string(15) ""
» Blog » Ma ostatnia wypowiedź w sprawie feminizmu - wspomnienia i refleksje
04-09-2012 03:37

Ma ostatnia wypowiedź w sprawie feminizmu - wspomnienia i refleksje

Odsłony: 621

EDIT2: Pod ciekawą notką inatheblue, odnajdziecie komentarz Jade Elenne napisany w podobnej do mojego wpisu konwencji - dowód na to, że to, co napisałem, da się wyrazić krócej, ładniej i ciekawiej. : ) Polecam. EDIT: Okazuje się, że Poltercode nie przepuścił myślników i cudzysłowów. Nie wiedziałem o tym. Próbuję przebudować wpis, niemniej przepraszam czytelników za niewygodę odbioru. W polterokolicach pojawiło się w ostatnich miesiącach sporo uwag na temat feminizmu. Temat jest o tyle modny, że ma swoją zwartą grupę hejterów, którzy wypełniają większość pęczniejących i zachęcających do zabrania komentarzy przy każdej sposobności. Jestem w potrzebie zebrania myśli i wydarzeń, które do nich doprowadziły. Tematy feministyczne pełnią w mym życiu dość istotną rolę już od dawna. Często tę rolę staram się opisać podczas rozmów. Notka ta mi pomóc mi wyklarować, co właściwie się stało, że pomimo definicyjnego przyporządkowania, nie chcę być z feminizmem utożsamiany. Dlaczego? Przez czas licealny sam siebie określałem feministą. Trochę humorystycznie, gdyż forma męska wtedy nie była spotykana, niemniej rozumiałem feminizm tak:
  • kobiety w kulturach świata są i były traktowane gorzej, niż mężczyźni;
  • według źródła moich poglądów etycznych, moralnych (Biblii), wszyscy ludzie są sobie równi. Kobiety są inne, niż mężczyźni, ale są im równe;
  • należy więc walczyć z przejawami nierówności oraz nie zgadzać się na ignorowanie problemu.
Zaglądając teraz do SJP, widzę: ruch na rzecz prawnego i społecznego równouprawnienia kobiet; też: ideologia leżąca u podstaw tego ruchu Wydaje mi się więc, że choć miałem spojrzenie niewłaściwie z perspektywy źródła, ogólne dążenie było wspólne. Co ważne, moje sympatie do problemu nabrałem już w podstawówce, stykając się ze zjawiskiem sufrażystek. Niektóre ich działania, jak palenie staników, bawiło mnie, niemniej opis praw kobiet z czasów walk o równouprawnienie i tragiczne śmierci działaczek stawiały je w mych oczach na równi z męczennikami biblijnymi, z bohaterkami, które były w stanie oddać życie za ideę (jak to Korwin-Mikke wspominał, obecnie największą wartością europejską jest życie - kiedyś życie oddawano za inne idee. Coś w tym jest). Bardzo to ceniłem. Dochodziło do mnie sporo plotek, informujących, że feministki z sufrażystkami nie mają za wiele wspólnego. Były to głównie prześmiewcze bzdury, jak dodawanie żeńskich końcówek (co w liceum bardzo mnie bawiło) i moje stanowisko zarysowało się tak:
  • nie zdarza się w moim gronie, by kobiety były prześladowane;
  • istnieje ogólna zgodność, że feministyczne cele są uzasadnione i ludzie raczej się z nim zgadzają;
  • niektóre osoby jednak doprowadzają problem do absurdu, są jednak taką samą mniejszością, jak terroryści i wielu kretynów, których spotykam na co dzień;
  • nie powinienem więc patrzeć na mniejszość i przez nią oceniać ogół;
  • nie mam więc problemów z utożsamianiem się z feminizmem;
  • feminizm jest cool, a o kretynach zapomnijmy.
Ah, liceum. Dzieci są słodkie. Poszedłem jednak na filologię polską. Tam okazało się, że faceci stanowią koło 10% uczelni (na początku moich studiów rekordowe 30% - chyba). Dosyć szybko się zorientowałem, że osoby, z którymi miałem najczęściej kontakt, z feminizmem nie mają nic wspólnego. Co więcej, okazało się, że większość moich nowych znajomych feminizmu nie lubi. Początek studiów jest więc momentem, gdy starałem się uzasadnić konieczność istnienia feminizmu współcześnie. Rzadko do tego dochodziło, niemniej starałem się ogólnie tej ideologii bronić. Doszła do mnie