedyś sierść przybrudzona była pyłem i płatami piany, a oczy dziko błyskały białkami. Zwierzę leżało na boku, a spod kamieni wystawała tylko głowa, przednie nogi i część korpusu.

- Asz mall... Asz maha mall... - przemówił w swym języku sir Adam. Koń, słysząc głos swego pana, zarżał cicho. Kawaler pochylił się, uspokajająco pogładził go po szyi. Kucał tak dłuższą chwilę, w czasie której nie ośmielaliśmy się mu przerwać. Następnie wstał, odwiódł kurek pistoletu, i skrócił męki swego ulubieńca. Mimo, iż ręka mu nie zadrżała, na oblicze wstąpił mu rumieniec, co jest, wierzcie mi, niezwykłe u tych opanowanych ludzi.

Razem z wystrzałem na szczycie urwiska rozległo się krakanie i szum skrzydeł. Na pierwszy dźwięk młody szlachcic odwrócił się i wymierzył, strzał jednak nie padł. Wystraszony ptak poszybował w dal, a szlachcic popadł w zadumę. Gdy zwrócił się do nas głos miał opanowany, a twarz jego na powrót przybrała kolor popiołu.

- Nie możemy dłużej tu marudzić. Nie zdążymy do Karczmy przed zachodem, czeka nas więc obozowanie na świeżym powietrzu. Musimy jednak wydostać się stąd. Podobne lawiny mają w zwyczaju następować jedna po drugiej, więc w czasie wędrówki, zanim wydostaniemy się na otwarty teren, upraszam o zachowanie ciszy.

W ponurym nastroju ruszyliśmy w drogę. Zostaliśmy odgrodzeni od reszty eskorty, podróżowaliśmy teraz pod opieką bratanka pana Brahna i dwojga jego zbrojnych. Jeden z nich użyczył wierzchowca swojemu dowódcy i kontynuował podróż na pieszo, trzymając się strzemienia. Wśród skał słychać było tylko stuk kopyt o twarde podłoże. Baliśmy się nawet głośniej zaczerpnąć oddechu, a co dopiero rozmawiać. Po godzinie jazdy, kiedy blade słońce balansowało już na granicy horyzontu, wydostaliśmy się na płaski teren, pozostawiając za sobą niebezpieczne skały. Sir Njordan wysłał jednego ze swych ludzi na poszukiwanie pożywienia, drugiego wyprawił po opał, sam zaś zajął się rozbijaniem obozowiska przy starym, uschniętym drzewnie. Zająłem się oporządzaniem koni. Zgrzebłem wydobytym z dna podróżnego worka szczotkowałem ciepłe, czarne boki, napoiłem i idąc za poleceniem naszego opiekuna, okryłem je derkami. W tym czasie zdążyli już nadejść żołnierze, jeden niosąc naręcze chrustu, drugi z kilkoma oprawionymi już kawałkami mięsa, wielkością przypominających nasze wiewiórki. Tanata rozścielił nasze posłania. Zważywszy wzrost zwierząt moje zajęcie było dość wyczerpujące, więc z wdzięcznością przyjąłem miskę gorącej strawy, na którą składało się mięsiwo upieczone nad ogniskiem, oraz parę bulw upieczonych w żarze. Nie byłem wtedy nawykły do siodła, i taka podróż, a zwłaszcza ostatnie wydarzenia i szaleńczy galop, zmusiły moje ciało do skapitulowania przed zmęczeniem, więc, złożywszy życzenia dobrej nocy, zagrzebałem się w kocach. Ułożyłem się twarzą do ogniska i chwilę przysłuchiwałem się rozmowie mego mentora z Nordyjczykami, lecz powieki ciążyły mi coraz bardziej. Przed zaśnięciem usłyszałem tylko, jak nasz opiekun obejmuje pierwszą tej nocy wartę. Zapadłem w głęboki sen.

Nie wiem, ile leżałem pogrążony w drzemce. Obudziły mnie głosy, a coś w brzmieniu jednego z nich wprawiło mnie w osobliwy niepokój - ich frazowanie i wymowa, w jakiś sposób różniły się od ludzkiej. Leżąc bez ruchu, z zaciśniętymi powiekami wytężyłem słuch, lecz dotarło do mnie tylko jedno krótkie zdanie, wypowiedziane po nordyjsku w tej dziwnej kadencji:

- To ten.

Rozległ się szelest przypominający rozkładanie wachlarza, zaległa cisza, po czym odezwał się Adam, którego poznałem po głosie:

- Dziękuję, przyjacielu.

Sam już nie byłem pewien, czy nie śnię dalej, postanowiłem więc otworzyć nieco oczy. Ognisko już prawie dogasło, jednak gdy mój wzrok przyzwyczaił się do mroku poznałem sylwetkę szlachcica. Siedział oparty o pień, z podkurczonymi nogami i ramionami swobodnie wspartymi o kolana. Czerwień żarzącego się drewna nadawał jego twarzy cieplejszych barw, i chyba wtedy pierwszy raz zobaczyłem w Nordyjczyku nie tyle przedmiot badań, ile człowieka. W tym samym momencie coś przykuło moją uwagę w cieniu obok jego posłania. Otóż coś w mroku tworzonym przez sylwetkę kawalera coś się poruszyło, ciemniejsze od samej czerni. Nie byłem pewien czy istotnie coś widziałem, czy może to odblask ognia mnie mami, gdy w owym mrocznym miejscu coś zamigotało. Zniknęło, raz jeszcze zamigotało, i znów straciłem ten błyszczący punkt z oczu, lecz w zamian usłyszałem szmer, jakby wiatr przegonił zeschłe jesienne liście.

- Śpij spokojnie, młodzieńcze, nic nam nie grozi - rozległ się znajomy mi głos. - Jutro przed nami daleka droga.

Zapadłem w sen - prawdopodobnie dlatego, iż niezbyt ufałem własnym zmysłom. Gdybym choć odrobinę poważniej potraktował nocne rozmowy Njordana z niewidocznym kompanem, jestem pewien, że do rana nie zmrużyłbym oka. Po przebudzeniu byłem już niemal pewien, iż nocne obrazy były tylko sennymi majakami mojego zmęczonego umysłu. Napoczęliśmy zapas suchego prowiantu, i po pośpiesznym posiłku ruszyliśmy w drogę.

Mimo, że całonocna warta przypadła sir Adamowi, nie znać było po nim zmęczenia. Zadziwiające, jak wytrzymali są mieszkańcy Milczących Gór. Dla nich kilka dni w siodle bez wypoczynku to pestka, lecz cena za te niesamowite właściwości jest słona. Gdy dochodzą do kresu swej wytrzymałości, trzeba czasami tygodni, by w pełni wrócili do zdrowia. Wydatkują energię na kredyt, ale zawsze przychodzi im spłacić lichwiarskie odsetki.

Słońce, rozgrzewając zmarzniętą przez noc glebę, podnosiło znad ziemi tumany mgły. Wjechaliśmy na pagórek, z którego rozpościerała się panorama na dolinę poniżej. Przez cały widnokrąg, odbijając promienie słoneczne, spieniając się na kamieniach wystających z dna, wiła się wstęga szerokiej rzeki. Po obu stronach kamiennych płyt znaczących nasz szlak kwitły wrzosy. Te fioletowe pola były pierwszym kolorowym akcentem od czasu przekroczenia granicy. Drogę, wijącą się w dół, przecinała rzeka, a oba jej brzegi spinał kamienny most. Widok chwytał za serce, sprawiał, że zapominało się o ponurej historii tych stron. Staliśmy tak, urzeczeni, póki ciepło dnia nie rozgoniło ostatnich oparów.

Dopiero z bliska można było docenić kunszt budowniczych, którzy wznieśli kamienną przeprawę. Mimo, iż znajdowała się wiele mil od najbliższych ludzkich siedzib, rzeźbiarze uznali za konieczne ozdobienie jej posągami siedzących gryfów, a każdy z grafitowych potworów miał jedną z łap uniesioną. Kamienie nie nosiły śladu zaprawy, a mimo to jestem pewien, że konstrukcja ostałaby się cała, nawet gdyby przegalopowała po niej cała karyjska konnica.

Przekroczywszy rzekę kontynuowaliśmy podróż traktem, który teraz piął się nieznacznie w górę. Zostawiliśmy za sobą rozsłonecznioną dolinę i zanurzyliśmy w ciemny, sosnowy las. Prowadził jeden ze strażników, drugi zamykał grupę, a sir Adam jechał wraz z nami. Cienie tworzyły na ściółce dziwne wzory, i choć nie słyszałem nic, cały czas miałem wrażenie, jakby coś niesamowicie zwinnego poruszało się na skraju widzenia. Szlachcic jechał prosto, nie znać było po nim zmęczenia, jedynie rzadziej włączał się w dysputy, które prowadzili panowie Shain i Lutenberg, a uczeni mężowie potrafili z każdego pojedynczego zdania uczynić temat do dyskusji. Sądzę, że była to ważna część ich przyjaźni, te wzajemne potyczki na argumenty, a spora część ich wzajemnego szacunku brała się z uznania dla błyskawicznych ripost oponenta.

Po trzech godzinach dotarliśmy do Kruczej Karczmy. Gospodarz, człowiek równy nam wzrostem, a więc wywodzący się z plebsu, lecz równie blady co szlachcic, skinął nam na powitanie głową i gestem zaprosił do środka. Wszyscy oddaliśmy konie w ręce dwóch stajennych, po czym zanurzyliśmy się w przytulny mrok oberży. Karczmarz zapytał Njordana, czym spowodowane było nasze spóźnienie, gdyż, powiadomiony wcześniej o wizycie tak czcigodnych gości, przygotował  najlepsze pokoje i wyśmienite jadło, tymczasem nie zjawiliśmy się na nocleg. Gdybyśmy nie zjawili się do wieczora, zamierzał wysłać umyślnego do zamku, by wyruszono na poszukiwania.

- Chwała Jedynemu, żeście cali, panie. Służące już szykują kąpiele, a w pokojach czekają przygotowane łoża. Zażyjcie wypoczynku, a ja każę kucharzowi szykować wieczerzę.

