» Imprezy komiksowe » Relacje » Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Łodzi 2008

Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Łodzi 2008


wersja do druku

Czterech tenorów

Autor: Redakcja: Julian 'Mayhnavea' Czurko

Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Łodzi 2008
I po Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi. Przed- i poimprezowa gorączka opadła, gasną powoli dyskusje na forach i blogach. Rozpoczyna się kolejny okres oczekiwania – najpierw na pierwsze zapowiedzi, potem na pierwsze konkrety. Po drodze pewnie przyjdzie spotkać się w innych miastach, ale Łódź jeszcze raz potwierdziła, że stolica komiksu jest jedna. Ale zanim to nastąpiło… Tegoroczny Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Łodzi zaczął się dla mnie tydzień wcześniej. Dzięki temu mogłem przekonać się na własne oczy, jak zapadają decyzje w najważniejszym polskim konkursie komiksowym. A zapadają w spokojnej, opartej na dyskusji atmosferze, zaś nieparzysta liczba jurorów zapewnia sprawne rozstrzygnięcia spornych sytuacji. Jeśli coś mnie zaskoczyło, to właśnie wysoka zgodność opinii. Wybór zwycięzcy nastąpił dość szybko, nieco dłużej trwało ustalanie kolejności na dalszych pozycjach. Pomimo tego korzystnego wrażenia z uporem maniaka będę powtarzał, że w poważnym konkursie nie powinno brakować jurora reprezentującego kobiecy punkt widzenia. Druga niedoskonałość wyszła niejako przypadkowo. Bartosz Sztybor zasypał konkurs swoimi scenariuszami i aż dwa powstałe na ich podstawie komiksy zostały nagrodzone. Okazało się jednak, że jedno wyróżnienie przyznano w kategorii profesjonalistów, a drugie w kategorii amatorów. Obok uśmiechów pojawiły się pytania, co decyduje o przynależności do danej grupy. Warto by tę kwestię ostatecznie ustalić. Zwłaszcza, że to sprawa czysto umowna, niejednokrotnie zależna od posiadania oficjalnej (lub półoficjalnej) publikacji, w żaden sposób nie przekładająca się na poziom prac, o czym świadczy chociażby rozstrzygnięcie w tegorocznej edycji. Na koniec tego akapitu warto pochwalić organizatorów za przeprowadzenie głosowania we wcześniejszym terminie i zaproszenie nominowanych. W ten sposób na oficjalnym zakończeniu festiwalu po swoją nagrodę nie zgłosiła się jedynie twórczyni z Wielkiej Brytanii. Jeszcze parę słów o MFK tydzień przed imprezą
Sobota na pełnych obrotach W tym roku postanowiłem, że skorzystam z festiwalu. Koniec z ganianiem ze spotkania na spotkanie i wychodzeniem po pięciu minutach, by zobaczyć wszystko i wszędzie pstryknąć fotkę. Skoro nie da się zobaczyć wszystkiego, lepiej skorzystać z tego, na co już się przyszło. Wyposażony w taką filozofię dotarłem do Łodzi w sobotę rano, zaakredytowałem się i – w oczekiwaniu na konferencję prasową z Moebiusem – miałem zamiar wybrać się na giełdę. Zanim to jednak nastąpiło, byłem świadkiem scenki rodzajowej w sali Dużego Kina. Miało się tam odbyć spotkanie z twórcami City Stories. Sala pusta, nieliczni jeszcze uczestnicy wybrali świeżo rozłożone stoiska z komiksami, w kinie siedzę ja, przybyła z Katowic fanka komiksu i pan "techniczny", który siadł sobie na scenie. Fanka komiksu z Katowic na MFK po raz pierwszy, oczekująca uczestnictwa w fajnej imprezie, a pan jej tłumaczy, że z roku na rok jest słabiej, mniej ludzi i tak dalej. Piękny czarny PR, nie ma co. Na szczęście podróżniczka chyba się niebawem przekonała, że pełnoletniemu MFK do śmierci jeszcze daleko. Westchnąłem w duchu i poszedłem zobaczyć, co w komiksach piszczy. Patent z zeszłego roku na przeniesienie giełdy do budynku po drugiej stronie ulicy ma tylko jedną wadę. Sprawia, że na festiwalu niekiedy, zwłaszcza w sobotę rano, robi się pustawo. Poza tym korzyści widoczne były już na pierwszy rzut oka: giełda się poszerzyła, a szczególnie imponująco wyglądało stoisko Pro Arte, którego strzegł – jak i całego Textilimpexu – stand z Preventorianem. Można było swobodnie podejść do stolika, przejrzeć nowości, zerknąć na prezentację tabletów, wziąć udział w komiksowej bitwie (te toczyły się także w domu kultury). Tego wszystkiego należy bronić jak niepodległości, przy okazji stale podnosząc atrakcyjność wnętrza.
