string(15) ""
» Blog » Najemnicy - fragment
01-03-2013 10:36

Najemnicy - fragment

W działach: literatura/fantasy | Odsłony: 6

Dla tych, których udało mi się zaciekawić, fragment "Najemników", a dokładniej wstęp.

"Stało się tak, że Orgon został wreszcie zjednoczony. W całości. Takiego stanu nie pamiętają nawet najstarsi Orgończycy. Odkąd bowiem w 824 roku król Terlin Żelazne Ramię podzielił kraj pomiędzy swoich trzech synów, rozpoczął się okres rozkładu i upadku. Bratankowie i siostrzeniec króla po jego śmierci uznali się za równych swoim kuzynom i zażądali części królestwa dla siebie. Za ich przykładem poszli dalsi krewni i co potężniejsi magnaci. Próba ukrócenia tych pretensji skończyła się krwawą wojną domową, po której wyłoniło się ostatecznie kilkadziesiąt księstewek. Potomkowie królewscy wyginęli w bitwach i zamachach lub też słuch o nich zaginął. Brak władzy centralnej sprawił, że odżyły wszelkie sąsiedzkie spory i wkrótce krajem wstrząsały kolejne wojny domowe. Przez ponad pięć wieków nie było okresu, żeby jakieś dzielnice nie toczyły ze sobą sporów, a regularnie, co jakiś czas, dochodziło do konfliktu na większą skalę. Tworzyły się i zrywały sojusze. Księstwa, które jednego miesiąca tworzyły koalicję, następnego były już ze sobą w stanie wojny. W takich warunkach gospodarka kraju szybko popadła w ruinę – poza zachodnimi regionami bogatymi w rozmaite surowce, zwłaszcza żelazo. Przechodzące ciągle w różnych kierunkach wojska paliły napotkane wioski lub, w najlepszym razie, rekwirowały całą żywność. Do tego doszły problemy z bandytami, wygłodniałymi wieśniakami i nieopłacanymi najemnikami. Od północy nasiliły się najazdy orków. Na południu przygraniczne ziemie zostały zagarnięte przez Cesarstwo Rowońskie.

Długo żadne z księstw nie zdobywało znaczącej przewagi. Jeśli któryś z książąt stawał się zbyt silny, natychmiast zawiązywał się przeciwko niemu sojusz. Bywało, że pojawiał się jakiś szaleniec, który twierdził, iż jest potomkiem królewskiego rodu. Porywał ze sobą masy, ale zazwyczaj któryś z włodarzy zatrzymywał jego triumfalny pochód. Samozwańcy, a było ich wielu, przepadali równie gwałtownie, jak się pojawiali i wkrótce ludzie o nich zapominali. Zaledwie dwóm udało się zasiąść na orgońskim tronie – w obu przypadkach skończyło się to tragicznie. Jeszcze jeden tak długo zwlekał z Próbą Tronu, że stracił zaufanie i został ukamienowany przez rozsierdzony tłum. Tron Orgonu jest bowiem magiczny i zabija każdego, kto na nim zasiądzie, a w którego żyłach nie płynie dość królewskiej krwi. Mówi się, że kraj tak długo nie będzie zjednoczony, aż na jego tronie nie zasiądzie prawowity władca. Mówi się też, że linia królewskiego rodu już dawno wygasła. Ostatni znany potomek zginął w bitwie z księciem Utelandu – swego czasu jednym z większych i ważniejszych księstw.

