string(15) ""
» Blog » Ma ostatnia wypowiedź w sprawie feminizmu - wspomnienia i refleksje
04-09-2012 03:37

Ma ostatnia wypowiedź w sprawie feminizmu - wspomnienia i refleksje

Odsłony: 621

EDIT2: Pod ciekawą notką inatheblue, odnajdziecie komentarz Jade Elenne napisany w podobnej do mojego wpisu konwencji - dowód na to, że to, co napisałem, da się wyrazić krócej, ładniej i ciekawiej. : ) Polecam. EDIT: Okazuje się, że Poltercode nie przepuścił myślników i cudzysłowów. Nie wiedziałem o tym. Próbuję przebudować wpis, niemniej przepraszam czytelników za niewygodę odbioru. W polterokolicach pojawiło się w ostatnich miesiącach sporo uwag na temat feminizmu. Temat jest o tyle modny, że ma swoją zwartą grupę hejterów, którzy wypełniają większość pęczniejących i zachęcających do zabrania komentarzy przy każdej sposobności. Jestem w potrzebie zebrania myśli i wydarzeń, które do nich doprowadziły. Tematy feministyczne pełnią w mym życiu dość istotną rolę już od dawna. Często tę rolę staram się opisać podczas rozmów. Notka ta mi pomóc mi wyklarować, co właściwie się stało, że pomimo definicyjnego przyporządkowania, nie chcę być z feminizmem utożsamiany. Dlaczego? Przez czas licealny sam siebie określałem feministą. Trochę humorystycznie, gdyż forma męska wtedy nie była spotykana, niemniej rozumiałem feminizm tak:
  • kobiety w kulturach świata są i były traktowane gorzej, niż mężczyźni;
  • według źródła moich poglądów etycznych, moralnych (Biblii), wszyscy ludzie są sobie równi. Kobiety są inne, niż mężczyźni, ale są im równe;
  • należy więc walczyć z przejawami nierówności oraz nie zgadzać się na ignorowanie problemu.
Zaglądając teraz do SJP, widzę: ruch na rzecz prawnego i społecznego równouprawnienia kobiet; też: ideologia leżąca u podstaw tego ruchu Wydaje mi się więc, że choć miałem spojrzenie niewłaściwie z perspektywy źródła, ogólne dążenie było wspólne. Co ważne, moje sympatie do problemu nabrałem już w podstawówce, stykając się ze zjawiskiem sufrażystek. Niektóre ich działania, jak palenie staników, bawiło mnie, niemniej opis praw kobiet z czasów walk o równouprawnienie i tragiczne śmierci działaczek stawiały je w mych oczach na równi z męczennikami biblijnymi, z bohaterkami, które były w stanie oddać życie za ideę (jak to Korwin-Mikke wspominał, obecnie największą wartością europejską jest życie - kiedyś życie oddawano za inne idee. Coś w tym jest). Bardzo to ceniłem. Dochodziło do mnie sporo plotek, informujących, że feministki z sufrażystkami nie mają za wiele wspólnego. Były to głównie prześmiewcze bzdury, jak dodawanie żeńskich końcówek (co w liceum bardzo mnie bawiło) i moje stanowisko zarysowało się tak:
  • nie zdarza się w moim gronie, by kobiety były prześladowane;
  • istnieje ogólna zgodność, że feministyczne cele są uzasadnione i ludzie raczej się z nim zgadzają;
  • niektóre osoby jednak doprowadzają problem do absurdu, są jednak taką samą mniejszością, jak terroryści i wielu kretynów, których spotykam na co dzień;
  • nie powinienem więc patrzeć na mniejszość i przez nią oceniać ogół;
  • nie mam więc problemów z utożsamianiem się z feminizmem;
  • feminizm jest cool, a o kretynach zapomnijmy.
Ah, liceum. Dzieci są słodkie. Poszedłem jednak na filologię polską. Tam okazało się, że faceci stanowią koło 10% uczelni (na początku moich studiów rekordowe 30% - chyba). Dosyć szybko się zorientowałem, że osoby, z którymi miałem najczęściej kontakt, z feminizmem nie mają nic wspólnego. Co więcej, okazało się, że większość moich nowych znajomych feminizmu nie lubi. Początek studiów jest więc momentem, gdy starałem się uzasadnić konieczność istnienia feminizmu współcześnie. Rzadko do tego dochodziło, niemniej starałem się ogólnie tej ideologii bronić. Doszła do mnie