Giraud, Jean Giraud, czyli tenor numer 1 Po powrocie do domu kultury następna godzina upłynęła mi na konferencji prasowej z największą gwiazdą MFK 2008, Jeanem 'Moebiusem' Giraudem. Jej zapis powinien pojawić się na naszej stronie niebawem, choć należy uczciwie przyznać, że konferencja nie zastąpi wywiadu. Na spotkaniu z dziennikarzami padło około dziesięciu pytań, na które Moebius odpowiadał obszernie, czasem lekko żartując, pod koniec wdając się nawet w luźniejszą wymianę zdań.
Moebius o Jiro Taniguchim Jiro Taniguchi jest artystą subtelnym i w pewnym sensie jest też Europejczykiem, co nas obu bardzo zbliżyło. Najdziwniejsze jest to, że przy tym europejskim nastawieniu udało mu się zaistnieć w Japonii. Jestem przekonany, że polscy autorzy komiksowi powinni czerpać przykład z Taniguchiego, jego umiejętności są ponadczasowe.
Moebius o swojej twórczości Nie jestem szczególnie przywiązany do swoich poszczególnych dzieł, dla mnie to są ślady. Interesuje mnie ukazanie stanu psychicznego, w jakim znajduję się podczas pracy nad konkretnym utworem. Odczuwam satysfakcję w konfrontacji z planszą, gdy przystępuję do pracy. I pewnego rodzaju frustrację, że dążę do ideału, który trudno jest mi osiągnąć. Jest to walka pomiędzy chęcią przelania samego na papier, a gromadzonymi z czasem wrażeniami, które mamy w sobie.
Moebius o sobie Gdy ktoś mnie nazywa legendą, powinienem natychmiast wziąć moją psychiczną szczoteczkę do zębów i szczotkować mocno. W przeciwnym wypadku miałbym w tej chwili mentalnie dwanaście lat.
Parę godzin później Moebius zjawił się w wypełnionym po brzegi Dużym Kinie. Na tym punkcie programu mnie zabrakło, gdyż – spóźniony po panelu wydawców – odbiłem się od dzikich tłumów wylewających się przez drzwi. Spotkanie toczyło się podobno w dość niemrawym tempie, a rozgrzało je dopiero pytanie o "środki wspomagające twórczość artystyczną". Ciekaw jestem, w jaki sposób wielkiego Moebiusa zapamiętają uczestnicy łódzkiego festiwalu? Mnie chyba zawsze będzie się jawił jako starszy pan z klasą, ubrany w sprany, rozciągnięty podkoszulek. Ocena spotkania z Moebiusem w skali im. Stana Sakai: 8,5/10
Jak przeprowadzić wywiad życia w dziesięć minut We wrześniu przedstawiciele prasy zostali poproszeni, by zgłaszać zapotrzebowanie na spotkania z gwiazdami MFK. Moebius, Manara, Liberatore, Rosiński – dla takich chwil "sam na sam" się żyje (dziennikarsko). Niestety. Rok temu na rozmowę z Jean-Louis Mourierem oraz Marzeną Sową i Sylvainem Savoią czasu było sporo, teraz otrzymaliśmy tylko po piętnaście minut. Niestety po wtóre: nawet z kwadransa w praktyce niewiele wychodziło, Liberatore nie miał tłumacza, a Moebius z indywidualnych wywiadów w ogóle zrezygnował. Jednak te parę chwil rozmowy z Manarą i Rosińskim warte było zachodu, a kilka słów znajdziecie tutaj oraz w innych ramkach.
Give me Liberatore, czyli tenor numer 2 Po konferencji rzuciłem okiem na spotkania z autorami wydawnictwa Ladida Books, Nicolasem Robelem i Martinem tom Dieckiem, oraz Tomasem Prokupkiem i resztą czeskiego desantu. Czując już, że naprawdę jestem na międzynarodowym festiwalu, zasiadłem na widowni spotkania z Tanino Liberatore. Z gwiazd przybyłych na MFK autor RanXeroxa jest postacią najmniej znaną polskim czytelnikom. W latach 90. ukazał się u nas (chyba niezbyt legalnie) tylko sztandarowy tytuł Liberatore, który poza tym nie stworzył zbyt wielu komiksów. Gość spotkania prowadzonego przez Jacka Drewnowskiego był zresztą świadom, że komiks to dla niego pieśń przeszłości. Przybycie Liberatore było zatem bardziej okazją do rozmowy z artystą zafascynowanym możliwościami różnych mediów. Może któryś z polskich wydawców w ramach przybliżania europejskiej klasyki dopisze do tego wydarzenia efektowną puentę? Ocena spotkania z Liberatore w skali im. Stana Sakai: 6/10
