» Biblioteka Jedynego » Księgi o Dominium » Księga Dagoberta

Księga Dagoberta


wersja do druku

praca konkursowa

Autor:
Legenda głosi, że rycerz Dagobert przybywszy z wyprawy Proroka za ocean i po oskarżeniu Czarnego Syna o zdradę, wyszedł z sali koronacyjnej nie odezwawszy się do nikogo słowem i wszelki ślad po nim zaginął.

Otóż rzeczywiście Dagobert nie wypowiedział żadnego słowa, ale ślad po sobie pozostawił. Po wielu wiekach w Dorhaście odnaleziono jego zapiski, zwane Księgą Dagoberta. Został dokonany przekład z języka starodoryjskiego, na bardziej nowoczesne języki. Niestety odbiło się to nieco na jakości zapisków starego rycerza.


Księga Dagoberta:

Oto Prorok wchodzi na pokład swojego statku w ostatnim dniu Jego pobytu w Dorze. Wyruszamy na krucjatę do ziem Valdoru położonych po drugiej stronie Oceanu Wewnętrznego. Za Prorokiem na statek wchodzą Jego rycerze. Ja, Dagobert z Barge, podążam wraz z nimi...

Na setkę statków załadowane zostały zapasy, ekwipunek, konie, części machin oblężniczych i wszystko co tylko nam potrzebne. Oprócz rycerzy płyną z nami kapłani, mnisi, misjonarze, architekci, rzemieślnicy, inżynierowie, służba i prości robotnicy.

Wschodzące słońce rozjaśnia bielą nasze żagle. Mamy dobry wiatr. Jedyny z nami! Ruszamy. Płyniemy wprost na zachód, zgodnie z wolą Proroka. Zaatakujemy Valdor z dwóch stron!

Dziesięć dni naszej podróży upłynęło spokojnie, gdyż płynęliśmy po znanych sobie wodach. Jednakże po dniu 10 zaczęły nas nękać morskie, plugawe monstra, sztormy i przeciwne wiatry. Zmagaliśmy się z nimi dzielnie, jednak pomimo naszych wysiłków kilka z naszych statków zatonęło bądź zaginęło.

24 dnia podróży, nad ranem spadł na nas sztorm straszliwy. Zapadły nieprzeniknione ciemności, a z nieba błyskały pioruny i lały się strugi wody. W żaden sposób nie mogliśmy oprzeć się nawałnicy. Nie wiedzieliśmy dokąd płyniemy, statek po statku ginął w ciemnościach, pomimo zapalonych latarni. Tylko te, które płynęły najbliżej statku Proroka zdołały utrzymać się razem. Prorok stał na dziobie pośród burzy i wskazywał drogę, mającą nas wyprowadzić z mocy sztormu. Płynęliśmy w ten sposób przez wiele godzin, zdałoby się, trwających wieczność. W końcu na horyzoncie dojrzeliśmy światło dnia...

Rozejrzawszy się wokoło zobaczyliśmy ze zgrozą, że ze 100 statków, które z nami popłynęły teraz zostało nam około 40, w tym wiele poważnie uszkodzonych. Po ustaleniu kierunku według słońca i gwiazd okazało się, że zniesieni zostaliśmy daleko na północ od kierunku naszej podróży.

Nie mogliśmy podjąć decyzji dokąd mamy się dalej udać. Wydawało się, że jesteśmy zagubieni na morzu i przyjdzie nam tu zginąć błąkając się po nieznanych wodach. Jednakże Prorok nie stracił wiary i począł modlić się do Jedynego, aby wskazał Mu kierunek. Modlił się tak przez całą noc, a my powoli traciliśmy nadzieję. O poranku Prorok wstał, wyciągnął rękę w kierunku północnym i zawołał potężnym głosem: Tam!

I rzeczywiście w oddali na północy dojrzeliśmy silny blask jakowyś, jakby gwiazdy jakiejś ogromnej. Widomy to był znak od Jedynego.

Płynęliśmy tam przez cały dzień, aż o zmierzchu, kiedy blask zaczął przygasać dojrzeliśmy zarys jakiegoś lądu. Nocą opuściliśmy żagle, gdyż blask zniknął, ale następnego poranka pojawił się znowu, a my wyraźnie już widzieliśmy ląd. W miarę zbliżania się dostrzegliśmy, że blask promieniuje z wieży w oddali.

