string(15) ""
» Blog » Miód i piwo cz. 2 - opowiadanie
27-05-2012 22:00

Miód i piwo cz. 2 - opowiadanie

W działach: Południowiec, Warhammer | Odsłony: 7

Zapraszam na kolejną część fanowskiego opowiadania umieszczonego w uniwersum gry Warhammer. Pragnę również uprzedzić, że opowiadanie to powstało ładnych kilka lat temu i choć treścią ciągle mi się podoba, to forma jego była bardziej prymitywna.

Jeśli ktoś mimo to gotów jest poświecić czas zapraszam do lektury:)

 

Nazwy własne, realia oraz postacie związane z uniwersum gry bitewnej i fabularnej Warhammer są własnością jej wydawcy i dystrybutora na ternie kraju. Autor nie rości sobie do nich żadnych praw.

 

***

 

Część pierwszą można przeczytać tu

 

***

 

- Powiedz mi, przyjacielu – zaczął Worfson, nakładając sobie do miski gęstego, wołowego gulaszu – coś niecoś o swojej ojczyźnie. Koningdottir zdawała się słyszeć o twoim ludzie. A i sądzę, że między tobą a Fyodorem nie poszło o nic osobistego.

Brązowowłosy odłożył łyżkę, którą pałaszował nieznaną sobie zupę, i splótł dłonie razem, ukrywając za nimi usta. Siedział przez moment zamyślony, jakby zastanawiając się, co opowiedzieć. Jak ubrać w słowa tego twardego języka to, co czuł.

- Moja ojczyzna leży wiele tygodni drogi stąd – zaczął w końcu – za wschodnio-południowymi Pustkowiami Chaosu. Krajem Trolli, ziemiami Ungołow i Gospodarów.

To mroźna i niebezpieczna kraina – przyznał bez cienia goryczy czy przechwałki w głosie – jednak w całych swoich podróżach nie znalazłem piękniejszej od niej. Dawno, dawno temu mój lud zawarł przymierze z Gospodarami. W czasach tych rodził się Kislev i moi przodkowie uznali, że przymierze ludów przysłuży się wszystkim. Jednak te psy bez honoru i ich służalcze kundle Ungoły szybko uznali, że są więcej warci niż inne ludy tworzące ich carstwo. W końcu mieliśmy tego dosyć i wszczęliśmy powstanie, ale przez zdradę kleru Ursy Niedźwiedzia zostało ono zdławione.

Zapłaciliśmy wtedy krwawą daninę naszym 'panom' – Lechita wymówił to słowo z zauważalną pogardą – ale nie poddaliśmy się. W końcu, po upływie wielu pokoleń, przygotowaliśmy takie powstanie, że nic nie mogło go powstrzymać. Z tego, co mówiła Barbara, to właśnie opowieści o tej wojnie dotarły aż tutaj.

- Brałeś w niej udział? – zaciekawił się czarnobrody, pociągając ponownie ze swojego kufla.

- A pewnie – człowiek zadarł dumnie głowę – miałem obeznanie z lasem i mieczem od dziecka, z wojną zaś od czasu Inwazji Archaona. Kiedy więc nadeszło wezwanie pod broń, nie zastanawiałem się nawet, tylko od razu stawiłem się do organizujących się oddziałów. Rozłupywałem Kislevskie czaszki zarówno pomiędzy drzewami Ledna jak i na przedpolach Piastowa. To właśnie w czasie tej kampanii nauczyłem się też twojego języka, Gowronie. W mojej dziesiątce była dwójka twoich rodaków, najemników.

Worfson uśmiechnął się pod wąsem na wzmiankę o swoich ziomkach, Skamirowic zaś dolał sobie piwa. Pogrążeni w rozmowie nie zwrócili uwagi na rudowłosą młódkę i wysokiego, szczupłego młodzieńca przechodzących obok ich stołu w stronę wejścia do Długiej Sali.

