Miecz i kwiaty. Tom 1 - Marcin Mortka

Ziemia (nie całkiem) Święta

Autor: Marcin 'malakh' Zwierzchowski

Miecz i kwiaty. Tom 1 - Marcin Mortka
Najnowsza powieść Marcina Mortki Miecz i kwiaty, tom 1 nieodmiennie kojarzy mi się z dziełem Ridleya Scotta Królestwo niebieskie. Jednak nasz rodak, pomimo zastosowania podobnych schematów fabularnych jak amerykański reżyser, a także urozmaicenia swojej historii elementami fantastycznymi, nakreślił pełniejszą, bardziej realną wizję ówczesnej rzeczywistości.

Główny bohater, Gaston de Baideaux, ulegając namowom księdza Adalberta, postanawia udać się do Ziemi Świętej. Zdaniem duchownego jest to cudowna, pełna niezmierzonych bogactw kraina, w której panują szlachetni władcy oraz walczą natchnieni łaską Boga wojownicy. Poza tym według niego jest to miejsce, gdzie można bez trudu zmazać grzechy całego życia. Jednakże prawda, jaką poznaje Gaston, jest zupełnie inna niż to, co przedstawił ksiądz. Bohater nie tylko nie zyskuje odkupienia, ale wzbudza niechęć templariuszy, ponadto przyłącza się do orszaku pewnej wyjątkowo przebiegłej damy i w końcu wplątuje w wojnę z muzułmanami.

W Mieczu i kwiatach widoczna jest wtórność form, z jakich stworzono prawie wszystkich kluczowych bohaterów. Mortka w przypadku młodego de Baideaux wykorzystuje motyw młodzieńca o szlachetnym sercu, który – rzucony w wir niebezpiecznych przygód – zyskuje nie tylko umiejętność walki, ale przede wszystkim dojrzewa i uczy się żyć w nieprzyjaznym świecie. Towarzyszący mu ksiądz Adalbert przypomina robinhoodowskiego braciszka Tucka – głęboko wierzącego klechę o złotym sercu, ale jednocześnie posiadającego pewne przywary. W kolejne schematy, znane nam z literatury czy ze srebrnego ekranu wpisują się także pozostali dwaj członkowie kompanii de Baideaux: sługa Bernard i Vittorio Scozzi. Pierwszy to milczący, niezbyt bystry olbrzym o aparycji Minotaura, drugi natomiast – cwaniaczek, który równie dobrze "robi mieczem, co językiem". Pojawia się także tajemnicza, milcząca dziewczynka, rozsiewająca wokół aurę miłości i ciepła – zupełnie jak Flecik z Trylogii Elenium Davida Eddingsa. Oczywiście, wtórność nie ma wielkiego wpływu na ogólny odbiór kreacji wskazanych bohaterów, nadal budzą oni sympatię, niemniej pozostaje niedosyt.

Dużo lepiej natomiast prezentuje się tło wydarzeń, czyli Ziemia Święta. Jawi się ona jako kraina niebezpieczna, nieprzyjazna wędrowcom, pełna żądnych bogactw awanturników, którzy raczej nie walczą w imię Wszechmogącego. Ma ona także i drugie oblicze, na które składają się, między innymi malownicze oazy i wąskie uliczki egzotycznych miast. W dużej mierze jednak pisarz skupia się na wskazaniu uciążliwości klimatu Outremer, czyli wiecznej spiekoty i uporczywego, gorącego wiatru. Nie zapomina nawet o wszędobylskim piachu. Podkreśla to doskonale kluczowy dla powieści fakt, iż krzyżowcy byli najeźdźcami, agresorami. Jest to znakomite dopełnienie licznych rozmyślań i dyskusji, w których sami rycerze przedstawili szczerą wątpliwość w słuszność swojej rzekomo "świętej" misji.

Jednakże mimo dbałości o szczegóły, Mortce nie udaje się zbudować tak sugestywnego klimatu, jak w jego poprzedniej powieści - Ragnaroku 1940. Brakuje tu przede wszystkim atmosfery ciągłego zagrożenia, napięcia, które towarzyszyło każdemu ruchowi Jeremy’ego Baldwina. I jakkolwiek niektórzy czytelnicy mogą mieć inne odczucia, sądzę, że dla tych, którzy znają losy wścibskiego dziennikarza, opowieść o niesfornym Pikardyjczyku może stanowić lekkie rozczarowanie.

Warto zaznaczyć, że podobnie jak w Ragnaroku…, Marcin Mortka oszczędnie dozuje elementy fantastyczne. Mamy tutaj do czynienia z opowieścią o rycerzach, w której dopiero po dosyć długim czasie pojawiają się motywy nadprzyrodzone. Autor najwyraźniej wychodzi z założenia, iż nie ma potrzeby zamieszczać w utworze zbędnych detali. Tak samo zresztą czyni w przypadku wiedzy czysto technicznej, jak chociażby elementów składowych zbroi rycerskiej. Dzięki temu, zamiast naszpikowanych przeróżnymi karwaszami i lamelkami akapitów, otrzymujemy opisy przystępne również dla laików.

Co do języka powieści, w zasadzie można powiedzieć, że autor nie schodzi poniżej wysokiego poziomu – sugestywne opisy czasami sprawiają, że czytelnik niemalże przenosi się do Ziemi Świętej. Niemniej jednak w trakcie lektury, pojawia się przeświadczenie, że jak na rycerzy z czasów pierwszych krucjat, bohaterowie posługują się zbyt współczesnym językiem. Pod tym względem źle wypadają nie tylko kłótnie Vittoria z Gastonem, ale przede wszystkim rozmowy diabła-niediabła z de Baideaux. W odbiorze utworu nie pomagają także wyjątkowo liczne literówki, pojawiające się w szczególności w końcówkach wyrazów, jednakże to już uwaga do korekty, nie do autora.

W najnowszej powieść Marcina Mortki może podobać się sceneria, podjęcie tematu krucjat, a także różnorodność scen akcji, których w pierwszej odsłonie Miecza i kwiatów nie brakuje. Z drugiej jednak strony, mankamentem książki pozostają szablonowe postacie i schematyczne wątki, jak na przykład droga szlachetnego młodzieńca od gapy do wojownika.

Niemniej, pierwsza cześć losów walecznych krzyżowców zachęca do dalszej lektury, tym bardziej, że stanowi ona jedynie wstęp do większej opowieści. I chyba właśnie z tego względu, iż autor jedynie rozpoczyna różne wątki, pobudzając nasz apetyt, radziłbym sięgnąć po pierwszy tom dopiero w chwili ukazania się kontynuacji w księgarniach. W ten sposób uniknie się przerywania lektury w momencie, kiedy tak naprawdę zaczyna się ona robić ciekawa.

Trudno mi polecić tę książkę jakiejś konkretnie określonej grupie odbiorców. Miłośnicy historii mogą poczuć się rozczarowani małą ilością szczegółów, co wynika głównie z chęci dotarcia do jak najszerszego grona czytelników. Miecz i kwiaty to przede wszystkim rozrywka, skierowana do każdego miłośnika opowieści o wielkich wojnach i dzielnych wojownikach.