» Biblioteka Jedynego » Księgi o Dominium » Kto dziś potrzebuje informacji o rodzie Bunderinów!?

Kto dziś potrzebuje informacji o rodzie Bunderinów!?


wersja do druku

Praca konkursowa

Autor:

[Tekst dostępny również w formacie PDF, do ściągnięcia tutaj.]

„Kto dziś potrzebuje informacji o rodzie Bunderinów!?”

Monastyr, Fabularna Gra Dark Fantasy

 

Z grudnia 1562 roku nie pamiętam zbyt wiele, zwłaszcza z jego drugiej połowy. Śnieg, przenikliwy wiatr, odmrożenia… Także to, że musiałem zastrzelić i zjeść Fellena, przyjaciela, który towarzyszył mi nieprzerwanie, odkąd 7 lat wcześniej musiałem opuścić dom mego ojca. Nigdy nie miałem i nie będę miał tak wspaniałego wierzchowca, a podejrzewam, że i podobnie oddanego przyjaciela mogę już nie znaleźć… Nie jest jednak moim zamiarem wspominać tutaj ten trudny czas, być może uczynię to kiedy indziej, w innej części mego pamiętnika. Chcę tu utrwalić pewne miejsce, do którego niemal doczołgałem się trawiony gorączką i bliski śmierci w okolicach Święta Odejścia oraz o trzech miesiącach, które w nim spędziłem. I choć wiem, że w swym opisie nie oddam nawet ułamka niezwykłej atmosfery i historii tego miejsca, uważam, że jestem to winien Kanadorowi dor Bunderin – przedstawicielowi rodu, który nie zasługuje na zapomnienie.

Jak przez mgłę pamiętam pierwsze dni mego pobytu na zamku Bunderin. Majaki i wizje tego, co stało się dwa tygodnie wcześniej mieszały się z rzeczywistością – twardym łożem w skromnej komnacie, ciepłymi posiłkami i troskliwymi dłońmi dziewczyny zmieniającej mi opatrunki. Byłem wtedy zbyt słaby, by mówić i zbyt otępiały, by słuchać; całymi godzinami (jeśli akurat nie majaczyłem ani nie śniłem) wpatrywałem się w malowidło przedstawiające postawnego, jasnowłosego mężczyznę w starodawnym pancerzu.

Pierwszą rozmowę, którą udało mi się dość dobrze zapamiętać odbyłem z gospodarzem 11 dnia po moim przybyciu na zamek. Wtedy to pan Bunderin opowiedział mi – bynajmniej nie zachęcany – barwnie i szczegółowo historię swego rodu, której wysłuchałem po części z nudów, po części z grzeczności, po części zaś z konieczności. Oczywiście umknęło mi podczas takiego słuchania wiele szczegółów, uzupełniłem je jednak później, rozmawiając z moim gospodarzem, jego żoną i córką oraz przeglądając zapisy w rodowej bibliotece. Oto, jak wedle słów Kanadora dor Bunderin przedstawiają się dzieje jego rodu:

„Ród dor Bunderin jest tak stary, jak sam Dor, co daje mu niemal szesnaście wieków historii. Jego założyciel, Teodor Bunderin, od którego w prostej linii się wywodzę, był z Prorokiem od dnia jego powrotu z Katedry aż do końca pierwszej krucjaty i ufundowania miasta Dor.  Nagrodą za wiele lat wiernej służby był tytuł szlachecki i nadanie ziemi, na której najpierw stanął dwór, a po niemal siedmiu wiekach zamek rodu dor Bunderin Przez wieki staliśmy w centrum wydarzeń, gdy nasz dom powiększał swoje wpływy i nabierał znaczenia. W żyłach władców Dawnego Imperium płynęła krew Bunderinów, tak samo jak w moich płynie krew królów i cesarzy. Przelewaliśmy krew na polach bitew całego ówczesnego świata, zwyciężaliśmy w imię tego, w co wierzymy i ginęliśmy, myśląc o tym, co kochamy. Dokonywaliśmy czynów wielkich, uwiecznianych w pieśniach, choć także nikczemnych, plamiących nasze nazwisko. Posiadaliśmy więcej ziemi niż niektórzy królowie, a pod naszym sztandarem służyło cesarstwu nawet pół tysiąca rycerzy…

To było dawno temu. Dziś przy życiu pozostały trzy osoby o nazwisku Bunderin. Służy im 4 ludzi, a z majątku pozostała jedna wieś rozłożona pod zamkiem. Jednak choć straciliśmy bardzo wiele, nadal jesteśmy w posiadaniu naszego największego skarbu.”