jednak świadomość, że na FP UAM istnieje osobna katedra feministyczna i że jest to wątek, który jest dość modny. Każdy o feminizmie Cośtam musiał się dowiedzieć. Tyle, że moda ta została akurat wyparta przez postkolonializm. Rok pierwszy był więc rokiem łagodnym, przerzedzonym mymi prostackimi próbami ochrony feminizmu. Oj, było przed czym bronić. Okazało się bowiem, że moje pokolenie przejawia nową modę, modę poPRL-owskiego konserwatyzmu. Nie mówię, że Wszyscy i Zawsze, niemniej zdecydowana większość osób na mej uczelni deklarowała ogólną prawicowość, praworządność (jasne, studenci, ta) i tradycjonalizm. Wykładowcy informowali, że koło dwudziestu lat temu niemal wszystkie studentki (studenci byli rozsądnie konformistyczni) deklarowały lewicowość, anarchizm i feminizm jako główne wyznaczniki światopoglądu. Ponoć atmosfera w trakcie zajęć zmieniła się znacznie. Na bok odkładając kwestię regularnie opadających kompetencji, będących efektem tragicznego, polskiego szkolnictwa. Zaczęło więc być i tak, że na zajęciach prowadzonych dla dwudziestu osób, żadna nie deklarowała się ze swym feminizmem. Ja również przestałem. Nie jednak dlatego, że z fundamentem feministycznym nikt się nie zgadzał. Okazało się jednak, że feminizm jest kwestią tożsamości. Na roku trzecim bowiem coraz częściej do mnie docierały niepokojące słuchy o przegięciach współczesnych feministek (świadomość, że ta 'współczesność' ciągnie się od paru dekad, doszła do mnie później). Oto przykłady:
  • osoby piszące licencjat feministyczny mają zajęcia o języku akceptowanym przez gabinet krytyki feministycznej. Najradośniejszy przykład, jaki zapamiętałem, brzmiał: zwrot 'artysta był w szczytowej formie' jest na tyle nacechowany erotycznie, że nie wolno go używać. Język ten z jednej strony świadczy o bardzo dogłębnej refleksji, z drugiej jednak osiągnął poziom absurdu;
  • feminizm okazał się być dość mocno związany z kulturą tolerancji wobec homoseksualistów, transseksualistów i innych zjawisk, które dość mocno stoją w sprzeczności z tym samym źródłem, które dla mnie było podstawą dla młodzieńczej wiary w feminizm - Biblią. Okazało się więc, że feminizm dość mocno bije po łapach konserwy takie, jak ja;
  • pani doktor prowadząca zajęcia z literatury dwudziestowiecznej okazała się ograniczyć tematykę do literatury stworzonej przez kobiety, Żydów i gejów. Jedna ze studentek spytała, czy oznacza to, że jeżeli ktoś miał nieszczęście urodzić się heteroseksualnym mężczyzną z rodziny gojów, i napisał wspaniały tekst, staje się już niewart zainteresowania? Pytanie zostało przemilczane;
  • okazało się, że feministki da się rozpoznać przy pierwszym spotkaniu. Miałem przez pewien czas manierę całowania kobiety w dłoń na przywitanie (nie jednak po prezydencku, czyli miast podnosić dłoń do twarzy, schylałem się ku ręce). Komentowane to było różnie - z humorem zazwyczaj, czasem wyraźnym powiedzeniem, że jest to słodkie lub że uważa się to za niestosowne. Proste. Zdarzyło mi się jednak napotkać taki wyraz twarzy (żadnego słowa), który sprowokował mnie do podjęcia tematu feminizmu. Okazało się, że ma nowa znajoma, cytuję, 'uważa się za feministkę'. Zrozumiałem więc, że feministki nie lubią jeżeli okazuje się im szacunek. Lubią za to, gdy traktuje się je jak mężczyzn. Wydaje się to seksistowskie.
Zacząłem dostrzegać, że:
  • feminizm jest pełny przejaskrawień,
  • feministki często nie szanują kobiecości, tylko wymuszają na kobietach, by były takie same, jak mężczyźni. Bardzo mnie to niepokoiło.
