» Fragmenty książek » Ludzkie dzieci

Ludzkie dzieci


wersja do druku

Ludzkie dzieci
Piątek, 22 stycznia 2021

Dziś są urodziny mojej córki - byłyby, gdybym jej nie przejechał. Było to w roku 1994, kiedy miała piętnaście miesięcy. Mieszkaliśmy wówczas z Heleną w edwardiańskim bliźniaku na Lithbury Road, zbyt dla nas dużym i zbyt drogim, ale Helena, gdy tylko dowiedziała się o ciąży, zapragnęła mieć dom z ogrodem i pokojem dziecinnym od południowej strony. Nie pamiętam dokładnych okoliczności wypadku, nie wiem, czy powinienem uważać na Natalie, czy myślałem, że jest z matką. Wszystko to z pewnością wynikło w trakcie dochodzenia przyczyny zgonu, ale dochodzenie, to oficjalne obarczenie odpowiedzialnością, zostało wymazane z pamięci. Pamiętam, że wyszedłem z domu, aby jechać do kolegium, i cofałem niezgrabnie zaparkowany przez Helenę wóz, żeby ułatwić sobie wyjazd przez wąską bramę ogrodu. Na Lathbury Road nie było garażu i przez dwa lata stawialiśmy samochód przed domem. Musiałem zostawić otwarte drzwi i Natalie, która chodziła od trzynastego miesiąca życia, podreptała za mną. Ta pomniejsza przewina też zapewne wypłynęła w czasie dochodzenia. Pamiętam pewne rzeczy: lekki podskok tylnego lewego koła, jak na krawężniku, ale łagodniejszy, bardziej miękki, bardziej delikatny. Natychmiastowe uświadomienie sobie, pewne, absolutne, przerażające, co było przyczyną. I pięć sekund idealnej ciszy, zanim wybuchł wrzask. Wiedziałem, że to krzyk Heleny, a jednak część mojego umysłu nie mogła uwierzyć, że to, co słyszę, płynie z ludzkiego gardła. Pamiętam także upokorzenie. Nie mogłem się ruszyć, nie mogłem wysiąść z samochodu, nie mogłem nawet sięgnąć ręką do klamki. W pewnej chwili George Hawkins, nasz sąsiad, zaczął tłuc pięścią w szybę i krzyczeć: "Wyłaź, sukinsynu, wyłaź!" Pamiętam niedorzeczność myśli, gdy patrzyłem na tę spasioną, ordynarną, wykrzywioną ze złości twarz przyciśniętą do szyby: On nigdy mnie nie lubił. I nie mogę udawać, że to się nie stało. Nie mogę udawać, że to był ktoś inny. Nie mogę udawać, że nie ponoszę odpowiedzialności.

Przerażenie i poczucie winy zsumowały się w żal. Może gdyby Helena powiedziała: "To gorsze dla ciebie, kochanie" albo: "To równie straszne dla ciebie, kochanie," zdołalibyśmy uratować coś z wraku małżeństwa, który od początku był niezbyt zdatny do żeglugi. Oczywiście nie mogła tego zrobić; była innego zdania. Uważała, że mniej się przejmuję, i miała rację. Uważała, że mniej się przejmuję, bo mniej kochałem, i także w tym miała rację. Cieszyłem się, że jestem ojcem. Gdy Helena powiedziała mi o ciąży, czułem zwykłą jak sądzę w takim przypadku mieszaninę irracjonalnej dumy, tkliwości i zdumienia. Lubiłem moje dziecko, choć czułbym coś więcej, gdyby Natalie była ładniejsza - wyglądała jak miniaturowa karykatura ojca Heleny - milsza, bardziej komunikatywna, mniej kapryśna. Cieszę się, że niczyje oczy nie odczytają tych słów. Ona nie żyje od dwudziestu siedmiu lat, a ja wciąż na nią narzekam. Helena miała na jej punkcie obsesję, była przez nią kompletnie zauroczona i zniewolona. Wiem, że tym, co psuło wizerunek Natalie w moich oczach, była zazdrość. Z czasem przezwyciężyłbym ją albo przynajmniej się z nią pogodził, lecz czas nie był mi dany. Nie sądzę, by Helena kiedykolwiek myślała, że rozmyślnie przejechałem Natalie, przynajmniej nie w racjonalnym stanie umysłu; nawet w chwilach największej goryczy zdołała się powstrzymać od wypowiedzenia niewybaczalnych słów, tak jak kobieta obarczona chorowitym, zrzędliwym mężem czy to z zabobonnego lęku, czy z resztek przyzwoitości pohamowuje słowa: "Bodajbyś zdechł". Ale gdyby istniała taka możliwość, Helena wymieniłaby moje życie za życie Natalie. Nie potępiam jej. W owym czasie wydawało się to absolutnie sensowne i takie wydaje się dzisiaj.