Czy leci z nami obsługa? Na MFK funkcjonowali wolontariusze i było widać, że się starali. Niestety, doświadczenie pokazuje, że w wielu wypadkach tylko osoba z plakietką organizatora ma odpowiedni autorytet, by kończyć spotkania o czasie. Jeśli organizatora akurat zabraknie, prelekcja trwa i trwa. Rzadko bowiem oczekujący na swoją kolej gość lub prowadzący mają wystarczająco dużo tupetu, by samemu przerwać poprzednikowi. Bądźmy szczerzy: to nie powinno być ich zadanie.
O MFK z wydawcami Sobotnim popołudniem miałem przyjemność poprowadzić panel wydawców. Zanim do niego doszło, musiałem wykazać się asertywnością i przerwać występ gościa z Portugalii, który w barwny i dowcipny sposób opowiadał o tamtejszym rynku komiksowym. A że Pedro Moura to dla mnie odkrycie dziewiętnastej eMeFKi, czyniłem to bez przyjemności. Wracając do panelu… Zapowiedzi wydawnicze można znaleźć w Internecie. Dlatego zaplanowałem sobie dziesięć pytań w stylu "pele mele" (na przykład: "wasza największa porażka" albo "którego tytułu zazdrościsz konkurencji?"), lecz obecność aż dziewięciu przedstawicieli wszystkich najważniejszych wydawnictw sprawiła, iż zdołałem zadać tylko pięć. Najciekawiej zrobiło się przy kwestiach związanych z rynkiem wydawniczym, lecz mnie najbardziej ucieszyła wymiana myśli o… samym festiwalu. Wszyscy byli zgodni, że taka impreza jest ważna i potrzebna. Chwalono promocję poza Łodzią. Tomasz Kołodziejczak z Egmontu podkreślił, że jeszcze parę lat temu nikt nie marzył, że do Łodzi zawitają w tym samym czasie najważniejsi twórcy w historii komiksu. Co zatem, zdaniem wydawców, należałoby poprawić?
  • Impreza powinna mocniej wyjść w miasto, choć jasne jest, że Łódź jest za wielka, by dać się zalać komiksiarzom tak jak Angouleme.
  • Warto zaoferować jeszcze więcej dzieciom, szczególnie na giełdzie, by widok całych rodzin nie był incydentalny.
  • Należy usprawnić kontakt z częścią wydawców, którzy chcieli włączyć się w organizację imprezy.
  • Wzorem konwentów miłośników fantastyki, można by pomyśleć o wydłużeniu festiwalu i większej integracji uczestników.
MFK jak Polcon? Ten ostatni postulat zabrzmiał mile dla ucha człowieka wychowanego na imprezach dla fanów gier i fantastyki. Niestety, o ile "fantaści", "planszówkowcy" i "erpegowcy" nie mają na razie co liczyć na takie warunki rozwoju swoich imprez jak MFK (choćby przez stałe wsparcie miasta), o tyle komiksiarze są zbyt słabi i bierni jako środowisko. Nie zagłębiając się w szczegóły i przyczyny: wkład statystycznego fana komiksu w odwiedzany konwent oscyluje w okolicach zera. Większość uczestników "płaci i wymaga", lecz wynika to też z faktu, iż nie istnieje tradycja współtworzenia festiwalu przez fandom. Może takie spotkania jak tegoroczny panel o Batmanie to sygnał dla organizatorów, by stworzyć nowy, trzeci blok, który w całości tworzyliby "fani dla fanów"?
Bohaterowie są zmęczeni, czyli tenor numer 3 Grzegorz Rosiński pojawił się w Łodzi drugi raz z rzędu. Rok temu tryskał energią, nie dawał prowadzącym dojść do głosu, brylował i nie pozostawiał wątpliwości, kto jest gwiazdą pierwszego formatu. Tymczasem na wizytę AD 2008 przyjdzie chyba spuścić zasłonę milczenia. Rosiński był wyraźnie zmęczony, przytłumiony, bez ogródek opowiadał, że był to dla niego wyczerpujący rok. Sam określił go jako "czas więzienia", gdy nie wychodził z domu, tylko rysował. Wszystko to można zrozumieć, ale fakty pozostają nieubłagane: spotkanie z najsłynniejszym polskim rysownikiem to największy skandal tegorocznego MFK. Grzegorz Rosiński spóźnił się na nie całą godzinę (jadł w tym czasie obiad), a potem bardzo monotonnie odpowiadał na pytania i wyraźnie czując, że nie wszystko jest w porządku, próbował żartować. Wychodziło to niezbyt przekonująco. Przyznaję bez bicia, że przez pół godziny słuchałem dość uważnie, szczególnie gdy pojawił się wątek podobieństw komiksu i teatru. Potem jednak pełna, ciepła sala i brak snu zrobiły swoje i – z czystym sumieniem – zdrzemnąłem się. Ze snu sprawiedliwego wyrwały mnie smutne oklaski. Ocena spotkania z Grzegorzem Rosińskim w skali im. Stana Sakai: w tym roku niesklasyfikowany