Oddalił się i zniknął na zapleczu, a my zostaliśmy zaprowadzeni przez kawalera na piętro. Istotnie, w każdej z przydzielonych nam komnat stała balia pełna parującej wody. Obok, na zydlu, leżały przybory do golenia, mydło o zapachu lawendy i białe płótno kąpielowe. Zdziwiło mnie, jakim cudem w tak krótkim czasie zdążono zagrzać taką ilość wody, dla każdego z gości. Rozwiązanie tej zagadki znalazłem dopiero na zamku lorda Brahna. Na skromny wystrój pokoju, bez żadnych dekoracji, składało się proste łóżko z drewnianą ramą i materacem ciasno wypchanym pachnącym sianem, sekretarzyk przysunięty pod okno, dwudrzwiowa szafa na ubrania i toaletka z lustrem w prostych, drewnianych ramach.

Z uczuciem ulgi złożyłem swe ciało w gorącą kąpiel, czułem jak ciepło rozlewające się po napiętych mięśniach rozluźnia je i wprawia w przyjemne odrętwienie. Nie wiem, jak długo leżałem w balii, lecz gdy stwierdziłem, że czas wstawać, woda miała niemal pokojową temperaturę. Poczułem, jak dokładnie lawendowa kostka zmyła z mojego ciała tak pył dróg, jak i zmęczenie. Ogoliłem się, ubrałem w świeże szaty wydobyte z podróżnego worka, i w momencie, kiedy spinałem tunikę pasem, usłyszałem pukanie do mych drzwi. Był to pan Tomas, który przechylił się przez próg i zakomunikował:

- Obiad na stole, chłopcze. Pośpiesz się, nie chcemy przecież w niczym uchybić naszym gospodarzom - mrugnął do mnie zawadiacko i już go nie było. Słychać było jedynie kroki na schodach, jego i sir Jakuba. Dopiero słysząc o posiłku uświadomiłem sobie, jak głodny jestem. Ostatni raz zerknąłem w lustro i już byłem w drodze na parter.

Zapachy już na schodach pobudziły mój biedny żołądek na tyle, że zaburczało w nim głośno. Powiadam wam, nigdy bardziej nie docenicie domostwa, niż po długiej wędrówce, kiedy największym luksusem wydaje się wam miękkie łóżko, pachnąca kąpiel i gorąca wieczerza.

Gdy wszedłem do sali jadalnej wszyscy byli już obecni. Stół był równoboczny, z miejscami dla czterech osób. Zostało dla mnie wolne miejsce po lewej stronie sir Njordana. Naprzeciw niego siedział mój mentor, ja natomiast siedziałem twarzą w twarz z panem Shainem. Przy mniejszym stole w rogu posilali się Tanata i strażnicy, a nam do stołu usługiwał gospodarz. Właśnie zaczynano konsumować główne danie.

Na półmisku leżała parująca baranina w zawiesistym sosie, gęstym od grzybów. Z wielkiej miski nałożyłem sobie przetarte z masłem bulwy, podlałem je sporą ilością brązowego sosu, odkroiłem sztukę mięsa. Tak jak u nas podaje się do wieczerzy sałatę, tak w Nordii niemal do wszystkiego serwuje się przetwory z niewielkich, czerwonych jagód, zwanych żurawiną. Mimo, iż marmolada ma słodko-kwaśny smak, nadaje się tak do mięsa, jak i deserów. W pewnym momencie sir Njordan poprosił o salaterkę z rybą w aromatycznej zalewie. Gdy wyciągnął dłonie po naczynie, zauważyłem, że nie ma nawet śladu po głębokich otarciach. Zaleczyły się rany, które każdy z nas kurowałby tydzień, zwracając uwagę, by nie otwarły się na nowo. Pochyliłem głowę i wieczerzałem dalej, myśląc, iż opowieści o niesamowitej regeneracji tej nacji nie są wcale przesadzone. Nim wstaliśmy od stołu, Adam przywołał karczmarza, któremu obwieścił:

- Nie skorzystamy dziś z twojej gościnności, karczmarzu. Wiedz jednak, że twe przygotowania zostaną należycie docenione. Za pół godziny przyprowadź konie przed ganek - chcemy dziś osiągnąć dwór lorda Brahna.

Gospodarz przyjął słowa bratanka swego suwerena, i, zgięty w ukłonie, wycofał się by wydać dyspozycje swoim podwładnym.

- Przygotujcie prowiant na drogę - Adam wydał swym rycerzom rozkaz, po czym zwrócił się do nas - Wybaczcie, panowie, że nie daję wam szansy na odpoczynek, ale pierwszym moim obowiązkiem jest dbać o wasze bezpieczeństwo, a z dwójką zbrojnych nie uda nam się odeprzeć jakiejkolwiek napaści.

Lutenberg porzucił swój swobodny nastrój. Wiedząc, że coś więcej musi się kryć za słowami Nordyjczyka, zapytał:

- Spodziewasz się, Waść, jakiejś potyczki?

Adam odprowadził wzrokiem swych żołnierzy, po czym odparł:

- Nie... Już nie - akcent położony na słowo "już" był wymowny. Uśmiechnął się półgębkiem i dokończył - Wszak najbardziej niebezpieczne jest to, co nieznane, czyż nie?

W ciszy i z nieokreślonym uczuciem niepokoju rozeszliśmy się do pokoi, by spakować swój bagaż. Jako, że nie miałem w pokoju już nic do roboty, przed gospodą pojawiłem się jako pierwszy. Chwilę później stajenni przyprowadzili rumaki, i w momencie, kiedy nadchodzili moi współtowarzysze podróży, przytraczałem właśnie podróżny worek do siodła. Nim minęło ustalone pół godziny byliśmy w komplecie i mogliśmy ruszać. Także dla zbrojnego, który oddał wierzchowca swemu dowódcy przyprowadzono konia, równie wielkiego i zadbanego jak reszta. Tym razem, pełni sił po odpoczynku i posiłku, ruszyliśmy kłusem. Po trakcie niósł się tętent końskich kopyt,  wzbijających wysoko przydrożny pył. Tanata, jako jedyny nieprzyzwyczajony do siodła, miał nietęgą minę, ale i on dotrzymywał tempa. Wjechaliśmy z powrotem w gęstwinę, gdzie ścieżka była zbyt wąska, aby jednocześnie kłusowało po niej więcej niż dwie osoby, więc wydłużyliśmy szyk i, gnając przez iglastą głuszę, schylaliśmy się raz po raz, uprzedzani okrzykiem pierwszego jeźdźca o każdej zdradziecko nisko zawieszonej gałęzi.

Jechaliśmy długo, czasami przekraczając bród, zmieniając mrok lasu na blask południowego słońca, i z powrotem zanurzając się w kamienne wąwozy. Nie była to trasa, którą mieliśmy podróżować pierwotnie, lecz skróty znane tylko mieszkańcom tych ziem. Po czterech godzinach jazdy zarządzono krótki postój przy strumieniu, w czasie którego rozprostowaliśmy kości, nieco uszczknęliśmy z zapasów, napoiliśmy siebie i ogiery.

- Już niedaleko. Jeszcze dwie godziny i będziemy na miejscu. Ruszajmy - zdecydował sir Adam i pierwszy dosiadł konia. Jechaliśmy nieco wolniej niż przedtem, lecz znużenie już dawało się nam we znaki. Na szczęście, tak jak obiecał nam nasz opiekun, po ponad dwóch godzinach jazdy przez ciemne zagajniki, nie prowadzeni już wzorem kamiennych płyt, wyjechaliśmy na rozległą przestrzeń, a naszym oczom ukazała się letnia siedziba pana Brahna i  jego małżonki.

Kamienny zamek przypominałby jeden ze szczytów górskich, które mijaliśmy po drodze, gdyby nie wieżyce, strzelające w niebo. Słońce zachodzące za naszymi plecami wydobywało ze ścian delikatny poblask - wywoływały go drobiny miki zawarte w skalnych blokach. Cały kasztel jaśniał, gdy dzień chował się za horyzontem. Teren wokół zamku otoczony był żelaznym ogrodzeniem, zbyt wysokim do sforsowania nawet dla Nordyjczyka, a zakończony morderczo ostrymi pikami. Jedynie od strony z której nadjechaliśmy stalowy parkan przeradzał się w kamienną, łukowato wygiętą bramę, przy której otwartych, drewnianych wrotach stało dwoje strażników z lancami.

Sama konstrukcja zamku, jego podwieszane wieże, ogromne, rzeźbione drzwi, niespotykanie wielkie, szklane szyby, były cudem same w sobie, ale pałacowy park wypełniało coś po stokroć piękniejszego, tym bardziej, że nijak nie można było się tu spodziewać takiego widoku.

Całe połacie ziemi, od artystycznie kutych krat aż po okrągły trawnik przed samymi schodami do pałacu, wypełnione były kwitnącymi roślinami. Czegóż tam nie było - jabłonie o różowych kwiatach, płaczące wierzby zwieszające witki do samej ziemi, skalne ogródki i wodne oczka co chwila przebłyskujące przez bujną zieleń, całe zagony paproci o świeżych listkach, mały jaśminowy sad. Doprawdy, był to widok zapierający dech w piersiach.

Bez słowa ruszyliśmy za sir Njordanem. Przy bramie strażnicy zasalutowali, rozpoznając zaufanego żołnierza swego możnowładcy, i rozstąpili się, pozwalając nam wjechać na tereny państwa Brahnów. Usłyszałem zgrzyt i odwróciłem się - to żołnierze, używając dźwigi i kołowrotów, zatrzaskiwali na noc wrota. Nie spiesząc się już, jechaliśmy przez ogród. Ogarnął nas upajający zapach, kiedy mijaliśmy rozarium, złożone chyba ze wszystkich odmian w Dominium. Dalej, wraz z nadejściem mroku, zaczęła swój aromat rozsiewać macierzanka, tworząc wraz z lawendą i wrzosem fioletowy kobierzec. Sam już nie wiedziałem gdzie skierować oczy, w którą stronę się odwrócić, by odetchnąć najrozkoszniejszym zapachem. Widziałem, że każdy z moich współtowarzyszy jest równie oczarowany pięknem i niesamowitością tego miejsca. Któż by mógł się spodziewać, iż jałowa Nordyjska ziemia może zrodzić takie kwiecie?

Żwirowa ścieżka prowadziła pod monumentalne schody, przed frontem tworzyła rondo z trawnikiem pośrodku, szerokie na dwie karety, po czym prowadziła dalej, najprawdopodobniej do wozowni. Zsiedliśmy z koni, po czym lejce z naszych rąk przejęli stajenni. Przed domem czekał już na nas sir Wiliamus i lady Amalia z kilkorgiem innych gości.