Na szczęście jednak trafiłem do przemiłej pani doktor, prowadzącej zajęcia z pedagogiki. W przeciwieństwie do wielu feministek, ubierała się w spódnice i chociaż zdarzała się mnie bawić niektórymi stwierdzeniami (na przykład, że jest "wrogiem szczepień". Nie wiem, jak można być ich wrogiem. Ja po prostu nie biorę szczepionek, ale nie wzbudza to we mnie GNIEWU), prowadziła świetne zajęcia i jedynie delikatnie sygnalizowała, że jest feministką. Poprowadziła też specjalne zajęcia dla chętnych, podczas których od razu zaznaczyła, że będzie puszczać feministyczne filmy dokumentalne. Były one fascynujące, a Kiling Us Softly 3 wydał mi się objawieniem (przykład: zazwyczaj w reklamach pokazuje się dzieci w podobnym wieku, jednak chłopcy zawsze są więksi, choć biologia zakłada, że dziewczynki rozwijają się szybciej. Chłopcy są też przedstawieni jako górujący nad dziewczynkami. Serio, obszerny materiał dowodowy). Jednocześnie była w stanie podziękować za przepuszczenie jej przez drzwi, bez informowania, że w ten sposób okazuję swoją dominację. (: D takich słów nie mógłbym użyć w literackiej krytyce feministycznej) Była więc kobietą, która po prostu wzbudzała mój szacunek swym rozsądkiem i zachęciła mnie jeszcze raz do uważania się za feministę. Na roku trzecim też zacząłem się fascynować zjawiskiem językowego obrazu świata (JOŚ). Zrozumiałem też ten aspekt perspektywy feminizmu. Uznałem, że jest w nim sporo przesady, ale ogólny obraz jest sensowny, choć proponowane zmiany często niedorzeczne i świadczące o selektywności wiedzy. Selektywność informacji zresztą okazała się być niezwykle obecna w rozmowach okołofeministycznych. Zaczęto mi jednak zwracać uwagę, że feminizm ma tak wiele odmian, że prawie każdy pogląd, który jako-tako ogarnąłem, de facto pochodzi z innej szkoły feministycznej, które często się ze sobą sprzeczają i mówić o niektórych feministach, że są tego samego worka, co feministki z innego nurtu, to jak mówić o katolikach, że są protestantkami. Zrozumiałem więc niedawno, że podobnie, jak nie istnieje chrześcijaństwo, tak i nie istnieje feminizm. Podobnie, jak istnieje tylko kategoria religii chrześcijańskich, tak samo istnieją feminizmy. Od tego momentu zawszę mówię o feminizmach, rzadko kiedy o feminizmie. Rozmówcy często mi zwracają uwagę: 'ale tak jest tylko w szkole jndghgjksg'. Not anymore, przygotowałem się na to. Liczba mnoga jest bronią na ich własnych warunkach. Ah, no tak. Poznałem Petrę Bootman. Moje feministyczne okno na świat w Internecie. Bardzo często pytałem Petrę o różne zagadnienia feministyczne, zazwyczaj otrzymywałem ogólniki wskazujące, że za bardzo brakuje mi kontekstów, by o tym rozmawiać. Albo moje pytania dotyczyły zagadnień na tyle nietypowych, że sama nie miała przekonującej odpowiedzi. Petrę ceniłem bardzo wysoko jako osobę interesującą się grami niezależnymi i otwartą na dialog i wymianę myśli. Doszło więc do sporej dla mnie przyjemności - Petra zadeklarowała chęć skorzystania z mych zaprosin i wraz ze swym znajomym nocowali u mnie podczas poznańskiego Polconu. Co prawda nie byłem dobrym gospodarzem (prawda jest taka, że nie bardzo lubię kontakt z ludźmi, zwłaszcza, gdy ten kontakt ma sprawić, że będę spał tylko trzy godziny), jednak miałem okazję dostrzec parę hm dziwnych zachowań, obok których nie potrafiłem przejść obojętnie. Jeden przykład wystarczy. Zadeklarowałem się przenieść zakupy Petry ze spożywczaka do mej rezydencji. Spotkało się to z tzw. krępującą ciszą (mi tam cisza nie przeszkadza, im mniej mówię, tym na mniejszego błazna wychodzę), gdyż, jak Petra stwierdziła, trudno ocenić mą propozycję. Co bowiem, jeżeli jest próbą ukazania przewagi, wywyższenia się? Było to dla mnie jak solidny cios, a raczej - kubeł wody (zimnej? Może być zimna, w każdym razie miła nie była). Okazało się bowiem, że feminizmy sprawiają, że niektórych ludzi trzeba traktować, cóż, specjalnie. Trzeba ważyć każde słowo, każde zachowanie, uważać, gdyż jakkolwiek dobrą wolę chce się wykazać, może to