» Fragmenty książek » Namiestniczka

Namiestniczka


wersja do druku

Namiestniczka
1

Lady Sybilla, księżna wdowa Suersenu, odchyliła się na oparcie wysokiego krzesła. Na coś podobnego pozwalała sobie niezmiernie rzadko, jedynie w trudnych chwilach, kiedy potrzebowała wytężyć wszystkie siły. Zbierając myśli, pofolgowała ciału, chociaż zazwyczaj przypominała napiętą strunę; za czasów jej młodości panny nie zakuwano w gorsety, majestatycznej postawy uczono zaś starymi metodami babek – trzcinką po łopatkach.
Zachodzące słońce rozszczepiało się w płaszczyznach górskiego kryształu – w swojej komnacie lady Sybilla nie tolerowała modnych nowinek w rodzaju wielkich przejrzystych szyb, jakie kilka lat temu zaczęły pojawiać się w Suremie, a teraz zawitały nawet na prowincję. Z kolei Innuon – przeciwnie, bardzo interesował się wszystkim, co nowe i niezwyczajne. W rezultacie większość okien straciła ołowiane oprawy, a ciemne niegdyś galerie rozjaśniał intensywny blask. Przy czym nawet młody książę nie śmiał podnieść ręki na stare witraże w wieżach, pamiętające jeszcze pierwszych Aellinów. Tylko jedna rodzina mistrzów w całym księstwie przechowywała pamięć o starych sekretach witrażystów. Właśnie ci rzemieślnicy i jednocześnie artyści w razie potrzeby wymieniali rozbite szkła, ale zdarzyło się to, według zapisów zamkowej kroniki, ledwie trzy razy. Lordowie Aellin hojnie wynagradzali mistrzów, pod warunkiem że ani jedno ich dzieło nie opuści granic Suersenu. Północne witraże od dawna były czymś w rodzaju legendy, uważano je za cenniejsze od złota.
Z okazji objęcia władzy przez nową namiestniczkę Innuon rozkazał przesłać jej tylko jeden podarek – niewielki witraż w srebrnej ramce. I nikt by nie śmiał oskarżyć księcia Suersenu o skąpstwo. Lady Sybilla potrząsnęła w rozdrażnieniu głową. Też nie ma o czym myśleć, tylko o kolorowych szkiełkach! Znów przeczytała pergamin. Graf Ainu też nie lubił nowinek. Wolał wyprawioną pieczołowicie cielęcą skórę od zwyczajnych kartek i posługiwał się zwrotami, których wyuczył się jeszcze w dzieciństwie.

Niniejszym śpieszę powiadomić Was, lady Sybillo, iż córka moja Soenna sześć księżyców temu osiągnęła wiek sprawny, o czym zaświadcza lekarz rodziny oraz kapłanka świątyni Earnira. To dość długo oczekiwane wydarzenie pozwoli wreszcie spełnić złożone czternaście lat temu śluby i wstąpić w związki małżeńskie mojej córce Soennie oraz waszemu synowi Innuonowi, zgodnie z wolą moją i zmarłego, acz niezapomnianego, ojca mojego, księcia Alvina. Córka moja Soenna będzie gotowa wypełnić ślub, kiedy tylko młody książę wróci ze zwycięskiej kampanii na wyspach. Żywię nadzieję, że rozumie Pani, lady Sybillo, iż dalsze zwlekanie z zawarciem sojuszu między naszymi rodzinami jest niedopuszczalne.
Pozostaję w nieustającym szacunku i szczerze oddany
Kavin Elston, książę Ainu