Leżałem zdystansowany w szerokim łożu, czekając na nią, żeby zasnąć, wiedząc, że mogą minąć godziny, nim w końcu się zjawi, martwiąc się jutrzejszym napiętym planem dnia i tym, jak dam sobie radę, mając w perspektywie niezliczone zarwane noce, i uciekałem w mrok litanii usprawiedliwień: Na miłość boską, to był wypadek. Nie chciałem tego. Nie jestem jedynym ojcem, który rozjechał rodzone dziecko. To ona miała zajmować się Natalie, ona była za nią odpowiedzialna, dość jasno dała to do zrozumienia. Ale gniewne usprawiedliwianie się było tak banalne i irracjonalne jak tłumaczenie dziecka, dlaczego zbiło wazon.
Oboje wiedzieliśmy, że musimy wynieść się z Lathbury Road. Helena powiedziała: "Nie możemy tu zostać. Powinniśmy poszukać domu bliżej centrum miasta. Przecież zawsze tego chciałeś. Nigdy tak naprawdę nie lubiłeś tego miejsca."

Zarzut, wprawdzie niewypowiedziany, brzmiał następująco: Cieszysz się z wyprowadzki, cieszysz się, że jej śmierć to umożliwiła. Sześć miesięcy po pogrzebie przenieśliśmy się na St. John Street do wysokiego georgiańskiego domu z drzwiami wychodzącymi na ulicę, gdzie trudno jest parkować. Dom na Lathbury Road był rodzinny; ten jest dla bezdzietnych, żwawych samotników. Przeprowadzka mi odpowiadała, ponieważ lubiłem być blisko centrum miasta, a architektura georgiańska, nawet teoretycznie georgiańska i wymagająca stałej konserwacji, ma większą klasę niż edwardiańska. Nie kochaliśmy się od śmierci Natalie, a teraz Helena przeniosła się do własnego pokoju. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale wiedziałem, co to oznacza: drugiej szansy nie będzie, zabiłem nie tylko jej ukochaną córkę, lecz również nadzieję na drugie dziecko, syna, którego, jak podejrzewała, naprawdę pragnąłem. Ale było to w październiku 1994 i już nie było wyboru. Oczywiście nie rozeszliśmy się na stałe. Seks i małżeństwo są bardziej skomplikowane. Od czasu do czasu przebywałem kilka stóp wyłożonej dywanem podłogi pomiędzy jej pokojem i moim. Helena ani nie była zadowolona, ani mnie nie odrzucała, lecz dzieliła nas szersza, trwalsza przepaść, a ja nie podejmowałem wysiłków, żeby ją pokonać.