Sir Adam pierwszy podszedł i głęboko skłonił się swojemu opiekunowi i jego małżonce. Jako drugi podszedł z kolei mój mentor i z panem domu padli sobie w objęcia. Nastąpiła oficjalna prezentacja naszej wyprawy panu Wiliamusowi, po czym on przedstawił z kolei nam swoją połowicę.

Aby w pełni opisać piękno lady Brahn nie starczyło by nam czasu i do wieczora. Blada, lecz jakże piękna twarz, z wysoko sklepionym czołem, długimi włosami o barwie kasztanów, delikatnie zarysowanymi brwiami i stanowczą linią podbródka. Ciemne inteligentne oczy uważnie lustrowały otoczenie, a piękne, zmysłowe usta rozciągnęły się w lekkim uśmiechu, kiedy nas witała:

- Witajcie w naszych progach, wędrowcy. Zapewniam, że nie zabraknie wam tak odpoczynku, jak i zabawy.

- Powiedz mi, bratanku, czemu zjawiliście się tak późno? - odezwał się swobodnym tonem nasz gospodarz - Wszak spodziewaliśmy się was wiele godzin wcześniej?

- Wybacz, jeśli zmartwiliśmy Cię naszą zwłoką, lecz w czasie naszej podróży zaszły nieprzewidziane wypadki... - i Adam opowiedział o lawinie, a gdy skończył, sir Wiliamus poważnie pokiwał głową w zamyśleniu i rzekł:

- Słuszna to była decyzja, by złożyć bezpieczeństwo mych drogich gości w Twe ręce, Adamie. Będziemy musieli porozmawiać o słusznej nagrodzie za twą rozwagę. A teraz, wejdźmy do środka moi drodzy, nim wieczorny chłód zmrozi nas do kości - ruszył w stronę wejścia, a my za nim, jedynie bratanek stał nieporuszony.

- Wuju! - zawołał, i zaczekał aż ten się odwróci - Skoro złożyłeś tak ważną sprawę w moje ręce, to czy pozwolisz mi doprowadzić ją do końca?

Zdziwiony szlachcic skinął głową. Adam zszedł do schodach, stanął koło dwóch zbrojnych czekających na odprawę od swego dowódcy. Nagle wyciągnął rapier i błyskawicznym ruchem rzucił jednego ze strażników na kolana, przykładając mu otrze do karku.

- Ten oto niegodziwiec winien jest zagrożenia życia ludzi, nad którymi sprawowałem pieczę. Czy pozwolisz mi zatem ukarać go w jedyny sposób, na jaki zasługuje?

Brahn spoważniał, podumał moment, podczas gdy winny zdrady z nadzieją spozierał na swego suwerena, po czym powoli skinął głową. Przerażony Nordyjczyk krzyknął:

- Nie! Miejcie litość panie, wszystko powiem!! - skomlał. Bardańczyk woli umrzeć z honorem niż żyć w hańbie, Cynazyjczycy umieją zginąć z humorem, a Kordyjczyk skona z ostatnią zaczepką na ustach, lecz wszyscy oni mają nadzieję na życie wieczne. Ale Nordyjczyk, któremu dane jest tylko jedno, doczesne życie, ceni je nade swój honor i dobre imię.

 Njordan odpowiedział spokojnie, lecz głosem napęczniałym satysfakcją:

- Ależ my wszystko wiemy - po czym jednym wprawnym ruchem pozbawił żołnierza życia. Jeden z obecnych - kapłan, odmówił krótką modlitwę za jego potępioną duszę, po czym wszyscy zaczęli wchodzić do przedsionka.

Dopiero teraz, widząc twarz zastygłą w wyrazie przerażenia, przypomniałem sobie: to on pędził by sprawdzać konnych w oddali, to on pierwszy zapuścił się w wąwóz, który mógł stać się naszym grobem. Wszyscy już weszli do środka, na schodach zostałem tylko ja i sir Adam, który wycierał o trawę swój oręż. Stałem tak, zapatrzony w tężejące zwłoki, aż poczułem na ramieniu uścisk dłoni Njordana.

- Chodźmy już do środka, chłopcze.

- Ale... skąd wiedziałeś, panie? Przecież to wyglądało jak zwykły wypadek.

Szlachcic uśmiechnął się półgębkiem, po czym zapytał:

- A pamiętasz noc pod gołym niebem, kiedyś się ocknął zbudzony głosami?

Zdjęty nagłym dreszczem, kiwnąłem tylko, z obawą patrząc w te obsydianowe oczy. A on nic na to nie odpowiedział, jedynie ręką wskazał cień przesuwający się po niebie nad sadem.

- Mówiące nordyjskie Kruki! - wyszeptałem zmartwiałymi, z zachwytu jak i ze strachu, wargami, bo oto okazało się prawdą kolejne podanie o Nordii. Wszak to takie stworzenie zerwało się z wrzaskiem na odgłos strzału, a migoczący w ciemności punkt był ptasim okiem, zaś szelest towarzyszący nam w obozowisku był odgłosem skrzydeł uderzających nocne powietrze...

- Tak jest. A teraz dołączmy do reszty, chłopcze.

W wielkiej sieni stało siedem osób: gospodarze, ów ksiądz, majordomus, oraz profesor z sir Shainem oraz, nieco z boku, Tanata. Okazało się, iż duchowny jest bratem lady Amalii, kierujący opactwem w Hourton już od 60 lat. Był to poważny człek, a jego głos zdradzał, iż jest nawykły do wydawania poleceń. Łysa czaszka lśniła w świetle kandelabrów, a rodzinne podobieństwo ujawniało się w linii podbródka i wysokich kościach policzkowych, które twarz lady Brahn czyniły tak piękną, a oblicze jej brata tak surowym. Patrycjuszowski nos i wąskie wargi dopełniały obrazu tej ascetycznej fizjonomii. Powitania i prezentacje dalej trwały, więc nasza zwłoka nie została zauważona. Ustalono, iż udamy się teraz do komnat, by odpocząć i przygotować się do wieczerzy.

Majordomus zgiął się w ukłonie po czym poprowadził nas schodami do prawej części zamku, ponieważ, jak się okazało, tylko frontem było to co widzieliśmy, zaś z tyłu pałac rozrastał się dodatkowo w dwa skrzydła. Pokoje, które zajęliśmy, miały okna wychodzące na zewnątrz budowli, częściowo na dalekie góry, częściowo na dolinę wraz ze wstążką rzeki.

Pokoje były urządzone ze smakiem, lecz nieco mniej wystawnie niż cynazyjskie alkowy. Każdy z nas dostał osobną komnatę, z tym, że Tanata zajmował pokój, który miał również bezpośrednie przejście do sypialni swego pana. W każdym gabinecie poczesne miejsce znajdowało łoże - wielkie, drewniane, z baldachimem w ciemnym kolorze, a w jego nogach złożono mój bagaż. Brak było kominka, co nie zdziwiło mnie - wszak była to letnia siedziba. Jak się potem okazało, myliłem się, gdyż również zimą można było spędzać tu czas komfortowo, w cieple. Lecz o tym później.

Po lewej stronie łóżka stała nocna szafka, na której stała zapalona lampka. Mała, szklana bańka, spłaszczona u dołu, była napełniona czarnym, zawiesistym płynem. Ówa ciecz to nafta - mimo, iż można takie kaganki spotkać w całym Dominium, w ich wyrobie przodują Nordia i Kord, gównie dlatego, iż posiadają największe złoża wśród państw Sojuszu. 

Naprzeciwko miejsca spoczynku było duże okno z wykuszem, a szeroki parapet pozwalał usiąść na nim nawet dorosłemu człowiekowi. Obok okna stało biurko, bez zbędnych ozdób, z papierem i przyborami do pisania w szufladach. Jeszcze dalej stała szafa na książki, zapełniona wydaniami w twardych, obszytych materiałem okładkach, w większości po nordyjsku, lecz zdarzyło się również parę cynazyjskich traktatów. Za szafą znajdowały się drzwi. Gdy nacisnąłem klamkę oczom moim ukazał się jakby salon, którego głównym "meblem" było ogromne, porcelanowe naczynie, wmurowane w podłogę, w tym momencie napełnione parującą wodą. Czekał już na mnie płaszcz kąpielowy i ręczniki z monogramem państwa Brahn. Widać było też urządzenie, przypominające krzesło, lecz z otworem we wiadomym miejscu i wmurowane w posadzkę. Nie wierząc w przeznaczenie tego urządzenia, które samo nasuwało się na myśl, pognałem do pokoju i zerknąłem pod łóżko. Żadnego nocnego naczynia! Tak więc i ten niewdzięczny problem Nordyjczycy rozwiązali!

Pełen podziwu wskoczyłem w pachnącą pianę. W dolnej części zbiornika wymacałem drewnianą, okrągłą zatyczkę, służącą zapewne do osuszania tej porcelanowej balii. Tuż obok mojej głowy wyrastała metalowa rurka, służąca zapewne do napełniania naczynia. Jak i dokąd spływają mydliny, ani jak gorąca woda dostaje się do tej komnaty, nie miałem pojęcia, jednak stwierdziłem, że to nie rozważania na teraz, i począłem się rozkoszować kąpielą. Po dość długim czasie wstałem. Niepewny czy wyjąć z dna drewniany krążek, zostawiłem go na miejscu. Wytarłem się do sucha, po czym owinąłem się kąpielowym płaszczem z miękkiego płótna. Na oparciu krzesła położyłem zmięte, zapocone szaty, a sam ubrałem się w lepsze od podróżnego odzienie. Przyjemnie rozluźniony wyszedłem na korytarz, by po chwili pukać do drzwi mego mentora. Wpuścił mnie Tanata, podczas gdy z głębi pokoju, a dokładnie z umywalni, dochodziły rozentuzjazmowane okrzyki profesora.

- Ależ!! Cóż za myśl techniczna!! Nasi inżynierowie myślą o bzdurach, a nie nad czymś co by ułatwiło człowiekowi życie!! - zachowywał się jak dziecko zachwycone świeżo otrzymaną zabawką, klęcząc przed kloacznym krzesłem, na kolanach ostukując i badając kolejne części jego budowy. Zauważył mnie, stojącego niepewnie na progu.