- Potem zaś władca Imperium wymógł na nas traktat pokojowy, nie chcąc wojen domowych na jedynych ziemiach oddzielających jego bogaty kraj od Niszczycielskich Potęg – człowiek wznowił opowieść, upijając kilka łyków, aby zwilżyć gardło – na mocy traktatu odzyskaliśmy większość ziem naszych ojców, poczynając od znacznej części Lasu Cieni na południu po rzekę Urskoy na zachodzie i niemal pod nią oraz Żelazną na północy. Od wschodu opieramy się o góry Krańca Świata. Jako że nie są one niczyją własnością, krążą plotki o ekspedycji mającej na celu odbicie i ponowne zajęcie starych warowni twej rasy.

- Chcecie odbić je z rąk zielonoskórych?! – wykrzyknął Gowron, niemal krztusząc się gulaszem. Lekki, rozbawiony uśmiech pojawił się na twarzy człowieka.

- Tak mówią plotki...ale słyszałem też, że do naszego księstwa ściąga coraz więcej krasnoludów, co może być pewnym znakiem – nagle jego twarz wyraźnie spochmurniała i pociągnął długiego łyka – tak było przynajmniej, kiedy wyruszałem...

Worfson również spoważniał i przez chwilę milczeli obaj. Jedynie skrobanie łyżek po dnach misek robiących się już pustymi i siorbnięcia z kufli zakłócały ciszę, z ich strony. W końcu, najwyraźniej uporawszy się z naporem wspomnień Lechita odezwał się ponownie.

- W każdym razie, obecnie nasze księstwo jest w trakcie odbudowy. Potomkowie ludzi, którzy przez pokolenia uciekali za granicę albo w dzicz, w celu ustrzeżenia się przed zbrodniami bojarów, wracają teraz do miast. Dawno zapomniane pola ponownie brane są pod zasiew, a w lasach znowu więcej jest drwali i myśliwych niż bandytów i zbójów.

- Zazdroszczę ci – Worfson powiedział poważnie, zaś widząc pytające spojrzenie człowieka wziął kolejnego łyka i zaczął tłumaczyć – mój lud od dawna jest w odwrocie. Południowe królestwa chwieją się i padają, a północne trwają w stagnacji. Nasz czas pomału przemija i jedyne, co nam pozostało, to pogodzić się z tym.

- Nie sądzę – odpowiedział Skamirowic po chwili zastanowienia.

- Jak to? – zaciekawił się krasnolud.

- Tak jak mówiłem, mój lud ma zamiar odbić wasze stare twierdze – brązowowłosy zaczął wyjaśniać – sami tego jednak nie zrobimy. Nie znamy się na podziemnych twierdzach ani na wojnach w tunelach. Wątpię, aby nasz Książę nie oddał przynajmniej części tych twierdz w ręce krasnoludów, które staną u naszego boku. Odrodzą się więc przynajmniej niektóre z waszych upadłych królestw.

- Dzięki ludzkiej łasce – bąknął Gowron – też mi odrodzenie w chwale.

- Dzięki ludzkiej pomocy – poprawił Jimisław – i chwały w tym od cholery. Gdyby nie wasza pomoc, świat ludzi padłby już ze sto razy z ręki Chaosu, Orków czy cholera wie czego. Wiec nie mów mi, że pomoc przyjacielowi nie jest chwalebna, bo zmuszę cię do wypicia zawartości tej beczki!

Mówiąc to, Lechita podniósł z zza siebie kilkunastolitrową beczkę i grzmotnął ją na stół, tak że aż wszystkie naczynia podskoczyły. Mężczyźni i kobiety siedzące po obu stronach stołu spojrzeli na niego z mieszaniną zdziwienia i wyrzutu, południowiec nie zwrócił jednak na to uwagi. Worfson zaś spojrzał krytycznie na beczułkę, potem na Lechitę i głośny śmiech wyrwał się z jego gardła.

- Obalimy ją wspólnie – obiecał, po czym dorzucił już poważniej – przyjacielu.