Lady Sybilla doskonale rozumiała, że Innuon powinien się ożenić z tą dziewczyną. Dziesięć lat temu miał wziąć ślub ze starszą siostrą Soenny, ale uniknął związku haniebnym sposobem. Policzki księżnej pokryły się czerwonymi plamami. Nikczemnik, zakradł się nocą do sypialni narzeczonej i powiedział nieszczęsnej, jakoby zapadł na wstydliwą chorobę, a białe wiedźmy nie chcą go leczyć, gdyż jedną kiedyś ciężko znieważył. Co tam jeszcze nagadał biedaczce, nie wiadomo, ale rankiem oświadczyła, że poczuła powołanie i woli klasztor od zamążpójścia. Tylko stara przyjaźń między rodzicami młodych pozwoliła uniknąć zupełnego zerwania. Ustalono nowe małżeństwo, tym razem z młodszą siostrą, czteroletnią podówczas Soenną. A ileż kosztowało wykupienie się białym wiedźmom!… Niewiele brakowało, aby zemściły się za obrazę i zesłały na Innuona taką samą wstydliwą przypadłość, o jakiej opowiadał narzeczonej. Do ponownego skandalu księżna na pewno nie dopuści, czy syn chce czy nie chce – a nie miała wątpliwości, iż zachodzi ta druga okoliczność – ożeni się z Soenną.
Gdyby dwadzieścia sześć lat temu wiedziała, co w rzeczy samej oznacza związek bliźniąt Aellin, gdyby tylko wiedziała… Stara legenda mówiła: „I nie znajdziesz ani między żywymi, ani między umarłymi silniejszej więzi, a miłości większej niż między bliźniętami Aellin”. Legenda nie kłamała. Ale to, co było błogosławieństwem, kiedy rodzili się chłopcy, stawało się przekleństwem, jeśli matka powiła dzieci różnej płci. Ród Aellinów nie znał waśni między rodzeństwem, wojen o dziedzictwo, zdrad ani czynów bratobójczych. Skrywał za to straszliwe zbrodnie i tragedie. Prawie nigdy siostry bliźniaczki tego rodu nie wychodziły za mąż, nigdy ich bracia nie byli szczęśliwi w małżeństwie. Drogo przychodziło płacić za jedność dusz. Sto lat temu książę Maerkon Ciemny zabił żonę i nowo narodzonego syna, żeby uczynić swym następcą bękarta własnej siostry. Na rozkaz namiestniczki morderca został uduszony, chłopiec i matka szybko umarli w zamknięciu, a księstwo przejął wuj Maerkona.
Zaraz po rozwiązaniu mąż proponował Sybilli odesłać córkę na wychowanie innej rodzinie, księżna odmówiła, a potem zrobiło się za późno. W wieku dwudziestu sześciu lat piękna Ivenna wciąż była panną, a Innuon kawalerem.
Lecz Sybilla nie pozwoli tej gałęzi rodziny tak po prostu uschnąć! Książę nie ośmieli się sprzeciwić matce, nie teraz, kiedy nogi tak często odmawiają jej posłuszeństwa, a serce zamiera w oczekiwaniu bólu. Najważniejsze to nie zwlekać ze ślubem – chce jeszcze zobaczyć wnuki, aby umierać w spokoju. Na swoje nieszczęście Innuon kochał matkę, musiał się jej zatem podporządkować. Jakże w czas zakończyła się ta wojna!

***

Lady Ivenna, młodsza księżna Suersenu, z samego ranka kryła się przed sługami w najdalszym zakątku zimowego ogrodu. Splątane gałęzie roślin południowych tworzyły coś w rodzaju zacisznej niszy za zieloną zasłoną. Przy śniadaniu znów pokłóciła się z matką, a teraz klęła sama siebie za porywczość. Przez tyle lat powinna się już nauczyć, że kłótnia z lady Sybillą jest bezcelowa. A najgorsza była świadomość, że matka zazwyczaj ma rację. Innuon powinien się ożenić, a Soenna z Ainu nie jest w niczym gorsza od innych szlachetnie urodzonych, pustogłowych panien. Ale jeśli tego ślubu nie da się uniknąć, to nikt, nawet własna matka, nie zmusi Ivenny do opuszczenia w tym czasie zamku! Będzie na ślubie… Nie powinno się wykonywać wyroku śmierci bez udziału skazańca. O tak, stanie w świątyni wraz z młodszymi siostrami panny młodej, pierwsza wzniesie toast za zdrowie nowożeńców i sypnie pod sypialnią ziarnem i grochem, rano zaś przyjdzie z pozostałymi kobietami poświadczyć dziewictwo narzeczonej: „…Ciesz się, panno nieskalana, wchodząca do łożnicy…”.
Łzy ciekły po policzkach, Ivenna zlizywała je koniuszkiem języka. Trzy lata ciągłego oczekiwania, trzy lata przeklętej samotności. Listy nie pomagały, odległość stawała się wręcz wyczuwalna, każda mila przydawała ciężaru niewidzialnemu kamieniowi zalegającemu na piersi. Innuon codziennie sporządzał dla siostry szczegółowe notatki – precyzyjne obrazki i szkice, dosłowny zapis rozmów, zjadliwe uwagi, ostre osądy – a wszystko to kryło w sobie jedno: utajoną czułość. Niestety, podczas wojny listy docierały rzadko, raz na kilka miesięcy. Wtedy Ivenna zabierała drogocenne pisma do sypialni i odczytywała je po jednym każdego dnia, przeżywając to, co przeżył brat, choć z pewnym opóźnieniem. Po raz pierwszy rozstali się na dłużej, ich czasy rozbiegły się i dziewczyna została z tyłu. Nawet sama przed sobą lękała się przyznać do obaw, że to może tak już na zawsze, nić została zerwana, przestali być całością, a ona na zawsze pozostanie sama. Także ostatni, radosny list nie zdołał jej uspokoić, w głębi duszy czuła przerażenie.
Jadę, droga siostrzyczko, niebawem będę w domu i wszystko wróci na swoje miejsce. Pierwsza moja noc będzie należeć tylko do Ciebie. Pojedziemy nad wodospad posłuchać wiatru, otulimy się futrami i będziemy chciwie wdychać ostre, srebrne powietrze. Jakże się cieszę, że wracam właśnie zimą… Zupełnie jakby tych trzech lat nie było, ten sam lód na jeziorze, ten sam śnieg, ten sam śpiewający wiatr. Mamy zimno we krwi, tak samo jak lód w oczach. Ale to nie przeszkadza, nikt nie potrafi dostrzec piękna lepiej niż my. A potem, rankiem, wrócę do pozostałych. I urządzę olśniewający bal białego kwiatu, Ty zaś będziesz najpiękniejszą królową śniegu. Już niedługo, Iva, całkiem niedługo.

