» Artykuły » Inne artykuły » Krwią i flakiem

Krwią i flakiem

Krwią i flakiem
Lektura Morderców była dla mnie ciekawym doświadczeniem. Abstrahując od niezłego poziomu literackiego tekstów, przyznaję, że książka do teraz siedzi mi gdzieś z tyłu głowy. A to za sprawą jednego, przerażającego wniosku. Prawdopodobnie w okolicach mojej potylicy wygodne gniazdko umościł sobie jakiś podstępny demon i szepcze bez ustanku: uczuć, panie czytelniku, nie macie! Krew się leje, limfa pryska, wątroby i jelita wypadają z jam brzusznych, ktoś komuś wyrywa nasączoną lnianą szmatę z gardła (rozszarpując je tym samym na strzępy), a wy się, panie czytelniku, nawet nie skrzywicie!

Nie potrafię dzisiaj stwierdzić, co było najpierw: Achaja czy Młot na czarownice, ale z pewnością są to dwie książki, które zrobiły ze mnie potwora. Z dziecka czytającego o hańbionej niewolnicy, torturowanych heretykach, bezlitosnej żołnierce, torturowanych sługach demonów, walczącej z całym światem wojowniczce i torturowanych wieśniakach nie wyrośnie wrażliwiec, to pewne. Te lektury prawdopodobnie przełamały pierwsze zahamowania i sprawiły, że przez naprawdę długi czas brutalność oraz krew, pot, łzy (i jelita) pojawiające się w fantastycznych tekstach nie robiły na mnie większego wrażenia.

Swoistym szokiem było Auschwitz Gustavo Nielsena. Ja: czytelnik, który niczego się nie boi, który już każdą torturę poznał, który widział swych ukochanych bohaterów poprzebijanych tysiącami ostrzy i pozbawionych rąk czy nóg, który widział wszystko – został zaskoczony. Najzwyczajniej w świecie byłem zszokowany. Zszokowany tym, jaką nienawiścią główny bohater darzył cały świat, zszokowany tym, co czynił i co myślał, ale przede wszystkim zszokowany tym, kogo odważył się torturować. Potężni bohaterowie, główni źli i zupełnie nic nieznaczące rzezimieszki, podejrzani wieśniacy – tak; ale mały, niewinny chłopczyk? Nielsen naprawdę mnie zamurował i pamiętam, że lektura skądinąd interesującego Auschwitz była dla mnie mordęgą. Od tamtego czasu przestałem przechodzić nad brutalnością wielu fantastycznych tekstów obojętnie. Do dzisiaj powstrzymuje się od powtórnego zagłębienia się w Auschwitz – czasami resztkami sił. Kusi, bo zastanawiam się, jak – miejmy nadzieję – dojrzalszy czytelnik zareaguje na oczywistą estetyczną i moralną prowokację. Podobne uczucia wzbudziła we mnie Dziewczyna z sąsiedztwa, w której Ketchum torturuje całkowicie niewinną i bezbronną bohaterkę, podkreślając bestialstwo i agresję swych (anty)bohaterów.

Rodzi się pytanie: do czego autorom ta cała brutalność? Do czego brzydota, do czego turpizm? Wydaje się, że można podejść do tego zjawiska z dwóch diametralnie różnych perspektyw. Z jednej strony mamy miejski horror, którego jestem wielkim fanem. Bez trudu potrafię sobie przypomnieć kolejne przerażające sceny z najróżniejszych utworów, w których zastępy postaci przeżywały tak przyjemne przygody, jak choćby połknięcie własnych warg. Wydaje się to odstręczające, ale wystarczy pochylić się nad tekstami, aby dojść do wniosku, że to zabieg czysto artystyczny. Nie chodzi o ból ciała, nie chodzi o szkodę fizyczną – a o robaczywe dusze ludzi zamieszkujących miejskie molochy, umysły zmasakrowane przez obcowanie z mrokiem osiedli. Fantastyka miejska próbuje dokonać interpretacji współczesnego człowieka z perspektywy szarego mieszkańca szarych płyt – a jej odmiana, czyli miejski horror, skupia się na dobiegającym stamtąd krzyku bólu. Często w swych utworach pisarze przekuwają go na cierpienie czysto cielesne, opisując najwymyślniejsze tortury i niewyobrażalne fizyczne wypaczenia – krew i flaki stają się metaforą; rażą, ale taki jest ich cel – twórcza prowokacja. Domaganie się uwagi w skrajnej postaci. Tak dzieję się między innymi w Błędach Jakuba Małeckiego, opowiadaniach zebranych antologii City 1 czy Prawym, lewym, złamanym Dawida Kaina. Teksty te zapadają głęboko w pamięć – choć można odnaleźć w nich sporo wad, to nie sposób przejść obok nich obojętnie.