Rosiński o swojej pracy Czuję się zmęczony, muszę odpocząć. Byłem wściekły, teraz jak kończyłem ten album (Tarcza Thora – przyp. rep.), to nie wychodziłem z domu. Nie byłem w ogrodzie, nie wiem, co to wiosna, lato i jesień. Tak dalej nie może być, to absurd.
Rosiński o scenarzyście Thorgala Co do serii wniósł Yves Sente? Młodość. I to chyba wystarczy. Brakuje mu doświadczenia, ale to inteligentny człowiek, jeszcze się doszlifowuje. Ja mu wytykam różne błędy młodości, a on nad tym pracuje.
Spóźniona odyseja Prawdziwie smutne miny mieli jednak ci, którzy na poślizgu programu ucierpieli najbardziej. O godzinę przesunęło się spotkanie z przybyszami z Grecji, Lidą Tsene i Konstantinosem Kyriakakisem. Skończyło się na tym, że grupka uczestników siadła z nimi na scenie i rozmawiała po angielsku o ciężkim losie popularyzatorów komiksu w kolebce europejskiej kultury. Jeśli Grecy mogli poczuć się mało przyjemnie, to co powiedzieć o autorach Suki, Jelenie Woronowicz i Andriju Tkalience? Punkt programu z ich udziałem przypadał już na porę, gdy publiczność siedziała w zapewnionych przez organizatorów autobusach, mających zawieźć chętnych na uroczystość oficjalnego zamknięcia festiwalu. Wydawca, Paweł Timofiejuk, twierdził, że spotkanie wypadło całkiem dobrze, ale na szczęśliwego nie wyglądał.
Krok w przód, krok w tył Kluczowym punktem każdego MFK jest jego oficjalne zakończenie. To w ciągu tych kilkudziesięciu minut naprawdę można poczuć, że polski światek komiksowy świętuje, przyznając środowiskowe nagrody i ciesząc się sukcesami twórców, wydawców i ludzi zasłużonych dla promocji medium. Organizatorzy MFK dali w tym roku przysłowiowego czadu. Finał odbył się w imponującej scenerii Muzeum Włókiennictwa, w otoczeniu okazałej wystawy Milo Manary. Pomimo niewielkiego opóźnienia ceremonia przyznania nagród, Doktoratu Humoris Causa, Komiksusów i wyróżnień w konkursie na krótką formę komiksową, przebiegła dość sprawnie, w przyjemnej dla oka oprawie audio-wizualnej. Oprawie, która mogłaby otrzeć się o ideał, gdyby nie tkwiący w szczegółach diabeł. Trudno bowiem dociec, co podkusiło organizatorów, by zakończenie tłumaczyła osoba z biura festiwalu, która – niestety – nie jest zawodowym tłumaczem. W efekcie finału słuchało się z lekkim zażenowaniem. Potęgowało je poczucie drugiej wpadki, która najprawdopodobniej wynikała z niechlujstwa. Inaczej nie da się raczej wytłumaczyć, dlaczego na siedem ekranów z personaliami nagrodzonych uczestników konkursu, w trzech lub czterech pojawiły się rażące literówki i błędy w pisowni nazwisk nagrodzonych osób. To detale, o których tydzień później nikt nie pamięta, ale gdy się je widzi, psują ogólne świetne wrażenie.
Imprezka po imprezce W sobotni wieczór odbyła się tradycyjna festiwalowa impreza. Tym razem w Łódź Art Center, gdzie zagrały zespoły Żelazna Brama i Elektryczny Węgorz. Jednym się podobało, drugim nie. Jedni narzekali na fatalne (czytaj: obskurne) warunki, innym to pasowało (czytaj: postindustrial jest OK.). Nie wiem, nie byłem, darmowego piwa nie piłem. Kiedyś trzeba było chwilę odespać przed niedzielną dawką festiwalu.
