» Recenzje » Legacy #09-10. Trust Issues

Legacy #09-10. Trust Issues


wersja do druku

I zaczynają się schody...

Autor: Redakcja: Maciej 'Repek' Reputakowski

Legacy #09-10. Trust Issues
Dokonało się. Pierwsze osiem zeszytów komiksowej serii Legacy wprowadziło czytelników w nowy, co nie znaczy, że lepszy, świat Gwiezdnych wojen "140 lat po". Sytuacja na najwyższych galaktycznych szczeblach władzy została przedstawiona i wyklarowana, co oznacza, że nadszedł czas, by rozpoczęła się właściwa akcja. A ta, jak powszechnie wiadomo, toczy się "na dole".

Jak łatwo się było domyślić po lekturze poprzednich zeszytów, Darth Krayt żąda Skywalkera. I to żywego. Dlatego też odpowiedzialna za wywiad Lady Maladi, po przesłuchaniu bothańskiego Jedi, zleca Nynie Calixte wysłanie agentów celem schwytania jedynej nadziei galaktyki. Nie jest to jednak łatwe, gdyż Skywalker w rękach Sithów to sytuacja wybitnie nie na rękę pani moff. Ostatecznie na polowanie na stacji zwanej The Wheel osobno wyrusza dwójka agentów: Jor Torlen, człowiek Sithów z oficjalnego wywiadu Imperium, oraz Morrigan Corde, emerytowana agentka znana tylko Calixte. Tak się jednak niefortunnie składa, że na tej samej stacji, słynącej ze swej nieprzerwanej neutralności, odbywa się spotkanie dowódców flot Sojuszu Galaktycznego oraz wojsk Imperium lojalnych wobec Roana Fela, imperatora na wygnaniu...

Trust Issues łączy w sobie kilka wątków. Po pierwsze, autorzy wprowadzają dwie nowe postaci. Oboje to szpiedzy imperialni. Jor Torlen, lojalny wobec Sithów, posiada chyba wszystkie cechy typowego łowcy informacji oraz zbiegłych Skywalkerów - twardy, odważny, nieustępliwy, a zarazem cichy, z całą siatką powiązań i znajomości. Wraz ze zdobytym doświadczeniem wytworzył rodzaj ponurego humoru, który w zeszytach dziewiątym i dziesiątym przejawia głównie względem Morrigan Corde, która zaś zdaje się być postacią nie do końca dopracowaną. Komiks mówi, że jest to agentka Imperium w stanie spoczynku od lat dwudziestu. Gdyby zatem przyjąć, że mając lat trzydzieści do trzydziestu pięciu udała się na "emeryturę", daje wiek... nieco podeszły. Tego z kolei nie uwzględnił rysownik i w rezultacie pani Corde sprawia wrażenie dwudziestolatki (ale ostatecznie możemy to zrzucić na barki wysoko rozwiniętej medycyny, która nie na takie problemy znajdowała już rozwiązania).

Dużo mniejszą rolę niż w poprzednich częściach pełni zimna wojna pomiędzy Maladi a Calixte. Poza całkiem efektowną słowną potyczką z Lady Sith, Nyna odbywa rozmowę ze swoim kochankiem (i cichym kandydatem do tronu imperatora) Morlishem Veedem, który od początku serii po prostu jest... i na tym jego wkład w akcję się zamyka. W dodatku sprawia wrażenie człowieka tak nierozgarniętego, że aż dziw bierze, że dorobił się rangi moffa. Ewidentnie autorzy nie mają pomysłu na rozwój tego bohatera, ale czy to powód, żeby robić z niego półgłówka?

Na stacji zwanej Kołem (po której w poszukiwaniu Cade’a biegają również wspomniani imperialni agenci) odbywa się spotkanie pomiędzy przedstawicielami Sojuszu Galaktycznego i lojalnej wobec zdetronizowanego Fela części Imperium w sprawie ewentualnego sojuszu przeciw Sithom. Wątek ten wypada w komiksie dużo gorzej od poprzedniego, by wytknąć autorom choćby użycie oklepanego motywu organizowania podobnych spotkań na gruncie całkowicie zdemilitaryzowanym (której to reguły od lat się restrykcyjnie przestrzega), gdzie akurat dwóm zainteresowanym stronom udaje się wnieść mały arsenał.

Jan Duursemie prawdopodobnie dalej brakowało czasu, więc do stworzenia warstwy graficznej komiksu zatrudniono kolejnego już rysownika. Colin Wilson poradził sobie z tymi dwoma zeszytami całkiem nieźle. Na pierwszy rzut oka widać różnice pomiędzy łagodnymi, delikatnymi rysami kobiet, a twardymi mężczyznami, choć ci zostali nieco przerysowani, a ich twarze w większości wyglądają jak po kontakcie z jakąś nieprzyjemną, żrącą cieczą. Do pozostałych szczegółów postaci nie można mieć większych zastrzeżeń, a wielokrotnie pojawiający się na przestrzeni mini-serii obcy zostali narysowani niemal wzorcowo.

Bardzo dobrze został oddany klimat Gwiezdnych wojen w scenach rozgrywających się w kosmosie. Wszystko narysowane zostało odpowiednio, w stylu typowo starwarsowym, poczynając od promów kosmicznych, na stacji The Wheel kończąc. Kadry są dynamiczne a eksplozje efektowne, czyli wszystko na swoim miejscu. Uwagi zaś pojawiają się w stosunku do pracy kolorysty, który zrezygnował z intensywności barw na rzecz... no właśnie, nie wiadomo czego. W efekcie grafiki w komiksie wypadają blado. W sensie dosłownym i przenośnym.

Trust Issues niejako rozpoczyna nowy etap w Legacy. Akcja zeszła nieco "na ziemię", a patetyczne i nadęte dialogi, jakimi do tej raczyli czytelników Jedi i Sithowie, zniknęły. Należy też zaznaczyć, że w tej mini-serii Legacy po raz pierwszy zdecydowanie zaskakuje dość potężnym zwrotem fabularnym, choć wciąż nie jestem przekonany, czy jest to zaskoczenie pozytywne. Fabularnie widać progres, choć wciąż nierzadko używane są stare, sprawdzone już gdzie indziej motywy.



Czytaj również

Dziedzictwo #2: Kawałki
Galaktyczne kawałki
- recenzja
Legacy #13. Ready to Die
Już za chwileczkę, już za momencik...
- recenzja
Legacy #27. Into the Core
Przedsionek piekła
- recenzja
Legacy #25-26. The Hidden Temple
Ruszyła maszyna po szynach...
- recenzja
Legacy #23-24. Loyalties
Zgadnij sobie tytuł
- recenzja
Legacy #22. The Wrath of the Dragon
Krayt nie jest zadowolony...
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.