Śmiech krasnoluda i lekki uśmiech człowieka uspokoiły pozostałych gości i wrócili oni do swoich przerwanych posiłków i rozmów. Krasnolud zaś chwilowo ściągnął beczkę ze stołu, bowiem dwaj młodzieńcy przytaszczyli właśnie olbrzymi półmisek z pieczystym z renifera. Człowiek nałożył sobie od razu dwie porcje do miski, trzecią nabił zaś na sztylet. Spojrzał krytycznie na nieznane sobie mięso i podmuchawszy wpierw, odgryzł niewielki kawałek.

- Alkohole może i mają słabe, ale mięsiwa naprawdę niezłe – skomentował, kiwając z zadowoleniem głową. Gowron kiwnął swoją i wsadził pomiędzy usta połowę porcji, po czym zalał ją sporym łykiem piwa. Żuł i mieszał to przez chwilę w ustach, wydymając przy tym policzki, aby w końcu połknąć z głośnym "gulp".

- Tak – rzekł, oddychając szybko po tym wysiłku – poczekaj, aż spróbujesz prawdziwych rarytasów, jak mięso białego niedźwiedzia czy północnego tygrysa. To prawdziwe smakołyki.

- Tygrysa już jadłem – odpowiedział Lechita i wzdrygnął się – przez ponad tydzień jego obsmażone, a potem zamrożone mięso, było wszystkim, co miałem do jedzenia. Nieprędko nabiorę znów ochoty na kocinę.

Ciemnobrody przypomniawszy sobie strój, jaki jeszcze niedawno miał na sobie Skamirowic, pokiwał tylko głową.

- Rozumiem – powiedział, spojrzał jednak zaciekawiony na rozmówcę – swoją drogą,  jak go upolowałeś?

- To on próbował upolować mnie – odpowiedział zapytany, biorąc kolejnego łyka i patrząc zniesmaczony na ponownie pusty kufel – rozbiłem właśnie obóz na noc, kiedy w blasku ogniska dostrzegłem jego lśniące oczy. Zdążyłem tylko złapać miecz, kiedy skoczył na mnie, w ogóle ignorując płomienie. Odskoczyłem w bok, przez co jego pazury rozdarły mi jedynie kurtę na plecach i zostawiły małe draśnięcia. Wtedy jednak nawet tego nie zauważyłem i rąbnąłem tygrysa w łeb z całej siły. Starczyło tego, aby rozłupać mu czaszkę i z impetu odrąbać jeszcze jedną łapę. Skoro zniszczył mi kurtkę, uznałem, że będzie uczciwie, jeśli będę miał z niego nową.

- Zabić takiego tygrysa to wielka sztuka – pochwalił Worfson – nawet miejscowi, którzy je znają, polują na nie tylko z długimi włóczniami, bowiem jak tygrys złapie kogoś pazurami, to czy zginie, czy nie, sporą zapłatę za swe pasiaste ciało zbierze.

Jimisław wzruszył tylko ramionami, nagle jednak przypomniawszy sobie o czymś, nachylił się w stronę towarzysza.

- Skoro już mowa o włóczniach – powiedział – pierwszy raz widzę, aby krasnolud używał jej jako swojej głównej broni. Można obejrzeć?

- Częstuj się – odparł brodacz, podając mu broń, która wcześniej stała niedbale oparta o ławę – zaś co do tego, czemu biegam z nią, a nie z toporkiem albo młotem, to sprawa dość prosta. Widzisz, nim zostałem oddelegowany do służby na dworze i w armii jarla Koninga, byłem w naszej warowni kowalem. Wstyd się przyznać, ale byłem kiepski w tej robocie. Ta włócznia zaś jest moim najlepszym dziełem nadającym się do walki. Trzymam ją więc przez sentyment.