- Widziałeś to, chłopcze? Przecież to genialne w swym działaniu! O, a cóż to? - po czym przekręcił jakąś dźwignię umieszczoną nieopodal wychodka. Rozległ się cichy szum, kiedy woda płynąca niewiadomo skąd zmyła wnętrze otworu.

- I jeszcze spłukuje nieczystości! Genialne, zaiste genialne!!

- Ale jak to działa, profesorze?

- Cóż, sądzę, że wszystkiego dowiemy się w odpowiednim czasie - starszy człek wstał z klęczek, po czym zamyślił się.

- Panie Tomasie... ja chciałbym zapytać... otóż... no, ten krążek na dnie balii... można go wyciągnąć aby wylać wodę? Boję się, że narobię szkód naszym gospodarzom.

- Tak, oczywiście, nic nie uszkodzisz, młodzieńcze. Więcej odwagi, jesteśmy tu by poznać cuda techniki, a jakże mamy je poznać nie wypróbowując ich? Idź i spuść mydliny, a ja wejdę po Ciebie w drodze na kolację.

Wróciłem do pokoju i czym prędzej wyjąłem zatyczkę. Mimo moich obaw woda nie zalała podłóg, tylko z odgłosem przypominającym korek wyskakujący z butelki zniknęła w otworze. Wróciłem do pokoju w samą porę, by usłyszeć pukanie. Na korytarzu czekali już na mnie wszyscy - obaj szlachcice i sługa. Ubrani w wytworne, lecz nie przesadnie bogate szaty, rozmawiali ożywieni na temat izb kąpielowych. Idąc przez korytarze mogliśmy podziwiać malowidła członków rodu, zawieszone w ramach z jasnego drewna na kamiennych ścianach. Sądząc po ilości portretów antenatów, i biorąc pod uwagę żywotność Nordyjczyków, musiał to być wybitnie stary ród, rodzina której początki szlachectwa ginęły w mrokach najwcześniejszych wieków.

Zeszliśmy na parter, gdzie czekali już na nas państwo Brahn. Skłonili się nam, po czym ruszyli przodem by wskazać nam drogę do sali jadalnej. Była to mała komnata, której ściany obite były ciemnozielonym suknem,  ze stołem na dziesięć osób, używana - jak wyjaśnił nam pan Wiliamus - jedynie podczas niewielkich uroczystości rodzinnych.

Być może wasze zdziwienie budzi fakt, iż cała rodzina może zmieścić się przy tak niewielkim stole. Otóż, mimo, iż długowieczni, Nordyjczycy nie są szczególnie płodni. Małżeństwo, które dochowa się dwojga pociech jest uznawane za szczególnie hojnie obdarzone, zaś trójka rodzeństwa jest już niezwykle rzadka. Patrząc w przyszłość, jeżeli taka tendencja będzie się utrzymywać, mieszkańców dervahskich gór nie wyniszczy żadna wielka wojna, ale znikną z powierzchni ziemi pokonani przez naturę.

Zasiedliśmy przy owalnym stole. Na najbardziej wydłużonych jego końcach usiedli nasi gospodarze, po prawej ręce pana domu zasiadł mój mentor, po prawej stronie lady Amalii posadzono zaś pana Shaina, naprzeciwko niego brat pani Brahn, mi zaś przypadło krzesło naprzeciwko profesora i po lewej stronie sir Wiliamusa. Jedyna w naszym towarzystwie kobieta podniosła srebrny dzwoneczek, którym dała znak do wniesienia posiłków. Na śnieżnobiałym obrusie zaroiło się od sosjerek, półmisków i innych naczyń o przeróżnej zawartości. Nim zaczęliśmy wieczerzać, duchowny zmówił nordyjską modlitwę o poświęcenie pokarmów, a następnie lady Amalia wzniosła toast:

- Za naszych nieustraszonych podróżników i badaczy. Oby radością był dla Was pobyt w naszym domostwie.

Wszyscy zgodnie podnieśliśmy szklanice, po czym głos zabrał pan Lutenberg. Wstał i wzniósł kielich za swego serdecznego przyjaciela i jego przeuroczą małżonkę. I ten toast spełniliśmy z przyjemnością.

Stół był zastawiony dla siedmiu osób, lecz jedno nakrycie zostało nietknięte. Wkrótce dołączył do nas Adam, w mundurze Nordyjskiej Gwardii Pałacowej. Srebrne, wypolerowane guziki wyraźnie odcinały się od czerni aksamitnej kurty, a wąskie spodnie z tej samej tkaniny wpuszczone były w cholewy wysokich, oficerskich butów. Skłonił się wujowi, ucałował w dłoń lady Brahn i zasiadł przy stole.

- Widzę, panie, że służysz na dworze - odezwał się pan Shain.

- Owszem - krótko odpowiedział zapytany.

 - Mój bratanek nie jest zbyt rozmowy, zwłaszcza wśród nowopoznanych - wtrącił Wiliamus. - Służy na dworze Jego Królewskiej Mości, i mimo że bagatelizuje swoją pracę, ja jestem z niego niesamowicie dumny.

- Masz powody, przyjacielu. Gdyby nie jego wnikliwość i odwaga być może nie dotarlibyśmy cali i zdrowi - tu mój wykładowca odwrócił się, i z poważną miną zwrócił się do kawalera. - Nie zdążyliśmy Ci jeszcze podziękować, Adamie. Pozwolę sobie, w imieniu swoim i mych współtowarzyszy, wznieść toast za Twoją odwagę, sir - tu wzniósł po raz kolejny puchar, a my solidarnie odpowiedzieliśmy tym samym.

- Dbanie o czyjeś bezpieczeństwo to moje zajęcie, Waszmość. Cieszę się, że mogłem wypełnić powinność wobec mego wuja, i zasłużyć na jego pochwałę.

- Powiedz mi przyjacielu, ale szczerze, gdyż przed tu obecnymi i tak nie mam tajemnic. Z jakiego powodu próbowano nas zabić? Bo ręczę, że nie chodziło o zwykły napad, zbyt wiele zachodu kosztował ten spisek.

Zamiast pana domu odezwał się zakonnik, później dopiero dowiedzieliśmy się, iż nosi imię Petrus:

- Nasze ziemie są nie tylko atakowane z zewnątrz, ale i niszczy je wewnętrzny rozłam. Część szlachty, tacy ludzie jak my, dążą do porozumienia z resztą państw, lecz nie na zasadzie pustych umów i sojuszy - ale na dużo głębszej i ważniejszej płaszczyźnie, jakim jest codzienne życie. Wspieramy wymianę handlową, wysyłamy naszych ludzi na wojnę z Valdorem - kapłan podniósł na nas wzrok, gdyż dotąd przemawiał ze wzrokiem wbitym w talerz, rozgarniając jadło srebrnym sztućcem. - Szukamy sposobu by wymazać swe winy wobec Jedynego, szukając odpowiedzi nie tylko w naszym kraju, lecz i poza jego granicami. Lecz są i tacy, którzy w swym przekleństwie widzą źródło siły, powód do dumy. Głupcy. Ich pycha i pęd do izolacji naszych ziem już dawno doprowadził je do wyniszczenia. Wymiana handlowa prowadzona przez nasz ród z innymi krajami, jak chociażby Wasz, jest cierniem w ich oku, tyle ze względu na kwestie polityczne, jak i bogactwo, które taki barter przyciąga. Z ich punktu widzenia Wasze przybycie jest niebezpieczne.

- Dlatego któryś z rodów nam przeciwnych w jakiś sposób zyskał konspiranta w naszych szeregach, dowiedział się o szlaku naszego przejazdu i posłużył się bardańskimi zbójami, by zastawili pułapkę - włączył się Adam. - Prawdopodobnie miałem ujść cało, by okryć się hańbą i zmniejszyć moją wiarygodność w służbie panującego. To byłby cios w całą naszą rodzinę.

- Lecz, dzięki Jedynemu, wszystko skończyło się szczęśliwie - przerwała dama żartobliwym tonem - więc skończmy może już ten ponury temat?

- Jeśli pozwolisz mi, pani, wznieść toast na pohybel wszystkim wrogom Waszego szacownego rodu - odparł pan Jakub.

- Ależ proszę, z chęcią na niego odpowiem - uśmiechnęła się i przepiła do szlachcica.

Dalej rozmowa potoczyła się swobodnym torem. Rozmawiano o sztuce, o uczonych traktatach, przy czym pani Amalia okazała się godnym przeciwnikiem w każdym sporze. Nie była, wzorem białogłów w innych krajach, jedynie ozdobą. Owszem, była piękna, lecz o wiele bardziej urzekał jej umysł, ciekawe pytania i błyskotliwe odpowiedzi. Poziom rozmowy wskazywał, iż lady przeczytała nie mniej uczonych ksiąg od swego ślubnego.

Po kolacji, nim podano deser, pani Amalia zaproponowała byśmy przenieśli się do biblioteki. Był to rozległy pokój, z ogromnym oknem wychodzącym na kwitnący ogród i sporych rozmiarów kominkiem, jak się później dowiedziałem, raczej ozdobnym niż przydatnym do ogrzewania pomieszczenia. Mimo to teraz płonęły w nim drewniane szczapy. Cała południowa ściana zajęta była przez regały zapełnione niezliczonymi woluminami. Wnętrze komnaty było proste, bez zbędnych ozdób. Jedynymi ozdobami były przedmioty codziennego użytku, wykonane z niezmiernym kunsztem: przyrządy do kominka z żelaza, z uchwytami kutymi w przeróżne kształty, podstawka pod cięższe tomy w kształcie klęczącego człowieka, który dźwiga księgę na plecach, niezliczone zakładki do ksiąg wykonane z delikatnego, utwardzanego płótna, wyszywane w kwiaty - bodaj ulubiony motyw pani na zamku.

Rozsiedliśmy się dookoła kominka, w fotelach obciągniętych skórą. Służący wnieśli deser - zapiekane jabłka z wanilią - z własnego sadu, jak zapewniła nas lady. Do tej przepysznej przekąski podano przedziwny napój. W niewysokich czarkach parowała słomkowa ciecz. Był to napar z rośliny, którą nazywano herbatą. Ów napar z kruszonych liści ma smak dziwny dla niewprawnego podniebienia, jednak cudownie rozgrzewa i rozjaśnia myśli. Krzew herbaciany przywiózł pan Brahn w podarku swojej małżonce, z jednej ze swych dalekich wypraw. Dyskusje przy ogniu trwały w najlepsze, zahaczając o wciąż nowe tematy, często takie, w których nie miałem absolutnie nic do powiedzenia z powodu swej niewiedzy. W pewnym momencie uciekłem myślami, i zapatrzyłem się na księżyc lśniący na granatowym niebie. Wstałem z mego miejsca i podszedłem do wielkiej szklanej płyty.

