string(15) ""
» Blog » Miód i piwo cz. 4, ostatnia - opowiadanie
10-06-2012 13:02

Miód i piwo cz. 4, ostatnia - opowiadanie

W działach: Południowiec, Warhammer | Odsłony: 9

Zapraszam na ostatnią część fanowskiego opowiadania umieszczonego w uniwersum gry Warhammer. Zamyka ono dwadzieścia cztery godziny z życia kilku osób z krain sumiennie pomijanych przez prawie wszystkie podręczniki i książki z tego uniwersum.

Pragnę również uprzedzić, że opowiadanie to powstało ładnych kilka lat temu i choć treścią ciągle mi się podoba, to forma jego była bardziej prymitywna.

Jeśli ktoś mimo to gotów jest poświecić czas zapraszam do lektury:)

 

Nazwy własne, realia oraz postacie związane z uniwersum gry bitewnej i fabularnej Warhammer są własnością jej wydawcy i dystrybutora na ternie kraju. Autor nie rości sobie do nich żadnych praw.

 

***

 

Część trzecią można przeczytać tu

 

***

 

- Drrik! Drrik! Drrik! – skandowali zebrani wokół stołu Norsowie. Jimisław i Gowron siedzieli naprzeciwko siebie z uniesionymi kuflami i jedynie ich grdyki pracowały zawzięcie. W końcu w tym samym momencie strzelili kuflami o blat i otwarłszy usta, beknęli donośnie. Krasnolud wydobył z siebie czysty, zmieniający formę, pochodzący aż od żołądka dźwięk, który brzmiał przeciągle i donośnie jeszcze długo po tym, jak człowiek zamknął już usta. Wszyscy zebrani patrzyli oniemiali, aż brodacz ryknął śmiechem.

- Pić umiesz, to prawda – rzucił – ale bekać to się jeszcze musisz nauczyć!

Miejscowi gruchnęli śmiechem. Lechita miał dość w czubie, aby zrozumieć przyjaciela, mimo że kompletnie nie znał języka.

<Kolejną kolejkę?> spytał, wskazując na kufle. Gowron podniósł beczułkę i potrząsnął nią dla testu. Pokręcił jedynie głową i cisnął nią za siebie.

<Trzeba będzie znaleźć nową> rzekł, zaczynając się rozglądać.

- Jeśli nie macie już piwa, to może ja pomogę? – usłyszał z boku i dojrzał Zygfryda stojącego przy ich stole z kuflem w ręku i garncem pod pachą – źle zacząłem znajomość z naszym nowym przyjacielem i chciałem to naprawić. Niech więc skosztuje mojego piwa.

Krasnolud spojrzał na czarnowłosego podejrzliwie, zwłaszcza na jego zakrwawioną brodę i odzienie. Może jednak ktoś wbił mu po prostu trochę rozumu do głowy? Mając nadzieje, że to było powodem zmiany zachowania olbrzymiego mężczyzny, przełożył jego słowa Skamirowicowi. Ten spojrzał równie podejrzliwie na Zygfryda i wokół niego. Nie dostrzegając jednak nigdzie Kislevczyka, kiwnął przyzwalająco głową. Wyszedł zza stołu i przyjął podany kubek. Kiedy naczynie znalazło się bliżej niego, krasnolud poczuł drażniący zapach w nosie i otworzył usta, aby ostrzec przyjaciela.

Lechita zaś spojrzał na podane naczynie i lodowaty płomień zapłonął w jego oczach. Uśmiech wykwitł na jego ustach. Nie typowy, lekki, samymi wargami, ale ukazujący zęby, podobny do wilczego. Najwyraźniej również musiał się zorientować, o co chodzi. Gdyby jednak odmówił teraz wypicia przyjętego kubka lub rzucił na Zygfryda, i tak straciłby sporo w oczach pozostałych. Nie wiadomo, czy zdając sobie z tego sprawę, czy mając zamiar jedynie odpłacić Eryksonowi tą samą monetą, zwrócił się do Gowrona.