Druga strona medalu to dark fantasy, którego autorzy coraz częściej decydują się na topienie czytelnika w potokach limfy. Po co? Trudno uogólniać, ale wydawać się może, iż najczęściej celem jest prosta rozrywka . Nie bez powodu przecież lud krzyczy: chleba i igrzysk! Pisarze karmią swych czytelników kolejnymi krwawymi scenami, bawiąc się ich poczuciem bezpieczeństwa, podpowiadając: nie ciebie to spotyka, mój drogi, więc ciesz się i raduj. Poza tym, że napawanie się cierpieniem literackich bohaterów jest niesamowicie sycącą formą rozrywki, to wybitnie pomaga w kreacji postaci. Doskonale widać to na przykładzie cyklu Akty Caine’a. Kim jest główny bohater? Najłatwiej powiedzieć: zabójcą, mistrzem walki wręcz, krwawo rozprawiającym się ze swymi przeciwnikami. Ból wrogów Caine’a definiuje jego samego – bez kolejnych walk, które wieńczą potoki rozlanej krwi, w ogóle by nie istniał. Działa to w obie strony: Stover torturuje swego głównego bohatera, aby nadać mu cech heroicznych, sprawić, że czytelnik zżyje się z tym chodzącym potworem – bo jak nie współczuć człowiekowi walczącemu o własne szczęście, którego wszyscy źli pozbawiają kolejnych części ciała i którego wręcz katują.

Wydaje się, że wszędobylskie krew, limfa, flaki i poodcinane członki pomagają też w kreacji klimatu. Głową w mur i Dziki Mesjasz, czy Próba Kwiatów to tak naprawdę teksty z pogranicza dark fantasy i miejskiego horroru – zarówno Orkan, jak i Lake traktują brutalność jako jeden z dominujących elementów ich uniwersów i starają się ukazać wpływ, jaki ma ona na otaczającą bohaterów rzeczywistość. W niektórych tekstach (niech za przykład posłuży Bohaterowie umierają) występuje też zjawisko, które mnie jako czytelnika boli najbardziej: czasami krew zwyczajnie łata fabularne dziury. Zamiast skupić się na logicznym i spójnym ciągu akcji, można po prostu wysłać bohatera na wycieczkę po trupach kolejnych przeciwników. A im więcej flaków, tym lepiej – może czytający nie zauważy, że jest świadkiem zwykłej, rozciągniętej w czasie rzezi.

Mordercy nie byli szczególnie krwawym zbiorem i może dlatego nawet nie zająknąłem się w recenzji o sporej dawce brutalności, jaką serwuje nam Śmigiel – w końcu horror to mrok, zło i szatan wmówiłem sobie z automatu. I właśnie to jest najbardziej przerażające. Zastanawiam się: może rzeczywiście pora odkurzyć Auschwitz albo Dziewczynę z sąsiedztwa? Przecież trzeba zrobić coś, żeby odkopać czytelniczą wrażliwość, zabijaną przez hektolitry krwi. No i nie ukrywam, że chciałbym pozbyć się wspomnianego na początku szepczącego demona – bo ci, którzy słyszą ich głosy, mogą skończyć na torturach. A wtedy krew się poleje, na pewno.

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.