» Artykuły » Inne artykuły » Muzyka a kryzys energetyczny

Muzyka a kryzys energetyczny


wersja do druku

Kulisy powieści Diaczenków "Dzika energia"

Autor: Redakcja: Michał 'M.S.' Smętek

Muzyka a kryzys energetyczny
Gdybym miała napisać o Dzikiej energii jednozdaniową recenzję, brzmiałaby ona "Tu się prawie nic nie trzyma kupy". Być może świata fantastycznego nie należy "rozliczać" z konsekwentności na równi z tym, który nas otacza, ale jakieś zasady logiki rządzić nim jednak powinny. Tu zaś rządzi jedna zasada – realizowania pomysłu „współpracy międzygatunkowej”. Mam tu, rzecz jasna, na myśli gatunki twórczości artystycznej, a nie kontakty z kosmitami. Otóż ukraińscy pisarze państwo Diaczenko i ukraińska piosenkarka Rusłana Łyżyczko wymyślili coś, co Rosjanie określają modnym obecnie słówkiem "projekt": powieść i muzyczne show oparte na tym samym scenariuszu. Wersja oficjalna brzmi następująco: sceniczna osobowość Rusłany zafascynowała pisarski tandem do tego stopnia, że napisali powieść, której bohaterką uczynili dziewczynę mającą symbolizować Rusłanę. Na wypadek, gdyby ktoś się nie domyślił albo nie doczytał wywiadów, nadali jej imię Łana (nie Łania, na litość boską, toż to takie łagodne bydlątko...).

Diaczenkowie lubią chyba utwory oparte na słowach-kluczach. Po Rytuale przyszła kolej na "energię", choć moim zdaniem jeszcze bardziej znaczące jest tu słowo "rytm". Obejrzałam kilka klipów Rusłany i faktycznie są one niezwykle rytmiczne i "energetyczne", choć za sprawą nie tyle talentu wokalistki, co bogatej oprawy, przekształcającej zwykłą piosenkę w kolorowo-taneczno-świetlno-zadymione show. Utworem Dzikie tańce Rusłana wygrała zresztą Eurowizję 2004, choć wówczas nie była to piosenka typowa dla jej repertuaru, bowiem zaczynała od stylu bardziej zwyczajnego, romantycznego. Dzikie tańce powstały jakoby pod wpływem fascynacji kulturą Hucułów (górali ukraińsko-rumuńskich), a gdy ten nowy styl przyniósł zwycięstwo festiwalowe, stał się znakiem firmowym Rusłany. I taką właśnie "energetyczną" Rusłaną zachwycili się Diaczenkowie.

W powieści rytm decyduje właściwie o wszystkim, rządzi organizacją świata, stanowi o życiu ludzi. Może uśpić, a nawet zabić, może też dać przewagę w walce, a także wyrażać uczucia. Człowiek, który potrafi posługiwać się rytmem, używając do tego przedmiotów (bębny i inna perkusja, membrany, różne powierzchnie) i własnego ciała, pociąga za sobą innych i wytwarza energię – dosłownie (rozpalenie ogniska, przywołanie burzy) i w przenośni (przekazanie innym chęci do życia i woli walki). Przesłanie powieści jest więc oczywiste, tak samo jak komplement pod adresem ukraińskiej piosenkarki. Problem tylko w mało wiarygodnym sposobie skonstruowania świata, w którym żyje i działa Łana.

Powieściowy świat obejmuje trzy miejsca akcji: Miasto (czy duża litera i brak nazwy mają sugerować, że to ostatnie miasto na planecie?), górzysto-zalesiona kraina, zasiedlona przez ludzi-wilki oraz tajemniczy Zakład (w oryginale zawod, czyli fabryka, tutaj raczej coś w rodzaju elektrowni). Łana przeżywa perypetie, w trakcie których z dynamizmem godnym Lary Croft przemieszcza się między tymi punktami, zdobywając nowych przyjaciół, dokonując karkołomnych ewolucji, walcząc (i zwyciężając), ratując i będąc ratowana, oraz oczywiście tryskając wokół energią. To ostatnie przysparza jej samych problemów, znajdujemy się bowiem w świecie dotkniętym kryzysem energetycznym. Na pierwszy rzut oka sytuacja jest niemalże klasyczna – społeczność ludzka żyje w prymitywnych warunkach na gruzach dawnej cywilizacji. Ruiny opustoszałych wieżowców (musiała to być zaawansowana cywilizacja, bo drapacze chmur mają po 200 pięter), światło i elektryczność wytwarzane za pomocą zmutowanych zwierząt (świecące ryby i owady, gryzonie napędzające dynama) lub ludzkich mięśni (latarnie, pojazdy, a nawet komputery napędzane pedałowaniem, "telewizja" w postaci widowisk tworzonych przez swoisty balet tysięcy ludzi zwanych "pikselami"). Kiedy czytamy o "godzinie energii", podczas której ludzie podłączają się do gniazdek i otrzymują porcję ładunku, konieczną do przeżycia kolejnego dnia, sprawa wydaje się oczywista – nie ma prądu, nie ma przemysłu, nie ma co jeść, kalorie aplikuje się więc niejako dożylnie. Ale nie, chwilę później jest mowa o żywności: nie tylko darmowych napojach i makaronie, ale pieczywie, czipsach, a nawet takich luksusach jak słodycze i wino. Jaka więc energia napływa kabelkami? Wygląda na to, że jest ona natury psychicznej, bowiem prawie całe to społeczeństwo ma permanentnego doła. Bez "dawki" ludzie po prostu kładą się i umierają albo popełniają samobójstwo rzucając się z wieżowców. Zdarzają się jednakże jednostki nie uzależnione od pakietów energii, zdolne do samodzielnego jej wytwarzania. Zdawałoby się, że fakt, iż nie są na garnuszku (czy raczej kabelku) władz, czyni je pożądanymi członkami społeczności, ale nie, "dzicy" są prześladowani. Ukrywają się na najwyższych piętrach wieżowców, w tak zwanym Overgroundzie. Rzecz w tym, że pakiety energii są nie tylko częścią zapłaty za wykonywaną pracę, stanowią też przedmiot manipulacji na szeroką skalę, ponieważ każdy popełniany przez człowieka błąd jest karany odcięciem od dostawy. Osobnicy nieuzależnieni pozostają więc całkowicie poza kontrolą. Jednakże polowanie na nich ma jeszcze jeden powód, związany z tajemniczym Zakładem...