<Powiedz mojemu nowemu przyjacielowi, że bardzo mnie cieszy jego oferta pojednania> rzekł, nie spuszczając oczu z Norsmena <W mojej krainie nie godzi się jednak wypijać pierwszej kolejki od tak zacnego oferującego. Należy ją zwrócić i pozwolić mu wypić, aby okazać mu szacunek.>

Krasnolud wyszczerzył się chytrze i przetłumaczył. Nie wiedział, czy Skamirowic nie zmyśla na poczekaniu, wiedział za to, że Zygfryd również nie będzie tego wiedział. Po jego spojrzeniu widać było jednak, że nie spodobał mu się ten obrót wypadków.

Niezrażony tym Lechita wcisnął mu kufel w dłoń i zacisnął nią na nim, po czym zaczął unosić mu naczynie w stronę ust. Mięśnie obu wojowników napięły się z wysiłku i w spojrzenie Zygfryda wdarło się niedowierzanie, kiedy o głowę od niego niższy mężczyzna zaczął przełamywać jego opór.

- Drrik – warknął Jimisław przez zaciśnięte zęby, nadal uśmiechając się wilczo. Erykson zdwoił wysiłki, chcąc zatrzymać naczynie, na nic się to jednak nie zdało. Warknąwszy wściekle, zamierzył się na Jimisława, ten jednak przyjął cios w drugą dłoń i zacisnął palce na pięści Norsa. Spróbował on ją wyrwać, mniejszy mężczyzna trzymał ją jednak w stalowym uścisku. Gwałtownym skrętem bioder wytrącił on czarnowłosego z równowagi i osadził na ławie. Część zawartości kufla rozlała się przy tym i intensywny zapach moczu rozszedł się po sali.

Jimisław zaskakująco szybko jak na kogoś, kto tyle wypił, puścił pięść przeciwnika i opadł obok niego na ławę, otaczając mu szyję ramieniem. Złapał kwadratową szczękę Norsmena w dłoń i naciskając na nią z całej siły, zdołał rozewrzeć mu zęby.

- Drrik! – ryknął wściekle, coraz bardziej przybliżając kufel do jego ust. Zygfryd próbował się bronić, Skamirowic jednakże skutecznie dociskał mu jedną z tętnic szyjnych, zmniejszając zasób sił. Nie mogąc oderwać dłoni południowca od swojej szczęki ani jego ramienia od swojej szyi, czarnowłosy spróbował obiema rękami zatrzymać przybliżanie się kufla. Żyły wystąpiły na szyję Jimisława, jego twarz zrobiła się czerwona z wysiłku, a świeża krew pociekła spod opaski na czole. Kufel jednak zbliżał się nieubłaganie.

- Drrik! – Lechita ryknął po raz trzeci, przełamując ostatecznie opór przeciwnika, i wlał mu złoty płyn do ust. Zygfryd połknął pierwszy haust, zakrztusił się drugim. Czując z odrazy przypływ nowych sił, wyrwał się z uścisku i skoczył na równe nogi. Zrobił parę kroków, na przemian kaszląc, plując i łapiąc oddech jak ktoś wyrwany z topieli. Następnie spojrzał na przyczynę swego upokorzenia z szałem w oczach. Unosząc pięści, jak niedźwiedź rzucił się na brązowowłosego. Ten jedynie na to czekał.

Wystrzelił z ławy jak rzucona włócznia, trafiając Eryksena barkiem w brzuch, odrywając go od ziemi na moment, po czym, podciąwszy nogi, powalając na nią. Jak gromy jego pięści spadły jedna po drugiej na głowę oszołomionego Norsa, zdołał on jednak odpowiedzieć prawym sierpowym, trafiając Jimislawa w odniesioną podczas bitwy ranę. Potworny ból zajął na moment uwagę Lechity, dając Zygfrydowi czas na przejęcie inicjatywy. Zamiast jednak wstać, czarnowłosy złapał przeciwnika za lewicę, przyciągnął ja do siebie i używając jak podpórki, sięgnął swoimi długimi nogami w górę, oplatając je wokół karku Skamirowica. Młodzieniec szarpnął się dwa razy, próbując wyrwać, równie dobrze mógłby jednak próbować wyrwać się z objęć huraganu.

