» Opowiadania » Mgławica

Mgławica

Czymże jest kosmos? Nie potrafię udzielić pełnej odpowiedzi na to pytanie. Dokładne jego rozmiary jeszcze przez długie lata pozostaną dla ludzkości tajemnicą, chociaż niewątpliwie wielu naukowców będzie próbowało dosadnie zgłębić istotę wszechświata.

Promy kosmiczne stopniowo udoskonalano począwszy od końca XX stulecia. Badania nad nowymi sposobami podróżowania prowadzono mniej lub bardziej jawnie, jednak prędkości, jakie mogły rozwinąć nawet najnowocześniejsze machiny testowane u schyłku XXI wieku, nie zadowalały konstruktorów w pełni, bo wciąż niemożliwe było „zwiedzanie” odległych galaktyk. Taka podróż trwałaby przynajmniej kilkanaście lat. Dopiero na początku XXIII wieku udało się osiągnąć ludziom to, co do tej pory wydaje się nieprawdopodobne. Stworzono statek kosmiczny, mogący rozwinąć prędkość światła. Ponadto, wybitny bułgarski astro – fizyk Benjamin Gransky odkrył sieć tuneli czasoprzestrzennych w kosmosie, które znacznie przyspieszyły lot nawet w najodleglejsze zakątki wszechświata. Liczne eksperymenty dowiodły, że używanie owych „ścieżek” jest w pełni bezpieczne, jednak decydującą próbą miała się okazać wyprawa badawcza najnowocześniejszego statku kosmicznego z pięcioosobową załogą na pokładzie.

***

- Czternasty sierpnia, rok 2201; statek kosmiczny "Kometa". Mija siódmy dzień naszej wyprawy. Wszystko działa jak należy. Czujniki nie wykryły śladów życia na żadnej z odwiedzonych do tej pory planet. Za trzy godziny powinniśmy dotrzeć na obrzeża Leju Krettnera…
- Pani doktor! Tutaj pani jest! – rozległ się męski głos. – Co pani robi? Prowadzi pani ten głupi dziennik pokładowy? Przecież to nonsens! Jeżeli misja się nie powiedzie, nigdy nie wpadnie on w ludzkie ręce, a nawet jeśli uda nam się bezpiecznie powrócić na Ziemię, wszyscy ludzie będą zbyt zajęci składaniem nam gratulacji. Nikt nie spojrzy na to robakowate urządzenie. Marnuje pani tylko czas. Proszę sprawdzić lepiej system paliwowy!
- Już to zrobiłam, komandorze Layer – odparła młoda kobieta. – Dziennik pokładowy to bardzo stara i piękna tradycja. Poza tym, może przydać się potomnym, a także nam przy sporządzaniu raportu z przebiegu misji.
- Nie przypominaj mi o tym. Wiesz, że nie znoszę papierkowej roboty! – rzekł zgorszony Layer, przechodząc na "ty".

Amanda skwitowała słowa dowódcy promiennym uśmiechem, który znacznie dodał jej urody. Bladą, obsypaną piegami twarz okalały długie, rude loki, a błyszczące, piwne oczy spoglądały bystro na mężczyznę znad prostego, małego nosa. Szczerze powiedziawszy, Amanda przypominała bardziej miłą studentkę, niż doktora astronomii.

- Nie rozumiem, dlaczego wepchnęli mi na pokład naukowca z twojej dziedziny! – mruknął komandor.
- Zapewne po to, by utrudnić panu życie – zakpiła dziewczyna.
- Nie pozwalaj sobie… - odparł Layer, grożąc jej palcem.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz właśnie w tym momencie drzwi pokładu D rozsunęły się i w szparze pojawiła się głowa młodego informatyka – Kreegsa.
- Właśnie przelatujemy przez Mgławicę Alte’a. Pilot zwolnił. Chodźcie do hali widokowej. To naprawdę niesamowite! – oznajmił podniecony i po chwili drzwi się zamknęły, a na korytarzu rozległy się jego kroki.
- Chętnie popatrzę na tę mgławicę – stwierdziła Amanda. – A pan, komandorze?
- Dziękuję. Nie należę do wielbicieli kosmicznych pejzaży poza tym, tutaj też jest okno. Widać prawie tak samo.
- W takim razie – do zobaczenia! – pożegnała go kobieta, wychodząc z pomieszczenia
na korytarz, oświetlony ostrym blaskiem lamp aktrowych.
- Życzę miłego marnowania czasu – rzucił Layer.
Amanda udała, że nie dosłyszała tych słów. Nie chciała psuć sobie atmosfery wewnętrznego oczekiwania na cud, który za chwilę miał ukazać się jej oczom. Przyspieszyła kroku.
Dotknęła okrągłego, zielonego pola na srebrnej tarczy przy wejściu do sali widowiskowej. Drzwi rozwarły się natychmiast, wpuszczając ją do środka.