zostać przyjęte z urazą. Wojna umysłów. A wprowadzanie takich podziałów - na ludzi Specjalnych i normalnych - nie jest zbyt, cóż, równościowe. Wydaje się, że moje gospodarzenie (nie mam tu na myśli tylko noszenia zakupów : P) było na tyle karygodne, że Petra przestała ze mną utrzymywać kontakt. Trudno mi się dziwić, choć i szkoda. Rok czwarty studiów był jednak ARGH. W semestrze pierwszym miałem przyjemność natrafić na grupę feministek podczas zajęć z tzw. współczesnego życia literackiego. Nie mogłem wręcz usiedzieć. Nie chodzi nawet o wygłaszanie poglądów, ale osoby te były po prostu nie do zniesienia. Oczywiście zawsze można wskazać gnojów w obrębie każdej ideologii, nie będę jednak ukrywał, że cechy osobowości tej brygady mnie zniechęcały do zajęć. A że znałem takich osób coraz więcej, nie potrafiłem się wyzbyć uprzedzeń wait what? Tak, kontakt z feministami i feministkami (zaczęto mnie uczyć, że taka podwójna forma jest bardziej cool) zaczął sprawiać, że przestałem ich/je lubić i zacząłem ich/je zamykać w stereotypach. Po osobie, która potrafiła dość długo rozmawiać 'w obronie' feminizmów (nie, żeby to akurat moja obrona była im potrzebna), zostało już niewiele. Z ciekawości poszedłem nawet na spotkanie Koła Genderowego (czy czegoś w tym stylu) dotyczące feministycznych wątków żywych w Antygonie (dokładnie tak). Nie chcę się rozwodzić. Parafrazując Herberta, miałem nadzieję poznać innych ludzi, inne języki, inne cierpienia. Wszystkiego dostałem pod dostatkiem. Jakaś genialna feministka napisała książkę, że Antygona żywiła do brata kazirodcze zapędy i tym podobne. Jako jednak, że krytyka literacka ssie, nie będę w nią wchodził (ha, erotyczny język!). Gorzej jednak było na semestrze drugim. Tak się bowiem zdarzyło, że niespodziewanie (NIESPODZIANKA!) przez nieco ponad trzy godziny zegarowe, od ósmej rano, co piątek, zaczęły mnie uczyć pracowniczki gabinetu krytyki feministycznej. Było to nie do zniesienia. Zdarzyło mi się mieć zajęcia z prawicowcem, który podczas zajęć potrafił wspomnieć coś o męczennikach smoleńskich i obrońcach wiary. Nie znoszę czegoś takiego. Moje ulubione zajęcia to te, na których prowadzący ukazuje różne perspektywy i przedstawia szereg problemów i wątpliwości, które mają zachęcić słuchaczy (słuchaczki?) do rozważań. Narzucanie zaś w niesubtelny sposób własnych poglądów mnie razi, niezależnie, czy się z nimi zgadzam. Feministki są z zupełnie innej beczki. Warsztat tłumacza? Będziemy tłumaczyć akapit z artykułu Hélne Cixous czy lesbijski list miłosny z połowy dziewiętnastego wieku autorstwa Emily Dickinson. Owszem, teksty te były uzasadnione pod względem trudności tłumaczeniowych, aczkolwiek nie sposób odrzucić myśli, że jest tu coś w rodzaju indoktrynacji. O tym, że zajęcia były przeprowadzone przenudno, nie warto wspominać. Redakcja tekstu na technikach pisarskich? Może tekst o gender-terrorze? Może artykuły z komicznego podręcznika Twórcze pisanie dla młodych panien? A tam subtelna wskazówka: skoro cudzoziemiec jest w obcej i nieprzyjaznej mu kulturze, to i każda kobieta jest cudzoziemcem (true storry, parafrazuję podręcznik do twórczego pisania). Gdybym chciał chodzić na lekcje religii, chodziłbym na nie, gdy miałem okazję w gimnazjum (nie chodziłem ; )). Nie potrzebuję, by podczas zajęć przekładowych ktoś mnie nawracał. Nie było to zresztą tylko moim odbiorem. Zajęcia te cieszyły się powszechnie złą opinią i ludzie (czyt. gromada studentek i ja) wychodzili z nich wycieńczeni. (Tu ciekawostka. Na filologii polskiej do facetów często się mówi per 'pani', a koleżanki mówią 'czytałaś x?'