» Artykuły » Felietony » Navigare necesse est

Navigare necesse est


wersja do druku

Qchnia artystyczna #7

Autor: Redakcja: Marcin 'malakh' Zwierzchowski
Ilustracje: Vermiliona

Navigare necesse est
Zamierzałam zdawkowo podać wyniki ankiety o pierwszych zdaniach, ale poczułam się, jakbym zdradzała starych przyjaciół. Książki są bowiem przyjaciółmi, niejednokrotnie bliższymi i bardziej wpływowymi od ludzi. Przez lata pamięta się ich wypłowiałe twarze i słowa, jakimi się odzywają w naszej wyobraźni. Tak właśnie zapadły mi w pamięć słowa Saint-Exupéry'ego – który poza tym nie należy do moich ulubionych pisarzy ani najstaranniej czytanych – "Jeżeli chcesz zbudować statek, nie przywołuj mężczyzn, żeby zdobyć drewno i rozdzielić pracę, ale rozbudź w nich tęsknotę za otwartym, nieskończonym morzem". Dlatego tym razem zamiast praktycznych rad, naszpikowanych polifonią i narracją autoteliczną, proponuję bardzo subiektywną i bardzo nienaukową opowieść o moich starych przyjaciołach.



1. "W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką i starszym bratem na pastwę białych od żaru i oszałamiających dni letnich."

12 głosów (17.14%)
Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe

Schulz trzepocze się w wolierze lektur szkolnych, tym purgatorium wyśmienitych pisarzy. Pamiętam, że pod koniec ogólniaka wszyscy namiętnie pisaliśmy wiersze i wówczas równie namiętnie czytaliśmy poetycką prozę Schulza. Z tamtego wczesnego odczytania została mi w głowie głównie baśń i nierzeczywiste, nakładające się na siebie warstwy snu i jawy. Za mało. Bo Schulza trzeba czytać później, kiedy metamorfozy herezjarchy i czarny pantofelek milczącej Adeli nabierają nowych sensów, wykraczających poza Xięgę bałwochwalczą, którą, owszem, jako nastolatka z wypiekami obejrzałam. Trzeba chwilę pożyć, żeby lepiej rozumieć jego fundamentalną nieufność wobec rzeczywistości i jej niepoznawalnych praw, a także tęsknotę za tekstem-macierzą, tekstem, który stwarza świat, choć sam jest pozbawiony autora.

I jeszcze coś. "Bo ja się nie nadaję do żadnej uczciwej pracy" – pisze rozpaczliwie w pewnym liście Schulz. Nie potrzebuje wielkich podniet, skandali, bólu i cierpienia, które dla innych stanowią pożywkę artystycznej auto- i kreacji. Potrzebuje jedynie odrobiny świętego spokoju i czasu, żeby toczyć mozolną walkę ze słowami. Tego również nie byłam w stanie wówczas zrozumieć – samotności człowieka, dla którego tekst jest podstawowym sposobem komunikacji ze światem, i jego nieodwołalnego zamknięcia we własnym losie. Proszę o tym pamiętać, jeśli marzycie o pisaniu.

Jego Mesjasz zaginął podczas II WŚ Manuskrypty jednak płoną.

2. "Katorżnicy noszą kombinezony w biało-różowe pasy."

11 głosów (15.71%)
Jean Genet, Dziennik złodzieja

W 1990 roku piszę maturę z Jeana Geneta. Nastaje dziwne lato. Przed pisemnym egzaminem z języka polskiego cała klasa, trzydzieści sześć osób, czeka karnie piętnaście minut, bo tyle właśnie spóźnia się moja najlepsza przyjaciółka, która podreptała do kościoła, żeby się pomodlić. W pewnym momencie do klasy wchodzą wizytatorzy z kuratorium, podnoszę wzrok na zawieszone nad tablicą godło – to czasy wielkiego sporu o orlą koronę – i widzę, że ktoś przyczepił ptaszysku biała kartonową czapeczkę krasnoludka.