Zamiast więc marnować na to czas i siły, Lechita sięgnął drugą ręką i złapał Norsa za pas. Następnie, powodując osłupienie wszystkich zebranych, napiął wszystkie mięsnie i zaczął się prostować.

Zygfryd poczuł przerażenie, gdy jego plecy oderwały się od zimnego kamienia i uniosły w górę. Następnie pęd powietrza i okropny ból, gdy po wyprostowaniu się Jimisław z całej mocy zgiął się ponownie, waląc stu dwudziesto kilogramowym Eryksenem o kamienną podłogę.

Ten jednak, dając świadectwo opowieściom o wytrzymałości swego ludu, nie tylko nie stracił przytomności, ale nawet nie zwolnił uścisku! Widząc mroczki przed oczami, brązowowłosy wiedział, że ma jeszcze tylko jedną szansę. Ponownie naprężył wszystkie mięśnie, odrywając potężnego przeciwnika od ziemi i unosząc w górę aż nad siebie.

I wtedy dopadł go kryzys.
Siły skończyły się akurat w momencie, w którym wyprostował plecy i Skamirowic poczuł, jak zaczyna się chwiać do tyłu. Wiedział, że to już koniec i że zostanie przywalony cielskiem Zygfryda, co najpewniej połamie mu żebra, a może i kark. Na pocieszenie miał jedynie to, że Erykson może złamać przy tym nogi zaplecione o jego kark i nie zatańczy na jego pogrzebie z Barbarą.

Barbara...

Obraz córki jarla stanął mu przed oczami, a jej głos zadźwięczał w uszach. [Tak bardzo cię kocham, nigdy nie zostawię]. Barbara!

Z wściekłym, nieartykułowanym rykiem Jimisław obrócił się o pół koła, nie marnował jednak sił na powstrzymanie swojego upadku. Przeciwnie, jako że Zygfryd ponownie był na spodzie, południowiec instynktownie włożył w opadnięcie całą pozostałą siłę.

Plecy Norsmena gruchnęły o stół i ławę, grube drewno trzasnęło jak suchy wiatrołom, zapadając się pod uderzeniem. Wyrzucone w powietrze naczynia i potrawy opadły na boki i na obu przeciwników. Po paru uderzeniach serca, resztkami sił, Lechita zrzucił ze swoich braków nogi przeciwnika i chwiejąc się jak osika, z trudem zaczął się podnosić. Półprzytomnym wzrokiem powiódł po zebranych widzach, którzy stali oniemiali tym pokazem brutalnej siły. Nawet Godunow i Worfson, ustawieni naprzeciw siebie z bronią w ręku, spoglądali na brązowowłosego z niedowierzaniem.

Ten zaś spojrzał na nieruszającego się, ale nadal oddychającego Zygfryda, leżącego pośród resztek czegoś, co było stołem biesiadnym i ławą. Odetchnął parę razy głęboko, słaniając się na nogach, po czym zaczerpnął tchu i napinając dumnie mięśnie, odchylił głowę do tyłu i ryknął zwycięsko. W miarę jak dźwięk się wydobywał z jego jeszcze przed momentem ściśniętego gardła, unosił napięte ręce coraz wyżej, aż poczuł, jak kilka szwów na jego torsie nie wytrzymuje i pęka. Nie poczuł jednak bólu, upojony zwycięstwem.

Na ten pokaz dumy Norsmeni otrząsnęli się z oszołomienia i zaczęli radośnie krzyczeć i wiwatować. Momentalnie otoczyli Lechitę ciasnym wianuszkiem, poklepując po ramionach. Wszyscy kochali zwycięzców.

Fiodor splunął pod stopy i nie dołączywszy do wiwatującej gawiedzi, przepchnął się przez nią, aby dotrzeć do Eryksena. Ta bitwa była przegrana. Czas tylko pokaże, co będzie z następną...