jednak świadomość, że na FP UAM istnieje osobna katedra feministyczna i że jest to wątek, który jest dość modny. Każdy o feminizmie Cośtam musiał się dowiedzieć. Tyle, że moda ta została akurat wyparta przez postkolonializm. Rok pierwszy był więc rokiem łagodnym, przerzedzonym mymi prostackimi próbami ochrony feminizmu. Oj, było przed czym bronić. Okazało się bowiem, że moje pokolenie przejawia nową modę, modę poPRL-owskiego konserwatyzmu. Nie mówię, że Wszyscy i Zawsze, niemniej zdecydowana większość osób na mej uczelni deklarowała ogólną prawicowość, praworządność (jasne, studenci, ta) i tradycjonalizm. Wykładowcy informowali, że koło dwudziestu lat temu niemal wszystkie studentki (studenci byli rozsądnie konformistyczni) deklarowały lewicowość, anarchizm i feminizm jako główne wyznaczniki światopoglądu. Ponoć atmosfera w trakcie zajęć zmieniła się znacznie. Na bok odkładając kwestię regularnie opadających kompetencji, będących efektem tragicznego, polskiego szkolnictwa. Zaczęło więc być i tak, że na zajęciach prowadzonych dla dwudziestu osób, żadna nie deklarowała się ze swym feminizmem. Ja również przestałem. Nie jednak dlatego, że z fundamentem feministycznym nikt się nie zgadzał. Okazało się jednak, że feminizm jest kwestią tożsamości. Na roku trzecim bowiem coraz częściej do mnie docierały niepokojące słuchy o przegięciach współczesnych feministek (świadomość, że ta 'współczesność' ciągnie się od paru dekad, doszła do mnie później). Oto przykłady:
  • osoby piszące licencjat feministyczny mają zajęcia o języku akceptowanym przez gabinet krytyki feministycznej. Najradośniejszy przykład, jaki zapamiętałem, brzmiał: zwrot 'artysta był w szczytowej formie' jest na tyle nacechowany erotycznie, że nie wolno go używać. Język ten z jednej strony świadczy o bardzo dogłębnej refleksji, z drugiej jednak osiągnął poziom absurdu;
  • feminizm okazał się być dość mocno związany z kulturą tolerancji wobec homoseksualistów, transseksualistów i innych zjawisk, które dość mocno stoją w sprzeczności z tym samym źródłem, które dla mnie było podstawą dla młodzieńczej wiary w feminizm - Biblią. Okazało się więc, że feminizm dość mocno bije po łapach konserwy takie, jak ja;
  • pani doktor prowadząca zajęcia z literatury dwudziestowiecznej okazała się ograniczyć tematykę do literatury stworzonej przez kobiety, Żydów i gejów. Jedna ze studentek spytała, czy oznacza to, że jeżeli ktoś miał nieszczęście urodzić się heteroseksualnym mężczyzną z rodziny gojów, i napisał wspaniały tekst, staje się już niewart zainteresowania? Pytanie zostało przemilczane;
  • okazało się, że feministki da się rozpoznać przy pierwszym spotkaniu. Miałem przez pewien czas manierę całowania kobiety w dłoń na przywitanie (nie jednak po prezydencku, czyli miast podnosić dłoń do twarzy, schylałem się ku ręce). Komentowane to było różnie - z humorem zazwyczaj, czasem wyraźnym powiedzeniem, że jest to słodkie lub że uważa się to za niestosowne. Proste. Zdarzyło mi się jednak napotkać taki wyraz twarzy (żadnego słowa), który sprowokował mnie do podjęcia tematu feminizmu. Okazało się, że ma nowa znajoma, cytuję, 'uważa się za feministkę'. Zrozumiałem więc, że feministki nie lubią jeżeli okazuje się im szacunek. Lubią za to, gdy traktuje się je jak mężczyzn. Wydaje się to seksistowskie.
Zacząłem dostrzegać, że:
  • feminizm jest pełny przejaskrawień,
  • feministki często nie szanują kobiecości, tylko wymuszają na kobietach, by były takie same, jak mężczyźni. Bardzo mnie to niepokoiło.