Koniec końców musiała się jednak wyłonić jakaś dominująca siła. Stał się nią Torgrad – niewielkie państewko na północnym zachodzie Orgonu, rządzone przez oligarchię wojskową. Torgradczycy nie byli rdzennymi Orgończykami, zostali podbici jeszcze za czasów dziadka Terlina Żelazne Ramię – Wormara Groźnego. Ojciec Terlina – Molgard II krwawo stłumił ich bunty, po czym dla spokoju przyznał im niewielką autonomię. Od tego czasu znani z wojennego usposobienia Torgradczycy zaprzestali rebelii, a ich bitność była wykorzystywana w walkach z orkami na północy. W pierwszym okresie rozpadu kraju Torgrad starał się nie angażować w żadne konflikty. Wkrótce kolejni przywódcy zdali sobie sprawę, że rozbicie dzielnicowe stwarza szansę na odrodzenie ich państwa. Starali się gromadzić siły i mądrze wchodzić w sojusze, zawsze popierając księstwa o dążeniach decentralizacyjnych. Chaos wojny domowej sprawiał, że Torgradczycy długo nie mogli się wybić. Przez pięć wieków za każdym razem, kiedy udawało im się podbić większość sąsiadów i stawali się potężniejsi, zawiązywała się przeciwko nim koalicja i zostawali wypierani z zajętych ziem – sytuacja wracała do punktu wyjścia.

Jednak w 1354 roku, czy to dzięki wejściu w korzystny sojusz z wspomnianym wcześniej Utelandem, czy też dzięki osłabnięciu najbardziej wrogich mu księstw, Torgrad opanował niemal jedną piątą królestwa. Rok później wywodzący się z junty wojskowej dowódcy poszli za ciosem i w błyskotliwej kampanii podbili niemal połowę dawnego Orgonu. Było to możliwe m.in. dzięki zdradzieckiemu atakowi na własnego sojusznika. Ludzie zaczęli dostrzegać w nowym faworycie szansę na zjednoczenie. Mimo to droga do pełnej dominacji była jeszcze daleka. W obliczu zagrożenia, południowe księstwa zawiązały antytorgradzką koalicję. Na jej czele stanął książę Ronald, który po zwycięskiej kampanii pragnął stworzyć urząd namiestnika (wzorując się na leżącym daleko na wschodzie Morotanie). Idea była taka, żeby zjednoczyć Orgon pod panowaniem namiestnika, który nie uzurpowałby sobie władzy królewskiej. Oczywiście w roli namiestnika Ronald widział najchętniej samego siebie. Walka Torgradu z Unią Południową – jak nazywano ten sojusz – i partyzantką księstw podbitych trwała dobrych siedem lat. Dzięki doskonałym rozwiązaniom taktycznym (bardzo często zaczerpniętym z rowońskich podręczników strategii) Torgradczycy zwyciężyli w kilku kluczowych bitwach. Ich armia potrafiła pokonać w polu nawet liczniejszego przeciwnika, dzięki czemu pewne oddziały mogły zostać na podbitych ziemiach i skutecznie walczyć z partyzantami. Unionistom, mimo kolejnych porażek, udawało się wycofać część wojsk i po przegrupowaniu kontynuować działania wojenne. Scenariusz był jednak wciąż taki sam – po wygraniu kilku potyczek i pomniejszych bitew, dochodziło do następnej klęski. Ostatecznie w 1362 roku dowódcom Unii Południowej zabrakło środków do kontynuowania walki i skapitulowali przed torgradzkimi generałami. Pozostałe pojedyncze księstewka nie miały już innego wyboru, jak pójść za przykładem Unionistów. Oznaczało to zjednoczenie Orgonu. Co ciekawe, zwycięzcom spodobała się idea Ronalda – nie wybrali swojego króla, z wiadomych powodów rezygnując z pretensji do tronu. Wprowadzili dyktaturę wojskową, zastrzegając przy tym, że potrwa ona do czasu odnalezienia prawowitego potomka królewskiego. Jeśli takowy by się kiedyś pojawił, miałaby mu zostać zwrócona władza nad królestwem, w którym panuje porządek i dobrobyt.