Brązowowłosy zważył broń krasnoluda w ręku. Musiała ważyć dobrze ponad pięć kilo, co było zaskakująco niską wagą, zważywszy na fakt, że cała była wykonana ze stali. Na sto trzydzieści centymetrów trzydzieści przypadało na szerokie i masywne ostrze. Lechita głównie na nim skupił swoją uwagę, nie zauważając przez to tej samej pary młodych osób, które umknęły mu i poprzednio. Nie zauważył też prowadzonej przez nich zgarbionej kobiety, tak jak umknęło mu również poruszenie, jakie w Norsmenach wywoływało jej przejście. Chwilowo dla młodego wojownika istniał tylko sztych krasnoludzkiej broni. Miał kształt przyokrąglonego klina, szerokiego u podstawy jak męska dłoń i równie grubego. Tak jak przypuszczał, i ostrze, i stylisko wykute były z jednego kawałka przedniej stali. Co jednak zwróciło jego baczniejszą uwagę, to zawiły, skomplikowany wzór wyryty z jednej strony ostrza.

- To coś oznacza? – spytał, pokazując symbol. W odpowiedzi Gowron spuścił zawstydzony wzrok.

- To dowód mojej nieudolności – powiedział i odgryzł kolejnego potężnego kęsa z pieczeni, tym razem żuł jednak bez entuzjazmu. Podniósł po chwili oczy i napotkał pytające spojrzenie człowieka. Westchnął ciężko.

- Jak ci powiedziałem przed chwilą, byłem w Karak Kaer-khar kiepskim kowalem – rzekł niechętnie, wspierając się na stole – moim przeznaczeniem nie było jednak wykuwanie broni, a wykuwanie magii. Spędziłem pół życia, praktykując u Tromnira Wotansona, zwanego Srebrnym Ostrzem, najpotężniejszego kowala run w mej ojczyźnie, a kto wie, czy nie w całej Norsce. Całkiem nieźle mi szedł terminarz, nawet asystowałem swemu mistrzowi przy trzech z ośmiu procesów nasycenia, kiedy ozdabiał swój topór mistrzowska runą Snorriego Lśniącego Hełmu. Kiedy nadszedł czas na mój egzamin mistrzowski, wybrałem runę ognia. Niestety, zawiodłem w ostatnim z pięciu procesów nasyceń i cały rytuał poszedł na marne. Srebrne Ostrze powiedział, że pewnego dnia moc runy się obudzi i wtedy dołączę do grona kowali run. To było ponad dwanaście lat temu i do tej pory to się nie stało.

Rzekłszy ostatnie słowo, Worfson opróżnił swój kufel za jednym pociągnięciem, ale nie poprawiło mu to nastroju. Jimisław spojrzał na niego uważnie.

- To dobra broń, Gowronie Worfsonie – powiedział, oddając włócznię właścicielowi – a ty dobrze nią władasz.

Brodacz odebrał swoją broń i podziękował skinieniem głowy za dobre słowa. Już miał się spytać o nietypowy miecz, jaki Lechita miał przy pasie, kiedy dostrzegł zdziwione spojrzenie młodego mężczyzny utkwione w czymś za swoimi plecami. Odwrócił się od razu, choć bez gwałtowności, aby spojrzeć, o co chodzi.