Chmury galopowały po niebie, nie zasłaniając jednak księżyca. Białe kwiecie jabłoni odbijało światło satelity, wydawało się, że niemal świeci w mroku, również sadzawki wydawały się pełne zimnego blasku. Stałem blisko okna, kiedy moją uwagę przyciągnął blask na jego powierzchni. Wyciągnąłem dłoń, okazało się jednak że przyczyna tego swoistego lśnienia ukryta była wewnątrz tafli. Wtopione w szkło cienkie, metaliczne nitki tworzyły delikatną siateczkę, niewidoczną dla niewyrobionego oka. Zbliżyłem twarz do szyby i pod różnymi kątami próbowałem przypatrzeć się tej plątaninie. Tak byłem zafrasowany nową zagadką, iż nie usłyszałem kroków, a głos tuż przy mnie przyprawił mnie niemal o zawał:

- To baltazyt - rzekł sir Adam. - Metal wydobywany w Milczących Górach, ma temperaturę topnienia nieco wyższą niż szkło. Tworzenie tak wielkich połaci szkła nie byłoby możliwe bez odpowiedniego szkieletu.

- Jest niemal niewidoczny.

- Owszem, ale nawet tak cienka nić jest niezwykle wytrzymała. Nie wiem, czy bez tego stelażu okna w zimowych pałacach wytrzymywałyby napór wichur.

- To genialne...

- Znudziły Ci się uczone dysputy? - zapytał z ledwie dostrzegalnym uśmiechem.

- Nie, jednak coraz trudniejsze tematy są poruszane, a wyrwać się z byle głupstwem to nie honor.

- Może więc masz ochotę na partię szachów? Tak dla odprężenia?

- Owszem, bardzo chętnie - odparłem i uśmiechnąłem się - choć nie łudzę się nawet co do wyniku gry.

Adam ukłonił mi się, dziękując za uznanie, po czym ruchem dłoni zaprosił w bardziej oddalony kąt sali. Przy czworokątnym stoliku stały dwie naftowe lampki, z których kawaler ściągnął klosze z przydymionego szkła, zapałkami zapalił oba knoty, nałożył osłonki z powrotem, po czym z którejś z szaf wyjął planszę do szachów, wraz z dwoma pudełkami zawierającymi figury.

- Jaki kolor wybierasz, paniczu? - zapytał.

- Czarne - odparłem. Podał mi pudełko z olchowego drewna, inkrustowane jakimś ciemnym metalem, przy sobie zaś zachował skrzynkę z drewna ciemnego jak sadza, ze srebrnymi wytłoczeniami.

Nigdy nie widzieliście takich figur, żacy! Wykonane z taką dbałością o szczegóły, że nasze piony wydają się przy nich być dziecięcą dłubaniną. Królowa o subtelnych rysach, Król z jabłkiem i berłem, Skoczek zaś przedstawiony nie jako koński łeb, lecz jako rumak stający dęba, ze srebrnymi oczyma. Ustawiliśmy figury i zaczęliśmy grać. Z początku rozmowa szła jak po grudzie, jednak z czasem, jak rozwijała się gra, tak i nasza rozmowa stawała się coraz swobodniejsza. Zapytałem o jego służbę na dworze, o podróże jakie odbył ze swym władcą. Ten zazwyczaj milczący człek okazał się wspaniałym rozmówcą, z talentem do malowania słowami. Wspaniały byłby z niego pisarz, lecz jako żołnierz był niezrównany. Cieszył się nie tylko zaufaniem, ale i sympatią króla. Doprawdy, sir Adam okazał się postacią o wiele bardziej barwną niż zwykły żołnierz.

Nie wiedzieć kiedy, partia dobiegła końca. Broniłem się dzielnie, ale i tak poniosłem sromotną klęskę, jednak nie smuciłem się tym. Umiem przegrywać, a ulec Nordyjczykowi doprawdy nie jest ujmą. Zgasiliśmy lampy, złożyliśmy szachy i podeszliśmy do foteli, gdzie prym wiedli teraz gospodarz i profesor, opowiadając Jakubowi i Petrusowi swe wojenne perypetie. Lady Amalia już jakiś czas temu przeprosiła towarzystwo i udała się na spoczynek. Ja również poczułem zmęczenie, a sądząc po położeniu księżyca na nieboskłonie dawno już minęła północ. Po tylu dniach podróży ten brak senności przypisać można było jedynie odświeżającemu działaniu naparu z herbaty. Teraz jednak poczułem kilometry spędzone w siodle i, kłaniając się wszystkim, udałem się na spoczynek. Sir Adam został, gdyż jako żołnierz interesowały go wojenne przeżycia swego patrona. Ja wróciłem do swej komnaty i zobaczyłem, iż moje podróżne odzienie zostało wyprane i suszy się teraz na metalowej żerdzi w izbie toaletowej. Pierwszy raz skorzystałem z przedziwnego urządzenia do intymnych potrzeb, po czym ułożyłem się w cudownie miękkim łożu i niemal natychmiast zapadłem w sen.

Na dworze państwa Brahnów przebywaliśmy cztery dni. Pierwszego, niemal cały dzień spędziliśmy w parku pani Amalii. Wędrowaliśmy przez wonne rabaty, rozwodząc się nad ich pięknem i pochodzeniem. W pewnym momencie pan Shain zapytał:

- Wybacz mi, Wiliamusie, to niedyskretne pytanie, lecz czy wiele kosztuje założenie tak pięknego ogrodu?

- Ależ majątek - roześmiał się i przytulił małżonkę. - Lecz dla mojej pani uczynię wszystko, by ją uszczęśliwić. Poza tym, nawet i majątek nie dałby rady utrzymać tych roślin, gdyby nie talent Amalii. Od dzieciństwa zajmowała się botaniką, to dziedzina w której bryluje.

- Ale czy wasze srogie zimy nie wymrażają sadzonek?

- Cały nasz zamek został zbudowany właściwie na gorącym źródle. Zimą system rur doprowadza pod ogród ciepłą wodę wraz z odpowiednio dobraną kompozycją nawozu. Część roślin wymaga otulenia słomianymi matami, lecz część z pomocą spod ziemi bez uszczerbku doczekuje wiosny.

- Moglibyśmy zobaczyć ten system, doprowadzający wodę? - zapytał z roziskrzonym wzrokiem profesor. Na widok jego miny gospodarz roześmiał się.

- Ach, mój drogi przyjacielu, jak zawsze głody wiedzy? Owszem, możemy się wybrać tam dziś wieczorem.

Obiad zjedliśmy pod baldachimem w ogrodzie, wśród żonkilowego pola, i do kolacji dalej podziwialiśmy cuda ogrodu: egzotyczne lilie unoszące się na powierzchni sadzawki, kwiaty w kształcie dzwonków, wspinające się na jeden z klonów... Wieczerza upłynęła nam w miłym nastroju, a po niej, dotrzymując obietnicy, zostaliśmy zaproszeni do jaskiń pod zamkiem.

Wtedy odbyłem moją pierwszą podróż nordyjską windą. Duża, stalowa klatka zawieszona na metalowych łańcuchach pomieściła nas wszystkich. Pan Wiliamus dał znak służącemu, który przesunął niewielką dźwignię, a my zaczęliśmy się opuszczać. Jechaliśmy wolno, jednak ja nie mogłem się opędzić od uczucia, jakbym spadał. W końcu skończyła się nasza podróż w głąb kamiennego szybu. Winda zatrzymała się na podeście, z którego trzy schodki prowadziły w dół, do obszernej groty, rozświetlonej dużą ilością naftowych lamp. Na środku jaskini widniało ogromne, parujące źródło, od którego w górę pięło się kilka metalowych rur, z których część rozgałęziało się przed samym wniknięciem w sklepienie jaskini, po drodze przechodzące przez tajemnicze mechanizmy, których sposobu pracy nie mogłem zrozumieć. Jak się okazało, nie było to tylko źródło, lecz początek podziemnej rzeki, toteż przy końcu jaskini dostrzegłem jeszcze jedną wyrwę, przy której, wzorem młynów, zamontowany był niewielki drewniany  kołowrót.

- Oto serce naszego systemu nawadniania. To stąd czerpiemy wrzątek do kąpieli, posiłków, no i do utrzymania ogrodu zimą

Profesor już biegł w stronę kołowrotu i badał jego połączenia z mechanizmami.

- W jaki sposób to działa, Wiliamusie? Na przykład napełnianie balii wodą?

Gospodarz podszedł do jednego z drążków, zmienił jego położenie, po czym podszedł do dźwigni przy kołowrocie. Opuszczając drąg, rzekł:

- Popatrz teraz.

Kołowrót zaczął szaleńczo wirować pod naporem wody, jego ruch, przekazywany za pomocą bloczków i przekładek, zmusił do pracy skórzany miech przymocowany do jednej z rur, tej z rozgałęzieniami.

- Teraz miech wytwarza ciśnienie, które popycha gorącą wodę w górę. Ustawienie drążka kieruje ją tylko do Twej komnaty. Napełnienie balii trwa około dziesięciu minut. Po tym czasie - sir Brahn przestawił dźwignię w poprzednie położenie - wyciągamy kołowrót - i rzeczywiście, drewniane czerpaki posłusznie wynurzyły się i zawisły ponad wodą.

Na twarzy mego mentora widać było wypieki, tak się zaaferował genialnością tej myśli technicznej. Bezgłośnie ruszając ustami wyliczał, ile mocy trzeba, by przenieść tyle wody tak wysoko, przy czym co moment mamrotał: "Genialne! Ależ to niebywałe! Cóż za wspaniałość!".. Zresztą, żaden z nas nie został obojętny na ten pokaz. To, co wydawało się magią, było jedynie wprzęgnięciem sił natury do własnych planów. Gospodarz służył dalszymi wyjaśnieniami - gdy zechciało się napuścić wody, należało przekręcić do oporu kurek znajdujący się koło metalowej rury. System linek i kołowrotów przekazywał sygnał na dół, który zwalniał blokadę kołowrotu i automatycznie ustawiał dźwignię w odpowiednim położeniu. Mechanizm sprzęgnięty z zegarem nakręcanym raz dziennie, nie pozwalał przelać się kąpieli. Okazało się również dlaczego brak kominków w komnatach. Otóż gorące powietrze dostawało się do pokoi przez zamontowane w podłodze krateczki, które były połączone systemem rur z tym parnym miejscem. Mimo, iż zamek w swym zamyśle był letni, nadawał się również na siedzibę podczas trzaskających mrozów.