- O, Amanda! – odezwał się nieco zaskoczony porucznik Dolarius. – A pan komandor? Zamierza nas odwiedzić?
- Niestety, nie wyraził chęci. Zapewne zajmie się czymś bardziej „pożytecznym” – odrzekła dziewczyna.
- Och, wielka szkoda! Myślałam, że tym razem trochę nagnie swój precyzyjnie ułożony plan egzystencjalny – zakpiła Leda Kersova.
- Obawiam się, że musi pani porzucić wszelką nadzieję w tej kwestii, pani porucznik – powiedział Kreegs.
Wszyscy obecni roześmiali się beztrosko, jakby prowadzili rozmowę przy piwie, w zadymionym pubie, nie na statku kosmicznym, w odległości kilku tysięcy lat świetlnych od Ziemi.

- Kiedy wreszcie zobaczymy Mgławicę Alte’a? – zapytała z zainteresowaniem Amanda, przywracając członków załogi do rzeczywistości.
- Właśnie… - mruknął Kreegs. – Czekałem na odpowiednią chwilę… Edna, otwórz oczy! – zwrócił się do komputera.
Osłony, kryjące szyby z trwałego koloidu znikły i zachwyceni podróżni ujrzeli nieznany, niedostępny wcześniej dla żadnego człowieka „krajobraz”. Kosmos jak najgroźniejszy drapieżnik strzeże swych tajemnic, nie dopuszcza do wspaniałych świątyń nieporadnych, prymitywnych, niegodnych zaszczytu istot, tak małych naprzeciw niezmierzonego ogromu.

W oddali majaczył niewielki z początku obiekt, zapraszający cudownym, srebrzystym blaskiem. Wokół mgławicy roztaczało się niezwykłe, różowe światło przypominające zorzę.
- Jakie to piękne! – westchnęła Amanda.
- Coś wam to przypomina? Mnie się kojarzy z otwartą księgą… - odezwał się Dolarius.
- Czy ty, Dott nie widzisz nic poza powieściami kryminalnymi? – zapytała znudzona Leda.
- A skąd wiesz, że to akurat… - zaczął porucznik.
- Nie… Musicie znowu się sprzeczać? Ciągle się kłócicie! Chciałbym choć raz podziwiać widoki w ciszy – jęknął Kreegs. – Jak myślicie, skąd pochodzi to dziwne światło?
- Wydaje mi się, że to po prostu eksplozje na powierzchniach gwiazd… - odpowiedziała Amanda. – Ale może warto sprawdzić?
- Naszym zadaniem jest poszukiwanie planet, nadających się do zamieszkania oraz nieznanych cywilizacji, a nie badanie wielkich wybuchów – stwierdziła szorstko Kersova.
- Tak naprawdę wiemy o kosmosie bardzo niewiele. Myślę, iż powinniśmy obserwować i opisywać różne zjawiska, które występują poza Ziemią – upierała się Amanda.
- Kiedy wreszcie dotrze do pani, że to, co pani myśli, nikogo nie interesuje? – rozległ się głos komandora Layera. – Sądzę, iż wystarczy już bezsensownego debatowania nad tym, co powinniśmy robić. Edna, zamknij oczy! Wyglądacie na znużonych podziwianiem widoków, więc jestem pewien, że chętnie wrócicie do swoich zajęć. Rozejść się!

Nauczeni doświadczeniem członkowie załogi wiedzieli, iż żadne prośby, ani usilne błagania nie zmienią stanowiska upartego i zapatrzonego w przekonanie o własnej nieomylności komandora, toteż bez słowa protestu udali się na pokład A. Nagle rozległ się potężny huk i nastąpiło gwałtowne szarpnięcie. Wszyscy upadli tuż przed wejściem na główną platformę.
- W porządku? – rzucił Kreegs, podnosząc się.
- Trudno powiedzieć… Co to było? – wykrztusiła Leda, otwierając automatyczne drzwi. – Edna, co się stało? – zwróciła się do komputera pokładowego. – Edna, odpowiedz!
Cisza.