Niedziela będzie dla was... Kiedyś MFK odbywał się w zasadzie w sobotę, niedziela nie zachęcała do pozostania w Łodzi. Od pewnego czasu czynione są kroki, by to się zmieniało. Zapewne stąd decyzja o ustawieniu na ten dzień punktu programu z Milo Manarą. Zanim jednak odbyło się najlepsze spotkanie festiwalu, sprawdziłem, co się dzieje u polskich komiksiarzy. Niedzielny poranek to wielokrotnie nagradzany w Łodzi Daniel Grzeszkiewicz (autor m.in. Dziwnego snu Spielberga) i wielce obiecująca opowieść o jego najbliższych planach. To, co mogliśmy zobaczyć i usłyszeć, nakazuje niecierpliwie oczekiwać na produkcje Gedeona. Sala 221 była zresztą tego przedpołudnia dobrym miejscem do słuchania ludzi mających do powiedzenia coś ciekawego. W tej roli wystąpili Michał Słomka i Witold Tkaczyk, którzy przy okazji promocji Anna chce skoczyć przybliżyli okoliczności powstawania komiksów za naszą wschodnią granicą, zapuszczając się też dalej, przez Węgry docierając aż do Rumunii. Jeśli podróże kształcą, to była wyjątkowo pouczająca wyprawa.
...czyli tenor numer 4 A skoro o podróżach mowa, Milo Manara zabrał łódzką publiczność w ostatnią z nich. Zachęcony pytaniami z sali (zadawanymi częściowo w jego ojczystym języku) opowiadał o Hugo Prattcie, włoskiej sztuce, spotkaniu z Monicą Belucci i Carlą Bruni. Mówił i o przeszłości, i o przyszłych wyzwaniach (X-Men razem z Claremontem). A najpiękniej zabrzmiało wyznanie, że zawsze próbuje robić to, co Moebius i zawsze pozostaje krok za nim. Godzina z Manarą w powoli pustoszejącym domu kultury przeminęła zdecydowanie zbyt szybko. Było w tym spotkaniu coś magicznego, właściwego wyłącznie bliskiej obecności ludzi, którzy sami stanowią niewyczerpane źródło nadprzyrodzonych energii. Prostymi słowami oddać tego nie sposób, a poeta ze mnie marny. Ocena spotkania z Milo Manarą w skali im. Stana Sakai: 9,9/10 (Stan Sakai jest tylko jeden) Jak się dobrze prowadzić Po zakończeniu MFK jednym z gorąco dyskutowanych tematów był poziom i forma prowadzenia spotkań, szczególnie tych z gośćmi. Większość z nich odbywa się według prostego schematu: gość siada, zostaje przedstawiony, prowadzący zadaje mu pytanie "na rozruch", a potem – w zależności od gadatliwości gościa – prosi o pytania z sali. I tutaj często zapada "taka kłopotliwa cisza", a potem powoli zaczynają padać wymuszone, niepowiązane ze sobą pytania. Jednym taka forma odpowiada, innym nie. Ponieważ sam od paru lat jestem zatrudniany przez organizatorów MFK, niezręcznie mi to pisać, ale w moim przekonaniu takie spotkania są śmiertelnie nudne. Na palcach jednej ręki można policzyć uczestników, którzy zadają pytania ciekawe i zmuszające legendę pokroju Moebiusa do opowiedzenia czegoś intrygującego. Na MFK uczestnik jest bardziej klientem i powinien otrzymywać "produkt" w postaci niezapomnianej rozmowy (nie wywiadu, bo to oczywiście niemożliwe) z niezwykłym człowiekiem. W końcu za to się prowadzącemu płaci, by się przygotował, miał jakiś własny pomysł na przebieg spotkania, zmuszał gościa do odkrywania się, a nie tylko udzielał głosu publiczności. To powinien być dodatek, nie podstawa. Dlatego pożytecznie spędziłem czas na porannej rozmowie z Danielem Grzeszkiewiczem, lecz poza tym najciekawszymi prelekcjami były te, które nie opierały się na modelu gość-prowadzący. Osobny problem stanowią spotkania, w których niezbędny jest przekład z języka obcego. Tutaj można wyróżnić trzy przypadki. Po pierwsze, spotkanie z tłumaczem, który o komiksach ma blade pojęcie. Jeśli nie towarzyszy mu prowadzący, który zna się na rzeczy, zazwyczaj dochodzi do katastrofy. Po drugie, spotkanie z prowadzącym, który sam zadaje pytania w języku obcym i tłumaczy. Niestety, często znajomość tematyki komiksowej nie idzie w parze z biegłością lingwistyczną i pojawiają się zgrzyty w przekładzie. Niekiedy, jak w tym roku podczas spotkania z Martinem tom Dieckiem i Nicolasem Robelem, prowadzący – chyba za mocno sugerując się "międzynarodowością" festiwalu – w ogóle rezygnuje z tłumaczenia. I jest jeszcze przypadek trzeci, czyli Jacek Drewnowski, człowiek-orkiestra. Na MFK wszędzie było go pełno. Prowadził, między innymi, spotkania z Milo Manarą i Tanino Liberatore, płynnie, sprawnie tłumacząc wszystkie wypowiedzi. Gdyby jeszcze namówić go na przygotowanie się do rozmowy i jej autorskie poprowadzenie, mielibyśmy do czynienia z realizacją doskonałą.