Pamiętam jak dziś swoje myśli, gdy usłyszałem słowo „skarb”. Wyobraźnia podsunęła mi obrazy gór złota w tajnych komnatach, diamentowej mozaiki w kaplicy czy pamiątek po Proroku wartych dla kolekcjonerów dziesiątki tysięcy kordinów. Dopiero kilka tygodni później zrozumiałem, że „skarbem” tych ludzi jest pamięć o tym, co było…

„Pierwszym, który nosił nazwisko Bunderin był Teodor, oficer w armii Nergola. Pamiętnego dnia, kiedy Prorok powrócił z Katedry, wraz ze swym oddziałem stanął po jego stronie, by przez następne 30 lat służyć u jego boku. To Prorok osobiście nadał mu nazwisko  - po oblężeniu Bunderin – i ziemię, na której teraz rozmawiamy. Nadal przechowujemy na zamku miecz, który otrzymał od Proroka wraz z błogosławieństwem, gdy odchodził ze służby. Od ponad 60 pokoleń pamiętamy, z czyjego nadania dzierżymy tę ziemię i wierzymy, że nie ma na ziemi wyższej od niego władzy, która mogłaby nam ją odebrać.”

Aluzję zrozumiałem. Cóż, akcent, nazwisko i rodowy sygnet niechybnie zdradzają Kordyjczyka, zwłaszcza w Dorii. Swoją drogą, wciąż zastanawiam się, ile jest prawdy w twierdzeniu, że Doryjczyk zna każdy stuletni lub starszy ród szlachecki w Dominium…

„Kolejne lata przyniosły pomyślność Imperium, na czym skorzystał też nasz dom. Cesarstwo rosło w silę, a przy Cesarzu stali najwspanialsi z Bunderinów, gotowi służyć mu radą i pomocą, jak Teodor niegdyś służył Prorokowi. Przez wieki cieszyliśmy się łaskami dynastii panującej – nasza dziedzina powiększała się wraz z nowymi podbojami, a w roku 146 Barador Bunderin poślubił Eleanor, cesarską córkę. Na tym jednak nie koniec chlubnych powiązań naszego rodu – 3 lata później bowiem syn cesarza, przyszły Imperator Beocjan III poślubił siostrę Baradora, Klaudinę, zaś w roku 447 Marandis, córka Dagoberta dor Bunderin, została wydana za Karnara, cesarskiego brata, który sam co prawda nigdy cesarzem nie został, jednak zaszczyt ten był dany synowi jego i MarandisGonnarowi.

W międzyczasie zbudowano i powiększono zamek. Na początku w tym miejscu postawiono prostą, pojedynczą wieżę, tą samą, w której znajduje się pański pokój. Później dobudowywano kolejne komnaty, piętra, pomieszczenia dla służby, stajnie, warsztaty… To, co dziś jest na wpół wymarłą wioską, tysiąc lat temu było dość zamożnym miasteczkiem. Najpóźniej pojawił się mur obronny – za złotych lat Imperium nie było potrzeby wznoszenia go, jednak w drugiej połowie VIII wieku Marandor otoczył murem teren wokół Wieży Teodora. To dlatego zamek wygląda tak dziwnie – budowano go przez ponad 700 lat.”

700 lat… Wtedy nie zrobiło to na mnie wielkiego wrażenia, jednak później, gdy się nad tym zastanowiłem… Kamienie, które miałem przed sobą ułożono 1500 lat temu, kolejne dokładano przez następne 700. Musiałem uświadamiać to sobie wielokrotnie, za każdym razem, gdy podczas zwiedzania zamku mijałem rzeźbę, kolumnę, kapliczkę czy stojącą w korytarzu zbroję. Wiele z oglądanych przeze mnie przedmiotów oznaczonych było imieniem ich twórcy, choć mógłbym zaryzykować twierdzenie, że jest to zupełnie niepotrzebne – każdy na zamku znał nie tylko czas powstania, ale i historię związaną z każdym chyba przedmiotem.