Po zwycięskiej kampanii Torgrad bardzo energicznie przystąpił do zaprowadzania ładu. Pierwszym poważnym przedsięwzięciem była zakrojona na szeroką skalę krwawa kampania wymierzona przeciwko licznym bandom rozbójniczym. Akcja przyniosła duży sukces – kraj w znacznym stopniu został uwolniony od plagi rozbojów. Pojmani bandyci dostawali prostą alternatywę – albo publiczna bardzo bolesna egzekucja, albo rekrutacja do oddziałów karnych. Jedną z bardziej znanych jednostek karnych były niesławne i siejące postrach Czerwone Nogi, nazwane tak od koloru butów, które nosił ich dowódca. Drugim rozporządzeniem była reforma podatkowa. Nałożono nowe wysokie opłaty. Część uzyskanych w ten sposób wpływów przeznaczano na odbudowę zniszczonych wsi i gospodarstw oraz na sprowadzenie do kraju uczonych z zagranicy. Większość pieniędzy szła jednak dla armii. Torgradzcy generałowie nawet nie próbowali ukrywać, że władzę zamierzają sprawować żelazną ręką i nie będą tolerować nieposłuszeństwa. Tam gdzie pojawiały się głosy niezadowolenia lub odmawiano płacenia podatków, posyłano Czerwone Nogi. Zazwyczaj ich najazd na jedną wioskę sprawiał, że wszystkie pozostałe w okolicy już płaciły, a głosy niezadowolenia znikały bez śladu.
Pomimo zaprowadzonego porządku wielu Orgończykom nie podobały się nowe rządy. Wysokie podatki, despotyzm, brutalność armii i rzeczonych jednostek karnych, często grabiących w majestacie prawa, nie zyskiwały przychylności wśród ludzi. Arystokracja, która mocno straciła na znaczeniu, tęsknie wzdychała do czasów decentralizacji i kiedy tylko miała okazję przypominała, że Torgradczycy nie są rdzennymi Orgończykami i nie mają prawa do władzy. Z drugiej strony ludność miała już dosyć wojen i była skłonna wiele oddać, byleby zachować spokój w kraju.

W trzynastym roku po klęsce Unii Południowej Torgrad gwałtownie stracił na poparciu. Przyczyniły się do tego poczynania nowego naczelnika sił zbrojnych (czyli de facto władcy) – Georga von Effena. Przeforsował on dekret o unarodowieniu wszystkich banków w Orgonie. W praktyce w Orgonie istniały tylko banki krasnoludzkie i oznaczało to, że Torgrad chce zarekwirować znajdujące się tam krasnoludzkie złoto. Było to wydarzenie bez precedensu. Za czasów decentralizacji żaden z książąt nie odważył się nigdy napaść na krasnoludzki bank. Każdy wiedział, że konflikt z Khananarak – państwem krasnoludów – skończyłby się niechybną zgubą dla prowodyra takiego ataku. Jeśli czyjeś wojsko szturmowało miasto, w którym znajdował się krasnoludzki bank, miejscowość mogła zostać zrównana z ziemią, ale w stronę należącego do krasnoludów gmachu nie mogła polecieć ani jedna strzała. W rewanżu krasnoludy (i ich instytucje) pozostawały neutralne wobec konfliktów wewnętrznych swojego ludzkiego sąsiada. Jeśli udzielały pomocy, to tylko w dwóch formach: oprocentowanej pożyczki lub sowicie opłacanych najemników. Formy te były traktowane jako interes, nie jako polityczne zaangażowanie. Mając kontrolę nad całym Orgonem, Torgrad poczuł się na tyle potężny, aby siłą zdobyć skarbce i nie bać się reakcji. Doszło do kilku krwawych starć, w których zginęło zarówno wielu ludzi, jak i wielu krasnoludów. Mimo poważnych strat, w ręce Torgradu wpadły ogromne sumy pieniędzy. Dodatkowo w odwecie organizowano czystki wymierzone przeciwko mieszkającym w Orgonie krasnoludzkim rodzinom (a przy okazji innym nieludziom). Wkrótce inne rasy zaczęły opuszczać królestwo. Było to spełnieniem kolejnego postulatu rządzącej kasty wojskowej – jeszcze przed podbiciem przez Wormara Groźnego znane były poglądy Torgradczyków na temat wyższości ludzkiej rasy, a zwłaszcza jej pewnej części. Krasnoludy borykały się w tym czasie z innymi problemami w podziemiach swojego państwa, dlatego nie wysłały do Orgonu armii, a jedynie pojedyncze oddziały. Odtąd jednak każdy krasnolud stał się zagorzałym wrogiem, nie tyle każdego Orgończyka, ile Torgradczyka.