- Kreegs, sprawdź, co z zasilaniem! – rozkazał dowódca – A ty, Dolarius, spróbuj skontaktować się z Ziemią! Wykonać!
- A ja, proszę pana? – spytała nieśmiało Amanda.
- Ty siedź cicho i nie przeszkadzaj! – fuknął Layer. – Mam nadzieję, że to nic poważnego.
Amanda nie miała ochoty stać bezczynnie. Wyświetliła na ekranie mapy tej części kosmosu. Porównała je ze swoimi materiałami, zabranymi z domu. Otworzyła usta za zdumienia i strachu. Dopiero w tej chwili naprawdę dotarło do niej, jak ogromny jest wszechświat. Oblał ją zimny pot.
- Pułkowniku, brak łączności z Ziemią! – poinformował Dolarius. – Co teraz?

Layer nie odpowiedział. Niepowodzenia nie było w planach wyprawy, przynajmniej nie
w tych, ułożonych przez nieomylnego weterana.
- Kreegs, co z komputerem? – zapytała Leda.
- Nie wiem… Wygląda, jakby system się zawiesił. Może to sprawka drobnej usterki w programie? Chociaż to niemożliwe. Sprawdziłem dokładnie przed startem… Wszystko działało bez zarzutu!
- Więc co się dzieje?! – rzucił ze złością komandor.
- Komandorze, nie ruszamy się! – oznajmił Dolarius, biały jak ściana.
- Co takiego? To jakieś żarty?
- Nie. Brak prędkości. Wisimy w przestrzeni kosmicznej.
- Nie wierzę – stwierdziła opryskliwie Leda, pochylając się nad ekranem odczytów – A jednak… - szepnęła po chwili.

- Odsuńcie się! – warknął dowódca. – Pewnie zaraz okaże się, że to tylko jakieś błahe zwarcie w obwodach!
On również sprawdził odczyt. Długo wpatrywał się w mały ekran, a jego twarz z każdą sekundą przybierała coraz głębszy odcień purpury. teoretycznie nic nie miało prawa go zaskoczyć w „Komecie”. Niestety, los bywa przewrotny nawet dla najbardziej doświadczonych ludzi.

- Pułkowniku, mam dla pana dość… niekorzystne wiadomości – odezwała się Amanda, która dopiero teraz dołączyła do grupy.
- Pięknie! Co jeszcze? Komputer pokładowy nie działa, łączność z Ziemią – zerwana, stoimy… a właściwie wisimy w kosmosie. Czy to nie wystarczy? Ty także musisz mnie czymś zdołować?
- Ja chciałam tylko powiedzieć… - Amanda przerwała na widok wyrazu twarzy swojego rozmówcy.
- Mów! – rzekł Layer, starając opanować zdenerwowanie.

- Porównałam mapy kosmosu, opracowane na Ziemi z obiektem, który obserwowaliśmy przez okno. Okazało się, że to wcale nie była Mgławica Alte’a, z czego wynika, iż znajdujemy się w pobliżu nieznanej galaktyki, w niezbadanej przez ludzkość części wszechświata.
Wszyscy zamarli. Nawet komandor Layer nie wyraził tym razem swego niezadowolenia. Stał jak słup soli, wpatrując się w Amandę szeroko rozwartymi ze strachu i zdumienia oczyma. Czyż jego położenie mogło być gorsze? Wybitny dowódca nie śmiał udzielić odpowiedzi
na to niepożądane pytanie choćby we własnym umyśle. Pozostali członkowie załogi spoglądali na niego zdezorientowani. Amanda błądziła wzrokiem po kredowobiałych twarzach towarzyszy. Błędne koło się zamykało.

- Może naradzimy się, co należałoby przedsięwziąć w tej nietypowej sytuacji? - zaproponował Dott Dolarius, wyłamując się z kręgu kamiennego milczenia.
- Proszę bardzo, jesteśmy otwarci na pańskie propozycje! – zakpił Layer, wykrzywiając usta w uśmiechu szaleńca.
- Pan porucznik ma rację. Rzeczywiście powinniśmy zastanowić się wspólnie… - zaczęła Leda. – Słyszeliście?