Okazało się, że wieża ta jest częścią potężnej rodiańskiej Katedry. Katedra owa wznosiła się prawie nad samym brzegiem oceanu, ulokowana na skraju sporego przylądka. Nazwaliśmy ją później Katedrą Zagubionych.

Po 27 dniach podróży dotarliśmy wreszcie do obcego lądu. Nie byliśmy pewni czy jest to Valdor, czy też jakaś inna kraina...

Prorok pierwszy zstąpił na ląd, a za nim jego syn oraz reszta rycerstwa. Kiedy tylko stopy Proroka dotknęły lądu, padł on na kolana i zaczął modlitwę dziękczynną do Jedynego. Za jego przykładem, rycerz za rycerzem, dama za damą oraz prosty lud padał na kolana, Jedynemu za ocalenie dziękując.

Po wstępnym zbadaniu Katedry, Prorok odprawił w niej mszę, a lud modlił się wraz z Nim żarliwie. Postanowiono, że przy Katedrze zostanie założona warowna osada, służąca nam jako przyczółek.

Tak oto rozpoczęło się nasze bytowanie na nowym lądzie.

Nie był to jednakże ląd bezpieczny. Wysyłane patrole donosiły o atakach przeróżnych deviria, a w szczególności o poganach, którzy na nich nastawali. Szczęściem dla wielu rannych i chorych po morskiej podróży, istoty ciemności z daleka od Katedry i otaczających ją terenów się trzymały.

Kiedy już stworzono podwaliny osady, rycerstwo zaczęło się niecierpliwić. Czas było ruszać na kolejną krucjatę. Jednakże Prorok, zamiast rycerzy wysłał wpierw misjonarzy, dając im jedynie niewielkie zastępy zbrojnych do ochrony.

Kolejny raz mądrość i wiara Proroka zatriumfowały. Karianizacja ludności postępowała zadziwiająco szybko. Kraj okazał się dobrze rozwinięty, z własnymi miastami i twierdzami. Zabito demony i najpotężniejsze deviria, aż w końcu cały ogromny kraj przyjął światło nauki Jedynego. W stolicy kraju, który nazwaliśmy Nowym Dorem odbyło się uroczyste przyjęcie karianizmu przez jego władcę Marawedę. Prorok pobłogosławił go oraz jego panowanie, jako władzę z ręki Jedynego. W zamian za to Maraweda „pozwolił” przybyszom na osiedlanie się i rekrutację żołnierzy na nadchodzącą krucjatę.

Wydawało się, że nasza pozycja została ugruntowana, jednakże ciemność nie poddała się łatwo. Jak to wyszło później na jaw syn Proroka pragnął władzy nad Nowym Dorem dla siebie. Nie mógł on znieść, że to jakiś barbarzyńca a nie on zasiada na tronie i czynił z tego powodu gorzkie wymówki swemu ojcu. Ale On przeznaczył swemu synowi inną rolę. Jaką, tego niestety już nigdy się nie dowiemy. Albowiem ziarno zdrady już wtedy zalęgło się w sercu trzeciego syna.

Odnowiwszy swoje siły przez 2 lata pobytu w gościnnym Nowym Dorze, rycerstwo Proroka było gotowe do kontynuacji krucjaty. Wyruszyły dwie wyprawy: jedna pod wodzą trzeciego syna na zachód wzdłuż ogromnego łańcucha górskiego zwanego Khoss, oraz druga pod wodzą najdzielniejszych generałów wzdłuż wybrzeża na północ i na północny zachód do rzeki Sil.

Przez 8 lat trwały nieustanne boje. Niektóre państwa z ochotą przeszły na karianizm takie jak np. Agueda czy Karia, natomiast inne trzeba było rozbić w pył aby ostatecznie się podporządkowały jak np. Zorath czy Soll. W każdym podbitym państwie mianowany zostawał władca podległy Nowemu Dorowi, spośród miejscowych lub generałów Proroka. W końcu, na północy, pochód wojsk został zatrzymany przez niezmierzone połacie stepu i potężną dżunglę na lewym brzegu wielkiej rzeki Sil. Pojawiały się tam również potężne chmary orków. Na zachodzie natomiast trzeci syn natknął się na niezliczone ilości wojowników z równin Vimog-Har oraz na ich sprzymierzeńców – krasnoludy.