. Można się przyzwyczaić. Feministki potrafiły tu jednak wejść na zupełnie nowy poziom, jak absolutne zignorowanie mnie jako części podmiotu zbiorowego i niemal nieustanne mówienie przy piętnastoosobowej grupie niewiast per 'co panie uważają' (co było dla mnie wskazówką, że mam się nie odzywać), lub konstrukcja niezwykła: 'nie wiem, czy pan czytała'. Wow.) Zbliżam się powoli do ostatnich flejmów. Beacon, śmieszny jak zawsze, odkopał temat dwuczęściowej fleksji. Wielu obrońców tematu próbowało się wypowiedzieć, ale nie będę ukrywał: z początku trollując, czekałem, aż ktoś choć częściowo wyjaśni, jaka jest geneza tego problemu. Nikt tego nie zrobił, choć plusiki padały gęsto (ja byłem zdecydowanie po stronie anty). Wreszcie uznałem za konieczne, by obronić feminizmy po raz kolejny i wydaje mi się, że spisałem najbardziej konstruktywny post wśród komentarzy - wyjaśniający, czym jest wspomniany już JOŚ i pokazując jego wpływ. Nie dostałem jednak plusików, gdyż strona obrońców już zdążyła się do mnie uprzedzić (co jest zrozumiałe). (Tu ciekawostka. Za plusiki na Polterze zbiera się punkty konieczne do reinkarnacji. True storry.) Nie mogłem porzucić jednak myśli: potrafię lepiej wyjaśnić niektóre poglądy feministyczne, niż sami utożsamiający się z zagadnieniem. Może im się nie chciało. A może faktycznie istnieją takie wątki tej ideologii, gdzie posiadam lepsze przygotowanie merytoryczne. W takiej sytuacji byłoby to bardzo smutne. Tyle, że mając lepsze (?) przygotowanie, potrafię się nie zgodzić z wnioskami. Mimo wszystko. W międzyczasie pojawiło się coraz więcej przejawów aktywności Petry i próba skomentowania ich byłaby niepotrzebną złośliwością, nie wymagającą zresztą większej finezji czy refleksji. Coraz trudniej jest mi pisać o wracających do mnie myślach, gdyż zbliżam się do chwili obecnej, do której nie mam jeszcze wystarczającego dystansu. Myślę jednak, że istnieją pewne podsumowania, opisujące mą feministyczną ewolucję:
  • byłem tym bliższy feminizmom, im bardziej nie zdawałem sobie sprawy z ich mnogości. Gdy jako gówniarz wiedziałem tylko o tym co najważniejsze: że jest źle, nierówno i powinniśmy się temu sprzeciwić - potrafiłem się z tym utożsamić. Im jednak bardziej się to komplikuje, tym bardziej się też od tego celu oddala;
  • byłem tym bliższy feminizmom, im mniej znałem feministek. Nie chodzi nawet o feministów/feministek, tylko po prostu o feministki. Okazało się bowiem, że im więcej ich znam, tym bardziej potwierdzają stereotypy, z którymi starałem się walczyć, a których nie potrafię zaakceptować. Aktywne feministki zazwyczaj są nie do zniesienia, zaś te 'fajne' są wyjątkami;
(Tu ciekawostka: nim napisałem ten nawias, istniała ogromna szansa, że ktoś wyciągnie ten fragment o 'fajności' z ogólnie ironicznego charakteru tego wpisu i uzna go za przejaw wiary we własną wszechwiedzę i dowód niedojrzałości oraz chęci oceniania ludzi bez obiektywnych kryteriów. True storry.)
  • byłem tym bliższy feminizmom, im bardziej nie znałem wynikających z nich aktywności. Ulotki i filmy są mniejszym problemem, zwłaszcza, że niektóre naprawdę mnie potrafią zainteresować. Ale gdy podczas rozmowy w obronie feminizmu ktoś mi powie: a co, drogi aureusie (heh, to 'drogi' to dla ściemy) z Ukrainkami zdejmującymi staniki?, czuję się bezbronny. Sztuka feministyczna, jakieś Marie Peszek - nie potrafię się w tym odnaleźć.
(Tu ciekawostka. Maria Peszek wydaje też poezyje. W tomiku Maria Awaria daje foty swego ciała. Jest w nich coś budzącego niepokój. Tym czymś jest jej ciało. Oto przykładowy tekst: 'przechuj'. Koniec tekstu. True storry.) Nie mam dość kompetencji, by oceniać środowiska feministyczne i opisywać, jak powinny one wyglądać. Sam tego nie wiem. Wiem jednak, że feminizm zakłada, że w nas zakorzeniona jest nierówność, którą należy wyplenić. We mnie było poczucie równości, które feminizm zakłóca. I zabił kolejny przejaw dziecięcego idealizmu.