Ukazało się na MFK Łódzki festiwal przyciąga wydawców, którzy i w tym roku nie zawiedli, obciążając uczestników sporym stosem premier. Biblioteczkę komiksiarza zasilił również sam festiwal, proponując aż cztery publikacje (byłoby ich pięć, ale nie wyrobiono się z antologią tekstów z sesji naukowej). Tradycyjnym "musiszmieć" jest coroczny katalog prac konkursowych. Pojawiła się w nim większość nagrodzonych komiksów, choć zdobywca Grand Prix, Espresso autorstwa Jakuba Matysa, sporo traci przy zmniejszeniu formatu. Wiele z pozostałych prac zobaczycie zapewne niebawem na łamach różnych magazynów i w serwisach internetowych, ale prawdziwy kolekcjoner po prostu powinien mieć tę antologię na półce. Warto postawić obok niej trzeci tom City Stories, do stworzenia którego Adam Radoń zaprosił twórców z Francji. Po nieco słabszej "dwójce" seria powraca w dobrym stylu, a same nazwiska Gawronkiewicz i Konior gwarantują solidny poziom. Szkoda, że nie dostosował się do niego albumik wydany z okazji 75. rocznicy urodzin Koziołka Matołka. W środku, obok obszernego artykułu Adama Ruska, znalazły się okolicznościowe "tribute’y" poświęcone temu protoplaście polskiego komiksu. Po doskonałej okładce Tomasza Leśniaka spodziewałem się znacznie lepszej zawartości. Z właściwą sobie formalną
przekornością z klasycznej formy książeczek Kornela Makuszyńskiego zażartował Tadeusz Baranowski, na wysokości zadania stanęli też Sławomir Kiełbus i Marek Lachowicz. Nie rozumiem jednak, co wspólnego z hołdem ma komiks Tadeusza Raczkiewicza, w którym humor sytuacyjny sprowadza się do przyłapania Matołka w sławojce. W niedzielę rano miała odbyć się wideokonferencja z Januszem Christą. Niestety, nic z niej nie wyszło. Zamiast tego Kamil Śmiałkowski czytał fragmenty swojej (i Krzysztofa Janicza) książki stanowiącej zapis rozmowy-rzeki z jednym z nestorów polskiego komiksu. Wyznania spisane, choć momentami denerwują drobnymi wpadkami edytorskimi, stanowią tegoroczny hit wydawnictw okołofestiwalowych. Christa od pierwszej do ostatniej strony wciąga gawędziarskim zacięciem, a autorom należy się wieczny szacunek za to, że w zapisie nie przerywali tego strumienia wspomnień swoimi pytaniami.
Niedziela zaczyna się w sobotę Jedyna "wpadka" edytorska przydarzyła się przy projektowaniu programu imprezy. Poręczna rozkładana broszurka została złożona tak niefortunnie, że rozkład jazdy MFK można było w niej czytać – przechodząc wzrokiem pomiędzy stronami – zarówno z lewej na prawą (poprawnie), jak i pionowo (błędnie). Sęk w tym, że lektura w pionie wydawała się całkowicie logiczna (godziny pasowały idealnie), dopóki nie okazywało się, że czeka się na spotkanie, które będzie miało miejsce następnego dnia.
We want more, we want Moore? Jak co roku Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Łodzi niełatwo jest ocenić. Na wstępie dostaje dziesiątkę, bo nie posiada alternatywy. Nie sposób również porównać go z jakąkolwiek inną imprezą: w Polsce podobnej nie ma, zagranicą na rzetelne porównania nie pozwalają inne realia rynkowe. Pozostają więc oczekiwania i życzenia. Część z oczekiwań zasygnalizowałem, inne usłyszycie jak polski komiksowy Internet długi i szeroki. A życzenia? Te chyba jeszcze długo – dopóki nie nadrobimy zaległości w tym względzie – dotyczyć będą wizyt kolejnych, niewidzianych dotąd nad rzeką Łódką twórców. Dobra, zaczynam: Alan Moore. Ale ostatecznie nie obrażę się za Franka Millera. O komiksach na blogu Macieja 'repka' Reputakowskiego
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Galeria