- A ci to kto? – spytał Lechita, kiedy spostrzegł, że krasnolud również patrzy na niezwykłą parę. Do stołu po drugiej stronie palenisk podeszli właśnie mężczyzna i kobieta, oboje o typowo norskich rysach i słusznym wzroście. To, co ich wyróżniało, to był jednak ubiór. Szczupły, czarnowłosy mężczyzna miał na sobie kubrak z wilczego futra i takież same spodnie, buty ocieplone sierścią renifera oraz przyszyty do kubraka kaptur wykonany z niedźwiedziego łba. Za węzidło u pasa miał wsunięte stylisko długiej, obosiecznej siekiery będącej jednak bardziej narzędziem niż bronią. Natomiast kobieta, krocząca dumnie u jego boku, odziana była kompletnie na biało. Jej suknia składała się z połączonych futer niedźwiedzia i lisów, zaopatrzona była jednak w pokaźny dekolt. Zapewne do zakrycia tych walorów w czasie podróży służył spory płat podwójnie zszytego niedźwiedziego futra, który miała teraz lekko narzucony na ramiona. Na rowku między jej piersiami wsparł się naszyjnik złożony z jednego niedźwiedziego pazura i kompletu ostrych zębów. Biel jej stroju niesamowicie kontrastowała ze zbrązowiałą od słońca skórą i płomienno-rudym kolorem włosów. Podobnie jak odziany w wilczą skórę towarzysz, rudowłosa miała przy sobie broń wyglądającą bardziej na narzędzie, lecz w jej przypadku był to długi, niezdobiony sztylet o rękojeści wykonanej zapewne z kości. Niezwykłością ich stroju było to, że każda jego część, z guzikami włącznie, wyglądała, jakby była wykonana bez skomplikowanych przyborów. Niewiele strojów mogło jednak konkurować z ich elegancją i prostym pięknem.

- To Ulfir i jego żona Asa – odpowiedział Worfson – kapłani Taala i Ryhli. Rzadko odwiedzają Sknalif, woląc otwartość wzgórz nad ciasnotę miast.

- Nie kojarzę ich z bitwy – zamyślił się po chwili brązowowłosy, kiedy para kapłanów usiadła na pośpiesznie zrobionym im miejscu – nie widzę też, aby byli ranni.

- Są zbyt cenni, aby ryzykować ich życie w polu – krasnolud odwrócił się z powrotem do swojego stołu – Jarl woli trzymać ich na później. Jeśli zwyciężamy, ich rytuały i modły przyśpieszają zasklepianie się ran. Jeśli zaś kiedyś polegniemy... kobiety, dzieci i starcy będą mieli z nich o wiele większy pożytek przy szturmie na miasto.

- Hmmm... – Lechita zamyślił się nad znaczeniem słów ciemnobrodego, dolewając sobie miodu do kufla. Gowron zaś spojrzał ponownie na nowo przybyłe małżeństwo, przypominając sobie, że na kilku ostatnich ucztach zjawiali się razem z jeszcze jedną osobą...

 

            Barbara obserwowała uważnie starszą kobietę. Odziana w postrzępioną szatę z czarnego materiału wyglądała jak uosobienie starości. Zgarbiona i wysuszona o rzadkich, szarych włosach, siedziała teraz na szerokim futrze w komnacie Koningdottir. To, co jednak przede wszystkim zwracało na nią uwagę, to niczym nie zasłonięty, pusty, lewy oczodół i kontrastujący z jego ciemną pustką żywy blask drugiego, zielonego oka. Barbara znała starowinę od dziecka, nadal jednak przechodził ją dreszcz, kiedy myślała o tym, ile ta kobieta wycierpiała. W czasie długiego rytuału sama musiała kościanym nożem wykłuć sobie oko, po czym odprawić mu pogrzeb z pełnym ceremoniałem. Dzięki temu w zamian za połowę wzroku na tym świecie zyskiwała połowę wzroku w królestwie Morra. Kiedy zaś podnosiła wyżej ręce i rękawy luźnej szaty opadały, można było dostrzec zawiłe wzory blizn i tatuaży znaczące jej skórę. Sprawiało to, że powszechnie bano się tej starowinki i Koningdottir wiedziała, że było tak już w czasach jej babki, choć kobieta, którą gościła, była wtedy jeszcze młoda i, jak głosiła legenda, piękna, pomimo swych okaleczeń. Zazdrosne duchy i bogowie nie pozwolili jej jednak założyć rodziny, zmuszając do samotnego życia. Tak przynajmniej mówiła opowieść.

- Kiedy spotkałyśmy się piętnaście lat temu – odezwała się w końcu córka jarla, kiedy starowinka popiła ostatni kęs pstrąga – dałaś mi przepowiednię. Powtórz wróżbę, Jargo, chcę sprawdzić, czy wyjdzie to samo.