Ten wąski dom o pięciu kondygnacjach jest dla mnie zbyt duży, ale zważywszy na spadek liczby ludności jest mało prawdopodobne, żeby krytykowano mnie za to, że nie udostępniam nadmiaru powierzchni. Nie ma studentów szukających kawalerek, nie ma młodych bezdomnych rodzin, których los gryzłby społeczne sumienie bardziej uprzywilejowanych. Korzystam z całego domu, wspinając się z piętra na piętro w czasie codziennych zajęć, metodycznie wybijając prawo własności na winylu, dywanie, chodnikach i wyfroterowanym drewnie. Jadalnia i kuchnia mieszczą się w suterenie, kuchnia z szerokim łukiem kamiennych stopni wiodących do ogrodu. Wyżej dwa nieduże pokoje przekształcone zostały w jeden, służący jako biblioteka, pokój telewizyjny i muzyczny oraz wygodne miejsce do spotykania się ze studentami. Na pierwszym piętrze jest wielki salon w kształcie litery L, powstały również z mniejszych pokoi, o czym świadczą dwa kłócące się kominki. Z okna na tyłach mogę spoglądać na otoczony murem niewielki ogród z jedną srebrną brzozą. Od frontu dwa eleganckie, wysokie do sufitu okna z balkonem wychodzą na St. John Street.

Każda osoba przemierzająca przestrzeń pomiędzy oknami trochę inaczej opisałaby właściciela pokoju. Oczywiście nauczyciel akademicki; trzy ściany od podłogi do sufitu obstawione są regałami z książkami. Historyk; książki jasno dają to do zrozumienia. Człowiek zajmujący się głównie dziewiętnastym wiekiem; o tej pasji świadczą nie tylko książki, ale obrazy i ozdoby: ceramiczne figurynki ze Staffordshire, wiktoriańskie sceny rodzajowe, tapeta Williama Morrisa. Także pokój mężczyzny, który lubi wygodę i mieszka samotnie. Nie ma fotografii rodzinnych, gier planszowych, nieporządku, kurzu, kobiecych rupieci, drobnych dowodów, że pokój rzeczywiście jest używany. Gość może też odgadnąć, że nic nie zostało odziedziczone, wszystko jest nabyte. Nie ma tych niepowtarzalnych czy osobliwych drobiazgów, cennych lub tolerowanych, ponieważ przechodziły z pokolenia na pokolenie, nie ma portretów rodzinnych, przeciętnych olejów zajmujących miejsce, aby obwieszczać pochodzenie. To pokój człowieka, który piął się w górę, otaczając się symbolami zarówno swoich dokonań, jak i pomniejszych obsesji. Pani Kavanagh, żona służącego z kolegium, trzy razy w tygodniu przychodzi sprzątać i robi to dość dobrze. Nie mam zamiaru zatrudniać tymczasowych, do czego jako były doradca zarządcy Anglii jestem uprawniony.

Pokój, który lubię najbardziej, mieści się na najwyższym piętrze, facjatka z urokliwym kominkiem z ozdobnych kafelków i kutego żelaza, wyposażona tylko w biurko i fotel oraz sprzęt do parzenia kawy. Niczym nieprzysłonięte okno spogląda nad kampanilą kościoła świętego Barnaby ku dalekim zielonym zboczom Wythnam Wood. To tutaj prowadzę dziennik, przygotowuję wykłady i seminaria, piszę historyczne rozprawy. Frontowe drzwi znajdują się cztery piętra niżej, co komplikuje odpowiadanie na dzwonek, ale zadbałem, żeby w moim niezależnym życiu nie było niespodziewanych gości.

Zeszłego roku w lutym Helena zostawiła mnie dla Ruperta Claveringa, trzynaście lat od niej młodszego, łączącego powierzchowność przesadnie entuzjastycznego zawodnika rugby z, wprost trudno uwierzyć, wrażliwością artysty. Rupert projektuje plakaty i obwoluty, przy czym robi to bardzo dobrze. Pamiętam coś, co Helena powiedziała w jednej z przedrozwodowych dyskusji, które usilnie starałem się utrzymać na chłodnym, pozbawionym zajadłości poziomie: że sypiałem z nią w starannie odmierzonych interwałach, ponieważ chciałem, żeby moje romanse ze studentkami były napędzane przez potrzeby bardziej wyrafinowane niż prymitywny brak seksu. Oczywiście, nie tak brzmiały jej słowa, ale właśnie to miała na myśli. Sądzę, że zaskoczyła nas oboje swoją przenikliwością.

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.