Na szczęście jednak trafiłem do przemiłej pani doktor, prowadzącej zajęcia z pedagogiki. W przeciwieństwie do wielu feministek, ubierała się w spódnice i chociaż zdarzała się mnie bawić niektórymi stwierdzeniami (na przykład, że jest "wrogiem szczepień". Nie wiem, jak można być ich wrogiem. Ja po prostu nie biorę szczepionek, ale nie wzbudza to we mnie GNIEWU), prowadziła świetne zajęcia i jedynie delikatnie sygnalizowała, że jest feministką. Poprowadziła też specjalne zajęcia dla chętnych, podczas których od razu zaznaczyła, że będzie puszczać feministyczne filmy dokumentalne. Były one fascynujące, a Kiling Us Softly 3 wydał mi się objawieniem (przykład: zazwyczaj w reklamach pokazuje się dzieci w podobnym wieku, jednak chłopcy zawsze są więksi, choć biologia zakłada, że dziewczynki rozwijają się szybciej. Chłopcy są też przedstawieni jako górujący nad dziewczynkami. Serio, obszerny materiał dowodowy). Jednocześnie była w stanie podziękować za przepuszczenie jej przez drzwi, bez informowania, że w ten sposób okazuję swoją dominację. (: D takich słów nie mógłbym użyć w literackiej krytyce feministycznej) Była więc kobietą, która po prostu wzbudzała mój szacunek swym rozsądkiem i zachęciła mnie jeszcze raz do uważania się za feministę. Na roku trzecim też zacząłem się fascynować zjawiskiem językowego obrazu świata (JOŚ). Zrozumiałem też ten aspekt perspektywy feminizmu. Uznałem, że jest w nim sporo przesady, ale ogólny obraz jest sensowny, choć proponowane zmiany często niedorzeczne i świadczące o selektywności wiedzy. Selektywność informacji zresztą okazała się być niezwykle obecna w rozmowach okołofeministycznych. Zaczęto mi jednak zwracać uwagę, że feminizm ma tak wiele odmian, że prawie każdy pogląd, który jako-tako ogarnąłem, de facto pochodzi z innej szkoły feministycznej, które często się ze sobą sprzeczają i mówić o niektórych feministach, że są tego samego worka, co feministki z innego nurtu, to jak mówić o katolikach, że są protestantkami. Zrozumiałem więc niedawno, że podobnie, jak nie istnieje chrześcijaństwo, tak i nie istnieje feminizm. Podobnie, jak istnieje tylko kategoria religii chrześcijańskich, tak samo istnieją feminizmy. Od tego momentu zawszę mówię o feminizmach, rzadko kiedy o feminizmie. Rozmówcy często mi zwracają uwagę: 'ale tak jest tylko w szkole jndghgjksg'. Not anymore, przygotowałem się na to. Liczba mnoga jest bronią na ich własnych warunkach. Ah, no tak. Poznałem Petrę Bootman. Moje feministyczne okno na świat w Internecie. Bardzo często pytałem Petrę o różne zagadnienia feministyczne, zazwyczaj otrzymywałem ogólniki wskazujące, że za bardzo brakuje mi kontekstów, by o tym rozmawiać. Albo moje pytania dotyczyły zagadnień na tyle nietypowych, że sama nie miała przekonującej odpowiedzi. Petrę ceniłem bardzo wysoko jako osobę interesującą się grami niezależnymi i otwartą na dialog i wymianę myśli. Doszło więc do sporej dla mnie przyjemności - Petra zadeklarowała chęć skorzystania z mych zaprosin i wraz ze swym znajomym nocowali u mnie podczas poznańskiego Polconu. Co prawda nie byłem dobrym gospodarzem (prawda jest taka, że nie bardzo lubię kontakt z ludźmi, zwłaszcza, gdy ten kontakt ma sprawić, że będę spał tylko trzy godziny), jednak miałem okazję dostrzec parę hm dziwnych zachowań, obok których nie potrafiłem przejść obojętnie. Jeden przykład wystarczy. Zadeklarowałem się przenieść zakupy Petry ze spożywczaka do mej rezydencji. Spotkało się to z tzw. krępującą ciszą (mi tam cisza nie przeszkadza, im mniej mówię, tym na mniejszego błazna wychodzę), gdyż, jak Petra stwierdziła, trudno ocenić mą propozycję. Co bowiem, jeżeli jest próbą ukazania przewagi, wywyższenia się? Było to dla mnie jak solidny cios, a raczej - kubeł wody (zimnej? Może być zimna, w każdym razie miła nie była). Okazało się bowiem, że feminizmy sprawiają, że niektórych ludzi trzeba traktować, cóż, specjalnie. Trzeba ważyć każde słowo, każde zachowanie, uważać, gdyż jakkolwiek dobrą wolę chce się wykazać, może to