Ta właśnie atmosfera bliskości czasów tak przecież odległych zaczęła w końcu wywierać wpływ i na mnie. Gdy tylko poczułem się na siłach, by wstać i samodzielnie zwiedzać zamek, natychmiast zacząłem odbywać samotne przechadzki po pustych salach i korytarzach. Częściowo z nudów, częściowo z ciekawości, częściowo zaś z potrzeby samotności spędzałem wiele czasu wśród antycznych przedmiotów, których zgromadzono w poszczególnych komnatach całe stosy. To właśnie wtedy zbudziła się we mnie ciekawość, fascynacja historią tego miejsca i ludzi, którzy zamieszkiwali je, nim w miejscu Grande postawiono pierwszą drewnianą chałupę. Tak samo jak przedtem unikałem towarzystwa mieszkańców zamku i ich męczących opowieści, tak teraz zacząłem prosić o nie. Każdy – Kanador, jego żona Klaudina, nawet ich piętnastoletnia córka, ba, nawet służba – każdy miał bardzo wiele do opowiedzenia, z czego skwapliwie korzystałem. Czas od stycznia do kwietnia upłynął mi – jak się zdaje – w półśnie pełnym królów, bitew, bohaterskich czynów i najzwyklejszych opowieści o dawnych czasach. Kiedy Mirina zaczynała mówić, wystarczyło zamknąć oczy, by ujrzeć dawnych Dorów tak, jak teraz widzę pióro, kałamarz i na w pół zapisaną stronicę. Tysiące słów, dziesiątki godzin przy kominku zlały się w jedną fenomenalną historię, przy której najlepsze cynazyjskie romanse i powiastki awanturnicze zdają się jedynie gaworzeniem niemowlęcia. W pełni zdaję sobie sprawę z tego, że moja pisanina nie jest w stanie oddać nawet dziesiątej części tego, co sam doświadczyłem, jednak – jak pisałem – historia ta nie zasługuje na zapomnienie, nawet, jeśli ma ją spisać tak nieudolny autor jak ja.

Z wizyty na zamku doskonale zapamiętałem Salę Przodków. Wiele z poznanych przeze mnie opowieści zaczęło się właśnie tutaj, gdy przemierzałem z którymś z mieszkańców ogromną komnatę pełną rzeźb i portretów. Sala zrobiła na mnie wielkie wrażenie, gdy wkroczyłem do niej po raz pierwszy – całą niemal wypełniały popiersia i portrety głów rodu, ich małżonek, synów, córek… Przy każdym wizerunku przystawaliśmy, by mój przewodnik mógł opowiedzieć mi kilka słów o osobie, którą przedstawia. Niektóre z historii były później kontynuowane wieczorem, przy kominku i najprzedniejszym winie z zamkowych piwnic, o tym jednak napiszę w innym miejscu. Teraz chciałbym skupić się na Sali Przodków.

Niemal od razu rzuciły mi się w oczy dwie rzeczy. Po pierwsze, kilka imion powtarzało się, inne zaś zbudowane były z połączenia występujących wcześniej członów. Wyglądało to, jakby w Dorii istniało nie więcej niż 20 imion zbudowanych z 20 sylab, Kanador wyjaśnił mi jednak, że nie jest tu niczym niezwykłym nadanie dziecku imienia po przodku lub bardzo podobnego, zmieniając tylko nieznacznie jego brzmienie. Nie wdając się w rozważania na temat języka doryjskiego napiszę jedynie, że nieraz dziewczynka otrzymuje imię po swym męskim krewnym, ze zmienionym jedynie przyrostkiem z męskiego na żeński (i na odwrót – chłopiec otrzymuje imię swej antenatki zmienione tak, by mógł je nosić mężczyzna). Dodam też, że imiona męskie kończą się na –dor, -gon, czy też –bert; dziewczynki zaś otrzymują imiona zakończone na –nor, -is czy –ina.

