» Fragmenty książek » Łowcy dusz

Łowcy dusz


wersja do druku

Łowcy dusz
Od posiadłości barona Haustoffera dzieliła mnie długa droga. Co najmniej dwa tygodnie podróży, i to zakładając, że nie wydarzy się nic niespodziewanego. Oczywiście dwa tygodnie konnej podróży, a stał przede mną wielki problem: jak zmusić mego wierzchowca, by zechciał przyjąć na grzbiet istotę, która wzbudzała w nim paniczny lęk? Nie miałem jednak wyboru, ponieważ nie wyobrażałem sobie pieszej wędrówki. Mogłem co prawda wynająć wóz, ale zważywszy na fakt, że ostatnio padały deszcze, część dróg zmieniła się w błotniste strumienie. W związku z tym kto wie czy podróżowanie wozem nie potrwałoby nawet dłużej niż na piechotę. Poza tym konna wędrówka pozwoliłaby nam trzymać się z dala od uczęszczanych traktów, gdyż przecież nie chciałem zbyt często i zbyt wielu ludziom pokazywać mojej towarzyszki. Nie pozostawało mi nic innego, jak starać się oswoić wierzchowca z wampirzycą, i miałem nadzieję, że wystarczy do tego kilka dni, które spędzimy w gościnie u Kozojeba.

Obudziłem się w środku nocy i spojrzałem w stronę łoża. Zakląłem cicho. Wampirzycy nie było. Chlubię się czujnym snem i nie spotkałem jeszcze człowieka, który potrafiłby zbliżyć się do mnie na odległość ciosu. A tutaj specjalnie ułożyłem się w progu, przy drzwiach, by dziewczyna nie mogła wyjść bez mojej wiedzy. Na nieszczęście drzwi otwierały się na zewnątrz, więc po prostu przekroczyła moje ciało, kiedy spałem. Ale nie usłyszałem nawet szelestu, a moja intuicja i moja czujność spały twardym snem wraz ze mną. Zakląłem jeszcze raz i wybrałem się na poszukiwania.
W komórce było ciemno i chociaż nic nie widziałem, poczułem niepokojący, mdlący zapach krwi. Bezszelestnie wyciągnąłem nóż, lecz nim zdążyłem cokolwiek zrobić, poczułem, jak ktoś delikatnie, a jednocześnie mocno chwyta mnie za nadgarstek.

– Nie trzeba – usłyszałem szept. – To ja...

– Co tu robisz, na gniew Pana? – Schowałem sztylet do pochwy.

Cofnąłem się i zabrałem z sieni świecącą żółtym płomieniem lampkę. Pierwsze, co zobaczyłem, to że wampirzyca miała usta i brodę skąpane w świeżej krwi. I od razu pomyślałem, iż zabiła Kozojeba, więc będę musiał martwić się ukryciem jego ciała, a potem spróbować niepostrzeżenie wyjechać z miasteczka. Westchnąłem. Dziewczyna, nie przejmując się moją obecnością, oblizała palce.

– Chcesz? – zapytała, wskazując pogrążony w mroku kąt komórki.

– Dziękuję ci, moja droga, nie jestem głodny – odpowiedziałem uprzejmie.

Podszedłem trzy kroki, trzymając lampkę w wyciągniętej dłoni. I odetchnąłem z ulgą. Na podłodze leżał nie Kozojeb, lecz biały piesek o skołtunionej wełnistej sierści. Miał martwe oczy i rozszarpane gardło. Miałem nadzieję, że gospodarz jakoś pogodzi się z utratą psa, zważywszy na fakt, że sam mógł znaleźć się na jego miejscu.

– Byłam bardzo szybka – wyjaśniła z westchnieniem. – Nic go nie bolało.

– Zjedz do końca i chodź ze mną – poprosiłem.

Ukucnęła przy zwłokach i wbiła w nie zęby. Usłyszałem głośne mlaskanie oraz odgłosy ssania, brzmiało to, jakby ktoś rozkroił pomarańczę na pół i łapczywie starał się wypić cały sok. Wreszcie skończyła, wstała z uśmiechem na ustach. Jej ostro zakończone zęby błyszczały czerwienią.

– Mniam – powiedziała.