Komentarze


Ezechiel
   
Ocena:
+6
@ Sting

Więc chyba zgodzimy się, że dana dyscyplina (od feminizmu po teorię strun) ma sens, gdy:
a) Wzbogaca obecne widzenie świata wśród osób spoza danej dziedziny (np. fizyka teoretyczna nieźle stymuluje doświadczalną i techniczną).
b) Dostarcza narzędzi do poprawy warunków życia ludzi.

Zgodzimy się też chyba co do tego, że spore kawałki feminizmu, gender studies i mechaniki gruntów nie służą nikomu poza ich twórcami.
04-09-2012 12:06
Kosmit
   
Ocena:
+4
@Nuriel Petra zamieściła w maju link do artykułu "Krwawię" opisującego przeżycia kobiety poddającej się farmakologicznej aborcji przy pomocy mifoprestonu. Było tam o tym, jaka jest ta kobieta samotna, bo nikt znajomy nie chciał jej pomagać i ubezpieczać w trakcie aborcji. W każdym razie Petra zamieściła z tym linkiem te oto dane:
  • 641 legalnych aborcji - zgodnie ze sprawozdaniem rządu - przeprowadzono w Polsce w 2010 r. W 2009 r. - 538.
  • W 1989 r., ostatnim, gdy aborcja była w Polsce legalna, było ich 82 tys.
  • 150 tys. rocznie - tak szacuje liczbę wszystkich abor
cji dziś w Polsce Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.
  • Według Światowej Organizacji Zdrowia tylko legalne aborcje są bezpieczne. Informuje ona, że w Europy Środkowej wzrasta liczba nielegalnych, które stanowią jedną czwartą przyczyn śmiertelności okołoporodowej.
Tutaj masz moją odpowiedź: "Petro dlaczego powtarzasz te bzdurną liczbę 150 tyś rocznie? Poza tym, aborcja była legalna do 1992 i dokonano wtedy 11 640 aborcji z czego "na życzenie i z powodu trudnej sytuacji materialnej" było około 10300. Potem przez rok (1996) była znowu legalna i, oprócz powodów prawnych (gwałty) i zdrowotnych (zagrożenie życia matki/dziecka), także z powodu "ciężkich warunków życiowych". Przez ten rok przeprowadzono ich aż/tylko 3047 z czego: 523 z powodów prawnych i zdrowotnych, a 2524 z powodu "ciężkich warunków życiowych". Nie znalazłem nigdzie danych o roku 1989 i rzekomych 82tyś, tak samo jak nie ma żadnych danych dotyczących rzekomych 150tyś. Gdyby jeszcze sprzedaż Mifoprestonu/Mifoprostolu i innych środków do domowej aborcji farmakologicznej pokrywała się chociaż z częścią tej liczby (a nie można tego zbadać, bo sprzedaż w Polsce jest niemonitorowana) Ba, żeby nawet liczba przyłapanych lekarzy i wykonywanych przez nich zabiegów była zbliżona do tej liczby. Demografowie na podstawie badań porównawczych z innymi krajami ustalili, że stosunek legalnych do nielegalnych aborcji zawiera się od 1/2 do 1/4. I to jest potwierdzone faktycznymi badaniami. W 1997 było 2500 aborcji na życzenie. Przy najbardziej pesymistycznym stosunku 1/4, nielegalnych aborcji (pytanie tylko czemu miałyby być w ogóle jakieś, skoro można było poddać się zabiegowi w bezpiecznych warunkach?) było 10000, co pokrywa się z szacunkami organizacji niefeministycznych mówiących o liczbie 7-13tyś. A mówienie o aborcji jako o "wolności wyboru kobiet" pozostawię bez komentarza. Wybór jest - użyć antykoncepcji, albo nie. Ale powinien być dokonany przed faktem, a nie po. Sama etymologia wyrazu antykoncepcja przeczy używaniu tego słowa jako synonimu aborcji. Czy moim zdaniem aborcja może być legalna na życzenie? Tak - niech każdy robi sobie co chce, ale nie powinno być to argumentowane w taki sposób w jaki Wy to robicie. No i powinna być płatna z waszej kieszeni, a nie z podatników. EDIT: Znalazłem info o 82tyś z roku 1989, ale nie zmienia to faktu, że ostatnim rokiem był 1992, a potem 1997." Na ten komentarz do tej pory nie dostałem żadnej odpowiedzi. Dużo razy z Petrą dyskutowaliśmy o feminizmie, bo próbowałem to jakoś zrozumieć, ale logika kryjąca się za niechęcią do przepuszczania w drzwiach mnie powaliła (parafrazuję) "Mężczyzna przepuszczając kobietę w drzwiach, rości sobie prawo do nadania kobiecie pozwolenia do przejścia przez drzwi, a w ramach równouprawnienia takiego prawa mieć nie powinien i kobieta sama powinna decydować kiedy chce przejść nie czekając na pozwolenie od mężczyzny." Moim zdaniem feministki są oderwane trochę od rzeczywistości, bo walcząc o równouprawnienie w pracy, zarobkach i urlopach, chcą zrezygnować również z przysługujących im przywilejów w naszej kulturze, a dopóki jest ich mniej to kultury nie zmienią i każdy dobrze wychowany facet będzie przepuszczał je w drzwiach, ustępował miejsca i nosił ciężary.
04-09-2012 12:18
Aure_Canis
   