Drugą z rzeczy, na które zwróciłem uwagę było pogarszanie się jakości podobizn wraz z czasem ich wykonania. Paradoksalnie, doskonale zachowały się rzeźby przedstawiające pierwszych Bunderinów, wykute w najlepszym marmurze i granicie, późniejsze wykonane są z gorszego materiału, czasem uwieczniane na obrazach twarze ze względu na podłą jakość farb stały się zupełnie niewidoczne. Tak gwałtowny spadek kondycji rodu miał miejsce – jak zauważyłem – na początku VII wieku. W tej kwestii mój towarzysz nie był zbyt rozmowny; jak rzekł - nie chce mówić o tym, co doprowadziło do śmierci Turandora. Zostałem jednak odesłany do zamkowego skryptorium, gdzie odnalazłem historię, którą w innym miejscu przytoczę. Teraz zaś napiszę o tych z Bunderinów, których czyny i sława nadal są powodami do dumy ich potomków. Niestety, w tamtym okresie nie byłem panem swego czasu, nie mogłem więc pozostać na zamku tak długo, by usłyszeć wszystko, co było tego warte. Zapewniam jednak, że w swym pamiętniku zawrę tek wiele opowieści świadczących o chwale tego szlachetnego rodu w jego złotym wieku, jak tylko zdołam.

Jedną z pierwszych podobizn, przy której zatrzymaliśmy się w sali przodków, było marmurowe popiersie mężczyzny o imieniu Everret. „Jak zapewne widzisz, nie jest to tradycyjne imię doryjskie, powiedział mi wtedy Kanador, „jednak jego ojciec Teokar, syn Teodora Fundatora (w tym miejscu spieszę z wyjaśnieniem, że w starszej formie doryjskiego fundator znaczy tyle, co założyciel – tutaj rodu Bunderinów) obiecał swemu przyjacielowi, że swego syna nazwie jego imieniem. Owego przyjaciela Teokar spotkał podczas walk na terenach dzisiejszych Wolnych Miast. Człowiek ten stał na czele znacznej grupy banitów niechętnych Doryjczykom, a jego najcenniejszym dziedzictwem był otrzymany od demonicznego władcy swej dawnej krainy miecz – wedle słów demona ten, kto go dzierżył był trudniejszym przeciwnikiem w walce, zaklęty w broni czar powodował także, że ludzie darzyli jej posiadacza szacunkiem i okazywali mu posłuszeństwo.

Zdarzyło się, czy to przez przypadek, czy to z woli Jedynego, że banici owi zasadzili się na pułk Teokara w lesie, którego pozostałości nadal rosną na granicy Wolnych Miast i Minorii. Byli silni, liczni i tak zajadli, że napadnięta ze wszystkich stron grupa rycerstwa zostałaby wybita do nogi, gdyby nie zetknęli się w tej walce Everret ze swym magicznym ostrzem i Teokar, dzierżący miecz otrzymany ongiś przez jego ojca od samego Proroka. Gdy tylko ostrza zetknęły się, klinga niepokonanego dotąd pogańskiego wojownika pękła; on sam zaś widząc to, nakazał swym ludziom złożyć broń i poddać się rycerzom Cesarza. W tej jednej chwili ujrzał bowiem marność tego, w co do taj pory wierzył oraz prawość i siłę tego, z czym walczył. W Teokarze zaś mądrość i miłosierdzie wzięły górę nad zapalczywym gniewem i oszczędził Everreta i jego ludzi, choć byli wyjęci spod prawa i mógł ich zabić. Od tego czasu, jako że jeden zawdzięczał życie mądrości i opanowaniu drugiego, nawiązała się między nimi nić przyjaźni. Gdy Everret doczekał się potomka, dał mu imię swego przyjaciela, ten zaś odwdzięczył się w podobny sposób, gdy jego żona Karianor powiła drugiego syna (pierwszy, Teokar, zmarł był bowiem czas jakiś wcześniej, nie osiągnąwszy wieku dojrzałego). Ten zaś, pamiętając, komu jego ojciec zawdzięczał życie, nazwał swego pierworodnego Diodor Everret. Tradycja utrzymała się aż do 1056, kiedy to bezpotomnie umarł ostatni z Everret-Bunderinów, jak ich potem zwano, Tyrador.”

