» Fragmenty książek » Na tropie wampira

Na tropie wampira


wersja do druku

Krew potrzebna od zaraz...

Autor:
Na tropie wampira
Minutę później dotarli do banku krwi, gdzie Mallory od razu podszedł do okienka rejestracji.
– Przepraszam... – powiedział, starając się zwrócić na siebie uwagę pielęgniarki.
– Zależy coś pan tam przeskrobał – odparła siostra.
– Słucham? – zdziwił się detektyw. – Chyba nie do końca panią zrozumiałem.
– Chodzi o te pańskie przeprosiny – wyjaśniła pielęgniarka. – Możemy panu wybaczyć sporą zawartość alkoholu we krwi, a nawet złe wyniki cholesterolu, ale za nic nie darujemy ukrycia odry, świnki, anginy, lumbago, reumatyzmu, artretyzmu, łokcia tenisisty, zapalenia dziąseł, płaskostopia, nadkwasoty żołądka...
– Chwileczkę! – wtrącił Mallory, aby nie wysłuchać kolejnych trzydziestu schorzeń dyskwalifikujących potencjalnego dawcę. – Nie przyszliśmy tutaj, aby oddać krew.
– W święta nie skupujemy krwi – oświadczyła oficjalnym tonem pielęgniarka.
– Pani nadal mnie nie rozumie. Przyszliśmy tutaj, aby kupić trochę krwi albo chociaż plazmy dla tego tu młodzieńca.
– Jaką grupę?
– To nie ma najmniejszego znaczenia.
– Musimy wiedzieć takie rzeczy, zanim zrobimy transfuzję – upierała się siostra.
– Nie będziecie mu jej podawali dożylnie – sprecyzował Mallory. – On chce ją wypić.
Pielęgniarka spojrzała wreszcie w stronę bladego młodzieńca.
– No tak – powiedziała. – Teraz rozumiem. Blada skóra, rozszerzone źrenice, znacznie powiększone kły, no i oczywiście ani jednego włoska na palcach dłoni.
– A powinien je tam mieć?
– Jedynie w sytuacji, gdyby doszło do pogryzienia przez wilkołaka – wyjaśniła pielęgniarka. – Ale w takim przypadku powinien pan raczej odwiedzić rzeźnię, a nie bank krwi.
– Skoro doszliśmy do porozumienia, proszę mi powiedzieć, ile kosztowałoby powiedzmy pół galona krwi?
– Taka ilość nie wchodzi w grę – odparła pielęgniarka. – Tyle nie możemy wydać.
– Zapłacimy gotówką... z góry – rzucił znacząco Mallory. – Nie mogę ręczyć za to, co stanie się później, gdy jego łaknienie wzrośnie.
Kobieta spojrzała na Ruperta, który właśnie znów zaczynał się ślinić.
– Już teraz wygląda na mocno zdesperowanego – stwierdziła.
– Nie wiem, czy uda mi się nad nim zapanować – powtórzył detektyw.
Pielęgniarka wyjęła z ukrytej pod ladą szuflady srebrny krzyż i wielką wiązkę czosnku.
– Bez obaw – powiedziała. – My nad nim zapanujemy!
Rupert zasłonił twarz obiema rękami.
– Zabierz to z moich oczu! – wrzasnął.
Kobieta odłożyła czosnek i krzyż do szuflady.
– Co pan powiedział? – zapytała z przymilnym uśmiechem.
– Nic – odparł Mallory. – Chodź, chłopcze, znajdziemy tę krew w innym miejscu.
– Chwileczkę – zatrzymała go pielęgniarka.
– Tak?
– Sugerowałabym pańskiemu podopiecznemu unikanie atakowania obcych ludzi na ulicach. Jeśli trafi na kogoś niewłaściwego, może się to skończyć dla niego bardzo boleśnie. – Ściszyła konfidencjonalnie głos. – Powszechnie wiadomo, że dzisiaj, ze względu na ogromną ilość stworów nocy, które wyłażą z nor, aby świętować wigilię Dnia Zmarłych, można kupić krew w niemal każdym spożywczaku. To wprawdzie wciąż jest nielegalne, ale na tę jedną noc policja przymyka oko na podobne procedery.
– Dziękujemy pani – powiedział Mallory.
– Jakby co, ja wam tego nie powiedziałam.
– Będę milczał jak grób. Idziemy, Rupercie.
Detektyw opuścił bank krwi, ciągnąc za sobą chłopaka, który najpierw zaczerpnął głęboko zimnego, nocnego powietrza, a potem westchnął ciężko.
– Już mi lepiej – stwierdził, odwracając się do Mallory’ego. – Od dziecka miałem alergię na czosnek.
– Zatem to nie przemiana w wampira sprawiła, że nie mogłeś znieść jego zapachu?
– Nigdy nie potrafiłem wytrzymać w miejscu, w którym był czosnek. Zaraz łzawiły mi oczy.
– Dobrze – stwierdził detektyw. – Wydaje mi się, że umieszczę cię w moim mieszkaniu. Po co marnować forsę na hotele? Jeśli Draconis nadal cię szuka, prędzej przeleci się po pokojach do wynajęcia niż prywatnych mieszkaniach. Nie ma szans na to, by wiedział o twoich koneksjach rodzinnych z Winnifredą, a jeśli nawet odkryje je jakimś przypadkiem, fakt, iż twoja ciotka jest moim wspólnikiem, powinien pozostać dla niego tajemnicą... – Mallory zamilkł na moment. – Na skrzyżowaniu obok mojego mieszkania jest niewielki market. Tam kupimy krew. A kiedy już zamknę cię na cztery spusty w bezpiecznym miejscu, pojadę do Winnifredy i razem obmyślimy następne posunięcie.
– Jestem panu wdzięczny, panie Mallory, za wszystko, co pan dla mnie robi – powiedział Rupert.