Rozległ się kolejny huk. Światła na pokładzie natychmiast zgasły. Zapanował złowieszczy mrok. Po chwili ciszę rozdarł przeszywający, wywołujący dreszcze dźwięk.
- Ernest, włącz latarkę! – zakomendował porucznik Dolarius.
- Nie działa – stwierdził Kreegs, usiłując uruchomić „kieszonkowe słońce” firmy Duix
- Co się dzieje?
- Może uznacie to za zwykłą głupotę, ale wydaje mi się, że coś się do nas zbliża… Jakiś wielki i bardzo ciężki obiekt – oznajmiła ze zgrozą Kersova, gładząc swoje krótkie, ciemne włosy.
- Słucham? – prychnął komandor Layer. – Przecież jesteśmy sami w kosmosie.
- Jesteśmy sami w części kosmosu nieznanej ludziom – poprawiła go spokojnie Amanda.

Z każdą chwilą zgrzyty stawały się coraz głośniejsze. Nie dochodziły z "Komety". Wyraźnie słychać było je z „zewnątrz”. Przywodziły na myśl odgłosy wydawane przez gigantycznego, sapiącego zwierza, próbującego podejść niepostrzeżenie upatrzoną ofiarę.
- Kreegs, otwórz oczy – rozkazała Leda. – Oczy "Komety" – dodała, widząc wyrażającą wielkie zdumienie minę informatyka.
- Zasilanie nie działa… Ale może uda mi się ręcznie… Jeśli się nie mylę, trzeba przestawić tę dźwignię… Właśnie tak!
Równocześnie z pociągnięciem dźwigni, uniosły się osłony, ochraniające główne „okno” pokładu A.
- O mój Bo… - zakrzyknął Kreegs. – Co to, u licha, jest?

W niewielkiej odległości od statku znajdował się krążownik, a właściwie jego widoczna część. Cały twór z czerwonej materii, przypominającej metal, rozjarzonej tysiącami świateł był ogromny, o kilkadziesiąt razy większy niż uważana za sporą "Kometa".
- Myślę, że to właśnie jest sprawca naszych problemów – rzekła porucznik Kersova.
- Są pokojowo nastawieni? – zapytał Kreegs z przerażeniem w oczach.
- Nie sądzę – odpowiedział z rezygnacją Dolarius. – Gdyby chcieli rozmawiać, raczej nie wyłączaliby nam zasilania.

Niespodziewanie nastąpił gwałtowny wstrząs. Wszyscy upadli, tracąc równowagę. Statek ruszył, choć na pokładzie nadal panowała ciemność, a główny komputer wciąż nie działał.
- Nabieramy prędkości – stwierdził komandor Layer.
- On ciągnie nas za sobą?! – krzyknęła Amanda.
- Nic na to nie poradzimy. Musimy czekać – zawyrokował Dolarius.
- Oni nas uprowadzają! Zróbmy coś! – naciskała Leda.
- A co możemy? Nic nie działa! – odparł porucznik.
- Nieprawda! Jesteśmy w stanie wykonać jeden manewr – odezwał się Layer. – Konstruktorzy przynajmniej w tej kwestii wykazali trochę inteligencji.
- Co takiego?
- Możemy ręcznie odpalić pocisk, w razie gdyby wszystkie inne środki zawiodły.
- Nie! Nie wolno nam tego zrobić! To szaleństwo! A jeśli wcale nie mamy do czynienia
z wrogami? – zaprotestowała Amanda.
- Już mówiłem, że z twoim zdaniem nikt się nie liczy! – wrzasnął pułkownik. – Poruczniku Dolarius, proszę odpalić "Z 14”!
- Ale…
- Jestem pańskim dowódcą!
- Ale…
- Proszę bezzwłocznie wykonać rozkaz! W przeciwnym wypadku poniesie pan konsekwencje!
- Tak jest! – odparł niechętnie Dolarius.
Dott położył dłoń na aluminiowej rączce i ją pociągnął w dół z grymasem niezadowolenia
na spoconej, kanciastej twarzy.
- Rozkaz wykonany, pułkowniku!