W historii tej, podobnie jak w kilku innych, pojawia się najcenniejsza rzecz w rodowym dziedzictwie – Miecz Teodora, od swego pierwszego właściciela zwany także Mieczem Proroka. Przedmiot ten nadal znajduje się na zamku, choć od przeszło 400 lat żaden z Bunderinów nie uznał, że zaszła potrzeba jego użycia. Właściwie po śmierci Teodora tylko trzykrotnie zabierano go z rodzinnego grobowca - gdzie spoczywa na kamiennym sarkofagu pierwszego z Bunderinów – by służył w walce. Dwukrotnie na wyprawy wojenne zabierała ostrze głowa rodu – w roku 66 walczył nim Teokar, podczas Krucjaty Sardusa używał go z wielkim powodzeniem na Półwyspie Pazura wnuk cesarskiej córki Eleanor, również – rzecz ciekawa – o  imieniu Teokar. Ostatni raz (jak do tej pory) wyniósł miecz z grobowca na światło dzienne Enedor, kiedy w XII wieku ludzie ze wschodu w wielkich ilościach pojawili się w granicach Dorii. Podobno wręczając miecz Teodorowi Prorok miał powiedzieć: „Oby służył tobie i twoim potomkom tak wiernie, jak ty mi służyłeś i tak długo, jak tylko pamięć o tej służbie będzie wśród nich żywa”.

Z biegiem lat Ostrze Proroka nabrało charakteru broni ceremonialnej rodu Bunderinów. Przysięgi składano klęcząc przed krzyżem i trzymając prawą ręką rękojeść miecza, lewą zaś klingę (tradycja mówi, że gdy przysięgający nie miał w przyszłości dotrzymać swej obietnicy, miecz wysuwał mu się z rąk lub kaleczył go – tak podobno zdarzyło się, gdy Turandor odnawiał przysięgę lenną po śmierci swego ojca Kenekora), najdostojniejszych gości witano z Ostrzem u pasa. Jedno z takich zdarzeń miało miejsce w roku 236, wkrótce po powrocie do domu zwycięskich krzyżowców. Na zamek zawitał wtedy cesarz Sardus. Teokar wyszedł mu na spotkanie z mieczem, który miał ze sobą na wyprawie. Imperator, zaznajomiony z pochodzeniem ostrza miał wtedy powiedzieć na powitanie: „Oto miecz mego ojca u boku pierwszego rycerza Doru.” Słowa „Pierwszy Rycerz Dorudo dziś można odnaleźć na płycie przykrywającej sarkofag Teokara.

Kolejny raz niezwykłość ostrza dała o sobie znać prawie tysiąc lat później, podczas walk z ludami wschodu. Podczas jednej z bitew dziedzic Teodora starł się z wodzem jednego z plemion. Traf chciał, że uderzony włócznią przez rozpędzonego konnego w bark Enedor upuścił swój miecz i padł na wznak kilka kroków dalej. Widząc to, ogromny barbarzyńca cisnął weń toporem, a widząc, że tarcza i napierśnik wytrzymały rzut, skoczył ku leżącemu na ziemi Ostrzu, by przy jego użyciu zakończyć pojedynek. Wydawało się, że to koniec walki dla Doryjczyka wciąż oszołomionego po dwóch potężnych ciosach i pozbawionego broni, jednak wtedy zdarzył się cud – przeciwnik zdołał unieść miecz dopiero oburącz, a poruszał nim tak wolno, jakby ważyło najmniej 100 kilogramów. Tak wolny przeciwnik nie stanowił zbyt wielkiego wyzwania dla uzbrojonego w tarczę i sztylet Enedora. Wtedy to Bunderinowie przypomnieli sobie o słowach zapisanych w starej rodowej kronice: „Oby służył tobie i twoim potomkom tak wiernie, jak ty mi służyłeś”

Z wielu dni spędzonych na zamku doskonale pamiętam też ten, w którym zaprowadzono mnie do rodzinnego grobowca. Świadom, że w miejscu tym znajduje się wszystko, co dla Doryjczyka najświętsze, nie żywiłem wielkiej nadziei, pytając, czy będzie mi wolno zobaczyć kryptę i legendarny miecz. Odpowiedź jednak zaskoczyła mnie – podczas gdy obawiałem się, czy swym pytaniem nie urażę gospodarza, ten przyjął je jako coś zupełnie naturalnego.