Piszę więc temat wolny, to wciąż na szczęście czasy sprzed testów kompetencyjnych i kluczy interpretacji. Piszę o wolności u Geneta, u Abe Kobo, w Biblii, ale to Genet, z jego światem dziwek, złodziei i pederastów, stanowił niezwykle pojemny manifest niezgody na rzeczywistość. "Na myśl o zbrodni miałem wzwód", pisze Genet w Dzienniku złodzieja, którego chyba nawet wtedy nie brałam za dobrą monetę, bo jest coś ujmująco nieszczerego w biografiach pisarskich. Ale wtedy jeszcze zawzięcie szukam kluczy do literatury w życiorysie twórcy i losy tego podrzutka, dezertera i kryminalisty, uwolnionego z więzienia na prośbę koryfeuszy francuskiego Parnasu pociągały mnie z niezwykłą siłą. To się bezpowrotnie skończyło, bo urok pisarzy przeklętych i stylu życia jako dzieła sztuki nader szybko blednie.

Nie czytałam go od lat. Boję się, że w dorosłym życiu magia nie zadziała.

2. "Czy sam zostanę bohaterem niniejszej powieści, czy miejsce to zajmie kto inny, następne rozstrzygną stronice."

11 głosów (15.71%)
Karol Dickens, Dawid Copperfield

Są książki, które się dostaje nieświadomie. Po prostu są w rodzinnej bibliotece, więc poznaje się je tak wcześnie, że w pamięć nie zapada się nic, prócz fabuły.

Tu dygresja, ale nie powstrzymam się. W Koczownikach Nenad Veličković zapisuje opowieść wiekowego weterana titowskiej partyzantki: "Kucnąłem sobie w krzakach i czytam ruski kryminał. Student planuje zabić staruszkę siekierą, a następnie ją okraść. I właśnie zrobił zamach ręką, kiedy ktoś za moimi plecami zarepetował broń osobistą. Kto to taki, a, kurier, śmieje się, że mnie nastraszył, posłali go po mnie, potrzebują ochotników. Nie wiem, co dla mnie gorsze: że nie dał mi przeczytać do końca, co się stało ze staruszką, czy że obsrałem szelki."

Tyle samo mniej więcej pamiętam z pierwszej lektury Dawida Copperfielda, zwłaszcza kiedy bohater szczęśliwie powracał na łono ciotki, moje dziecięce zainteresowanie nim błyskawicznie więdło. Błąd. Dickens to mistrz i nie chodzi bynajmniej o klucz do poznania XIX-wiecznego świata. W języku Dickensa można błądzić, wędrować nieskończoność po kośćcu opisów, bardzo zmysłowych, a przecież konkretnych, po wyliczeniach, aliteracjach, grach, znaczących epitetach. Niezwykły jest sposób, w jaki panuje nad plejadą postaci i wplata je w struktury akcji, pozostawiając im jednocześnie miejsce na indywidualność. Bo od XIX-wiecznych Anglików nadal można się uczyć, chociażby tej prostej sztuczki, polegającej na charakteryzowaniu postaci poprzez cechy, zachowania, manieryzmy, ułomności. Ukrytych związków pomiędzy rzeczami i postaciami, które powoli odsłaniają przed czytelnikiem nieoczywiste sensy. I tej ironii moralisty, który widzi zbyt wiele. Wielki pisarz.

3. "Brakowało mu cal − może dwa − do sześciu stóp wzrostu, był potężnie zbudowany, a gdy szedł prosto na kogoś, patrząc nieruchomo spode łba, z pochylonymi nieco plecami i wysuniętą głową, przypominał nacierającego byka."

9 głosów (12.86%)
Joseph Conrad, Lord Jim

Był w bibliotece rodziców tomik o wdzięcznym tytule Korsarz i okładce mocno marynistycznej. Miałam jakieś osiem lat i zaczytywałam się w Meissnerze i co tu ukrywać, mocno mnie Conrad rozczarował, zatem długie lata szkolne po niego nie sięgałam. I dobrze. Conrad to świat etyki heroicznej, zogniskowanej w soczewce pojedynczego losu i samotnych, a nieodwołalnych wyborów. A może nawet nie decyzji, bo Lorda Jima nie da się, moim zdaniem, odczytać po prostu jako historii błędu i prostego tchórzostwa. Skacząc z „Patmy”, Jim poddaje się impulsowi i bezwolność człowieka jest tutaj dogłębnie nacechowana fatalizmem, bezbronnością wobec świata, co przecież jednak nie rozluźnia mu w żadnym razie pancerza etycznej dyscypliny.