Pocisk pomknął, znacząc tor swojej drogi smugą świetlistego dymu. Dowódca obserwował
z rozkoszą, jak "Z 14" rozpryskuje się na krwistoczerwonej ścianie gigantycznego, obcego obiektu, wzniecając słup ognia, który jednak zniknął bardzo szybko. Mętny dym rozwiał się po chwili, ukazując „dzieło zniszczenia”. Gładka powierzchnia nadal lśniła migotliwym światłem i wyglądało na to, że pocisk nie wyrządził żadnej szkody kolosowi, ciągnącemu za sobą "Kometę". Komandor Layer otworzył usta ze zdziwienia. Ogarnęło go tępe niedowierzanie. Ostatnia nadzieja zawiodła.

- To niemożliwe! – wykrztusił.
- Myślicie, że bardzo ich to rozdrażniło? – zapytał z lękiem Kreegs. – Odpowiedzą ogniem?
- Ależ skąd! Na pewno potraktowali ten marny występ jako wyjątkowo zabawny żart! – rzekła z ironią Leda.
- Oho! Potwór otwiera paszczę! – powiedział po chwili Dolarius, obserwujący statek nieprzyjaciela. – Czy możemy użyć drugiego pocisku?
- Niestety nie – stwierdził załamany dowódca.
Gładka, czerwona powierzchnia krążownika wybrzuszyła się, a następnie rozwarła się niczym szczęka, wykonana z plasteliny. Cała załoga wstrzymała oddech, bowiem oczom bezbronnych Ziemian ukazało się dziwne działo, przypominające trochę najnowsze wyrzutnie laserowe. Skupiona wiązka zielonego światła uderzyła w statek, wywołując kolejny nieprzyjemny wstrząs. Wszyscy przywarli do podłogi. Promień rozszczepił się, wytwarzając sieć wokół "Komety".

- Już po wszystkim? – zdumiał się Kreegs. – Przecież nic nam nie zrobili.
- Jesteś pewien? Spróbuj… ruszyć … ręką – powiedział z trudem Dolarius.
- Nie mogę!
- Przykleili nas do podłogi – rzekła Kersova, uśmiechając się sztucznie. – Jak miło… ale chyba mogło być gorzej, prawda?
- Przynajmniej pozwolili nam na porozumiewanie się ze sobą – odezwała się Amanda. – Teraz już wiem, co czuje kamień. Komandorze Layer, wszystko w porządku?

Na chwilę zaległa grobowa cisza.
- Komandorze? – powtórzyła dziewczyna.
- Prawdopodobnie stracił przytomność – rzekła Leda. – Dobrze… W takim razie, sprawdzam obecność… Kreegs?
- Żyję, pani porucznik… ledwie, ale jeszcze się trzymam…
- Dolarius? – rzuciła Kersova.
Wezwany nie zameldował się.
- Dott Dolarius! Słyszy mnie pan? – powtórzyła z naciskiem.
Odpowiedź jednak nie dotarła do niej.
- Mamy zatem dwóch rannych na pokładzie… - skwitowała pani kapitan.
- Co teraz? – zapytała ze strachem Amanda.
- Czekamy…

Czas dłużył się niemiłosiernie. Członkom załogi „Komety” zdawało się, że tkwią w bezruchu od kilku dni, jednak w rzeczywistości spotkanie z ogromnym, obcym obiektem miało miejsce zaledwie godzinę temu. Na pokładzie ziemskiego statku kosmicznego zalegała napięta cisza, która w połączeniu z niebotyczną ciemnością potęgowała uczucie wszechogarniającej próżni. Nikt nie śmiał ukrócić tego stanu rzeczy. Wszyscy czekali, nasłuchując w skupieniu.