Następnego ranka obudzono nas wcześnie, gdyż na ten dzień zaplanowano polowanie. Po porannej toalecie ubrałem się w lekki strój do jazdy i wyszedłem przed zamek. Czekały już na nas konie, również dla pani Amalii. Czekały nas łowy z sokołem.

Po chwili zjawili się już wszyscy. Jedynie wielebny Petrus zrezygnował z wyprawy, gdyż pilnie wezwano go do ostatniej posługi do wioski niedaleko. Mimo, iż wywodził się z zacnego rodu, nigdy nie odmawiał słowa Jedynego ludziom niskiego stanu. Pani Brahn usadowiła się w damskim siodle, my również dosiedliśmy rumaki i ruszyliśmy stępa. Drogą, którą prowadziła za lewą odnogę zamku, okrążyliśmy budowlę, i tak znaleźliśmy się na dziedzińcu stworzonym przez jej skrzydła.

Tu również panowała bujna zieleń, jednak największą uwagę przyciągała woliera - ogromna, kształtem przypominająca okrągłą klatkę dla ptaków, lecz nieporównywalnie większa, zbudowana z cienkich, żelaznych prętów, a na ich splocie zrywał się do lotu wielki, żelazny orzeł. W środku, na drewnianych żerdziach, siedziało kilkanaście ptaków, przeważnie jastrzębie, lecz widziałem i pustułkę. Do klatki prowadziły drzwi, przez które właśnie wchodziła lady Amalia. Ptaki były oswojone i poznając głos swej pani, posłusznie zlatywały na jej rękawicę. Każdy z nas otrzymał swego drapieżnika, lecz tylko w rękach swych opiekunów ptaki były całkowicie spokojne. Na naszych rękawicach co jakiś czas wydawały zaniepokojone odgłosy.

Wyruszyliśmy w końcu. Wraz z nami wyruszyło kilku zbrojnych, którzy nieśli klatki z gołębiami. Miały one służyć na łup naszym ptakom. Strażnicy mieli w swych olstrach przy siodłach muszkiety, jednak tylko Adam wziął ze sobą rapier. Nikt inny nie miał żadnej broni. Po godzinie jazdy dotarliśmy nad pięknie położony skalny występ, idealnie nadający się do oglądania zmagań ptaków. Sine chmury nieco przesłoniły niebo, rzucając na dolinę dziwne cienie.

Wypuszczono pierwszego gołębia. Drapieżca pana Jakuba ruszył na ofiarę. Po kilku emocjonujących chwilach dopadł go, i w szponach przyniósł swoim opiekunom. Wypuszczono jastrzębia lady Amalii, tu jednak pogoń skończyła się dość szybko. Następny ruszył łowca pana Brahna. Gołąb kołował, zmieniał wysokość, robił nagłe zwroty. Jastrząb dopadł go jednak i wydał zwycięski pisk. Tuż nad naszymi głowami rozległ się równocześnie kwilenie tak potężne, aż zadzwoniło mi w uszach. Spłoszyły się konie, a ja przerażony odwróciłem się, by spojrzeć co za zwierzę wydać może tak przeraźliwy krzyk. Oto zbliżał się do nas latający deviria - gadzi łeb zakończony był dziobem, morderczo zakrzywionym na końcu, szerokie skrzydła rzucały cień, w którym tonęły wszystkie nasze rumaki, a szpony bestii wyglądały jak przeniesione z nocnego koszmaru. Sir Wiliamus przywołał swego ptaka, zwracając tym samym na siebie uwagę bestii. Ta wydała okrzyk raz jeszcze, i nagłym złożeniem skrzydeł skręciła na naszego gospodarza. Jako, że nie miał żadnej broni, wydawało się, iż jest skazany na śmierć. Raz jeszcze nie doceniłem zwinności Nordyjczyków.

Pierwszy w obronie wuja rzucił się Adam. Nie zważając na zasięg szponów bestii, porwał się na nią z rapierem, lecz mimo tego, iż zadał piekielnemu pomiotowi głęboką ranę, deviria jednym ruchem uzbrojonych w pazury łap, rozorał jego bok i rzucił w stronę przepaści. Ten moment wykorzystała pani Amalia, wyszarpując z olstra jednego ze strażników, zajętego uspokajaniem wierzchowca, broń. Przerzuciła nogę nad kłębem rumaka, ściągnęła wodze, i jak Matranka pognała, by ratować męża. Gdyby nie jej odwaga, być może pan Wiliamus skończył swe życie jako ofiara bestii. Lecz gdy tylko oddała pierwsze strzały, potwór, ugodzony tak rapierem, jak kulami, które posypały się i z muszkietów straży, wydał jeszcze jeden kwik, i poszybował koślawo w stronę doliny.

W tym samym czasie Adam zsuwał się w stronę przepaści. Nachylony teren, pozbawiony jakichkolwiek punktów oparcia, był drogą do pewnej śmierci wśród skał jeżących się tuż pod klifem. Chyba tylko ja zauważyłem nadciągającą tragedię, gdyż reszta zajęta była ratowaniem pana Brahna bądź okiełznywaniem przerażonych zwierząt. Zeskoczyłem z konia, jastrzębia puściłem wolno, i biegiem ruszyłem ku kawalerowi. Ten, resztką sił, starał się czegoś chwycić, i w ostatniej chwili udało mi się złapać jego dłoń. Połową ciała zwisał już nad przepaścią. Starczyło mi jedynie siły by go nie puścić, wciągnąć go na górę musiał mi pomóc profesor. Brahnowie wyszli z opresji bez szwanku, więc czym prędzej przybiegli, by zbadać stan zdrowia bratanka. Ten leżał na plecach, z prawym bokiem broczącym krwią. Uprzedzę wasze pytania - tak, była to zwykła krew, taka jak wasza i moja, jak każdego z nas. Lady Amalia przyklękła, zbadała Adama, podarła na pasy koszulę jednego ze strażników i tym prowizorycznym opatrunkiem owinęła rany. Z powodu upływu krwi Njordan stracił przytomność. Naprędce skonstruowano nosze, łącząc ze sobą dwie żerdzie, których jeden koniec przymocowany był do końskiego siodła, a drugi szorował po ziemi. Poświęcając własne odzienie i tworząc z pasów materiału coś w rodzaju kolebki, ułożyliśmy w niej rannego i ruszyliśmy do zamku.

Okazało się, iż lady w swoim niezmierzonym ogrodzie posiada również lecznicze zioła. Razem ze swym bratem, którego posługa we wsi była krótsza niż się spodziewał, utarła w moździerzu maść o nieprzyjemnym kolorze i zapachu. Adam, położony w swej komnacie, został nią natarty. Po godzinie pani Amalia wyszła do nas, czekających na korytarzu, i oznajmiła, iż stan rannego jest dość ciężki, ale stabilny. Ziołowa maść zmniejszyła obrzęk dookoła rany, lecz teraz najbardziej pożądanym lekiem jest sen. Tak więc cicho rozeszliśmy się do własnych komnat. Wieczorem, przy kolacji, pan Brahn powiedział nam, że jego bratanek odzyskał przytomność jest jednak zbyt słaby, by do nas dołączyć. Odetchnęliśmy z ulgą - widać kryzys został zażegnany. Gdy rozchodziliśmy się do swych komnat na spoczynek, zatrzymał mnie profesor, i wraz z klepnięciem w plecy powiedział: "Dobra robota, synu". Pochwała mojego mentora, oraz to, że stan zdrowia Njordana się ustabilizował pozwoliło mi spać tej nocy spokojnie i z uśmiechem na twarzy.

Następny dzień był świętem lady Amalii. Od rana do zamku przybywali posłowie, przywożąc listy i podarki od osób, które nie mogły wieczorem przybyć na przyjęcie. Sama jubilatka, gdy przy śniadaniu usłyszała pierwsze życzenia, powstrzymała nas ruchem dłoni po czy oświadczyła z uśmiechem:

- Panowie! Uroczystość jest dopiero wieczorem! Do tego czasu jestem wciąż rok młodsza, a nie ma chyba kobiety, która cieszyłaby się z uciekających lat.

Jęliśmy ją zapewniać, iż jej uroda nie straci nic ze swej świeżości przez wieki, lecz zastosowaliśmy się do prośby szlachcianki i podjęliśmy inne tematy, w myślach układając powinszowania godne pani Brahn, by zasłużyć na jej uśmiech.

Przy stole nie pojawił się pan Adam, zapewniono nas jednak, iż wraca do zdrowia, czego niezawodnym znakiem było to, że w swej komnacie zjadł obfite śniadanie. Wiadomość ta ucieszyła nas, gdyż zdążyliśmy obdarzyć młodego szlachcica sympatią i podziwem za jego odważne czyny. Po posiłku udaliśmy się do sali balowej, gdzie przygotowania trwały pełną parą. Mężczyźni wnosili meble, służące nakrywały śnieżnobiałe obrusy zakończone ciemnozielonym obrąbkiem, inne zaś ustawiały naczynia z rodowej zastawy Brahnów. W rogu parę dziewek kuchennych polerowało sztućce, dwóch koniuszych opuszczało zawieszony na srebrnym łańcuchu żyrandol. Sama lampa składała się z koncentrycznych metalowych kręgów, których objętość malała wraz z każdym kolejnym kołem. Kiedy jego najniższe obręcze oparły się o ziemię, podeszło do lampy kilka dziewcząt i zaczęły uzupełniać w zapas nafty naczyniach. Zaiste, kryształowe klosze nałożone na każdy kaganek miały zapewnić tego wieczoru przepiękną iluminację. W kącie sali, na specjalnym podwyższeniu, orkiestra rozkładała swe instrumenty. Innymi słowy, miał to być niezapomniany wieczór.