Dziewczyna schowała pismo z powrotem za gorset. Jeśli nic się nie da zmienić, trzeba się pogodzić z faktami. Gdyby można było rzucić wszystko i pojechać na kraj świata, gdyby brat nie był księciem Suersenu i gdyby nie był… bratem! Przygryzła wargę. Nie, tak nawet myśleć nie wolno. Stwórco Wszechmogący, niech urodzą mu się chłopcy! Nieszczęścia starczy dla mnie jednej, już to, co się stało, jest wystarczająco okrutne!
Ktoś bezceremonialnie rozgarnął zieloną zasłonę i przed młodą księżniczką stanęła energiczna kobieta w karmazynowej sukni.
– Ach, tutaj jesteś! Znów się ukrywasz. Nie przyszłaś na obiad, a i kolację zamierzasz opuścić?
– Nie jestem głodna.
– I co z tego? Rodzina przy stole zbiera się nie dla jedzenia, ale dla przyzwoitości.
Ivenna westchnęła – oczywiście, tylko że przy śniadaniu posprzeczała się z matką, nie zważając na jakąś tam przyzwoitość.
– Naprawdę myślisz, że rodzicielka się ucieszy, widząc mnie przy posiłku?
– Tak. Już się nie gniewa, wysłała dwa listy, jeden do młodego księcia, drugi do Ainu, i zaraz poweselała. Tylko milcz podczas kolacji, wystarczy na dziś tego dobrego. Wyjdziesz za mąż, wtedy sama zostaniesz gospodynią, a na razie matka decyduje, co i jak ma być.
Ivenna uśmiechnęła się smutno. Niania Marion to jedyna na całym zamku, a pewnie i w całym księstwie osoba niemająca wątpliwości, że jej ulubienica wyjdzie w końcu za mąż. Godnego jej kawalera na razie nie znaleziono, ale jeśli tylko się taki trafi, wydadzą ją za niego, nie zwlekając. Myślałby kto – dwadzieścia sześć lat! Czy to w ogóle jest wiek dla wielkiej damy? Ot, i cerę ma niby młoda dziewuszka, bez jednej zmarszczki i skazy, mogłaby jej pozazdrościć piętnastolatka, i ręce ma białe, i szyję gładką! Niczego ci plotkarze nie rozumieją! Po pięć razy dziennie Marion wbijała to w głowę wychowanicy, wypróbowując jej cierpliwość. Nie chcąc obrażać niani, Ivenna starała się po prostu unikać jej towarzystwa.
A teraz wstała posłusznie i poszła do swoich komnat, aby się przebrać.