Nie da się rozumieć polskiego doświadczenia XX wieku bez Conrada. I nie chodzi mi bynajmniej o losy wygnańców czy zesłańców, którzy, wyrwawszy się z syberyjskiej bieli, usiłowali konstruować i rekonstruować sobie w rozmaitych zamorzach ojczyznę. Etos XX-wiecznej inteligencji to etos z gruntu conradowski, choć nie zawsze uświadomiony i nie zawsze wypływający bezpośrednio w lektury jego tekstów. Bo polscy pisarze również czytali Conrada. Bardzo uważnie.

Nie wystarczy obejrzeć Marlona Brando. Film nie odda tego mrocznego, zmysłowego stylu i interpretacyjnych głębi. Conrad wciąż jest punktem odniesienia – jeśli już nie dla naszych moralnych powinności, to w dyskursie o kolonializmie i neokolonializmie.

4. "Urodziłem się w Bombaju... dawno, dawno temu."

8 głosów (11.43%)
Salman Rushdie, Dzieci północy

W 1970 roku pewien tekst znalazł uznanie jury, a zasiadali w nim Kingsley Amis, Arthur C. Clarke i Brian Aldiss, i miał wielkie szanse, żeby wygrać Hugo, amerykańską nagrodę za najlepszą powieść fantastyczną, ale w ostatniej chwili jego powieść została wycofana przez wydawcę, który nie chciał, żeby do autora przylgnęła opinia pisarza SF. Aldiss poczynił wówczas znamienną obserwację: "Gdyby wygrał, zostałby zaszufladkowany jako pisarz science fiction i nikt by więcej o nim nie usłyszał."

Proszę Państwa, oto Salman Rushdie, a dziełem, które otarło się o Hugo, był Grimus.

Co tu dodać?

5. "W samym środku leśnej gęstwiny stał zamek i dawał schronienie tym, których noc zaskoczyła w podróży: rycerzom i damom, królewskim orszakom i zwyczajnym wędrowcom."

7 głosów (10%)
Italo Calvino, Zamek krzyżujących się losów

Calvino to dla mnie bardzo późne odkrycie, i dobrze, bo sięgając po Zamek, znałam już Chaucera, Bocaccia i kilku innych uczt opowieści też. Calvino śmiało czerpie z wcześniejszych tekstów, zapożycza, plącze wątki. Ale jego idea opowieści powstającej poprzez swobodne tasowanie wątków wykracza poza rżnięcie na prawo i lewo. To gra intelektualna dla zaawansowanych, gra toposów, motywów, wątków, postaci i cytatów.

Dobra wiadomość dla tych, którzy lubią wizualizacje (ja nie, chyba że wizualia prowadzą własną narrację, a to się zdarza bardzo rzadko) – są ilustracje. I nawet mają sens.

"Być może nadszedł moment, by przyznać, że karta numer jeden jest jedyną figurą tarota, która uczciwie przedstawia to, czym zdołałem się stać: sztukmistrzem lub iluzjonistą, który na jarmarcznym stoliku wykłada pewien zasób figur i przekładając je, łącząc ze sobą i odmieniając, otrzymuje pewien zasób efektów." – pisze Calvino. Sęk w tym, że mnie te narracje kombintoryczne, protohiperteksty, powieści wariantowe pozostawiają całkowicie obojętną. Doceniam, bawię się wyśmienicie, śmieję, mam poczucie sukcesu lub głupoty, kiedy tekst wystrychnie mnie na dudka. Ale to jak seks bez miłości. Przy Calvino nie płaczę.