 

Niebo różowiło już chmury na wschodzie gdy drzwi do Sali biesiadnej skrzypnęły cicho. Dźwięk ten utonął jednak zupełnie w odgłosach sapania, chrapania i charczenia. Barbara uśmiechnęła się rozbawiona widokiem, jaki zastała – długa sala przypominała pobojowisko. Wszędzie leżeli pijani lub jedynie śpiący biesiadnicy, puste naczynia i resztki jedzenia walały się po podłodze, a jeden stół i ława nadawały sie już tylko na opał. Koningdottir ruszyła przez salę, uważając, aby nie naruszyć nikogo ze śpiących. Ognie już wygasły, gdyż dziewki, które miały ich pilnować, pochrapywały w najlepsze w objęciach tak brodatych wojowników jak i zwykłych gołowąsów. Jedynie ostatnie żarki rozświetlały mrok.

Nie inaczej było przy nadal otwartych na oścież wrotach, przez które do Smoczej Hali wlewał się srogi mróz północy. Skamirowic siedział za nimi, oparty ramieniem o kolumnę i okręcony niedźwiedzim futrem. Skaldka uśmiechnęła się, ruszając szybciej w jego stronę.

Chrapanie Worfsona, przypominające tarcie o siebie dwóch olbrzymich kawałków kry, zagłuszyło jej kroki, wolała jednak nie ryzykować szturchania obcego wojownika, kiedy się tego nie spodziewa. Zamiast tego spytała

- Śpisz?

Mężczyzna drgnął od razu na dźwięk jej głosu i spojrzał za siebie. Złotowłosa uśmiechnęła się do niego, podchodząc bliżej.

- Czekam na świt – odrzekł, odwzajemniając uśmiech – gdzieś tam, za tym słońcem, jest mój dom. Czy jego twarz spogląda w tym samym czasie na moją wioskę, czy każde miejsce ma własne słońce i dlatego jest ono takie obojętne i nieczułe?

- Widzę, że po alkoholu zamiast robić rozróby czy uganiać się za kobietami, zbiera ci się na rozważania – zaśmiała się. Lechita jedynie spojrzał na nią spode łba z tajemniczym uśmieszkiem, nic jednak nie odpowiedział. Zobaczywszy jak zadrżała od zimna, odsunął połę futra.

- Wasze noce są lodowate, wróć do środka albo...- nie dokończył, spoglądając jedynie wymownie na zaoferowane przez siebie miejsce. Barbarze nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, nie chcąc jednak dać mu tego w pełni odczuć, przez chwilę udawała, że się zastanawia. Kiedy jednak dreszcz ponownie przeszedł po jej ciele, uznała, że juz wystarczy, i bez słowa usiadła obok południowca. Ten otoczył ją ramieniem w pasie, drugą ręką złapawszy za krawędź futra, osłonił oboje dokładnie.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu, dzieląc się swoim ciepłem, gdy nagle w jasnym rozbłysku krawędź słońca pojawiła się nad szczytami oddalonych gór. Widząc ten biały dysk, mozolnie, ale niezmiennie wznoszący się nad horyzont, oboje poczuli przypływ nowych sił i nowych nadziei. Nieważne bowiem, co by się działo, czego nie zaplanowaliby ich wrogowie, słońce wschodzić będzie i tak. Teraz zaś, kiedy siedzieli tak przytuleni, oboje czuli, że ich szanse na obejrzenie tysięcy takich wschodów są jeszcze wyższe.

Teraz, gdy – jak oboje nieśmiało myśleli – mogli to robić razem...

 

Koniec.

 

***

 

Tym samym kończę cykl oryginalnie trzech opowiadań. Mam nadzieję, że przypadły Wam one do gustu. Za tydzień postaram się wrzucić recenzję kolejnego tomu Conana.

3
Notka polecana przez: earl, zegarmistrz
Poleć innym tę notkę

Komentarze


earl
   
Ocena:
+1
Jak zawsze polecam, bo podobają mi się te słowiańskie, prastare klimaty.
10-06-2012 20:33
earl
   
Ocena:
0
Rozbrykały się tyldy, zaśmiecając nas byle chłamem.
11-06-2012 06:56
Grom
   
Ocena:
0
Dobre cycki są zawsze w cenie, ale za brak ostrzeżenia o treści - del.
A nie wszyscy są dorośli na tym forum.
11-06-2012 07:09

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.