2

Enrissa Druga Złotowłosa, Jej Królewska Wysokość, Najjaśniejsza Pani, Trzydziesta Druga Namiestniczka króla Eliana, władcy Imperium Anryjskiego, zarządzająca prowincji Allaor, obecnie istniejącej tylko w pełnym tytule namiestniczek, księżna Nei i tak dalej, i tak dalej, męczyła się już trzecią noc z rzędu. Bezsenność. Sierp młodego księżyca zawisł arogancko nad iglicą arsenału, przypominając przechylający się na bakier kapelusz z czasów prababek. Od dzieciństwa Enrissa miała kłopoty z zaśnięciem podczas nowiu. Oparła się łokciami o szeroki parapet. W okno mogła nie patrzeć – zdążyła bardzo dokładnie poznać pałacowy ogród przez trzy lata mieszkania tutaj, nawet w pełnym dniu nie dałaby rady dostrzec nic nowego i interesującego. Trzeba by się położyć i zamknąć oczy, ale wiedziała, że jeśli tylko podejdzie do łóżka, przy którym stoi lampa, znów zagłębi się w księdze i spędzi nad nią czas do samego rana. Nagle zrobiło się jej duszno, zapachy, choć tak dobrze znane, znienacka chwyciły za gardło. Nerwy, to znów nerwy… nadworny uzdrowiciel z troską kiwał głową, badając namiestniczkę. „Czego chcecie, Najjaśniejsza Pani – wapory. Musiałyście dać z siebie tak dużo, a w naturze wszystko ma swój czas, miejsce i cenę” – i zaordynował uspokajający wyciąg na miodzie. Ale wyciągi nie pomagały.
Enrissa z wściekłością szarpnęła haczykiem przy oknie, pchnęła ciężkie skrzydła. Przez zdobioną kratę wtargnął lodowaty podmuch. Chwytała go łapczywie, z rozpaczliwą determinacją, chociaż nazajutrz zapłaci za to utratą głosu i bolącą kulą w gardle. Wreszcie poczuła, że marznie, i zamknęła okno. Namiestniczce nie wolno poważnie się rozchorować, a szczególnie w chwili, kiedy zakończono wojnę. W ciągu trzech lat Enrissa uczyniła to, czego głupia Amaldija nie potrafiła zrobić przez trzydzieści – Wyspy Sveselskie należą teraz do imperium. W sumie nabytek to całkiem bezużyteczny! A przecież trzeba nagrodzić wyróżniających się żołnierzy, zaproponować mieszkańcom podbitych ziem ulgi podatkowe, inaczej wznieciliby niebawem powstanie, a jeśli się zaproponuje im cokolwiek, swoi będą niezadowoleni. I trzeba coś zrobić ze szlachtą – dobrze urodzonym zwycięstwo uderzyło do głów, a z pospolitego ruszenia pożytku w prawdziwej wojnie nie ma, nadaje się co najwyżej do urządzania napadów na rubieżach. Lanloss będzie musiał objąć Inchor – ziemie tak czy inaczej zostały bez pana. Stary graf umarł, jego następcy nie można powierzyć w zarząd nawet chłopskiego obejścia, a co dopiero całego hrabstwa. Przy czym i on niebawem skona, bo żółta trawa zabija człowieka ledwie w parę lat. Przeklęte zielsko hodowano w Inchorze od dawna – niby że takie uzdrawiające. I prawda, uzdrawia, ale w wyciągach czy maściach, ale jeśli je palić… Niech świeżo upieczony graf powalczy z nałogiem, a jeśli nie da rady – co wydaje się całkiem prawdopodobne – rozliczy się go z wyników. Los młodego lorda stanie się przestrogą dla innych. Już od kilku wieków namiestniczki potwierdzały prawo dziedziczenia szlachetnym rodom – przywilej stał się prawem. W czasie pokoju lepiej by było, żeby Lanloss Eire trzymał się od armii jak najdalej. Do Wysokiej Rady powinni należeć najwierniejsi z wiernych, wystarczy, że są w niej też magowie. Należy nagrodzić grafa Ostrzem Honoru i odprawić… Ach, prawda, jeszcze kuleje po odniesionej ranie. Bogowie, dlaczego właśnie ona musi myśleć o tym wszystkim?! Znała odpowiedź: widzi wszak Stwórca, że nie rwała się do władzy, ale skoro już ją otrzymała, nie stanie się zabawką w cudzych rękach! Na świecie powinna być jakaś sprawiedliwość!