6. "Z końcem roku 1811 zaczęło się wzmożone zbrojenie i koncentrowanie sił Europy Zachodniej, a w roku 1812 wszystkie te siły - miliony ludzi (licząc i tych, którzy przewozili armię i żywili ją) - ruszyły z Zachodu na Wschód, ku granicom Rosji..."

6 głosów, (8.57%)
Lew Tołstoj, Wojna i pokój (Tom 3 – Tom 1 zaczyna się cytatem z francuskiego, co byłoby znacznym przegięciem, a początek trzeciego wydał mi się wystarczająco charakterystyczny)

Och, za to przy Tołstoju płakałam, płakałam po prostu jak bóbr i jako smarkula szłam z nieszczęsną Nataszą ręka w rękę przez wszystkie jej głupoty i nieszczęścia. Znałam już epos i wszystkie sto dwadzieścia pojedynków Iliady, ale Wojna i pokój otworzyła mi oczy na epopeję.

Nie będę się rozpisywała o głównych ideach Tołstoja, bo te z czasem tracą na sensie i kontekście, a jest jakimś ponurym nieporozumieniem, jeśli rozmawiamy tylko o nich. Nie wiem, czy niesamowita panorama świata, który nie istnieje, będzie oddziaływać na innych z tą samą przemożną siłą, bo nie bez przyczyny zostałam historykiem społecznym i myślę, że jest pewne specyficzne spojrzenie na człowieka jako twórcę i jednocześnie materię historii, które może pozostawać moje i odrębne. Ale wierzę, że autorzy fantastyki, tak często skłaniającej się ku epickości przecież, powinni uważnie obserwować Tołstoja i patrzeć, jak tka swój wymyślony obraz (bo prawdziwie artystyczna kreacja jest zawsze wizją wymyśloną) na kanwie prawdziwych wydarzeń, miejsc, dat, liczb, szczegółów. Każda historia potrzebuje tej siatki, żeby nadać wypadkom wiarygodność. Nie chodzi tutaj po prostu o oddanie realiów, tylko o ideę, wydestylowaną esencję pewnej epoki, którą przekazujemy nie poprzez szczegółowość opisu, ale poprzez styl. Bo nie ma sensu fetyszyzować znaczenia detali – tych wszystkich uroczych szczegółów, w których dajemy upust swym dydaktycznym zapędom, rekonstruując pracowicie wygląd zbroi i kształt szyszaka. Jeśli nie stoi za nimi cel i ogólna wizja, pozostaje piękny kościół, w którym nie ma Boga.

I jeszcze – nie jest przypadkiem, że o Tołstoju arcyciekawie pisał Hayden White, jeden z najbardziej wpływowych współczesnych filozofów historii. Każda historia bowiem nie tylko się dzieje, ona jest również opowiadana. I czytana czasami też. Dobry pisarz powinien mieć świadomość współzależności pomiędzy tymi trzema warstwami i rozumieć, jak rozmaite dyskursy władzy wpływają na każdy z nich. Tego też uczyłam się od Tołstoja.

7. "Zasiedli parę minut po drugiej i przez to długie i parne, znużone i zmartwiałe wrześniowe popołudnie siedzieli w tym pokoju, który panna Coldfield wciąż jeszcze nazywała kantorem, bo tak go kiedyś nazywał jej ojciec - w pokoju mrocznym i dusznym."

4 głosy, (5.71%)
William Faulkner, Absalomie, Absalomie...

W drugiej klasie ogólniaka napisałam długaśne wypracowanie jednozdaniowym strumieniem świadomości, w skutek czego uzyskałam ocenę 3= (to czasy przed istnieniem miernego, niżej jest tylko dwója) wraz z adnotacją "styl pretensjonalny". Jakkolwiek ocenę uznałam za wredną i krzywdzącą, nigdy później nie usiłowałam nikogo naśladować, co jest dowodnym znakiem, że nawet bardzo kiepscy nauczyciele mogą czegoś człeka nauczyć.