Ocena:
+4
Dziękuję wszystkim za wypowiedzi. Wielość pozytywnych opinii bardzo mnie cieszy.

Proszę jednak o zaprzestanie wrzucania jednolinijkowych komentarzy atakujących Petrę, kobiety ogólnie i inne osoby. W tym celu zablokowałem komentarze dla użytkowników niezalogowanych. Nie chcę ich blokować dla wszystkich.
04-09-2012 12:31
Siriel
    @ Kosmit
Ocena:
0
No i [aborcja] powinna być płatna z waszej kieszeni, a nie z podatników.

Też bym chciał, żeby wiele rzeczy NIE było płatnych z kieszeni podatników. Ach, jak byłoby pięknie!
04-09-2012 12:36
Kosmit
   
Ocena:
0
@Herbatyzer
Racja, użyłem skrótu myślowego, który jest błędny.

@Siriel
Również się zgodzę.
04-09-2012 12:40
Sting
    @Ezechielu...
Ocena:
+1
...zgadzam się z Tobą oczywiście w tej kwestii, jednak byłbym ostrożny w utożsamianiu sensowności istnienia określonych dziedzin naukowych wyłącznie z posiadaniem przez nie utylitarnego charakteru.

Nie zmienia to jednak faktu, że wiele naukowych tez stanowi wyłącznie "sztukę dla sztuki".
04-09-2012 12:57
Kot
   
Ocena:
+3
@Ezechiel: Ty transhumanisto! :P

@Aure_Canis: Ataki na Petrę są w modzie ostatnio widzę. Dajcie kobiecie spokój, ignorujcie ją, dyskutujcie z nią na poważnie, ale nie wieszajcie na niej zwierząt dowolnego rodzaju. To niegrzeczne w najlepszym przypadku.
04-09-2012 13:06
38850

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Ja oczywiscie liczę, że te "szkodliwe i krzywdzące stereotypy" trafią do następnego CD - Action :)
04-09-2012 13:39
Hastour
   
Ocena:
+6
Świetny tekst.

Nawet nie próbuję dołączać do dyskusji, bo na milę śmierdzi mi taką, w której nikt nikogo nie przekona.

Przykro mi jedynie uświadomić sobie, że istnieją osoby, z którą mógłbym świetnie dogadać się na gruncie wspólnych zainteresowań, gdyby nie nieuchronny konflilkt spowodowany przepuszczeniem w drzwiach czy próbą pomocy w niesieniu zakupów.
04-09-2012 13:46
   
Ocena:
0
Ciekawe i nieco wypowiem się na ten temat w swoim wpisie.