zostać przyjęte z urazą. Wojna umysłów. A wprowadzanie takich podziałów - na ludzi Specjalnych i normalnych - nie jest zbyt, cóż, równościowe. Wydaje się, że moje gospodarzenie (nie mam tu na myśli tylko noszenia zakupów : P) było na tyle karygodne, że Petra przestała ze mną utrzymywać kontakt. Trudno mi się dziwić, choć i szkoda. Rok czwarty studiów był jednak ARGH. W semestrze pierwszym miałem przyjemność natrafić na grupę feministek podczas zajęć z tzw. współczesnego życia literackiego. Nie mogłem wręcz usiedzieć. Nie chodzi nawet o wygłaszanie poglądów, ale osoby te były po prostu nie do zniesienia. Oczywiście zawsze można wskazać gnojów w obrębie każdej ideologii, nie będę jednak ukrywał, że cechy osobowości tej brygady mnie zniechęcały do zajęć. A że znałem takich osób coraz więcej, nie potrafiłem się wyzbyć uprzedzeń wait what? Tak, kontakt z feministami i feministkami (zaczęto mnie uczyć, że taka podwójna forma jest bardziej cool) zaczął sprawiać, że przestałem ich/je lubić i zacząłem ich/je zamykać w stereotypach. Po osobie, która potrafiła dość długo rozmawiać 'w obronie' feminizmów (nie, żeby to akurat moja obrona była im potrzebna), zostało już niewiele. Z ciekawości poszedłem nawet na spotkanie Koła Genderowego (czy czegoś w tym stylu) dotyczące feministycznych wątków żywych w Antygonie (dokładnie tak). Nie chcę się rozwodzić. Parafrazując Herberta, miałem nadzieję poznać innych ludzi, inne języki, inne cierpienia. Wszystkiego dostałem pod dostatkiem. Jakaś genialna feministka napisała książkę, że Antygona żywiła do brata kazirodcze zapędy i tym podobne. Jako jednak, że krytyka literacka ssie, nie będę w nią wchodził (ha, erotyczny język!). Gorzej jednak było na semestrze drugim. Tak się bowiem zdarzyło, że niespodziewanie (NIESPODZIANKA!) przez nieco ponad trzy godziny zegarowe, od ósmej rano, co piątek, zaczęły mnie uczyć pracowniczki gabinetu krytyki feministycznej. Było to nie do zniesienia. Zdarzyło mi się mieć zajęcia z prawicowcem, który podczas zajęć potrafił wspomnieć coś o męczennikach smoleńskich i obrońcach wiary. Nie znoszę czegoś takiego. Moje ulubione zajęcia to te, na których prowadzący ukazuje różne perspektywy i przedstawia szereg problemów i wątpliwości, które mają zachęcić słuchaczy (słuchaczki?) do rozważań. Narzucanie zaś w niesubtelny sposób własnych poglądów mnie razi, niezależnie, czy się z nimi zgadzam. Feministki są z zupełnie innej beczki. Warsztat tłumacza? Będziemy tłumaczyć akapit z artykułu Hélne Cixous czy lesbijski list miłosny z połowy dziewiętnastego wieku autorstwa Emily Dickinson. Owszem, teksty te były uzasadnione pod względem trudności tłumaczeniowych, aczkolwiek nie sposób odrzucić myśli, że jest tu coś w rodzaju indoktrynacji. O tym, że zajęcia były przeprowadzone przenudno, nie warto wspominać. Redakcja tekstu na technikach pisarskich? Może tekst o gender-terrorze? Może artykuły z komicznego podręcznika Twórcze pisanie dla młodych panien? A tam subtelna wskazówka: skoro cudzoziemiec jest w obcej i nieprzyjaznej mu kulturze, to i każda kobieta jest cudzoziemcem (true storry, parafrazuję podręcznik do twórczego pisania). Gdybym chciał chodzić na lekcje religii, chodziłbym na nie, gdy miałem okazję w gimnazjum (nie chodziłem ; )). Nie potrzebuję, by podczas zajęć przekładowych ktoś mnie nawracał. Nie było to zresztą tylko moim odbiorem. Zajęcia te cieszyły się powszechnie złą opinią i ludzie (czyt. gromada studentek i ja) wychodzili z nich wycieńczeni. (Tu ciekawostka. Na filologii polskiej do facetów często się mówi per 'pani', a koleżanki mówią 'czytałaś x?'