Nagle rozległ się przeraźliwy pisk, towarzyszący zwykle zjawisku wzajemnego napierania na siebie ciężkich, metalowych płyt. „Kometa” niemal w całości zbudowana była urnulminium, które okazało się najodpowiedniejszym surowcem do produkcji wszelkiego rodzaju obiektów kosmicznych. Jednakże zespolenia kolosalnych bloków tego materiału, chociaż wykonane z niezwykłą precyzją i starannością, reagowały na gwałtowne zmiany prędkości, bądź wysokości.
- Słyszeliście? – rzucił w ciemność Kreegs.- Statek znacznie zwolnił… Dlaczego?
- Nie wiem – odparła Leda. – Czy Layer i Dolarius nadal są nieprzytomni?
- Nie wiem… Pułkowniku, czy wszystko z panem w porządku? – zawołał półgłosem informatyk, lecz podobnie jak przed godziną – odpowiedziała mu głucha cisza. – A ty, Dott?
Możesz mówić?
- Tak… żyję… jeśli o to… chodzi – jęknął wezwany. – Co się… stało? Gdzie… jesteśmy? Czy nadal…nic nie… działa?
- O nic nie pytaj… - odezwała się Kersowa. – Kimkolwiek są, pozostajemy zdani na ich łaskę. Nie możemy uciec, ani nawet… poruszyć się. Jesteś ciężko ranny?
- Czuję ból… w klatce piersiowej, ale… poza tym chyba… wszystko w normie.

Ponownie zapadła cisza, którą mąciły tylko ciężkie, świszczące oddechy Dolariusa. Pozostali członkowie załogi zastanawiali się gorączkowo nad wyjściem z beznadziejnej sytuacji, jednak rozwiązanie wydawało się niedostępne, ciągle się wymykało. A jeśli nie uda się im wyrwać
z mocy obcych? Co wtedy? Czy będą skazani na powolne konanie z głodu i pragnienia? Te
i inne pytania pozostawały bez odpowiedzi. Może lepiej nie szukać ich za wszelką cenę?

Nagle dał się słyszeć odgłos, przypominający syk powietrza.
- Ktoś otworzył śluzę – oznajmił ze zgrozą Kreegs.
- Jesteś pewien, Martin? Może to tylko jakiś uszkodzony sprzęt – odezwała się z obawą
w głosie Amanda.
- Nie… Posłuchaj uważnie… teraz znów jest cicho. Są na pokładzie! Nie zdziwiłbym się, gdyby zaraz zapaliły się wszystkie światła.
- Znajdą nas? – zapytała Amanda, lecz natychmiast zorientowała się, iż zabrzmiało to dziecinnie i beztrosko, toteż umilkła i wbiła wzrok w nieprzeniknioną otchłań ciemności.

Przypuszczenie młodego informatyka okazało się trafne. Niebawem uruchomił się komputer pokładowy. Towarzyszyła temu seria krótkich, przenikliwych tonów. Zamigotały światła. Upłynęło kilka sekund, zanim lampy aktrowe zaczęły działać prawidłowo, jednak w dalszym ciągu żaden z członków załogi nie mógł nawet rzucić okiem na otoczenie. Ludzie byli przykuci do podłoża, rozgrzanego ciepłem ich ciał. Zawzięcie usiłowali lepiej zorientować się w zaistniałej sytuacji, lecz wszelkie starania spełzły na niczym. Wszystko wydawało się zwyczajne, dokładnie takie samo, jak przed awarią całego systemu.

Nagle dał się słyszeć odgłos kroków. Dochodził z korytarza, łączącego pokład główny ze spichrzem. Ziemianie wstrzymali oddechy. Coś się zbliżało, a oni nie mogli nic zrobić, wykonać choćby najprostszej czynności. Po chwili elektroniczne drzwi rozsunęły się bezszelestnie. Dokładnie w tym samym momencie wszyscy członkowie załogi "Komety" odzyskali zdolność panowania nad własnymi ciałami. Czuli się dziwnie, poruszając zdrętwiałymi kończynami. Amanda podniosła się z podłogi i stanęła na trzęsących się nogach.
Dopiero teraz spostrzegła trzy obce postaci.
Obcy, przypatrujący się w tej chwili astronautom stanowili zupełne przeciwieństwo powszechnego mniemania o istotach pozaziemskich. Podobnie jak ludzie – posiadali jedną parę kończyn dolnych. Byli wysocy i silnie zbudowani. Nieduże głowy zdawały się wyrastać bezpośrednio z masywnych barków. Przybysze łypali złowieszczo podłużnymi, żółtymi ślepiami. Wręcz nieprawdopodobny wydawał się brak nosa lub jakichkolwiek otworów wymiany gazowej. Całą twarz obcego pokrywała, czerwonawa skóra. Z tułowia natomiast wyrastały trzy pary ramion, zakończonych trójpalczastymi dłońmi, ukrytymi w rękawicach uszytych z tego samego tworzywa, co kombinezon.