Wiedziałem, że będę musiał tu wrócić, by usunąć truchło, ponieważ nie chciałem wzbudzać u gospodarza jeszcze większego przerażenia, co niewątpliwie by się stało, gdyby znalazł rozszarpanego psa. Wiedziałem też, że będę musiał uważniej pilnować wampirzycy, gdyż bardziej przypominała ona dzikie stworzenie niż człowieka i nie miałem żadnej gwarancji, iż znowu nie wymknie się na polowanie, kiedy tylko poczuje apetyt. Co prawda, jak wnioskowałem z jej słów, starała się nie polować na ludzi, jednak nie miałem również ochoty, by ktokolwiek ujrzał, jak poluje na psy, koty lub szczury. A poza tym nie mogłem przecież zaręczyć, że nie chwyci ją nagły, przemożny głód na spróbowanie ludzkiej krwi. Pocieszałem się tylko myślą, iż raczej to nie ja będę obiektem jej zainteresowania, gdyż wydawała się darzyć mnie pewnym rodzajem przywiązania. Jeśli potrzebowała świeżej krwi, to krew tę będę musiał jej dostarczyć. Cóż, w końcu z całą pewnością w tej mieścinie znajdował się niejeden sklep rzeźnika.

* * *

Rzemieślnik wynajęty przez Kozojeba spisał się nad podziw dobrze. Spreparowane przez niego przedmioty wsadziłem do juków, gdyż na razie nie były mi do niczego potrzebne. Dowiedziałem się również, gdzie mieszka świątobliwy eremita, i okazało się, że aby dotrzeć do jego pustelni, będziemy musieli nadłożyć zaledwie pół dnia drogi. Wszystko więc układało się po mojej myśli.

– Żegnaj, Kozojebie.

– Żegnaj – odparł, a w jego głosie słyszałem wyraźną ulgę. – Czy jesteś...

– Tak, jestem zadowolony – rzekłem.

– A więc nie...

– Nie spotkamy się już – dokończyłem zdanie, które chciał wypowiedzieć. – Trzymaj tylko język na wodzy i nie zmuś mnie, bym kiedyś pojawił się znowu i pokazał kilka chytrych sztuczek twej kobiecie czy twemu dziecku.

– Nie musisz mi grozić – odezwał się szeptem.

– Nie muszę – zgodziłem się.

Mój Boże, gdzie zniknął ten Kozojeb, który po pijanemu wyzywał na ubitą ziemię cesarskich żołnierzy i dla którego zabić człowieka było jak splunąć?! Jakżeż rodzina i więzi miłości osłabiają wolę oraz ciało człowieka! Jakżeż czynią go podatnym na wszelkie groźby, strachliwym i niezaradnym... Mogłem mieć tylko satysfakcję z faktu, iż mnie nigdy nie wydarzy się podobne nieszczęście.
Byłem pewien, że mnie nie zdradzi. Po pierwsze, cóż mógł powiedzieć? Donieść, iż inkwizytor Jego Ekscelencji pojawił się u niego z chudą i śmierdzącą kobietą, żądając gościny? Lokalni inkwizytorzy co najwyżej zaczęliby współczuć gustowi Mordimera Madderdina. Oczywiście, mógł również zdradzić swe podejrzenia co do tego, że kobieta ta nie była zapewne człowiekiem. Ale takie oskarżenie należało udowodnić, zwłaszcza kiedy rzucało się je przeciw inkwizytorowi. Po drugie, Kozojeb wiedział, że nie ciskam słów na wiatr i nie wybaczę mu drugiej zdrady. Dlatego sądziłem, że po prostu o wszystkim zapomni. Kto wie, może zapomni tak udanie, że za rok lub dwa nawet przed samym sobą nie przyzna już, iż widział dawnego towarzysza. Dla jego dobra miałem nadzieję, że tak właśnie się stanie.

Kozojeb wyciągnął rękę, lecz jego dłoń zawisła w powietrzu.

– Wybaczyłem ci – rzekłem – ale nie zapomniałem.

Odwróciłem się i wskoczyłem na koński grzbiet. Wampirzyca obróciła się do mnie z uśmiechem.

– Głaszczę go – pochwaliła się i rzeczywiście widziałem, jak jej dłoń przesuwa się po lśniącej sierści. – Chyba to lubi...

No cóż, kilka dni zajęło nam przyzwyczajanie mojego wierzchowca do obecności dziewczyny, ale efekty okazały się co najmniej zadowalające. Ona sama trzymała się całkiem pewnie w siodle, choć byłem przekonany, że długa podróż jeszcze da się jej we znaki. Kazałem, by ubrała się w obszerny płaszcz z szerokim kapturem, który zamaskował chudość ciała oraz pozwalał na ukrycie twarzy. Zakręciła się w siodle i oparła o mnie wygodnie plecami.

– Kupisz mi kiedyś konia? – spytała.

– Oczywiście, moja droga – odparłem.