Kiedy obydwie armie stanęły naprzeciw siebie wydawało się, że przeciwko karianom stoi całe morze pogan. Widok ten w niejednym sercu wzbudził trwogę. W tej sytuacji trzeci syn postanowił paktować. Wielu było zdumionych lub wprost zgorszonych jego decyzją. Plotki jednakże głoszą, że kilka dni wcześniej trzeci syn podczas marszu przez krainę zwaną Pobojowiskiem Czarnoksiężników, oddalił się w pewnym momencie od głównych sił i zaginął na jeden dzień. Żadne poszukiwania nie dały rezultatu. Nazajutrz jednakże syn powrócił, pozornie niezmieniony, powiada się jednak, że od tego czasu ciemność zawładnęła jego duszą.

Trzeci syn samotnie wyszedł przed front swoich wojsk i bez strachu pomaszerował wprost na linie wroga. Co tam się stało, nie wie nikt. Po 4 godzinach trzeci syn powrócił i oznajmił, że poganie nie zaatakują, ale pod warunkiem, że armia karian się wycofa i tutaj zostanie ustanowiona granica. Nikomu nie podobała się ta decyzja, a niektórzy uważali ją wprost za zdradę, jednakże nikt nie śmiał kwestionować słów syna Proroka. Wielu z generałów, z którymi rozmawiałem później, a którzy towarzyszyli trzeciemu synowi, twierdziło, że bitwę można było wygrać. Jednakże kiedy trzeci syn opowiadał o olbrzymich siłach pogan, w słowach Jego było coś takiego, że wszyscy w końcu przyznali mu rację i postanowili zawrócić.

Prorok nie pochwalił decyzji swojego syna, nie okazał jednakże swojego gniewu, przynajmniej publicznie. Nie nakazał też kontynuowania krucjaty na zachód, a tylko nowy zaciąg wśród podbitych państw, jakby przeczuwając zbliżające się niebezpieczeństwo. Od tej chwili jednakże ojciec i syn zaczęli się od siebie ostatecznie oddalać. Trzeci syn wyruszył wkrótce na północ, aby jak to określił: „ kontynuować swoje badania nad deviria”.

W tym czasie Nowy Dor stał się pięknym państwem. Zbudowano wiele kościołów, w stolicy trwała budowa katedry. Powstały nowe miasta, w nich manufaktury, granice wzmocniono twierdzami, a synowie rycerzy wzięli sobie żony spośród rdzennej ludności.

Po roku trzeci syn powrócił. Przyjęty został chłodno przez ojca i udawał, że pisze księgę o zwyczajach deviria. Jak to dziś już wiadomo, w rzeczywistości przygotowywał spisek i bunt, poprzez swoich szpiegów, których miał w każdym państwie. Król Maraweda był już bardzo stary i zbliżała się godzina jego śmierci, w dodatku miał same córki. Prorok również przekroczył w tym czasie siódmą dziesiątkę życia i chodziły pogłoski o jego złym stanie zdrowia, choć nikt nie wierzył, że może umrzeć. Na tychże wątkach opierał się zdradziecki plan trzeciego syna.

Kilka miesięcy później król Maraweda zmarł. Po kolejnym miesiącu napłynęły wieści o silnych atakach orków na północne rubieże ziem karian. Później przyszły wieści jeszcze gorsze: z zachodu nadciągała ogromna armia pogańskich wojowników wsparta siłami krasnoludów i demonów z gór. Postanowiono ruszyć na zachód i wydać bitwę na równinie Banesh. Znowu armia karian stanęła naprzeciw ogromnego morza ludzi i deviria. Jednak tym razem dowodził nami sam Prorok, który pomimo późnego wieku jechał na bojowym rumaku, odziany w zbroję, zachowując dumną postawę kariańskego rycerza. Nie było żadnych paktów i ugody.

Armie ruszyły na siebie i zwarły się w boju. Nic nie mogło powstrzymać rycerzy, których prowadził Prorok, a sam Jedyny im błogosławił. Prorok pojawiał się w każdym najgorętszym miejscu bitwy walcząc jak tytan i jednym ciosem zmiatając po kilku pogan, przy nim o dziwo walczył jego syn dzielnie osłaniając go swą tarczą i na równi z nim zabijając wrogów. Pomimo męstwa naszych rycerzy bitwa trwała cały dzień, szarża za szarżą i kontratak za kontratakiem. Ponieśliśmy ogromne straty: zginęła ponad połowa rycerstwa, ale bitwa była wygrana. Pod wieczór resztki pogan rzuciły się do panicznej ucieczki. Ścigaliśmy ich jeszcze przez cały następny dzień, aż do górskich zboczy. Chwalebna to była bitwa, w której mój miecz srodze się napracował.