. Można się przyzwyczaić. Feministki potrafiły tu jednak wejść na zupełnie nowy poziom, jak absolutne zignorowanie mnie jako części podmiotu zbiorowego i niemal nieustanne mówienie przy piętnastoosobowej grupie niewiast per 'co panie uważają' (co było dla mnie wskazówką, że mam się nie odzywać), lub konstrukcja niezwykła: 'nie wiem, czy pan czytała'. Wow.) Zbliżam się powoli do ostatnich flejmów. Beacon, śmieszny jak zawsze, odkopał temat dwuczęściowej fleksji. Wielu obrońców tematu próbowało się wypowiedzieć, ale nie będę ukrywał: z początku trollując, czekałem, aż ktoś choć częściowo wyjaśni, jaka jest geneza tego problemu. Nikt tego nie zrobił, choć plusiki padały gęsto (ja byłem zdecydowanie po stronie anty). Wreszcie uznałem za konieczne, by obronić feminizmy po raz kolejny i wydaje mi się, że spisałem najbardziej konstruktywny post wśród komentarzy - wyjaśniający, czym jest wspomniany już JOŚ i pokazując jego wpływ. Nie dostałem jednak plusików, gdyż strona obrońców już zdążyła się do mnie uprzedzić (co jest zrozumiałe). (Tu ciekawostka. Za plusiki na Polterze zbiera się punkty konieczne do reinkarnacji. True storry.) Nie mogłem porzucić jednak myśli: potrafię lepiej wyjaśnić niektóre poglądy feministyczne, niż sami utożsamiający się z zagadnieniem. Może im się nie chciało. A może faktycznie istnieją takie wątki tej ideologii, gdzie posiadam lepsze przygotowanie merytoryczne. W takiej sytuacji byłoby to bardzo smutne. Tyle, że mając lepsze (?) przygotowanie, potrafię się nie zgodzić z wnioskami. Mimo wszystko. W międzyczasie pojawiło się coraz więcej przejawów aktywności Petry i próba skomentowania ich byłaby niepotrzebną złośliwością, nie wymagającą zresztą większej finezji czy refleksji. Coraz trudniej jest mi pisać o wracających do mnie myślach, gdyż zbliżam się do chwili obecnej, do której nie mam jeszcze wystarczającego dystansu. Myślę jednak, że istnieją pewne podsumowania, opisujące mą feministyczną ewolucję:
  • byłem tym bliższy feminizmom, im bardziej nie zdawałem sobie sprawy z ich mnogości. Gdy jako gówniarz wiedziałem tylko o tym co najważniejsze: że jest źle, nierówno i powinniśmy się temu sprzeciwić - potrafiłem się z tym utożsamić. Im jednak bardziej się to komplikuje, tym bardziej się też od tego celu oddala;
  • byłem tym bliższy feminizmom, im mniej znałem feministek. Nie chodzi nawet o feministów/feministek, tylko po prostu o feministki. Okazało się bowiem, że im więcej ich znam, tym bardziej potwierdzają stereotypy, z którymi starałem się walczyć, a których nie potrafię zaakceptować. Aktywne feministki zazwyczaj są nie do zniesienia, zaś te 'fajne' są wyjątkami;
(Tu ciekawostka: nim napisałem ten nawias, istniała ogromna szansa, że ktoś wyciągnie ten fragment o 'fajności' z ogólnie ironicznego charakteru tego wpisu i uzna go za przejaw wiary we własną wszechwiedzę i dowód niedojrzałości oraz chęci oceniania ludzi bez obiektywnych kryteriów. True storry.)
  • byłem tym bliższy feminizmom, im bardziej nie znałem wynikających z nich aktywności. Ulotki i filmy są mniejszym problemem, zwłaszcza, że niektóre naprawdę mnie potrafią zainteresować. Ale gdy podczas rozmowy w obronie feminizmu ktoś mi powie: a co, drogi aureusie (heh, to 'drogi' to dla ściemy) z Ukrainkami zdejmującymi staniki?, czuję się bezbronny. Sztuka feministyczna, jakieś Marie Peszek - nie potrafię się w tym odnaleźć.
(Tu ciekawostka. Maria Peszek wydaje też poezyje. W tomiku Maria Awaria daje foty swego ciała. Jest w nich coś budzącego niepokój. Tym czymś jest jej ciało. Oto przykładowy tekst: 'przechuj'. Koniec tekstu. True storry.) Nie mam dość kompetencji, by oceniać środowiska feministyczne i opisywać, jak powinny one wyglądać. Sam tego nie wiem. Wiem jednak, że feminizm zakłada, że w nas zakorzeniona jest nierówność, którą należy wyplenić. We mnie było poczucie równości, które feminizm zakłóca. I zabił kolejny przejaw dziecięcego idealizmu.

