Legacy #25-26. The Hidden Temple

Ruszyła maszyna po szynach...

Autor: Grzesiek 'SethBahl' Adach

Legacy #25-26. The Hidden Temple
Legacy dopadła ospałość niczym z pewnego wiersza Juliana Tuwima. Niby coś się kręci, a jednak... O ile pełna statyki prezentacja dalszych planów głównych bohaterów była zrozumiała w Loyalties, o tyle kolejne dwa zeszyty w zasadzie bez postępu głównego wątku mogą niepokoić. Tym bardziej, że na rozkręcenie akcji pomiędzy The Hidden Temple a finałowym "czteropakiem" Vectora został już tylko jeden komiks.

"Bantha" Rawk postanawia zabrać swojego bratanka i załogę jego statku do tajnej świątyni Jedi, by tam razem z mistrzami mogli naradzić się, w jaki sposób pozbyć się Sithów, na czele z Darthem Kraytem, pustoszących galaktykę. Niestety, Azlyn Rae, która przyłączyła się do Cade'a na Iego, okazuje się agentką Imperium i sprowadza do świątyni Rycerzy Imperialnych. Atmosfera zagęszcza się, choć, jak się wkrótce okazuje, wszystkie trzy strony mają sobie coś do zaoferowania.

We wstępie do tej recenzji jest nieco logiki Obi-Wana, ponieważ prawdziwym jest stwierdzenie, że komiks popadł w odrętwienie z punktu widzenia "czystej akcji", jednak nie znaczy to, że nic się w nim nie dzieje. W ostatniej miniserii Skywalker dokonał tytanicznego wysiłku i zmusił się do obmyślania planu jak pozbyć się ścigających go wszędzie Sithów. Efekt (sprowadzający się do "Zabiję Krayta. Nie wiem jak, ale zabiję.") nie jest może przesadnie oryginalny, czy skomplikowany, ale lepszy rydz, niż nic, jak mawiają miłośnicy Radia Maryja. Cade zaczyna więc szukać sprzymierzeńców w swoim dziele zniszczenia i tak trafia do wspomnianej ukrytej świątyni, a tam... Cóż, jeśli wszystko potoczy się w przewidywalny sposób, John Ostrander może zafundować nam bardzo interesującą "powtórkę z rozrywki". Konfrontacja zmienionego A’Sharada Hetta z kolegami z pola walki w Wojnach Klonów – znani z Republic długowieczni K'Kruhk i T'ra Saa już czekają – może być nader ciekawa.

Wątki poboczne też nie pozostają w bezruchu, a tym razem do przodu posunął się chyba najstarszy z nich. Jariah Syn i jego tajemnicza nienawiść do Jedi towarzyszą czytelnikom od pierwszego zeszytu Legacy i przyszedł czas najwyższy, by wreszcie sprawę rozwiązać. Tak też się dzieje, w większości, choć po lekturze The Hidden Temple wcale nie można być pewnym jak sprawy ostatecznie się poukładają. Do tego wszystkiego mamy namiastkę trudnych wyborów moralnych w postaci dylematu lojalności Azlyn Rae, która rozpoczęła szkolenie jako Jedi, a zakończyła jako Rycerz Imperialny.

Warstwa graficzna nie zawodzi. Jan Duursema od zawsze świetnie operowała mrocznymi kadrami i nie inaczej jest i tym razem. Jak zwykle wygląda na to, iż rysowniczka nie ma problemów z estetycznym narysowaniem czegokolwiek. Jedynie Azlyn zdaje się mieć stale przygnębioną minę, jakby zapomniano tchnąć w nią nieco więcej ekspresji. Dzięki dobrej współpracy z kolorystą czytelnicy doświadczą także efektownej gry świateł w przesiąkniętych Mocą "murach" ukrytej świątyni.

Podsumowując – wciąż nie jest źle. Choć akcja stoi w miejscu, historia wciąż ma duży potencjał i on, na spółkę ze specyficznym klimatem, jest największym atutem The Hidden Temple. Budowanie napięcia idzie autorom bardzo dobrze, mimo iż powoli. Oby nie zbyt powoli, gdyż moment kolejnej kulminacji już tuż tuż.