Przez pierwsze dwadzieścia trzy lata jej życia o wszystkim decydował ojciec. Każdego dnia książę Nei przypominał córce, że skoro nie zechciała urodzić się chłopcem, by zostać godnym dziedzicem sławnego rodu, musi osiągnąć godność namiestniczki. To, że dwadzieścia lat temu Amaldija czuła się całkiem nieźle i nie zbierała się umierać, w żaden sposób nie detonowało przedsiębiorczego księcia. Nie żałował funduszy na kształcenie córki: historia, prawo, języki, teologia, matematyka i alchemia, a nawet wprowadzenie do nauki o właściwościach ciał materialnych… wszystko, co tylko można, z wyjątkiem wyszywania i tkactwa, uzdrawiania, prowadzenia gospodarstwa domowego, czyli tego, co powinna umieć dobrze urodzona dama. Enrissa była przygotowana do rządzenia państwem, ale nie miała najmniejszego pojęcia, jak zarządzać domem czy tkać gobeliny. Nie zważając na dziwactwa panny, próbowało się z nią swatać wielu kawalerów, albowiem jej uroda z nawiązką rekompensowała wszelkie niedostatki. Jednak książę wszystkich odsyłał precz. Czekał na śmierć namiestniczki, obawiając się zmarnować jedyną szansę. Z każdym rokiem fatygantów pojawiało się coraz mniej, w wieku dwudziestu trzech wiosen Enrissa mogła liczyć już tylko na jakiegoś wdowca, a po upływie jeszcze paru lat… o tym starała się w ogóle nie myśleć.
Kiedy namiestniczka Amaldija zasnęła snem wiecznym, książę Nei pierwszy przybył do stolicy, ale na próżno – wybrano już następną. Przez jedną noc nieszczęśnik postarzał się o dwadzieścia lat. Na córkę patrzył ze źle ukrywaną nienawiścią. Nicpotem, żałosna idiotka, zakała rodziny! Enrissa przy tej okazji i tak nie dowiedziała się o sobie niczego nowego, ojciec wcześniej także nie żałował obelg, jeśli córka nie spełniała jego oczekiwań. Ale wtedy – dzięki bogom – okazało się, iż następczyni jest w trzecim miesiącu ciąży. Książę natychmiast złapał drugi oddech. Oczywiście honorem może poręczyć za dziewictwo swojej córeczki, drugiej tak czystej niewiasty nie znajdzie się w całym imperium, on zaś – w odróżnieniu od niektórych – doskonale wie, jak należy wychować przyszłą namiestniczkę! Tak, jego córka jest wykształcona, a oto długa lista mistrzów, dzięki którym uzyskała rozległą wiedzę. Od dzieciństwa marzyła, aby poświęcić życie Jego Wysokości! Enrissa uśmiechała się wyuczonym grymasem, odpowiadała na pytania, poddała się poniżającym oględzinom – uczyniła wszystko, byle tylko jak najszybciej przejść przez koszmar wyboru. Nie starała się zrobić wrażenia na Wysokiej Radzie, nie oczerniała rywalek, nie pozyskiwała stronników, i wszystko to nieoczekiwanie obróciło się na jej korzyść – za Enrissą Arayno nikt nie stał, a to znaczyło, że nikt nie będzie wywierał wpływu na decyzje Rady. W dzień objęcia władzy odprawiła ojca do rodzimej prowincji z całkowitym zakazem pojawiania się w stolicy. Nie chciała go widzieć na ceremonii zaślubin i koronacji, postanowiła bowiem, że już nikt nigdy nie będzie jej wykorzystywał do własnych celów.
Usiadła przy toaletce. Do świtu pozostały trzy godziny, nie ma już sensu próbować zasnąć, lepiej postarać się ukryć ciemne kręgi pod oczami. Płomyczek świecy pląsał w kryształowej czaszy ozdobnego lichtarza. Wbrew woli zatrzymała spojrzenie na niewielkim witrażu w srebrnej oprawie. Skrzydlata kobieta stała zwrócona twarzą ku otwartemu oknu zabezpieczonemu ozdobną kratą. Wiatr, który wdarł się do komnaty, uniósł lśniące perłowo pióra, rozrzucił na ramionach złote włosy, w całej postawie kobiety wyczuwało się gotowość do lotu. Lotu, do którego nigdy się nie poderwie. Enrissa wiedziała o tym doskonale – wszak krata była taka sama jak ta, którą miała w sypialnianym oknie. Czy ten witraż stanowił wyraz wyszukanej kpiny ze strony księcia Innuona, czy też oznaczał prawdziwe współczucie? Jak to dobrze, że nie widać twarzy postaci!



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.