Komentarze


dzemeuksis
   
Ocena:
+1
@ment

Święta racja. [autocenzura: flejmogenną resztę usunąłem; a co mi tam :)]
04-09-2012 20:36
38850

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Mówisz i masz, kbenderze. Dwa do tyłu wystarczą.
04-09-2012 21:35
Szary Kocur
   
Ocena:
+3
Bardzo mądra notka. Zgadzam się z nią w całej rozciągłości.

A teraz wszystkim naiwnym ku przestrodze, bo (jak widzę) przyswajalność faktu jest niska: Zigzak nie trolluje. On zanęca.
04-09-2012 22:16
Aure_Canis
   
Ocena:
+9
Wracają komentarze.
05-09-2012 14:36
Aure_Canis
   
Ocena:
0

Lol że to pojawiło się właśnie na głównej.

06-11-2014 10:42
Adeptus
   
Ocena:
0

Notka ciekawa i inteligentna. Ale...

okazało się, że feministki da się rozpoznać przy pierwszym spotkaniu. Miałem przez pewien czas manierę całowania kobiety w dłoń na przywitanie (nie jednak po prezydencku, czyli miast podnosić dłoń do twarzy, schylałem się ku ręce). Komentowane to było różnie - z humorem zazwyczaj, czasem wyraźnym powiedzeniem, że jest to słodkie lub że uważa się to za niestosowne. Proste. Zdarzyło mi się jednak napotkać taki wyraz twarzy (żadnego słowa), który sprowokował mnie do podjęcia tematu feminizmu. Okazało się, że ma nowa znajoma, cytuję, 'uważa się za feministkę'. Zrozumiałem więc, że feministki nie lubią jeżeli okazuje się im szacunek. Lubią za to, gdy traktuje się je jak mężczyzn. Wydaje się to seksistowskie.

Jakiem prawicowy beton, doskonale rozumiem, że feministkom nie podoba się to, że ktoś fizycznie narusza ich sferę intymności - nawet jeśli intencją jest okazanie szacunku. Gdybym trafił do kraju, w którym za przejaw szacunku uważa się plucie komuś w twarz, to wolałbym, żeby tubylcy nie szanowali mnie przesadnie. I ich dobre intencje naprawdę nie zmieniałyby sytuacji.

Dużo dziwniejsze jest obrażanie się na kogoś, że proponuje przeniesienie zakupów.

Ale gdy podczas rozmowy w obronie feminizmu ktoś mi powie: a co, drogi aureusie (heh, to 'drogi' to dla ściemy) z Ukrainkami zdejmującymi staniki?, czuję się bezbronny.

Tajemnicą dla mnie pozostaje, jak jakaś kobieta mogła wpaść na pomysł, że obnażanie się to dobry sposób na wywieranie presji na facetach. "Ty męska szowinistyczna świnia, patrz, pokazuję ci cycki! Ostrzegam, jeśli nie nie przestaniesz męsko i szowinistycznie świntuszyć, to pokażę je jeszcze raz!".

06-11-2014 12:50
Aure_Canis
   
Ocena:
+2

"doskonale rozumiem, że feministkom nie podoba się to, że ktoś fizycznie narusza ich sferę intymności"

Absolutnie się z Tobą zgadzam, ja sam już się zmieniłem od czasu napisania tej notki i na różne rzeczy patrzę inaczej.

06-11-2014 13:18
Adeptus
   
Ocena:
0

To przepraszam i dziękuję za wyjaśnienie.

06-11-2014 13:45
Beamhit
   
Ocena:
+5
A tak na boku, dzentelmen nie całuje dłoni, która nie została podana do całowania. Nachalne wywracanie czyjejś dłoni celem jej szarmanckiego wyślinienia jest dużym nietaktem.
06-11-2014 14:20
TO~
   
Ocena:
0

Jeśli przez tę notkę ktoś dwa lata później wzywa do bojkotu "Wiatyka" to...

Tym gorzej dla tego kogoś.

Tak bardzo gorzej :) (kalka językowa zamierzona)

06-11-2014 20:12

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.