Moi przodkowie nie spoczywają w pieczarze pod zamkiem po to, by pozostać w ukryciu, lecz dlatego, że tam spoczął pierwszy z naszego rodu. Miecz Proroka oglądali zaś nie tylko przyjaciele i królowie, lecz także obcy i wrogowie – tym bardziej może go zobaczyć gość, jeśli tego pragnie.”

Kiedy znalazłem się z Kanadorem w grobowcu oświetlonym jedynie przyniesionymi przez nas świecami i pochodniami, nie zdawałem sobie sprawy, jak jest ogromny – ściany ginęły w nieprzeniknionym mroku. Dopiero kiedy kilka dni później zszedłem tam sam, udało mi się dokonać pomiarów – w pewnym miejscu pieczara miała niemal 400 kroków długości i 150 szerokości! Przez 1500 lat istnienia rodu zapełniono ją ledwo do połowy… Mimo panującego w grobowcu mroku zauważyłem, że Sala Pamięci służyła do wspominania jedynie najznakomitszych z antenatów – nigdy nie pomyślałbym, ilu ludzi może należeć do jednego rodu. Urny, wnęki, przykryte kamiennymi płytami groby w podłodze – wszędzie spoczywali dawni rycerze, kapłani, ich żony, synowie, córki…

Im dłużej szliśmy, im więcej pamiątkowych tablic mijaliśmy, tym starsze były groby. Co kilkanaście kroków zatrzymywaliśmy się – choć gospodarz wiedział, jak bardzo niecierpliwi mi się do majestatycznych sarkofagów z czasów największej chwały rodu, nie byłby sobą, gdyby nie podał mi choć paru faktów z życia swoich przodków.

Kalikar długowieczny, ojciec mego prapradziada, żył 123 lata…Malvina, żona Enedora, to ona przekonała go, by do walki na wschodzie zabrał miecz Teodora… Teonis Niewinna, w wieku 14 lat niesłusznie skazana na stos przez szaleńca… Hirokar przeklęty, 3 żony i 14 dzieci, żadne nie dożyło roku… Marandor Obrońca, na czele 100 ludzi ruszył na piętnastokrotnie liczniejszą grupę barbarzyńców pustoszącą nasze ziemie, on też w 753 rozpoczął budowę murów… Taranis Wierna, żona Kanimaka Turandoriana – to ona jako pierwsza zamknęła komnatę swego męża, gdy ten zaginął na wojnie bez wieści. Od tego czasu zwyczajem naszych żon jest utrzymywanie komnat zaginionych w boju przez ich żony  tak, jak je pozostawili…

W pewnym momencie Kanador zatrzymał się i wskazał na surową, kamienną płytę przykrywającą kolejny grób. Była inna niż pozostałe – bez imienia, dat, inskrypcji, cytatu z Proroka… Nic, tylko płyta w oddaleniu od innych…

Turandor Zdrajca. Zaślepiły go pycha, chciwość i żądza władzy. W 614 ścięto go za udział w spisku wymierzonym w Cesarza. Od tego czasu zaczął się upadek Dorii i mego rodu. Bunderinowie popadli w niełaskę, wiele naszych posiadłości skonfiskowano. Kiedy rozpadło się Imperium, okazało się, że nasze ziemie leżą poza granicami kraju – i je także straciliśmy. Po zdradzie Turandora cesarz zwolnił naszych wasali z przysięgi, a my nigdy nie zdołaliśmy ich wszystkich odzyskać. Zagrożenie na wschodzie stawało się tym większe, im Doria była słabsza – palono nasze wsie, plądrowano miasta, w ich obronie ginęli nasi synowie, a czasami także córki. Później zaraza, wojna na północy…