Kiedy jednak wróciliśmy do obozu dotarły do nas wieści straszliwe: oto zdradzieckie państwa Zorath, Soll i Korat zbuntowały się przeciw karianizmowi, a z północy nadciągały watahy orków. Trzeba nam było spiesznie zawracać.

Następnego dnia obóz był już zwinięty a my co sił pędziliśmy na wschód. Kiedy dotarliśmy do Zorath naprzeciw nam wyszła już armia buntowników. Nie chcieli jednak stanąć do otwartej bitwy a tylko nękali nas podjazdami i nieustannym ostrzałem z łuków. Uganialiśmy się za nimi przez kilka dni po lasach i wzgórzach tej krainy i nasza armia nieco się rozproszyła. Na nasze nieszczęście poganie z zachodu nie wyciągnęli nauki ze swej porażki i pognali za nami co koń wyskoczy pałając żądzą zemsty. Z zaskoczenia rozbili kilka naszych chorągwi, a tymczasem armia buntowników zwarła szyki. Zmusiło nas to do powolnego a potem coraz szybszego odwrotu w stronę rzeki Sil. Każde miasteczko było nam nieprzyjazne, każda twierdza i każda wioska. Rycerze ginęli podczas snu, zakłuwani przez buntowników, którzy wkradali się do naszego obozu. Potworne deviria atakowały bez ustanku. W dodatku, podobno w Nowym Dorze wybuchły zamieszki, przez co mogliśmy liczyć tylko na siebie. Prorok podjął decyzję o wycofaniu się do Nowego Doru i przegrupowaniu tam wojsk. Jednak na drodze stało nam drugie zbuntowane państwo - Soll.

W końcu po wyczerpującym marszu prawie bez snu i jedzenia, dotarliśmy nad rzekę Sil w miejscu gdzie wpada do niej rzeka Kilia.

Za rzeką czekały już zastępy buntowników z Soll, którzy jak wilki podążali za nami od kilku dni, oddzieleni od nas wodami rzeki Sil. Tutaj wznosił się most, który szczęściem nie został jeszcze zniszczony.

Za nami nadchodziły armie pogan z Vimog-Har i buntowników z Zorath. Bitwa była nieunikniona.

Prorok podzielił nas na dwie części: jedna miała odpierać ataki pogan i osłaniać odwrót i w tej części znajdował się Prorok wraz z synem oraz Ja, zaś druga miała przebić się przez armię buntowników z Soll. Pośrodku mostu stanął regiment łuczników.

Poganie i Zorathczycy ruszyli na nas z całym impetem, Sollanie tylko czekali uzbrojeni w długie łuki. Na prawym brzegu rozpoczęła się jatka. Gromiliśmy pogan fala za falą czując przy sobie obecność Proroka. Rycerze stali murem, a on z nimi w pierwszej linii, wykrzykując rozkazy. To on wydawał rozkaz aby cofać się i on wydawał rozkaz aby znowu stanąć murem. O ten mur rozbijały się kolejne zastępy pogan i deviria, a żadna magia nie miała do nas dostępu, pomimo rzucanego na nas z nieba ognia i błyskawic. Ziemia drżała od kopyt rumaków i krzyków umierających.

Tymczasem po drugiej stronie mostu sprawy miały się gorzej. Nasi rycerze szarżowali z mostu na Sollan a ci odpowiadali ostrzałem ze swych długich łuków. Szarża za szarżą rycerze kładli się pokotem, pomimo wsparcia łuczników. Deszcz strzał z obydwu stron nie ustawał. W końcu generał Ulvar dor Asat, który dowodził tą częścią armii postanowił osobiście poprowadzić szarżę wszystkich rycerzy jacy jeszcze zostali wraz ze wspomagającą ich piechotą. Był to mąż niedźwiedziej postury i o spiżowym głosie, cieszący się ogromnym poważaniem wśród rycerzy. Pod jego dowództwem rycerze ruszyli ustawieni w kształt klina z nim na samym przedzie. Pod deszczem strzał, wśród krzyków rycerzy i kwiku koni walących się na ziemię, rycerze przemknęli niczym wiatr przez przedpole wroga. Ulvar wpadł pierwszy w szeregi wroga i pomimo, że jego pierś najeżona była strzałami spustoszenie wśród Sollan począł czynić. Porwani tym przykładem rycerze krzyknęli jednym głosem i przebyli ostatnie metry dzielące ich od wroga. Rozpoczęła się zajadła walka gdy zza cofających się łuczników wypadła nieliczna konnica Sollan i liczniejsza piechota. Jednak nasza piechota też już nadbiegała...