Ponieważ zanosiło się na całonocną zabawę, każdy z nas udał się do swego pokoju by wyspać się na zapas. Trudno mi było zasnąć, zwłaszcza, że dzień był niespotykanie jak na Nordię pogodny - tylko nieliczne obłoki leniwie sunęły po niebie, a słońce ogrzewało swym ciepłem ogród w dole. Zauważyłem, że i tam trwają jakieś przygotowania, jednak z okna mego pokoju niewiele było widać, poza kilkoma sylwetkami raz po raz pojawiającymi się i znikającymi między zielenią. W końcu zasnąłem, przykrywając głowę kocem.

Gdy się obudziłem, zapadał już zmrok. Czym prędzej na zegarze stojącym na biurku sprawdziłem godzinę - całe szczęście, do rozpoczęcia przyjęcia miałem jeszcze z dwie godziny. Po chwili, leżąc w pachnącej pianie, myślałem nad stosownymi powinszowaniami, jednak nic, co wymyśliłem nie licowało z pięknem i inteligencją lady Brahn. Słowa, które wprawiły by w zachwyt cynazyjskie szlachcianki wydawały mi się nieodpowiednie dla kobiety o tak bystrej myśli. Ostatecznie zdecydowałem się na proste życzenia, bez ozdobnych formuł, lecz płynące prosto z serca. Cóż, nigdy nie miałem duszy poety.

Kończąc kąpiel ogoliłem się jak najstaranniej, użyłem najlepszej kolońskiej wody, i z dna sakwojażu wydobyłem strój specjalnie na tę okazję. Nieskazitelnie czarne spodnie tworzyły komplet z aksamitną marynarką. Dwa rzędy guzików lśniły w świetle lampy, a proste wykończenie ubrania dodawało mu szyku. Wdziałem białą koszulę, na nią rzeczoną kurtkę, zaś nogawki spodni wpuściłem w świeżo wypastowane buty. Wyglądałem jak elew jakiejś wojskowej uczelni. Nim się spostrzegłem, czas pozostały do początku bankietu minął, tak więc kilka minut przed ustaloną godziną stałem przed drzwiami profesora. Zapukałem, po czym przez drzwi otwarte przez służącego wszedłem do komnaty. On, tak jak ja, wybrał prosty, elegancki ubiór, oszczędzając na ozdobach. Uważnie obejrzał moje szaty, po czym aprobująco skinął głową. Również pan Jakub, po którego wstąpiliśmy po drodze, uznał głęboką czerń za odpowiedni kolor. Wszyscy troje zeszliśmy schodami do sali balowej.

Przybyło już wiele osób. Wszyscy wysocy, ciemnowłosi i ciemnoocy, z woskową skórą i rysami twarzy pięknymi jak ze starożytnych rzeźb. Na podium orkiestra grała coś niezbyt głośno. Nasze wejście przerwało parę rozmów. Poczułem się nieco niezręcznie pod taksującym wzrokiem tylu znamienitych osób, natychmiast jednak podszedł do nas gospodarz, po czym zaklaskał, zwracając na siebie uwagę zebranych:

- Uwaga, zacni goście! Oto ktoś, kogo chciałbym Wam przedstawić. Mój gość i drogi przyjaciel z Cynazji, wspaniały żołnierz i niezrównany naukowiec, któremu zawdzięczam życie, pan Tomas Lutenberg. A oto jego przyjaciele, pan Jakub Shain, wspaniały portrecista i mistrz słowa pisanego, oraz Emmanuel Philos, wybitny uczeń mego przyjaciela.

Rozległy się słowa powitania i ukłony. Gospodarz poprowadził nas w tłum, przedstawiając śmietance nordyjskiego życia towarzyskiego. Były tu i damy dworu, oficerowie przybocznej straży króla, rody o historii tak długiej i zawiłej, że cała ogromna  zamkowa biblioteka nie zdołałaby jej pomieścić. Cały wieczór i noc miałem okazję badać zwyczaje Nordyjczyków.

Niewiele par było równie otwartych i rozmownych co małżeństwo Brahnów. Stali w małych grupkach, cicho rozmawiając ze sobą, dzierżąc w bezkrwistych dłoniach kielichy z bordowym winem. Panowie nie mieli innych szat niż czarne, kobiety natomiast pozwalały sobie na przydymione kolory: suknie szlachcianek utkane były z najprzedniejszych materiałów, lecz bordowe, ciemnozielone i granatowe barwy jedynie podkreślały bladość ich ciał. Nigdzie nie widać było złotych ozdób, choć panie przybrały swe wyszukane toalety jakimś gustownym drobiazgiem. Na kobiecych szyjach i stanikach z krynolin królowały perły, diamenty i cyrkonie, tylko gdzieniegdzie żywszą barwą błysnął rubin bądź szmaragd.

Jakże czarujące istoty byłyby z Nordyjek, gdyby te głębokie oczy, te szlachetne rysy rozjaśnił choć ślad uśmiechu! Jeżeli żartują, to jedynie grami słów, dwuznacznościami i aluzjami. W tym zostali mistrzami: w grze symboli. Nie dajcie się zwieść: o ile białe pióro w dłoniach damy oznacza radość, o tyle dzierżone przez kawalera jest znakiem zemsty. Odwrotne przypięcie broszy, wplecenie jasnej wstążki w warkocz, wszystko to ma swoją wymowę, którą odczytać potrafi jedynie wybitny znawca zwyczajów tej obcej rasy. A nawet i on popełnić może tragiczny w skutkach nietakt.

W pewnym momencie orkiestra ucichła, a oczy wszystkich przeniosły się na drzwi. Otworzyły się one majestatycznym ruchem, a za nimi ukazała się lady Amalia. Smukłe ciało obleczone w obcisłą suknię koloru kawy z mlekiem potrafiłoby ożywić nawet karyjskiego biskupa. Długie włosy ułożone były w misterną koronę, poprzetykaną szpilami ze strojnymi główkami.

Muzycy zaczęli grać melodię o przedziwnym tempie. Jak na znak wszyscy zaproszeni ustawili się w równych szeregach - kobieta obok mężczyzny. Każda szlachcianka miała wachlarz, który miał odegrać rolę w oglądanym przeze mnie najpiękniejszym popisie tańca.

Lady Brahn ruszyła spod drzwi do wnętrza sali, kierując się tym przedziwnym rytmem: dwa wolne kroki, po czym cztery niezmiernie szybkie figury, trzy wolne stąpnięcia , a za nimi dwa, połączone z obrotem i rozłożeniem wachlarza. Jubilatce zawtórowały wszystkie damy na sali, a odgłos ten przypominał stado ptaków zrywające się do lotu. Orkiestra wygrywała rytm na drewnianych bębnach, a szybszy takt dyktowany był przez wiolonczelę i skrzypce. Był to taniec bez słów, bez śpiewu, jedynie oczy syciły się gibkimi sylwetkami bez trudu wykonującymi następne, coraz szybsze kroki. Pani Brahn dotarła do swego męża, stojącego dotąd bez ruchu na środku sali. Złączyli się w uścisku, obchodzili się wzajemnie trzymając w talii, a kobieta coraz otwierała i zamykała kościany rekwizyt swymi dłońmi. Po chwili cała sala wirowała w tempie, który z szybkiego zmienił się na szaleńcze, a orkiestra grała coraz głośniej. I w pewnym momencie, wszyscy naraz, stanęli, a muzyka ucichła. Panie skłoniły się swym partnerom, i rozległy się oklaski. Panią domu otoczył wianuszek znajomych, spieszących, by złożyć jej uszanowanie i gratulacje, za tak znakomite przyjęcie.

Nie będę opisywać wszystkich cudów tego wieczoru. Nie starczyłoby nam czasu, zresztą, jeśli dopisze wam szczęście, sami będziecie mogli uczestniczyć w tak niesamowitym spektaklu, ponieważ dowiedziałem się, iż ten taniec to stara nordyjska tradycja. Zrozumiałem wtedy, dlaczego nasza pani nim właśnie rozpoczęła swój jubileusz. Chciała pokazać wszystkim obecnym, iż mimo otwarcia na świat poza granicami kraju nadal jest wierna uświęconym tradycjom. Zaiste, doskonała dyplomatka. Później tańczono walca, menueta i wiele innych, ale żaden z nich nie zapadł w mej pamięci jak Jamal - taniec z niecodziennym rytmem.

W połowie zabawy zszedł do nas Adam Njordan. Lady Amalia złajała go, odparł jej jednak z rozbrajającym uśmiechem, iż nie mógł nie złożyć jej swego uszanowania w ten szczególny dzień. Mimo, że rana mu dokuczała, pewnie trzymał się na nogach, jedynie mocniejsze niż zazwyczaj zasznurowanie ust świadczyło, iż od czasu do czasu przechodzą go spazmy bólu.

Pamiętam rozkosze stołu: mocne, ciemne wino, pieczyste w złotej skorupce, rybie podgardla w beszamelowym sosie, rzeczy, których składników nie znam, a których nazwy są nie do przetłumaczenia na nasz język.

Z czasem czuliśmy się coraz swobodniej, a i nas nie traktowano jak obcych, lecz jak przyjaciół domu. Wypytywano nas o Cynazję, o nasze obyczaje, tradycje, a my z miłą chęcią podtrzymywaliśmy rozmowę.

Jednak najbardziej w pamięć wryło mi się zakończenie balu. Muzyka ucichła, wraz z nimi przycichły rozmowy, a twarze wszystkich zwróciły się na panią Brahn, stojącą na podwyższeniu dla muzyków. Serdecznym głosem podziękowała gościom za  uświetnienie jej "skromnej uroczystości", jak nazwała tą wspaniałą ucztę, po czym poprosiła wszystkich na taras wychodzący na ogród.

Szeroki balkon tonął w ciemności, a wszechobecny zapach nocnych kwiatów upajał na równi z wybornymi trunkami. W ciszy która zapadła wyraźnie słychać było głos pani na zamku:

- Zaczynajcie!!

Parobkowie skryci w ciemności ogrodu odpalili race. Różnokolorowe sztuczne ognie ozdobiły niebo. Różowe i zielone, lazurowe i złote - wszystkie barwy pyszniły się na niebie, by po chwili zniknąć, zastąpione nowym, jeszcze piękniejszym fajerwerkiem. Wszyscy z zachwytem patrzeli w granat firmamentu, a pokaz zakończył się wystrzeleniem najbardziej okazałej racy, która rozkwitła wszelkimi kolorami tęczy. Brawa za ten przepiękny pokaz niosły się przez noc jeszcze długo po jego zakończeniu. Wkrótce goście zaczęli rozjeżdżać się do swych siedzib, a część, którzy zdecydowali się pozostać na noc, rozeszła się do swych komnat.