Milczałem, w myślach dopowiadając słowa, które nie padły: „I tak mój kraj i mój ród umierają już od setek lat.” Później pomyślałem o moim kraju – jak długo przetrwałby Kord, gdyby Cesarz zmarł bezpotomnie, Grande zajął najeźdźca, ludność wybiła zaraza a wszystkie prowincje ogłosiły niepodległość? Wnioski nie były zbyt radosne – przecież wtedy nie byłoby już Kordu! Cechy poddałyby miasta, by ocalić swój majątek, suto opłacani kapitanowie okrętów przeszliby na żołd Eskrii i Kartiny, arystokracja rzuciłaby się na resztki i uciekła z łupami za granicę. A Kordyjczycy? Im wszystkim Kord odebrał dwie rzeczy – wolność i dumę. Deptał kraje podczas wojny i upokarzał zawierając pokój. Odebrał historię, ziemię, królów, w zamian dając pychę. Kordyjczyk jest pyszny, bo jest poddanym cesarza. Jest pyszny, bo broni go najsilniejsza armia w Dominium. Jest pyszny, bo jego kraj jest największy i najbogatszy. Ale gdyby było inaczej, Kord nie przetrwałby w jego sercu pięciu minut. A Dor przetrwał w ten sposób całe wieki…

Staliśmy tak i myśleliśmy, każdy o czym innym, dopóki nie wypaliły się pochodnie.

Potem staliśmy dłuższą chwilę w ciemnościach.

A potem zapaliliśmy świece i ruszyliśmy w najstarszą część cmentarza, gdzie w przepysznych marmurowych sarkofagach ozdobionych wspaniałymi płaskorzeźbami chowano rycerzy w czasach, gdy znany nam świat dopiero się kształtował.

Stałem przed długimi rzędami granitowych katafalków, na których spoczywali od setek lat dawni Dorowie w swych drogocennych schronieniach. Każda płyta ozdobiona była rzeźbą przedstawiającą zmarłego. Mimo, że stały w wilgotnej pieczarze od tysiąca lat, nadal zachowały doskonałe kształty narzucone im przez rzeźbiarzy. Od kamiennych wyobrażeń dawnych Dorów biły mądrość i majestat – taki sam, jaki promieniuje od każdego niemal człowieka w tym kraju. Sylwetki godne i dostojne, twarze pełne mądrości i powagi; silne ręce  trzymały miecze, buławy lub księgi, tak, jak złożeni pod swymi podobiznami do ostatniego spoczynku Bunderinowie. Kiedy mijałem kolejne groby, uderzyła mnie myśl, że każdy z leżących tu rycerzy – każdy, bez wyjątku – mógłby za swą powagą, siłą i mądrością być dziś wielkim wodzem, przywódcą rozpalającym odwagę w sercach żołnierzy i wiarę w prostych ludziach. Ba, mógłby być królem – w prostym rycerzu, jakim był dziś Kanador wyczuwałem więcej dumy i majestatu, niż w wiecznie pijanym księciu Ludwiku de Savierra, na którego dworze przed laty służyłem…

Szedłem powoli, ostrożnie stawiając kroki między sarkofagami. Kanador szedł obok, cały czas snując opowieść, z każdym słowem przenosząc nas w odleglejsze czasy. Dwadzieścia pokoleń chwały i potęgi, sześć wieków rozkwitu rodu i Imperium, z którym był związany. Wszystko to zapisane w kamiennych rzeźbach i pamięci jednego człowieka…

Czas cofał się powoli, gdy mijaliśmy kolejnych martwych rycerzy, historia powoli zbliżała się do swego początku. Wreszcie stanęliśmy przy najstarszym z grobów. Nie stał nad nim pomnik wysoki na 20 metrów, nie było diamentów ani szczerozłotych zdobień. Mimo to nawet przez moment nie miałem wątpliwości – tu spoczywa pierwszy z nich. Człowiek, który znał Proroka, walczył u jego boku, rozmawiał z nim, jadł i pił. Patrząc na podobiznę legendarnego rycerza dopiero po chwili dostrzegłem pewną rzecz – miecz, który trzymał w kamiennej dłoni nie był wyrzeźbiony, był to zwykły, żelazny miecz, włożony luźno w rękę marmurowego Bunderina. Tak, właśnie tak w pierwszej chwili pomyślałem – „zwykły, żelazny miecz”. Dopiero po chwili zauważyłem, że miecz lśni jak srebro, mimo, że nikt go nie czyścił od lat. Że nadal jest ostry jak nordyjski nóż i pomimo wieków wilgotnym lochu nie ma na nim nawet śladu rdzy…