Na prawym brzegu rzeki zepchnięci już byliśmy prawie pod sam most, gdy do Proroka przybył goniec. „Panie, droga na lewy brzeg otwarta!” zakrzyknął i padł natychmiast gdyż z pleców sterczała mu strzała. Usłyszawszy to Prorok wzniósł prawe ramię i zakrzyknął: „ Rycerze nie ustawajcie! Tyły nasze są zabezpieczone! W imię Jedynego cofajcie się powoli a wydostaniemy się z matni!...” Chciał dodać coś jeszcze, ale słowa jego nagle przeszły w bolesny jęk.

Oto wyszła na jaw zdrada jego syna, bo kiedy Prorok przemawiał, wraził on ostrze swego miecza pod pachę ojca w nieosłoniętą część ciała. Prorok zwrócił swoje spojrzenie i Jego oczy spotkały się z oczami Jego syna. Patrzyli tak sobie w oczy – Ojciec i Syn – przez nieskończenie długą chwilę. Niebo ściemniało, a wiatr boleśnie zawodził pieśń śmierci. W końcu Prorok rzekł: „Synu! Cóżeś uczynił! Zdradziłeś mnie, Swojego Ojca, a tym samym cały naród Dorów i wszystkie nasze wysiłki. Zawiodłeś mnie i Jedynego. Nie przeklinam Cię, bo twoje złe uczynki dosięgną Cię i tak, nigdy nie uwolnisz się od ich brzemienia i na tej ziemi będziesz zbiegiem.”

W czasie gdy to mówił, krew Jego ściekała po mieczu aż do ręki Czarnego syna. Kiedy wlała się poprzez szpary w rękawicy, Czarny Syn zawył jak demon, sparzony świętą krwią. Przeraził się straszliwie swojego czynu i spiął konia do galopu.

Prorok spadł z konia....Widziałem to Ja i kilku innych rycerzy, którzy byli w pobliżu, zakrzyknęliśmy wielkim a bolesnym głosem „Zdrada!”. Usłyszawszy to przeklęty syn rzucił się do ucieczki wprost na linie wroga. Te o dziwo przepuściły go, my jednak rzuciliśmy się na nich starając się przebić.

Kiedy Prorok umarł w serca rycerzy zakradło się zwątpienie. Armia pogan rzuciła się do ostatecznego ataku, z nieba spadły demony siejąc śmierć i przerażenie, a magowie zbierali krwawe żniwo bombardując rycerzy zaklęciami. Niebo stało się czarne, a woda w rzece Sil czerwona. Zorganizowany dotąd odwrót zamienił się w paniczną ucieczkę z prawego brzegu. Ja niestety wraz z rycerzami, którzy ruszyli ze mną ścigając zdrajcę zostaliśmy zepchnięci przez wroga do chaszczy porastających prawy brzeg. Tam odpieraliśmy ich ataki. Słyszeliśmy tylko z daleka krzyki rycerzy, okrzyki dowódców, ryk bestii i wycie pogan. Widzieliśmy jak rycerze w panice rzucają się na most, a na ich karkach jadą poganie i buntownicy. Na lewym brzegu wciąż było słychać odgłosy walki, co napawało nas nadzieją, że przynajmniej część rycerzy zdoła się przedostać. My jednak musieliśmy odnaleźć zdrajcę i pomścić Proroka...

Nagle wśród zgiełku bitwy, z daleka usłyszeliśmy pieśń bojową kariańskich rycerzy wychodzącą z tysięcy gardeł!. Posiłki? Ale jak? Skąd? Szczególnie, że pieśń dochodziła z południa. Któż mógłby to być? A jednak ziemia drżała już pod kopytami zbliżających się wierzchowców, demony zaczęły pierzchać a magia słabła. W rycerzy wstąpiła nadzieja, kiedy zobaczyli armię zbrojnych nacierającą od zachodu wzdłuż rzeki Kilii, z bojową pieśnią rycerstwa na ustach. Strach wstąpił w pogan kiedy zobaczyli nadciągające niebezpieczeństwo, próbowali zwrócić się frontem w stronę zbrojnych, ale było już za późno. Część rycerzy ruszyła na nich z mostu, a do nich dołączyłem Ja wraz z towarzyszami, zaś reszta rycerzy dobijała Sollan. Choć większość zbrojnych była pieszo, szarża była potężna, poganie zostali zmiażdżeni i zepchnięci w stronę rzeki Sil. Tutaj jednak bronili się dzielnie jeszcze całą noc i dopiero wschód słońca oświetlił ogromne stosy ciał, rzekę Sil czerwoną od krwi z pływającymi w niej trupami i całe ogromne pobojowisko ze spoczywającym na nim nietkniętym ciałem Proroka...