- Dlaczego weszliście na pokład tego statku, nie powiadamiając uprzednio jego załogi o swoich zamiarach - odezwała się beznamiętnie Leda Kersova, uznając wstęp za zbędny element wypowiedzi.
- Jesteście Ziemianami? – zapytał jeden z trzech przybyszów, nie zwracając uwagi na słowa Ledy.
- Tak – odrzekł Kreegs zdumiony znajomością przez obcych jerwilskiego, stosowanego powszechnie na błękitnej planecie. – Czego chcecie?
- Milcz. Ja będę zadawał pytania – oznajmił władczym tonem kosmita. – Bardzo dziwi nas wasza obecność tutaj. Wnioskuję, że cywilizacja ludzi rozwinęła się znacznie, od czasu naszego pobytu na Ziemi. Nie było to dawno. Ale nie o tym chciałem mówić. Naruszyliście przestrzeń kosmiczną archipelagu Nerkrirtun, dlatego was pojmano. Czego tu szukacie?

- Nasza ekspedycja ma za zadanie zbadanie kosmosu w celu odnalezienia inteligentnych form życia, a także interesujących, nieopisanych przez ludzi zjawisk – wyrecytował na jednym tchu Dolarius.
- Inteligentnych form życia… - powtórzył dowódca obcych. - Wydaje mi się, że Cyklopi zaliczają się do nich… więc ludzie nie kontaktują się z przedstawicielami innych ras?
- Nie ma ich w pobliżu naszej galaktyki, a dopiero odkrycie właściwości tuneli czasoprzestrzennych umożliwiło nam szybkie pokonywanie ogromnych odległości – tym razem odpowiedziała Amanda.
Przybysze spojrzeli na nią z uwagą. Następnie jeden z nich odezwał się z kpiną w głosie:
- Ten fakt nie zwalnia was jednak z odpowiedzialności… - w połowie zdania dowódca przerwał mu, podnosząc rękę na znak, iż pragnie coś powiedzieć.
- To prawda. Musicie ponieść konsekwencje wtargnięcia na nasze terytorium kosmiczne.
- Przecież nie byliśmy tego świadomi! – zaprotestowała Kersova.

- To nic nie zmienia. Takie jest nasze prawo, ustanowione przez Radę Dziesięciu Mędrców. Musimy się do niego stosować. Zostaniecie osądzeni przez Zgromadzenie. Do tego czasu pozostaniecie w niewoli. Nie macie wyboru…
- Nie możemy się zgodzić. To posunięcie spowoduje znaczne opóźnienie w naszej podróży – obruszył się Dolarius. – Poza tym, mamy na pokładzie ciężko rannego!
- W takim razie już nigdy nie powrócicie na Ziemię – wycedził dowódca Cyklopów. – Wasz statek zostanie zniszczony, a wy wraz z nim!
- Nie! – krzyknęła Amanda, po czym zwróciła się do pozostałych członków załogi „Komety” – Bądźcie rozsądni! Przecież mamy do wykonania ważną misję. Musimy przekazać ludzkości doświadczenia z naszej wyprawy bez względu na wszystko. To konieczne! Nie możemy zginąć na samym początku! Udamy się na Nerkrirtun. Nie warto ryzykować.
- Co masz na myśli, mówiąc o ryzyku? – zapytała cicho, z ironią Leda.
- Nie pogarszajmy sytuacji – szepnęła Amanda.
- Mądre słowa – odezwał się z uznaniem dowódca obcych.
- W jaki sposób dostaniemy się na waszą planetę?
- Za pomocą jednego z tuneli czasoprzestrzennych. Teraz wrócimy na pokład naszego krążownika. Dla bezpieczeństwa odłączymy zasilanie, ale pozostawimy wam zdolność ruchu.

Dowódca odwrócił się powoli od patrzących nań z uwagą i niedowierzaniem Ziemian. Podobnie postąpili dwaj jego towarzysze. Po chwili "wrota" pokładu głównego "Komety" zasunęły się za nimi bezszelestnie. Cichnący odgłos kroków przekonał załogę, że obcy rzeczywiście opuszczają statek. Następnie rozległ się trzask zamykanej śluzy głównej. Nie minęła minuta, a statek ponownie znalazł się w ruchu, ciągnięty przez kolosa z roziskrzonej, czerwonej materii. Światła zgasły, komputer również nie działał. Tylko oddechy mąciły ciszę. Nikt się nie przemieszczał, chociaż Cyklopi dotrzymali słowa i nie skrępowali ciał jeńców polem siłowym. Co robić? O czym rozmawiać? Na co czekać? Te pytania pozostawały bez odpowiedzi, ponieważ rozwiązania przeważnie rodzą nowe wątpliwości. Członkowie załogi "Komety" zastanawiali się nad tym w przeszywającym milczeniu, a każdy z nich tęsknił do słonecznej Ziemi.