- Wyjdzie – odpowiedziała pewnie szarowłosa głosem kobiety dwakroć młodszej – powiedziałam ci, że pewnego dnia twoje ścieżki skrzyżują się ze ścieżkami mężczyzny o wielkiej sile i wielkim sercu. Powiedziałam ci, że to jego przeznaczyły ci duchy i nie będziesz szczęśliwa z nikim innym.

- Powiedziałaś też, że poznam go po ogniu, który będzie mu towarzyszył, oraz po tym, że połamie kły demonowi – dodała żarliwie młodsza kobieta – Jargo, potwórz wróżbę.

Jednooka spojrzała na nią zdziwiona, odrywając się od steku z jelenia. Obserwowała złotowłosą przez chwilę, po czym pokazała w szerokim uśmiechu mocno popsute zęby.

- Demon stracił już zęby i zapiszczał jak kobieta – rzekła, podrywając się na równe nogi i doskakując do Barbary. Spojrzała jej uważnie w oczy.

- Bogowie i duchy raz uraczyły cię przebłyskiem przyszłości – powiedziała z ostrzeżeniem – żądanie kolejnego, niemającego nic wspólnego z dobrem wolnych Norsów, może ich rozzłościć.

- Jak mogą zareagować? – spytała, a w jej głosie było widać, że nie takiej odpowiedzi od Wiedzącej oczekiwała. Starowinka rozłożyła tylko bezradnie ręce.

- Decyzje duchów są jak decyzje bogów – odparła – zależą od ich widzimisię i charakterów. Jeśli się rozzłoszczą, mogą zesłać jakieś drobne cholerstwo albo odebrać ci płodność. Tego to nawet najpotężniejsze wróżby nie odkryją.

Koningdottir pokiwała głową, nagle jednak wpadła na pewien pomysł.

- A czy możesz pokazać mi przyszłość tego mężczyzny?

Jarga przekrzywiła głowę zdziwiona, po czym wybuchła piskliwym śmiechem.

- Twoja matka też była taka sprytna – powiedziała chichocząc, gwałtownie jednak spoważniała. Pewnym krokiem, który zadawał kłam jej starczemu wyglądowi, podeszła pod kotarę zasłaniającą okiennice. Odsunęła ją na bok, wpuszczając mróz i księżycowe światło do środka. Barbara zadrżała, kiedy lodowate podmuchy dotknęły jej nagiej skóry na szyi, nie odezwała się jednak ani słowem.

Szarowłosa opadła na podłogę w plamie światła i zaczęła cicho zawodzić nieswoim głosem, w języku nie znanym nawet utalentowanej skaldce. Do słów dołączyły nagle urywane i zawiłe ruchy dłońmi, którym z kolei po chwili zaczęły towarzyszyć ruchy całego ciała. W miarę tego jak głos starowinki, choć nie stawał się głośniejszy, zyskiwał na mocy, jej ręce zaczęły błądzić wokół dekoltu sukni. Nagle sięgnęła pod niego i dobyła skórzany mieszek spomiędzy swych piersi. Szybkim ruchem wbiła dłoń w jego zawartość i z głośnym zakrzyknięciem jednego słowa wyrzuciła rękę nad głowę. Garść małych przedmiotów spadła wokół niej, pobłyskując w srebrnym świetle.

Kiedy ostatnich z nich przestał się toczyć, Wiedząca przerwała pieśń, rozkładając szeroko ręce. Rozejrzała się wokół siebie i zmarszczyła brwi zdziwiona. Złotowłosa podeszła od razu do niej, wiedząc, że rytuał się zakończył.

- I co? – spytała, zaglądając jej przez ramię na to, na co Jarga patrzyła. Na oświetlonym miejscu leżały tylko cztery przedmioty. Były to blade, kościane płytki wielkości dużych monet, każdy z wypalonym symbolem.

- Duchy naszej krainy wiedzą niewiele o tym, co czeka tego człowieka – odparła zapytana – Widać nie jest jednym z Norsów.