* * *

Trzeciej nocy rozbiliśmy obóz na maleńkiej polance przylegającej do zbocza wzgórza. Ha, obóz to szumnie powiedziane. Rozpaliłem ognisko, a na zebranych gałęziach rozłożyłem wełniane koce na tyle blisko płomieni, by grzało nas ich ciepło. Na szczęście od kilku dni już nie padało, więc liczyłem, że nie obudzi nas ulewa. Zresztą Mordimer Madderdin nocował już w takich miejscach, że parę kropli dżdżu nie mogło wywrzeć na nim szczególnego wrażenia. Chociaż oczywiście nie przepadałem za podobnymi urozmaiceniami.

– Dobranoc – powiedziałem, otulając się kocem.

– Śpij słodko – odparła i roześmiała się do siebie.

Domyśliłem się, że właśnie przypomniała sobie ten zwrot z dawnych czasów i dlatego była tak zadowolona.
Zasnąłem może nie słodko, lecz przynajmniej twardo. W pewnym momencie jednak coś mnie zaniepokoiło i otworzyłem oczy; przytomny, czujny i uważny. Wampirzyca kucała nade mną, a na jej twarzy układał się ciepły blask bijący od drew żarzących się w ogniu. Czarne oczy błyszczały niczym dwie pochodnie skąpane w mroku.

– Widziałam twój sen – wyszeptała.

Uśmiechnąłem się tylko, gdyż przecież zwykli ludzie nie widzą snów innych ludzi.

– Ona jest taka piękna – dodała z rozmarzeniem.

No tak. Zapomniałem, że moja towarzyszka nie była zwykłym człowiekiem. Ba, w ogóle nie była człowiekiem! Jednak, mimo wszystko, jak mogła spojrzeć w głąb sennych marzeń drugiej osoby?

– Myślisz, że ja też będę piękna? Może kiedyś ci się przyśnię? – Na jej twarzy zagościł niepewny uśmiech.
– Oczywiście, że będziesz – odparłem szczerze, ponieważ byłem pewien, że gdy tylko nabierze ciała, może zamienić się w całkiem interesującą niewiastę. Ale od tego dzieliło ją co najmniej pięćdziesiąt funtów, gdyż nadal najbardziej przypominała szkielet. Szkielet z wyrazistymi, ślicznymi oczami, które w tej chwili wpatrywały się we mnie badawczo.

– Dlaczego o niej śnisz?

Odpowiedź na to pytanie nie była łatwa i sam sobie je wielokroć zadawałem. Co mogłem więcej zrobić, jak tylko wzruszyć ramionami i powiedzieć „nie wiem”?

– Nie, nie. – Machnęła dłonią, widziałem, że jest rozdrażniona. – Nie tak chciałam... – Zastanawiała się długo. – Lepiej być z tym kimś, niż tylko o nim śnić – udało jej się wreszcie sformułować myśl i klasnęła zadowolona z siebie.

Roześmiałem się. Prawda, jakie to było proste? Szkoda, że nie dla mnie.

– Nie możemy mieć wszystkiego, czego chcemy – odparłem.

– Czemu?

– Bo Bóg tak urządził świat.

– Niedobry Bóg. – Odwróciła się do mnie plecami, a ja znowu parsknąłem śmiechem.

Nagle wciągnęła powietrze w nozdrza i sprężyła się. Wyglądała teraz jak kot przygotowany do ataku.

– Sssarna – syknęła.

Skoczyła w mrok i tyle ją widziałem. Na szczęście była na tyle miła, że po każdym swoim posiłku przynosiła również kilka kawałków mięsa, które mogłem podpiec przy ognisku. Sama zresztą żywiła się nie tylko krwią zabitych zwierząt. Chętnie jadła zwyczajne posiłki, choć na pewno krew rozbudzała w niej największy apetyt. Zawinąłem się w koc i znowu zasnąłem, wiedząc, kto jak zwykle pojawi się we śnie, i nie mogąc jednocześnie zdecydować, czy chciałbym, by te sny się skończyły, czy też by trwały dalej.

Komentarze


~gnida

Użytkownik niezarejestrowany
    nic dodać nic ująć
Ocena:
0
po przeczytaniu tego maleńkiego fragmentu cudownej książki jaką jest "Łowcy dusz" popieram stwierdzenie -daj komuś palec weźmie całą rękę- i nie mam tu na myśli ogryzania kości szanownego autora , po prostu urzeczona (miłość od pierwszego akapitu:D )zamierzam pożreć ją w całości ( plus poprzednie tomy )
11-01-2007 15:12

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.