Kim byli niespodziewani sprzymierzeńcy? Otóż okazało się, że nie wszystkie statki, które wyruszyły z Doru zatonęły. Około 20 statków trzymało się razem i zostało zniesionych nie tak daleko na północ jak my. Wylądowali oni na niegościnnych terenach zamieszkanych przez orki i pogan. Na północy na horyzoncie widniały góry. Postanowili się tam przebić, mając nadzieję że dadzą im one osłonę przed ciągłymi atakami orków. Sterani i wyczerpani podróżą potrzebowali schronienia. Po długim marszu na północ dotarli do gór, te jednak okazały niedostępną ścianą skał i wysokich szczytów. Nie zrażeni tym kontynuowali podróż wzdłuż górskich zboczy na zachód, aż wreszcie dotarli do doliny rzeki wypływającej z gór. Tą doliną dotarli w wyższe partie gór, aż do jeziora z którego rzeka brała początek. Tam w górskiej dolinie niedaleko jeziora założyli pierwszą osadę warowną. Odparli kilka ataków orków, w czym wsparł ich żyjący w tych górach lud. Początkowo odnosili się nieufnie, ale ponieważ wszyscy byli wrogami orków, zawarto niepewny sojusz. W niedługim czasie lud ten zwący się Khoss od nazwy gór, udało się skarianizować. Przez następne 10 lat wspólnie budowano górskie, niedostępne państwo, żyjąc w izolacji od reszty świata. Dopiero niedawno po bitwie na równinie Banesh, zagubieni rycerze dowiedzieli się o losach pozostałych i o istnieniu Nowego Doru. Dowiedzieli się także o zagrożeniu jakie czekało rycerzy Proroka i zebrawszy górskich wojowników, czym prędzej ruszyli na pomoc...

Rycerze byli wstrząśnięci śmiercią Proroka i zdradą trzeciego syna. Trzeba było wracać do Nowego Doru i przywrócić porządek winnych prowincjach. Wraz z nowymi sprzymierzeńcami mieliśmy szansę powodzenia. Być może Jedyny nie odwrócił się od nas.

Ja oraz 20 rycerzy postanowiliśmy znaleźć i zgładzić trzeciego syna. Poszukiwania trwały wiele miesięcy. W tym czasie dochodziły nas wieści o wojnie domowej w Nowym Dorze, o najazdach orków, o ciągłych buntach. Nasze państwo stało w płomieniach. My jednak nie mogliśmy ustać w poszukiwaniach. W końcu w jednym z miast portowych Soll dowiedzieliśmy się, że kilka miesięcy temu trzeci syn wziął statek wraz z załogą i tchórzliwie uciekł przerażony chaosem jaki spowodował, a także czując na plecach pogoń. Wypłynął w kierunku wschodnim, a więc mógł mieć tylko jeden cel – powrót do Doru.

My również wsiedliśmy na statek i ruszyliśmy za nim. Nie czas mi tutaj opowiadać o moich przeżyciach na morzu, o tym jak po kolei traciłem towarzyszy i całą załogę. Ważne, że w końcu dotarłem do wybrzeża i znów postawiłem stopy na ziemi mojego ukochanego Doru. Nie mogę jednak się cieszyć urokiem tej ziemi, gdyż pomimo śmiertelnego wyczerpania i ran pozostało mi ostatnie zadanie do wykonania...



Czytaj również

Komentarze


~Feniks

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Tekst jest bardzo średni, masa błędów powtórzeń i kosmicznych zdań w postaci "prorok jednym cisem kład pod kilku pogan."
09-04-2006 20:57
~Michap

Użytkownik niezarejestrowany
    Eee...
Ocena:
0
Może lepiej nie komentować, zaznaczę tylko że mi się niepodobało...
10-04-2006 08:53
~Maliniak

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Jednym słowem - apokryf. Św. Dagobert nie miał z tym NIC wspólnego. Tekst ma potencjał, niestety dobrze ukryty pod niezręcznościami językowymi i fabularnymi. Szkoda, niektóre z tych błedów są do poprawienia i możnaby jeszcze "Księgę..." odratować.
11-04-2006 01:53

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.