» Recenzje » Lucyfer #01: Diabeł na progu

Lucyfer #01: Diabeł na progu


wersja do druku

Kopiuj-wklej

Autor: Redakcja: Michał 'ShpaQ' Laszuk

Lucyfer #01: Diabeł na progu
Neil Gaiman w przedmowie do najnowszego hitu Egmontu pisze, że "Lucferowi należała się własna opowieść". To prawda, jego wizja Gwiazdy Zarannej stanowiła bardzo dobry punkt wyjścia dla kolejnych opowieści. Epizod serii Sandman zatytułowany Nadzieja w Piekle należy zaś do czołówki najlepszych historii o Władcy Snów. Po zakończeniu legendarnego cyklu Lucyfer w naturalny sposób znalazł się w gronie postaci, które mogły zainteresować fanów uniwersum wykreowanego przez ojca amerykańskich bogów.

Neil Gaiman upodobał sobie szczególnie jeden model fabuły, z czym zresztą specjalnie się nie kryje. Rzut oka, choćby na komiksy wydane w Polsce, wskazuje na wyjątkowe zamiłowanie do historii inicjacyjnych, siłą rzeczy związanych z motywem podróży (rozmaicie rozumianej). Taka wędrówka przebiega najczęściej na styku dwóch światów: naszego, codziennego i "tego drugiego", który może przyjmować rozmaite formy, ale zawsze rządzi się własnymi, ściśle określonymi prawami. Poznając je, główny bohater staje się nowym (odnowionym) człowiekiem. Tak dzieje się w Księgach magii czy Nigdziebądź.

Nieprzypadkowo bohaterami takich historii stają się ludzie na życiowych rozdrożach, poszukujące swojego miejsca, lub osoby młode, wkraczające dopiero w świat dorosłych. Również miejsce akcji lubi Gaiman osadzać w strefach pogranicznych, na marginesie społeczeństwa. Pierwszoplanowymi postaciami są jednostki odrzucone lub wyobcowane, naznaczone "innością" ze względu na przeszłość, zawód lub orientację seksualną. Są to przy tym ludzie całkowicie zwyczajni, tacy, którzy mogą żyć w dowolnym miejscu na świecie. Uniwersalizm ich losów jest podkreślany przez ponadczasowy kontekst wydarzeń, w które zostają wplątani, gdy proza życia styka się z magią, mistyką, nienazwanym. Ten aspekt rzeczywistości objawia się na planszach komiksów głównie za sprawą hermetycznego języka i tajemnych reguł, które są oczywiste dla części bohaterów, ale niejasne dla głównej postaci i podróżującego z nią czytelnika.

Opierając się o te same zasady, powstał także tytuł sygnowany przez Mike'a Careya podejmujący dzieje Lucyfera już po tym, gdy ten opuścił piekło i poświęcił się grze na fortepianie w lokalu w Los Angeles, Kalifornia. Autor wprowadza czytelnika w kolejny zaułek kosmosu powołanego do życia przez Gaimana i zabiera w jego mroki. Aby uniknąć ryzyka porażki wydawniczej, wszystkie elementy stylu mistrza są na swoim miejscu: młoda dziewczyna z misją, nadnaturalny przewodnik, tajemne moce i wielkie przeznaczenie w tle. Połowa bohaterów mówi językiem zrozumiałym dla siebie samych, a druga połowa niewiele z tego na razie rozumie. Musi, a wraz z nią odbiorca, uzbroić się w cierpliwość i poczekać przez kilka tomów, bez gwarancji, że dziewięćdziesiąt procent tajemniczych tekstów nie jest wypowiadane tylko dla podkręcenia klimatu i zasugerowania głębi świata. Skoro Neil Gaiman tak robił i to działało, to dlaczego Mike Carey miałby okazać się gorszy?

Na razie, pomimo wielu wspaniałych pomysłów, których nie powstydziłby się autor Sandmana, ta praktyka nie przynosi pasjonujących efektów. Być może to norma w przypadku spin-offów i innych off-shotów, ale wcale nie działa na korzyść niniejszego komiksu. Jego twórcy tak kurczowo trzymają się opatentowanego schematu, iż zapominają o czymś, co stanowiłoby ich własny znak firmowy. Udało się po trosze w zamykającej album krótkiej historii Zrodzona z umarłymi, która stanowi perełkę w premierowym występie Lucyfera na polskiej scenie. Prosta, oparta na znanym motywie opowieść o dziewczynce zawierającej pakt z mrocznymi mocami, mieści w sobie więcej emocji niż rozbudowany wątek główny. Może gdyby, wbrew gaimanowskiej manierze, nie manipulować od samego początku elementami z wielu kultur i tradycji, Lucyfer zalśniłby mocniejszym światłem? Cytując naszego bohatera: "Zazwyczaj, gdy ludzie uczą się żonglować, nie zaczynają od pił łańcuchowych".

Lucyfer: Diabeł na progu to całkiem dobry komiks. Byłby jeszcze lepszy, gdyby wcześniej nie powstała seria o niejakim Sandmanie, a niejaki Neil Gaiman nie wykreował bardzo charakterystycznego stylu. Stylu, który – naśladowany lub kopiowany przez innych twórców – trąci wtórnością. I, nawet jeśli jest to zarzut wobec Mike'a Careya niesprawiedliwy, niewiele można poradzić na to, że jego komiks nie pojawił się w kulturowej próżni. O ile ojczym Lucyfera nie znajdzie własnej drogi i nie wyzwoli się spod wpływu swojego mistrza, zawsze będzie postrzegany jako dobry rzemieślnik, który potrafi użyć funkcji "copy-paste".

O komiksach na blogu Macieja 'repka' Reputakowskiego
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Galeria

Lucyfer #01: Diabeł na progu
Lucyfer #01: Diabeł na progu
Lucyfer #01: Diabeł na progu

5.0
Ocena recenzenta
6.56
Ocena użytkowników
Średnia z 16 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Lucyfer #01: Diabeł na progu
Scenariusz: Mike Carey
Rysunki: Scott Hampton, Chris Weston, James Hodgkins, Warren Pleece, Dean Ormston
Kolory: Daniel Vozzo
Wydawca: Egmont Polska
Data wydania: styczeń 2008
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Liczba stron: 158
Format: 17x26 cm
Oprawa: miękka, kolorowa (kolaż prac Duncana Fegredo)
Papier: offsetowy
Druk: kolorowy
Cena: 39 zł
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania oryginału: 1999



Czytaj również

Lucyfer #05: Inferno
Nie taki diabeł straszny...
- recenzja
Lucyfer – Wyd. zbiorcze #1
Lucyfer powraca!
- recenzja
Lucyfer #03: Potępieńcze związki
Jutrzenka poprawy
- recenzja
Lucyfer #9 Przełom
Koniec naszego świata
- recenzja
Historie prawdopodobne
To może przydarzyć się każdemu
- recenzja
Emocje w serialach
Oczywista nieoczywistość

Komentarze

string(15) ""

~Miroe

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Nic tylko przyklasnąć. Od początku widać, że Carey usilnie stara się wpisać w poetykę gaimanowską i niestety momentami wygląda to jak karykatura.

Komiks może nie jest zły, ale dla mnie jedno z większych rozczarowań w tym roku (jak dotąd oczywiście).
08-03-2008 22:07

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.