Ale Faulkner był dla mnie jednym z pierwszych pisarzy czytanych w miarę dorośle i na przemian z Caldwellem oraz Steinbeckiem; paradoksalnie ostatni z pierwszej wielkiej amerykańskiej czwórki, Hemingway, nie miał dla mnie takiego znaczenia, mimo że w fantastyce często natykam się na jego ślady. Język Faulknera jest dla mnie jak zaklęcie, wznoszące się i opadające staccato inkantacji, odgrywanych w rytmie, powtórzeniach, modyfikacjach fraz i tematów, nawet palindromach. Jest też coś czarodziejskiego w sposobie, w jaki rzutuje codzienność małych, wyizolowanych mikroświatów na mit, przede wszystkim mit biblijny. Tak właśnie – na najgłębszym poziomie – myślę o fantastyce, jaka mnie interesuje. Mit zamknięty w codzienności.

Czytam czasami swoje teksty i poniewczasie widzę, że wciąż kradnę mu sceny.

"8. W hotelu Strether przede wszystkim spytał o swego przyjaciela, lecz bez zbytniego zmartwienia przyjął wiadomość, że Waymarsh nie zjawi się przed wieczorem."

2 głosy, (2.86%)
Henry James, Ambasadorzy

Dawno, dawno temu w moich podręcznikach do angielskiego w części zwanej "kulturówką" nieodmiennie pojawiali się tajemniczy The Ambassadors i niekoniecznie chodziło o obraz Holbeina. Ale Jamesa udawało mi się jakoś unikać aż do pierwszego roku studiów na historii KUL-u. Niespecjalnie doznałam tam mocnych kulturowych podniet – acz właśnie tam kolega podsunął mi Sapkowskiego, jako "książkę nieco sprośną, ale całkiem ciekawą" – póki koleżanka zapytała mnie ze zdumieniem: "Jak to, nie czytałaś Henry Jamesa?"

No to przeczytałam. Ambasadorzy nie stali się od razu moją ulubioną powieścią Jamesa, nie tylko dlatego, że jego styl staje się z czasem coraz ciemniejszy, coraz bardziej skomplikowany (upatruje się w nim prekursora strumienia świadomości). Początkowo oczywiście pociągały mnie te wszystkie aroganckie, pełne życia dziewczyny, które chciały podejmować własne decyzje. Ale zupełnie niezwykła wydawała mi się wtedy – i to wrażenie pozostało – umiejętność tworzenia psychologicznych portretów, skomplikowanych, a otwartych, niepodlegających łatwym interpretacjom. Nic nie jest oczywiste, ani język, ani motywacje, ani wreszcie symbole, które pozostają tak ujmująco wieloznaczne (chociażby tytułowa Złota czara z powieści zekranizowanej kilka lat temu przez Jamesa Ivory'ego, który poniekąd straszliwie na niej poległ). A jednocześnie jest w tej prozie jakiś dojmujący chłód, nawet kiedy traktuje o wielkich namiętnościach. Świat, tak przecież skonwencjonalizowany i pełen ograniczeń, wciąż wierzy w pociechę, jaką oferuje rozum. To się zmieni. Belle epoque dobiega końca.

No, i wiemy już, co u schyłku lat 80-tych czytywały młode damy w szkole sióstr zmartchwywstanek.

9. "Drogi Marku, Udałem się dziś rano do mego lekarza Hermogenesa, który niedawno wrócił do Willi z dosyć długiej podróży po Azji."

0 głosów, (0%)
Marguerite Yourcenar, Pamiętniki Hadriana

W połowie lat 90-tych trafiam na studia do Budapesztu. Mafia rosyjska tłucze się pokątnie z bałkańską o przemyt broni, a na zajęciach siedzę w jednej ławce z chłopakami – Serbami, Chorwatami – którzy wrócili prosto z frontu i wojna nie jest już wyłącznie figurą retoryczną ze starych tekstów.