Wielu przepowiadało, że Torgradczycy mają wojnę we krwi i że nie poprzestaną na walkach o zjednoczenie kraju. Wkrótce się to potwierdziło. Kolejną niepopularną decyzją von Effena było wyekspediowanie okrętami przez Morze Wewnętrzne tysiąca zbrojnych do położonego na dalekim wschodzie egzotycznego Morotanu. Wyprawa została zresztą sfinalizowana za złoto krasnoludów. Motywy podjęcia tak szalonej kampanii nigdy nie zostały do końca wyjaśnione. Jedni sądzili, że naczelnik, szukając nowych ziem do podbicia, doszedł do wniosku, że wszyscy sąsiedzi Orgonu są zbyt silni. Postanowił zatem stworzyć zamorską kolonię. Inni podejrzewali, że w grę wchodził jakiś potężny artefakt – plotka głosiła, że von Effen miał obsesję na punkcie potężnych magicznych przedmiotów. Dość, że przedsięwzięcie zakończyło się kompletnym fiaskiem, a z wyprawy do kraju wróciło zaledwie kilkudziesięciu uczestników. To przyczyniło Torgradowi wielu przeciwników i podkopało pozycję tego, który zapewnia pokój i porządek.

W 1376 roku dwaj książęta – Rodryk Sedewyr i Witalij Haszczny ogłosili, że odnalazł się prawowity potomek królewski – Amon zwany Głupcem, którego to Amona przyjmują pod swoją opiekę i żądają dla niego Próby Tronu. Wobec szyderczej odpowiedzi torgradzkich generałów Rodryk i Witalij wszczęli rebelię i wezwali wszystkich Orgończyków do walki z torgradzkim uzurpatorem. Zebrali jednak znacznie skromniejsze siły niż przewidywali. Ludziom nie podobała się perspektywa kolejnej wojny, a wieść o rzekomym potomku królewskim potraktowali z nieufnością i niedowierzaniem. Jednocześnie Torgrad również nie wystawił przeciwko rebeliantom znacznych sił. Wobec spadku poparcia dla swoich rządów, generałowie nie mogli pozwolić sobie na osłabienie garnizonów w nieobjętych rebelią prowincjach. Wkrótce królestwo ogarnęła gorączka – początkowo niechętni do brania udziału w wojnie ludzie stopniowo zaczęli dzielić się na stronników rebelii i Torgradu. Każdy z zaniepokojeniem przyglądał się sytuacji. Skala konfliktu była jak dotąd lokalna, ale wielce prawdopodobnym jest, że po czternastu latach względnego spokoju dojdzie do eskalacji i Orgon stanie w obliczu kolejnej wojny domowej.

Nie wszyscy martwią się wybuchem rebelii. Wojna to doskonała okazja do zrobienia interesu. W pobliżu pierwszych starć natychmiast pojawiły się dawno już niewidziane oddziały wojsk zaciężnych. Ostatni okres był dla najemników ciężki, teraz na pewno będą chcieli się odkuć. Mówi się o nich, że są zwiastunami powrotu do starych czasów decentralizacji i wojen domowych. Wieśniacy na ich widok często spluwają i mamroczą pod nosem przekleństwa. Nie zmienia to faktu, że za każdym zaciężnym hufcem podąża cały orszak składający się z żądnych zysku kupców, wszelkiego rodzaju oszustów i oprychów, prostytutek, żebraków, awanturników i posługaczy."

Komentarze


earl
   
Ocena:
+1
@ Wiktor Wekt
Nie wyobrażam sobie takiej Czarnej Kompanii z takim wstępem...
Mnie akurat "Kroniki Czarnej Kompanii" odrzuciły po 150 stronach, gdyż w nadmiarze wydarzeń, imion, bohaterów, krain itd straciłem wątek i uznałem, że Cook, prowadząc tak chaotycznie, bez ładu i składu narrację, nie zasługuje, bym marnował na niego swój czas.