Nim wspiąłem się na schody lewego skrzydła, zajrzałem jeszcze do komnaty, z której służący zaczęli już zabierać resztki jadła, a dwoje parobków opuszczało żyrandol, by na noc zgasić wszystkie ogniki. Zastałem tam również Amalię, wydającą polecenia służbie. Nieśmiało zbliżyłem się do niej, po czym zwróciłem się do niej z tymi słowy:

- Być może nie znajdę słów godnych by Cię uczcić, o Pani, jednak wiedz, że z całego serca pragnę Ci złożyć życzenia urodzinowe, choć doprawdy nie mogę odgadnąć o czym jeszcze może marzyć tak wspaniała szlachcianka jak Ty, Pani....

- O takich przyjaciołach jak Wy, mój drogi - uśmiechnęła się ciepło.

- Racz więc, w dowód mego oddania, przyjąć ten skromny podarek - wyciągnąłem niewielki pakunek owinięty w ozdobne sukno. - Teraz, gdy poznałem Panią łatwiej byłoby mi znaleźć odpowiedni podarek. Mam nadzieję, że będzie Ci przydatny.

Amalia wyjęła z opakowania drewnianą szkatułkę z olchowego drewna, z płaskorzeźbą przedstawiającą górski masyw. W środku znajdowały się eleganckie przybory do pisania, znalezione przez mnie w małym sklepiku niedaleko doków. Można tam znaleźć przepiękne rękodzieła, a właściciel sprowadza przeróżne cuda z różnych stron Dominium. To, co ofiarowałem lady było prawdziwym dziełem sztuki, nie miałem jednak pewności, czy przypadnie jej do gustu. Delikatnie przejechała dłonią po zawartości drewnianej skrzyneczki, po czym z uśmiechem powiedziała:

- Będzie dla mnie prawdziwą przyjemnością, jeżeli tak wspaniałymi przyrządami będę mogła kreślić listy, by wymieniać je z pewnym młodym uczonym z cynazyjskiej akademii.

 Spłoniłem się, widząc, że mój prezent zyskał żywą akceptację tej zacnej osoby. Całując jej dłoń, jeszcze raz złożyłem swe uszanowanie, po czym skierowałem się do swej komnaty. Zmęczony obchodami urodzin zasnąłem niemal natychmiast.

Następny dzień powitałem, gdy słońce stało już wysoko na nieboskłonie. Nie tylko ja - profesor kazał na siebie czekać kilka godzin dłużej, lecz on nieco przeholował z mocnymi trunkami. Przy śniadaniu, a właściwie wczesnym obiedzie, komentowano uroczystość, chwalono muzyków, lecz ja siedziałem markotny. Nie chciałem wyjeżdżać. Ten kraj miał tyle do odkrycia, ludzie byli tak cudnie odmienni... Jedyne, co nieco mnie pocieszało to zapewnienie ze strony lady Brahn, iż będziemy utrzymywać listowny kontakt. Do końca dnia spacerowaliśmy po ogrodach, a herbaciany napar okazał się bardzo pomocny w zwalczaniu suchości w ustach pana Lutenberga. Tego dnia oddawaliśmy się głównie wypoczynkowi, a na spoczynek udaliśmy się bardzo wcześnie, gdyż wyjazd był zaplanowany na wczesny poranek.

Rano następnego dnia na schodach swego zamku żegnali nas Brahnowie, brat Petrus oraz Njordan. Ten ostatni poprosił mnie na słówko na osobności, podczas gdy panowie Tomas i  Jakub żegnali się z gospodarzami.

- Wcześniej nie miałem okazji, by podziękować Ci, Emmanuelu. Nie sądzę, aby w obliczu Twej odwagi słusznym było, byś zwracał się do mnie inaczej niż po imieniu. Swym uczynkiem udowodniłeś swą dojrzałość i zimną krew. Gdybym mógł uczynić Ci jakąś uprzejmość, nie zawahaj się pisać. Profesor wie, gdzie skierować listy do mnie. Jeszcze raz dziękuję - wyciągnął do mnie prawicę. Uścisnąłem ją, czując że z Nordią związany jestem już na zawsze. Oto ludzie, jakich zaszczytem jest nazwać przyjaciółmi. Po czym, w eskorcie dziesięciu najbardziej zaufanych zbrojnych wybranych przez młodego szlachcica, odprowadzani wzrokiem przez państwa Brahnów wyjechaliśmy za  bramy kwitnącego ogrodu, i podążyliśmy w drogę do domu.

 

W auli Akademii Handlowej zaległa cisza. Młodzieńcy z wypiekami wpatrywali się w swego wykładowcę, niemal widząc w nim tego młodego chłopaka, który miał szczęście odbyć podróż, jaka zdarza się raz w życiu. On sam stał przy biurku, z pochyloną głową. Po chwili ocknął się z zamyślenia.

- Adam Njordan i ja wymienialiśmy listy przez te wszystkie lata. Stał się ona ważną figurą na dworze króla Gaina, zyskał sobie jego zaufanie i poparcie. Wraz z nim ród Brahnów zyskał na znaczeniu.

Wykładowca wrócił za sekretarzyk i z jednej ze swych teczek wyjął pergamin z czerwoną pieczęcią. Podnosząc go w górę, by był widoczny w najdalszych miejscach na sali, rzekł:

- Oto ostatni list od mego druha z Nordii. Do niego dołączone było zaproszenie skreślone ręką lady Amalii, bym łaskaw był przybyć na uroczystości urodzinowe, wyprawiane tym razem w zimowym, rozleglejszym pałacu. Będzie na nich obecny sam król ze swym dworem. Nieoficjalnie mój przyjaciel powiadamia mnie, iż podjął rozmowy z królem, których ukoronowanie ma nastąpić właśnie w trakcie jubileuszu lady Brahn - tu starszy człowiek zawiesił głos. - Dotyczą one złóż baltazytu, które mają zastać udostępnione cynazyjskim kupcom z wyłącznością na pośrednictwo.

Wśród wyedukowanej ekonomicznie młodzieży przeszedł szmer, a policzki spąsowiały z emocji. Wszak taka umowa oznaczała majątek!

- A teraz, wzorem mego własnego profesora, pytam: który z was, uczniowie, gotowy jest by towarzyszyć mi w tej wyprawie?

Przed tym wykładem każdy z pytanych odpowiedziałby pełnym niesmaku grymasem, teraz jednak, po barwnej opowieści Emmanuela, podniosły się niemal wszystkie ręce, a oczy płonęły nadzieją, że to właśnie na niego spadnie ten zaszczyt. Jednak wykładowca pamiętał reakcje każdego z słuchaczy, i teraz w lesie rąk szukał tej jednej twarzy, która na temat wykładu zareagowała zaciekawieniem, ale nie strachem.

W środkowym rzędzie siedział drobny chłopak. Ubiór miał schludny, minę spokojną, i tylko roziskrzone oczy wskazywały, iż zależy mu na wyborze. Strony jego kajetu pokrywały notatki poczynione w trakcie lekcji. Profesor wskazał go ręką, a wszystkie oczy wpatrzyły się w niego z zazdrością. Młodzieniec gwałtownie zaczerpnął powietrza, gdyż od dłuższej chwili, pod wzrokiem staruszka, wstrzymał oddech.

- Powiedz mi, kawalerze, jaki prezent wybrałbyś dla jubilatki? - zadał pytanie pan Philos, ton wskazywał na zwykłą pogawędkę, jednak żak wiedział, że w ta jedna odpowiedź zaważy na jego uczestnictwie w podróży. Zamyślił się, po czym odpowiedział pewnym tonem:

- Złote kathardzkie azalie. Pasują tak to imienia, jak i włosów pani Brahn.

- Dobry wybór - rzekł profesor, i nie wiadomo było czy zwraca się do chłopaka, czy do samego siebie. Uśmiechnął się do siebie, po czym wrócił za biurko i począł zbierać papiery i zwijać mapy.

- Koniec wykładu, młodzieży. Dziękuję za uwagę. A ty, chłopcze - wskazał na szczęśliwca - zgłoś się do mnie po swych zajęciach w dziekanacie. Ustalimy szczegóły.

 

Klasa powoli pustoszała. Wszedł do niej woźny i otworzył okna, by wpuścić nieco świeżego powietrza, po czym zaczął sprzątać.

Na jednej z ławek leżał zapomniany kajet Jakuba Shaina. A wiosenny wiatr, niosąc zapach bzów, przewracał strony pokryte rysunkami: Potrójna Brama, kamienne wąwozy, drogi przez pustkowie, widok na zamek Brahnów, kuta woliera, a na ostatniej stronie - profil lady Amalii.




Czytaj również

Komentarze


~Feniks

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Nie mam słów. Tekst jest rewelacyjny przeczytałem całość nie odrywając się nawet na sekunde. Wielkie gratulacje i podziw z mojej strony.
18-12-2005 16:36
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Świetny tekst. Brawa dla autorki!
18-12-2005 23:18
Zółty
   
Ocena:
0
Very nice. Inspirujący tekst
23-12-2005 00:08
~Albert

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Świetny tekst, natchnął mnie znowu do głębszych rozmyślań nad Nordią.
29-12-2005 22:25
~Choorus

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Wspaniałe, jak dla mnie najwyższa klasa. Aż chciałoby się zapomnieć o Bardanii.
30-12-2005 21:42
~Bartosz Pietras

Użytkownik niezarejestrowany
    Nordia, kraj dzieciństwa
Ocena:
0
Opowiadanie bardzo zgrabne, oddające klimat Nordii i "tą" tajemniczą atmosferę panującą w Milczących Górach...Tylko ta "nieludzkość" Nordyjczyków trochę mnie raziła...Ale takie są zamierzenia systemu RPG, że podobno pochodzą od Rodian...Pisz jak najwięcej i częściej :))) a chętnego czytelnika już masz :))) Pozdrawiam
18-01-2006 11:43
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Kapitalne!
26-04-2006 10:00
~d'Aaverc

Użytkownik niezarejestrowany
    Od dzis bojownik o piekno w cichej klatwie
Ocena:
0
Brak mi slow... opowiadanie wytlumaczylo mi wiecej niż mogłem sadzić
16-05-2006 22:57
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
fajny czy nie - to jest moi drodzy monastyr...
graty dla autorki
06-12-2006 18:27

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.