8.5
Ocena recenzenta
9.17
Ocena użytkowników
Średnia z 3 głosów
-
Twoja ocena
Konwent: 19. Międzynarodowy Festiwal Komiksu
Od: 3 października 2008
Do: 5 października 2008
Miasto: Łódź
Cena: karnet na cały festiwal - 15 zł; sobota - 10 zł; niedziela - 8 zł
Typ konwentu: komiksowy



Czytaj również

Komentarze


Andman
   
Ocena:
0
Ładna relacja. W większości zgadzam się z Repkiem. Nie sądziłem, że Manara to taki bardzo miły pan o gołębich włosach, zresztą obaj Włosi wywarli na mnie bardzo dobre wrażenie. Ten rozkładany plan zajęć to skandal, tez się z bratem daliśmy nabrać i czekaliśmy na Manarę (i nie tylko) w sobotę.
Za rok z chęcią zobaczyłbym Gimeneza, Christę (nie wiem, jak u niego teraz ze zdrowiem, pozdrawiam) i całą ekipę twórców Kovala. I jeszcze Morvana i Bucheta - twórców Armady.
02-11-2008 09:36
~jerry

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Fajna relacja i trafne komentarze. Tylko z tą szczoteczką do zębów Moebiusa to nie do końca tak... Sens tej wypowiedzi został mocno przekręcony.
03-11-2008 12:51
Repek
    @jerry
Ocena:
0
Niestety, nie znam francuskiego, więc nie byłem w stanie skorygować Marii Mosiewicz. A jak powinien brzmieć sens tej wypowiedzi?

Pozdrawiam
03-11-2008 14:21
~jerry

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Moebius zapytał, jak w przeciwnym razie mógłby nadal mieć, mentalnie, 12 lat.

Niby drobiazg, ale zmienia sens wypowiedzi: Moebius stwierdza, że w głębi duszy nadal czuje się dzieckiem, a nie, że odżegnuje się od tego.

Pozdrawiam.
19-11-2008 14:02

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.