@ Torgradczyk
Myślę, że ten fragment mógłbyś przedstawić jako tzw. przedsłowie, przybliżające historię opisywanego świata. A dopiero potem napisać wstęp do powieści.
03-03-2013 16:02
   
Ocena:
0
Jak ja lubię krytkanctwo internetowe...

Earl: Akurat w kompani najgorsze są opisy wojskowości. Tak złych nie widziałem nigdzie.
03-03-2013 16:42
earl
   
Ocena:
0
@ Slann
Nie wiem, aż tyle nie przeczytałem, by mieć o tym swoje zdanie. Mnie po prostu zraził chaos cechujący pisarstwo Cooka.
03-03-2013 16:55
   
Ocena:
0
Chyba najlepszym kwiatkiem była armia maszerująca 100 mil dziennie

03-03-2013 17:15
Torgradczyk
   
Ocena:
0
Ciekawe, że wśród komentarzy pada tytuł "Kronik Czarnej Kompanii". Swego czasu bałem się, że może moja powieść będzie zbyt podobna. "Kroniki" przeczytałem już po napisaniu "Najemników" i obawy okazały się nieuzasadnione.
Niemniej Cook zachwycił mnie intrygującym światem i klimatycznymi legendami. Myślę, że to było siłą tej serii i przysłoniło ew. niedoróbki jeśli chodzi o wspomniane opisy wojskowości. Faktycznie pewne bitwy, rozwiązania taktyczne itp. nie do końca i nie zawsze układały mi się w logiczną całość, ale lektura porwała mnie na tyle, że nie zwracałem na to aż takiej uwagi.
03-03-2013 18:48
Siman
    @Torgradczyk
Ocena:
+2
"Moim zdaniem to na czym polega powieść, zależy jaką koncepcję ma autor"

A pewnie. Co nie znaczy, że ta koncepcja trzyma się kupy. Ale dopóki Twój koncept nie zawiera jakichś radykalnych eksperymentów formalnych (a z tego co zrozumiałem, to chyba nie), to jednak wszystko opiera się na bohaterach opisanych narracją w jakiejś fabule.

Ty to rzucasz w kąt i na samym początku książki bierzesz się za bary z narracją historyczną, afabularną. A to jedna z najcięższych. Historycy, którzy piszą ciekawie, mimo że kronikarsko (a nie np. anegdotycznie czy fabularyzatorsko), to pojedyncze złote samorodki pośród smętnego, szarego piachu suchej relacji. Nie tylko dlatego, że inni nie potrafią pisać (co też się często w tym fachu zdarza, niestety), ale dlatego przede wszystkim, że to bardzo karkołomna forma, która niejako wymusza nudę w tekście.

Oczywiście, są i tacy, którzy to potrafią. Tu masz niezły przykład zaczynania od swego rodzaju kroniki w powieści. Ale zauważ, że tam też autor bardzo się stara ożywić tekst, wyjść poza suchy opis. Nawet Sapkowski wrzucał takie rzeczy jako krótki przerywnik na początku rozdziału - oraz zadbał o te "mrugnięcia", które uprzyjemniały lekturę.

Żeby nie było - piszesz bardzo poprawnie, ale po prostu w twoim tekście nie ma nic, co by zachęcało do dalszej lektury. Taką treść ciężko spamiętać, więc i tak będzie trzeba do niej wracać, kiedy się natrafi na jakieś nawiązania we właściwym tekście. To już wygodniej zamieścić jakieś kalendarium - łatwiej w nim odszukać informację i czytelnie systematyzuje wydarzenia historyczne.

Ale tak naprawdę najlepiej o historii mówić ustami bohaterów, wtrętami w narracji. Tak robił Sapkowski, tak robił Martin, czy z ostatnich moich lektur - Joe Abercrombie. Polecam zwłaszcza ostatniego, bo chyba pasuje do rodzaju powieści, jakiej szukasz. Jego "Bohaterowie" to w zasadzie jeden wielki opis bitwy. Na początku tak naprawdę prawie nic nie wiemy o jej przyczynach i tym co działo się wcześniej - to się pojawia w trakcie, rzucane fragmentami, które składają się w spójną całość przez całą powieść.
04-03-2013 01:57

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.