– Nigdy nie lubiłem wampirów. A teraz wszystko wskazuje na to, że stanę się jednym z nich.
– To kolejna z wielu rzeczy, którymi musimy się zająć. Trzeba się dowiedzieć, jak można odwrócić proces zwampirzenia i przywrócić cię do dawnej, ludzkiej postaci. Twoja ciotka jest o wiele lepsza w poszukiwaniu danych niż ja. Sądzę, że zlecę jej tę robotę w czasie, gdy będę się uganiał za Draconisem.
– Pssst!
Mallory zatrzymał się i dostrzegł w alejce pomiędzy dwoma apartamentowcami zielonoskórego goblina, który kiwał nerwowo ręką w jego stronę.
– Hej, pan, piękne goblinie dziewczynki!
– Pan nazywać się Mallory – odparł detektyw znudzonym tonem. – Pan Piękne Goblinie Dziewczynki mieszkać w sąsiednim bloku.
– Znalazł się żartowniś – mruknął goblin i przeniósł wzrok na Ruperta. – Piękne goblinie dziewczynki, tanio jak barszcz.
– Nie jestem zainteresowany – odburknął chłopak.
– Skoro takie nie pasują, to może wyjątkowo paskudne goblinie dziewczynki, ale uprzedzam, są bardzo drogie!
– Nie, dziękuję.
– A może goblini chłopcy? – zapytał stręczyciel.
– Spadaj – zbył go Mallory.
– Goblinie staruszki?
Detektyw i chłopak przyspieszyli kroku.
– Głuchonieme, ślepe goblinki bez rąk i nóg?
– Masz nawet takie pokraki? – zdziwił się Mallory.
– Jasne – zapewnił go sutener, wyciągając z torby pokaźny młot. – Dajcie mi tylko pięć minut.
– Zapomnij! – zgasił go detektyw. – Tak tylko, z ciekawości zapytałem.
– Ciekawość jest zgubą kotów – odburknął stręczyciel i nagle pstryknął palcami. – A co powiecie na zdechłego kota?
Mallory nawet nie silił się na odpowiedź.
– Niech wam będzie! – wydarł się za nimi goblin. – Tylko się nie zdziwcie, jeśli po północy ceny pójdą trzykrotnie w górę!
– Mnie dziwi już sam fakt, że ktoś chce za coś takiego płacić – powiedział Mallory, gdy zniknęli z pola widzenia alfonsa. – Jak tam z tobą, chłopcze? Trzymasz się? Mamy jeszcze przecznicę do przejścia.
– Nic mi nie będzie – zapewnił Rupert.
– Już widać neon – powiedział detektyw, gdy pokonali kolejne trzydzieści jardów.
– "Market Wciskalskiego" – przeczytał Rupert.
– Nie pozwól mu się ogłupić – poradził Mallory. – To dobry człowiek, ale czasami lubi wyzwania.
– Nie rozumiem.
– Zaraz sam zobaczysz.
Szli dalej, minęli antykwariat "Starodruki", w którym handlowano wyłącznie przeterminowanymi dokumentami urzędowymi, potem "Bar Anina", czyli jadłodajnię z autentycznymi produktami spożywczymi z Grecji, eleganckie biura Kartelu Szpiegostwa Przemysłowego, którego okna wzmocniono tytanowymi kratami oraz "Kosz Ulki", butik sprzedający T-shirty produkowane przez słynną hollywoodzką projektantkę Ursulę K. Ursulę.
W końcu dotarli do normalnie wyglądającego sklepu spożywczego i weszli do jego wnętrza. Właściciel tego interesu znalazł się przy nich w trzy sekundy.
– Witam pana, panie Mallory! – powiedział. – Mamy wigilię Wszystkich Świętych. Cholernie paskudną noc jak na dochodzenie.
– Nie prowadzę żadnej sprawy.
– Nie szuka pan żadnego seryjnego mordercy albo jeszcze lepiej, tria lubieżnych staruszek‑ekshibicjonistek? – dopytywał się Wciskalski, nie kryjąc zawodu.
– Nie. Wyszedłem tylko na zakupy.
– Krokodyle skrzydła – podpowiedział staruszek. – Mam je w specjalnej promocji.
– Krokodyle nie mają skrzydeł – odparł Mallory.
– Teraz już nie mają – zgodził się Wciskalski, wymachując nożem kuchennym. – Dam dobrą cenę za tuzin.
– Nie mam na nie ochoty.
– Dobrze, może zatem weźmie pan zęby kanarków?
– Daj pan spokój.
– Trudno pana zadowolić, panie Mallory. A co pan powie na parkę bojowników? To takie rybki – dodał szybko.
– Niech zgadnę – powiedział Mallory. – Obie są uzbrojone po płetwy w broń maszynową i noże.
– Ależ skąd. Nazywają się Ethel i Wilbur. Nienawidzą się jak wszyscy diabli. Ona wiecznie gdera, a on puszcza ją kantem z welonką, jak tylko ma wolną chatę. Wie pan, Ethel często spływa do klubu na spotkania z koleżankami.
– Zamknie się pan choć na moment, żebym mógł powiedzieć, po co przyszedłem? – zapytał Mallory.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę



Czytaj również

Starship: Pirat
Od bohatera do pirata
- recenzja
Słonie na Neptunie
Ludzie w Afryce, Afryka w ludziach
- recenzja
Na tropie jednorożca - Mike Resnick
Marlowe w świecie elfów, krasnoludków, jednorożców i demonów
- recenzja
Starship: Bunt
Kierunek: Roszponka
Na tropie jednorożca
Zawsze działa...

Komentarze

string(15) ""

Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.