Zaprzyjaźniam się z Litwinkami i Ormiankami i oto pewnej suto podlewanej winem nocy Kristina pyta, czy czytałam Marguerite Yourcenar. Potem, w Paryżu, dostaję od nich w prezencie angielski przekład i zaliczam strzał w serce. Nie dlatego, że to pierwsza kobieta w Akademii Francuskiej. Nie dlatego, że pisze o przeszłości w sposób, który jest mi niezwykle bliski, i rozumie ograniczenia formalne, nakładane przez klimat epoki. Nawet nie dlatego, że jej erudycja klasyczna wzbudza we mnie lęk, a jasny, lucyferiański styl wyjątkowo rezonuje z głębią opisywanych namiętności.

W wywiadzie-rzece, udzielonym Matthieu Galleyowi – wybaczcie przydługi cytat, ale przekopałam się przez kilkanaście metrów książek, żeby go wygrzebać z biblioteki – Yourcenar pisze: "Mam wrażenie, że większość ludzi ma fałszywe wyobrażenie o erudycji, o sposobie, w jaki pisarz, który z definicji jest »twórcą« (niemądre określenie, przyjęte w Stanach), czy powiedzmy raczej, jak mówią Niemcy, »poetą«, to znaczy kimś zależnym od swój wyobraźni, od swoich doznań, wkracza w świat erudycji. Zwłaszcza Francuzi wyobrażają sobie, że ktoś taki siedzi od rana do wieczora z nosem w foliałach, jak mole książkowe z powieści Anatola France'a. (...)

Ale nie tak się rzeczy mają. Kiedy, pod każdą postacią, kochamy życie, to dużo czytamy – dla tej prostej przyczyny, że, mówiąc słowami nie pamiętam już jakiego poety greckiego, przeszłość góruje nad teraźniejszością, bo jest od niej dłuższa i bardziej pojemna, a zwłaszcza góruje nad dzisiaj każdego z nas. Ja całymi latami rozczytywałam się na przykład w literaturze greckiej, bądź, jak to bywało, długo, bez ustanku, bądź też na wyrywki, podróżując z tym czy innym filozofem albo poetą greckim w kieszeni. (...) Według mnie najpierw trzeba gruntownie nasiąknąć tematem, aż sam wyłoni się wreszcie, tak jak roślina starannie podlewana wychodzi po jakimś czasie z ziemi."


Czego wszystkim, którzy dotrwali aż do tego miejsca, serdecznie życzę.

Radości życia, radości z książek też.



Czytaj również

O marzeniach
Qchnia literacka #15
Z planem czy na żywca?
Qchnia artystyczna #14
Selekcja i dawkowanie informacji
Qchnia artystyczna #13
Mina przeciwpiechotna
Qchnia artystyczna #12
Ucieczka w dialogi
Qchnia artystyczna #11
Pisałem kiedyś powieść. Emocje.
Qchnia artystyczna #10

Komentarze


~tylda

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
jednak ciężko było dotrwać do końca...
19-12-2009 20:13
27383
   
Ocena:
0
Bardzo ładny tekst, i nie rozumiem czemu tyldzie było ciężko dotrwać do końca.
20-12-2009 08:31
Nyx Ro
   
Ocena:
0
tylda marudzi. pewnie pogoda mu nie służy. Wg mnie tekst jest naprawdę ciekawy.
20-12-2009 11:55
~Erystyczna tylda

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Myślę, że tylda oczekiwał tekstu bardziej na temat.

PS.
Co tyle tych doppelgangerów obrodziło?
20-12-2009 12:54
Streider
   
Ocena:
0
Tekst ciekawy - i można poszerzyć listę książek do poszukiwania ;]
21-12-2009 13:57
~MK

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Są w każdej bibliotece, więc nie będzie raczej trudno:)
21-12-2009 22:19
Alkioneus
   
Ocena:
0
Dobry tekst.
Na wzmiankę o Tołstoju sam poczułem nostalgię. Autorka miała Nataszę, ja miałem księcia Andrzeja.
"Wojna i Pokój" to jedna z najlepszych rzeczy, jakie czytałem w literaturze. Chyba nawet najlepsza, choć to niebezpieczne stwierdzenie.

P.S. I mina nauczycielki, która przyłapała mnie w ósmej podstawowej na czytaniu pod ławką "Wojny i Pokoju". Niezapomniane wrażenie.
24-12-2009 02:43

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.