Ale u nas w rodzinie całowanie w ręke jest źle widziane.
04-09-2012 13:54
jakkubus
   
Ocena:
+2
Feminizm, jak wiele innych ideologii, jest piękny w założeniach, ale tak jak inne ideologie, rozbija się o życie codzienne. Jego metodologia jest dziś nieco przestarzała, ponieważ w teorii mężczyzna i kobieta są już równi. Chociaż jak to mawiają: teoria swoje, a praktyka swoje. Dalej ludzie nie wyzbyli się uprzedzeń i dyskryminacji. Lecz w naszych czasach są one bardziej subtelne.
Feminizm powinien pochylić się nad faktycznymi problemami kobiet. Do czego przydadzą im się parytety, jak do garnka nie ma co włożyć? Ale z tego nie ma takich pieniędzy jak z lobbowania aborcji.
W dzisiejszej, anachronicznej formie ideologia ta powoduje więcej szkód niż pożytku dla przeciętnej kobiety. Dlaczego, mimo tak jawnie dyskryminującego kobiety prawa szariatu, muzułmanki tak się odżegnują się od feministek? Bo Allah tak kazał? Nie, bo one po prostu boją się tego, że wraz z przywilejami feministki zdejmą z mężczyzn społeczny przymus opieki nad kobietą, jak to miało miejsce w Europie i Ameryce. Bo na co im możliwość robienia kariery, gdy facet może bez większych konsekwencji zostawić ją z kilkorgiem dzieci?

Co do statystyk to jakoś mało w nie wierzę, bo statystycznie typowy człowiek to 28-letni Chińczyk z telefonem, ale bez konta bankowego. ;)

A gender studies to taka dzisiejsza wersja WUMLi.
04-09-2012 17:27
Joseppe
   
Ocena:
+5
Long but worth reading.
04-09-2012 18:27
yaevin
   
Ocena:
0
Czy ktoś uprzejmy mógłby podrzucić linki do komentarzy/wpisów Petry, o których kilkukrotnie się tu wspomina?
04-09-2012 19:06
dzemeuksis
   
Ocena:
+5
W sumie nie miałem większej styczności (przynajmniej świadomie) z feministkami. Tak się teraz zastanawiam, jak interpretują i jaki mają stosunek do reguły savoir vivre'u nakazującej mężczyźnie wchodzić pierwszym do miejsc typu spelunka, nocny autobus miejski, etc. Uzasadnienie tego jest takie, że w razie jakiejś rozróby (fruwające taborety, kufle, butelki) mężczyzna może natychmiast zareagować, chroniąc partnerkę. Ale jest jeszcze jedna ważna sprawa: kobieta wchodząc pierwsza do takiego miejsca zostanie staksowana wzrokiem przez niemal wszystkich facetów w pomieszczeniu. W przypadku kiedy pierwszy wchodzi mężczyzna, większość typasów wraca wzrokiem do swoich kufli. Jak powinna postępować osoba, która chce uszanować postulaty feministek, a jednocześnie troszczy się o swoją partnerkę i chce zapewnić jej ochronę?
04-09-2012 19:22
38850

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+3
Nie wchodzic z nią do spelunek, i jezdzic taksówką.

Inaczej mowiac - ochronisz ją lepiej, kiedy będziesz zarabial lepiej, i stac cię będzie na restauracje i taksówki.
04-09-2012 19:43
Scobin
   
Ocena:
+5
Im dłużej studiuję socjologię, tym bliższy jestem poglądom feministycznym. True story. Co nie zmienia tego, że wśród feministów (i feministek) często zdarzają się działania i wypowiedzi bardziej szkodzące "sprawie kobiecej" niż jej pomagające. Życie. :)

(Drugie zdanie tego komentarza dotyczy zjawiska, a nie jakiejkolwiek konkretnej osoby).
04-09-2012 19:50
Lenartos
   
Ocena:
+5
"Na filologii polskiej do facetów często się mówi per 'pani', a koleżanki mówią 'czytałaś x?'. Można się przyzwyczaić."

Epos. Czyli aby poczuć się, jak bohaterowie "Seksmisji" nie trzeba czekać, aż otworzą taki Disneyland, tylko z Machulskim - wystarczy iść na filologię polską? :D
04-09-2012 20:04
dzemeuksis
   
Ocena:
0
@zigzak
Martw się, chłopie, o swój portfel. Nie mówiłem, że to mój osobisty dylemat, tylko o ogólnej regule.
04-09-2012 20:06
38850

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Oj, chyba zabolało. Przepraszam.

Edit:
Ale poza tym, to ja też mówiłem o ogólnej regule, nie o twoim portfelu.
04-09-2012 20:16
ment
   
Ocena:
+4
@dzeme -nie wchodź do tej rzeki, lepiej nie. Nabieram przekonania, że zigzak może być zakamuflowaną feministką -poziom argumentacji podobny. :)
04-09-2012 20:16

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.