Staliśmy tam w milczeniu, Kanador i ja. Nie wiem, o czym myślał mój gospodarz, ja jednak wtedy, po raz pierwszy od 7 lat naprawdę się modliłem. Kiedy w końcu wróciliśmy na górę, po raz pierwszy od lat spokojnie odetchnąć pełną piersią.

Zamek opuściłem niecały miesiąc później, gdy śniegi stopniały, a drogi stały się przejezdne. Obiecałem jednak mojemu przyjacielowi, że odwiedzę go, jak tylko załatwię pewną sprawę, daleko stąd. Jestem pewien, że zrozumiał wszystko, choć ja o swojej przeszłości powiedziałem nie powiedziałem mu ani słowa. Przynajmniej nie wprost…

Wróciłem na zamek trzy lata później. Kanador witał mnie przy bramie z żoną, córką i półrocznym synem.

Od jurorów: Praca wykonana w dość trudnej formie (opowiadanie), doskonale oddaje klimat Dorii. Bardzo dobry styl, bogate słownictwo i żonglowanie narratorem snującym opowieść robią istotne wrażenie. Nieco brakuje informacji możliwych do wykorzystania bezpośrednio w grze (jak opisy heraldyczne), ale to dzieło o monumentalnym wydźwięku trafiło w gusta sędziów.




Czytaj również

praca konkursowa
Praca konkursowa
praca konkursowa
praca konkursowa

Komentarze


Seji
    Koszmar MG
Ocena:
0
Przerabiac opowiadanie na scenariusz. Sam tekst taki sobie, ale nie rozumiem decyzji jury. Scenariusz to scenariusz - mozna go uzyc w miare szybko i bezbolesnie zazwyczaj, a z adaptacja opowiadania nie kazdy sobie poradzi. Nie kazdy bedzie mial tez czas i ochote.
19-10-2005 05:01
Bleddyn
    ?
Ocena:
0
Nie bardzo rozumiem o co ci chodzi. (?)
Przecież to nie był konkurs na scenariusz. I ten tekst nawet do tego nie aspiruje. To dobry materiał pomocniczy dla MG/gracza, dodający kolejną cegiełkę do obrazu Dominium.

Pozdrawiam,
Jeden z jurorów. ;-)
19-10-2005 17:29
Seji
    Mowisz?
Ocena:
0
Czeu bylem przkeonany, ze jednak chodizlo o scenariusze? Jak nie, juz sie zamykam ;).

W kazdym razie szukalem regulaminu konkursu i nie znalazlem - brak archiwum wiesci na stronie. I przez to wyszedlem na... ;).
19-10-2005 19:45
Joseppe
    Seji
Ocena:
0
Przy okazji, moglbys szepnac wiewiorkom o archiwum? Sam bym je tutaj chetnie zobaczyl. A Ty zobaczylbys regulamin.
20-10-2005 10:33
Seji
    Sie robi...
Ocena:
0
:)
20-10-2005 17:22
Wizzzard
    Świetne!
Ocena:
0
Jeden z lepszych tekstów do Monastyr jakie miałem okazję czytać (a czytałem chyba wszystkie jakie opublikowano :>). Niesamowita atmosfera - klimat Dorii jest wręcz namacalny. Więcej takich!
20-10-2005 19:31
Ion
    Tekst
Ocena:
0
mi się podoba. Czytając słuchałem "Promentory" z soundtracku do Ostatniego Mohikanina. Pięknie się czytało :P
21-10-2005 18:37
~M.M

Użytkownik niezarejestrowany
    Bardzo Dobre, brawo
Ocena:
0
Jeden z najlepszych tekstów do Monastyru, jakie czytałem.
28-10-2005 12:37

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.