Przez całą lekturę męczyły mnie pytania o naturę i przeszłość powieściowego świata. Normalna, zelektryfikowana cywilizacja istniała jeszcze pokolenie wcześniej, ludzie czterdziestoparoletni ją pamiętają. Czemu tak nagle upadła? Kto rządzi Miastem? Skąd obecnie pochodzi żywność i przedmioty codziennego użytku? W jednym miejscu wspomniano o "rejonach przemysłowych, do których nie dostaniesz się bez przepustki" – czy to tam szyje się ubrania, piecze chleb, wyrabia metalowe zamki, produkuje lekarstwa? Ale co napędza maszyny, bo chyba nie rowerowe dynamo czy tresowane myszy? Dlaczego w Mieście nie świeci słońce i księżyc, nie pada śnieg, nie ma pór roku, skoro poza nim przyroda nadal zachowuje się normalnie? Odpowiedź otrzymałam tylko na pierwsze pytanie, ale taką, że lepiej gdyby jej nie było, przynajmniej można by uruchomić wyobraźnię. Otóż zasilający Miasto Zakład jest zbudowaną dawno-dawno temu przez nieznanych konstruktorów elektrownią, która początkowo produkowała energię wykorzystując siły przyrody. Ale że jej budowniczowie prowadzili gospodarkę rabunkową, zużywając "kolosalne, niewyobrażalnie wielkie ilości energii" do bliżej niesprecyzowanych celów, wysysane do cna żywioły... zbuntowały się i zrobiły Zakładowi tajemnicze coś – "przeistoczyły go", powodując że nie mógł już ich wykorzystywać. Miasto zostałoby bez energii, ale pojawiły się "inne istoty", które "chyba nawet nie były ludźmi". Były za to paskudnymi bydlakami, bo zaproponowały Zakładowi (tzn. komu właściwie?) nowe, wielce nieetyczne źródło energii... Mocno naciągana bajeczka, no i pośmiałam się wyobrażając sobie wkurzoną błyskawicę, grzmiącą" "precz z wyzyskiem klasy robotniczej!". Szkoda, że te żywioły związków zawodowych nie założyły...

Pamiętając okoliczności powstania książki, zastanowiłam się, która ze współpracujących stron więcej zyskała – pisarze czy piosenkarka. Komentarze znalezone w sieci oceniają powieść raczej jednoznacznie i nie jest to ocena entuzjastyczna: "zabawna książeczka", w której action (cudowny rosyjski neologizm pisany ekszn) przeważa nad rysem psychologicznym postaci. Jako kuriozum można przytoczyć mniemanie pewnego rosyjskiego internauty, iż powieść jest zawoalowaną groźbą Ukrainy pod adresem Rosji, ukazującą, co może się stać, jeśli ta ostatnia odmówi bezpłatnych dostaw energii... To tyle o Diaczenkach, którzy zresztą w roku 2006 i następnych szybko podsunęli czytelnikom kolejne powieści. Co innego Rusłana Łyżyczko, która od dwóch lat umiejętnie wykorzystuje "energetyczny" image: w regularnych odstępach czasu pojawiają się klipy, ilustrujące fragmenty powieści, nowa strona internetowa piosenkarki nosi nazwę Wild energy, a w wywiadach jest mowa o lansowaniu nowego trendu w "odzieży, sztukach walki, muzyce i sportach ekstremalnych". Poza tym w 2006 roku Rusłana została deputowaną do ukraińskiego parlamentu (z ramienia pomarańczowych), co spowodowało przerwę w karierze estradowej i niejakie opuszczenie wokalistki przez fanów. Teraz Dzika energia pomaga jej w come back'u: w ubiegłym roku odbyła się premiera dawno zapowiadanego musicalu o tym tytule – półtoragodzinnego show złożonego ze wszystkich piosenek inspirowanych powieścią Diaczenków, zaś od października album Rusłany Wild energy zalewa energią aż trzy kontynenty.



Czytaj również

Awanturnik - Marina Diaczenko, Siergiej Diaczenko
Jak żyć z wyrokiem śmierci?
- recenzja
Awanturnik
Prolog i rozdział pierwszy
Szrama - Marina i Siergiej Diaczenko
Życie ze strachem, który pożera od środka
- recenzja
Odźwierny - Marina i Siergiej Diaczenko
Kto się wywyższa, będzie poniżony...
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.