Barbara pokiwała głową uspokojona trafnością jej interpretacji. Szarowlosa wskazała zaś palcem najdalej na lewo odsuniętą płytkę. Zdobił ją symbol przypominający grot strzały.

- Czeka go wojna – oznajmiła z powagą – Oznacza to częstą i ciężką walkę.

Następnie wskazała symbol tuż przed sobą ozdobioną liniami, które układały się w kształt litery "R".

- Czekają go podróże albo jedna bardzo daleka – wyjaśniła – Oznacza to również, że jeśli nie zginie tu, pewnego dnia opuści tę ziemię.

Następnie wskazała na płytkę tuż przy swej prawej nodze oznaczoną dwoma kreskami przypominającymi niedokończone i krzywe "A".

- Potęga – powiedziała z zauważalną ulgą – albo stanie się bardzo potężny, albo, jeśli już jest, jego siła jeszcze wzrośnie. To rzadki symbol u osób spoza naszego ludu.

Młoda kobieta uśmiechnęła się, przypomniawszy sobie dotychczasowe wyczyny brązowowłosego i jego potężne ramiona. Spojrzała jednak na ostatnią runę, leżącą pośrodku, pomiędzy pozostałymi.

- A ta? – spytała po chwili, kiedy Wiedząca się nie odezwała. Starowinka spojrzała na nią swym jedynym okiem, po czym uderzyła lekko dłonią w ostatnią płytkę. Spadła ona na bok, odsłaniając inny symbol, który był przez ten przykryty. Pierwszy, ten, co był na wierzchu, miał na sobie wzór podobny do rombu, drugi do błyskawicy.

- Miłość albo śmierć, albo miłość i śmierć – odpowiedziała Jarga, zaczynając zbierać magiczne przedmioty do sakiewki, z której je dobyła.

- Jak mam to rozumieć?! – wybuchła Koningdottir, rozeźlona nieprzewidzianym zwrotem przepowiedni. Najpierw potęga, a potem śmierć? Nie tego oczekiwała, nie to chciała usłyszeć. Jako że każda śmierć była pewna, skaldka wiedziała, że symbol śmierci oznaczał przedwczesne lub złe zejście z tego świata. Starowinka, zupełnie nie przejmując się jej złością, pozbierała płytki i ponownie ukryła sakiewkę za dekoltem.

- Los nie jest przesądzony, więc duchy nie wiedzą – wyjaśniła – od śmiertelnych zależy, która z tych przepowiedni się spełni. Zamiast więc się wściekać, córko jarla, dołóż starań, aby spełniła się ta dobra.

Młodsza kobieta odetchnęła głęboko, uspokojona lekko.

- Dziękuje ci, Wiedząca – powiedziała, skłaniając się przed starowiką – za twą mądrość i wróżbę. Teraz muszę cię opuścić, ale jeśli czegoś ci potrzeba, to się upomnij, a ktoś na pewno ci przyniesie. Jak będziesz odchodzić, dostaniesz również lisa na złożenie w ofierze bogom i duchom w podzięce od nas obojga.

Jarga skłoniła się przed Koningdottir, po czym usiadła na swoim miejscu na środku niedźwiedziej skóry i wróciła do przerwanego posiłku. Skaldka zasłoniła zaś ponownie okno i wyszła z komnaty. Podjęła już decyzję, co ma zaśpiewać...

 

***

 

Ciąg dalszy dostępny tu

Komentarze


38850

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Kiedy zmienisz uniwersum na własne, Gromie? :)
28-05-2012 00:05
Grom
   
Ocena:
0
W tym cyklu dopiero jak dopadnie mnie brak weny. Natomiast jak skończę go publikować (jeszcze dwie części tego opowiadania zostały), powianiem już mieć coś nowego własnego.
28-05-2012 06:17
earl
   
Ocena:
0
Dopiero teraz przeczytałem tę część i ją polecam. Podoba mi się.
08-06-2012 09:01

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.