Tagi: Mgławica

Komentarze


Qball
   
Ocena:
0
Słabe. Nierówno napisane, suche opisy, sztywne dialogi. Nie podoba mi się.

Sama historia też nie powala ani oryginalnością ani ciekawą fabuła. Ale próbuj dalej, może kiedyś się uda :)
30-07-2008 15:16
assarhadon
   
Ocena:
+1
"Wyświetliła na ekranie mapy tej części kosmosu. Porównała je ze swoimi materiałami, zabranymi z domu. Otworzyła usta za zdumienia i strachu. Dopiero w tej chwili naprawdę dotarło do niej, jak ogromny jest wszechświat. Oblał ją zimny pot." - To zdanie jest trochę.....bez sensu w tym opowiadaniu. To myślała wczesniej, że jest mniejszy?!? Jesli w ogóle można stosować taką skalę w odniesieniu do kosmosu. Ogromny to może byc....e, nie powiem.
"- Jesteśmy sami w części kosmosu nieznanej ludziom – poprawiła go spokojnie Amanda." - nagle jest spokojna? Brak konsekwencji!
Dalej.....
"- O mój Bo… - zakrzyknął Kreegs. – Co to, u licha, jest?
W niewielkiej odległości od statku znajdował się krążownik, a właściwie jego widoczna część." - Skąd wiadomo, że to krążownik? Członkowie załogi nie wiedzą, a narrator wkrada się do tekstu właściwie wtedy, kiedy nie trzeba!
"Cała załoga wstrzymała oddech, bowiem oczom bezbronnych Ziemian ukazało się dziwne działo, przypominające trochę najnowsze wyrzutnie laserowe." - kolejne koślawe zdanie. Niby statek obcych, a działo trochę znane? Litości.....
Dalej.....
"- Przynajmniej pozwolili nam na porozumiewanie się ze sobą – odezwała się Amanda. – Teraz już wiem, co czuje kamień." - Kamień? Co to niby ma być? Czyzby w rzeczywistości bohaterów opowiadania kamienie miały uczucia?
"Ludzie byli przykuci do podłoża, rozgrzanego ciepłem ich ciał" - nawet w sf konsekwencja takiego założenia i zdania da się przewidzieć. Budulec statku kosmicznego tak łatwo się nagrzewa....?
A tak w ogóle to kiepski tekst. Autor nie wykazuje się żadną wiedzą na temat, o którym pisze. Nawet opis mgławicy, który w ząłożeniu miał byc czymś ciekawym, okazał się mdły. Narrator i dialogi mieszają się dość chaotycznie. Jedynie redakcja tekstu poprawna, chociaż jest jedna literówka.

03-08-2008 06:54
earl
   
Ocena:
0
Ten tekst móglby być ciekawszy gdyby miał początek i koniec, a tak wygląda jakby był wyrwany z jakiejś większej całości
Ponadto kilka innych uwag:
a) brak logiki - na początku XXIII wieku stworzono statek kosmiczny mający prędkość światła, tymczasem akcja dzieje się w sierpniu 2201 roku, czyli w 1 roku owego XXIII wieku, kiedy więc mogły mieć miejsce owe liczne eksperymenty, o których Autorka wspomina?
b) pomieszanie stopni wojskowych - komandor jest wprawdzie odpowiednikiem pułkownika w marynarce wojennej i lotnictwie morskim (w fantastyce również we flocie kosmicznej), ale jest to jednak odrębny stopień i nie można ich mylić, to tak jak powiedzenie, że Hillary Clinton to minister spraw zagranicznych a nie sekretarz stanu, mimo, że obie funkcje są równoznaczne
c) co to jest język jerwilski? jakieś nowe esperanto? z jakiego korzenia językowego się wywodzi?
30-07-2009 15:28

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.