» Recenzje » Królewska krew. Wieża elfów - Michael J. Sullivan

Królewska krew. Wieża elfów - Michael J. Sullivan


wersja do druku

Przerażający duet Ririya

Autor: Redakcja: Bartłomiej 'baczko' Łopatka

Królewska krew. Wieża elfów - Michael J. Sullivan

Prószyński i S-ka przyzwyczaił do wysokiej jakości wydawanych przez siebie powieści w Serii Nowej Fantastyki – niemal każda z książek była co najmniej dobra. Tym większy zawód, niestety, spotka czytelnika oczekującego podobnej jakości podczas lektury Królewskiej krwi. Wieży elfów, zbiorczego wydania dwóch powieści Michaela J. Sullivana, gdyż zestaw ten nijak nie dorównuje wymienionym wyżej książkom.

Hadrian Blackwater i Royce Melborn tworzą (nie)sławny duet Ririya: są najemnikami i złodziejami, żadne zlecenie nie stanowi dla nich wyzwania, o ile zapłata jest sowita. Nic nie może jednak trwać wiecznie i dwójka przyjaciół wpada w poważne tarapaty: wrobieni w zabójstwo króla zostają zmuszeni do ucieczki w dosyć zaskakującym towarzystwie, a nim podróż dobiegnie końca zetkną się z legendarnym czarnoksiężnikiem, kościelną polityką, intrygami szlachty, starożytnymi legendami i zabójczą, starożytną bestią.

Książka rozpoczyna się naprawdę zachęcająco, dając nadzieję na powieść łotrzykowską podobną do chociażby [url=ksiazki.polter.pl/Klamstwa-Lockea-Lamory-n10195]Kłamstw Locke'a Lamory[/url]. Niestety, pozytywne doznania zmieniają się w złość na mizerny poziom fabuły. Doprawdy, ze świecą można szukać fantasy, w którym występuje podobna ilość idiotyzmów, cudownych zbiegów okoliczności i nieprawdopodobnie naciąganych wątków. Za przykład może tu służyć plan czarnych charakterów, który jest prawdopodobnie najbardziej nielogicznym, przekombinowanym i głupim spiskiem ze wszystkich o jakich czytałem. Niemal równie bolesne jest śledzenie poczynań siostry młodego króla, która, aby uchronić brata przed skrytobójcami, rozkazuje go porwać. Nie wzmocnić straże, wyjechać, czy chociażby poinformować go o swych podejrzeniach, ale właśnie porwać – podobnych kwiatków jest więcej. Fabuła pierwszej powieści trzyma się kupy tylko dlatego, że co drugi istotny bohater przynajmniej raz zachowuje się jak dureń. Co gorsza, przypadłość ta dotyka również protagonistów – jak na sprytnych łotrzyków są zaskakująco naiwni. W drugiej połowie książki jest nieco lepiej, ale za sposób poprowadzenia wątków, a zwłaszcza za zbyt częste używanie nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności autor otrzymuje wielgachny minus. Niewiele da się za to powiedzieć o świecie przedstawionym, który został zaprezentowany raczej klasycznie, pomijając fakt, że elfy są odwiecznymi adwersarzami ludzkości: mamy średniowieczne królestwa, rycerzy, spiskującą szlachtę, krasnoludy, przepowiednie.

Skoro fabuła się nie udała, to może dzieło Sullivana nadrabia interesującymi, sympatycznymi postaciami? Nie. Bohaterowie są wyjątkowo płascy, posiadają po jednej barwnej cesze, praktycznie nigdy nie mamy wglądu w ich przemyślenia i, jak już wspomniałem, raczej nie grzeszą intelektem. Jeszcze raz odwołam się do serii Scotta Lycha – u niego główną siłą Kłamstw... byli Niecni Dżentelmeni, charyzmatyczni, sprytni i autentycznie zabawni, nie wspominając już o tym, że łączyła ich prawdziwa przyjaźń, dzięki której wielokrotnie ryzykują dla siebie życie. Jakich głównych bohaterów otrzymujemy zatem w Królewskiej krwi. Wieży elfów? Czego się o nich dowiadujemy? Hadrian jest szermierzem-idealistą, a Royce to bezwzględny złodziej-zabójca. To wszystko, co da się o nich powiedzieć. Niewiele zostaje ujawnione na temat ich przeszłości nie wiemy, czemu są przyjaciółmi, jak się poznali i dlaczego ze sobą wytrzymują.

Zresztą, brak wiedzy na ich temat nasuwa więcej pytań: co sprawiło, że Hadrian, który jest tak uczciwy że aż mdli, został złodziejem? Brak danych. Z jakiego powodu Royce, człowiek ulepiony z zupełnie innej gliny, za każdym razem ustępuje mu w sporach? Nie wiemy, bo autor nie opisał w realistyczny sposób związku między nimi. W ogóle nie czuć, że są przyjaciółmi, nie ma 'chemii', która cechuje na przykład Locke'a i Jeana – tym samym trudno przejmować się ich losem. Można przyjąć, że mamy do czynienia z celowym zabiegiem pisarza, który chciał otoczyć bohaterów aurą tajemniczości i niedopowiedzenia, ale niestety przesadził – zamiast zainteresowania, czytelnik odczuwa raczej irytację. Niewiele dobrego można też napisać na temat postaci drugoplanowych: nie wyróżniają się niczym szczególnym – zdecydowana większość z nich stanowi często spotykane w fantasy archetypy, co nie jest złe, ale zabrakło w nich czegoś zapadającego w pamięć. Wyjątkiem jest Esrahaddon, który intryguje swą niejednoznacznością moralną. Z kolei czarny charakter został przedstawiony wręcz karykaturalnie – nie dość, że koniecznie musi wyjawić bohaterom swój plan, to jeszcze bardzo łatwo można się domyślić, kto się nim okaże.

Styl autora może nie jest wyjątkowo dobry, ale, co najważniejsze, nie przeszkadza w lekturze. Drażnią tylko próby przekazania czytelnikowi informacji na temat świata przedstawionego, które objawiają się najczęściej monologiem któregoś z bohaterów w odpowiedzi na zadane pytanie – dialogi te wydaja się wymuszone; podobnie jak, w zamierzeniu zabawne, docinki pomiędzy Hadrianem a Roycem.

Królewska krew. Wieża elfów okazała się niezwykle rozczarowującym zbiorem, zwłaszcza, iż zapowiadała się na znacznie przyjemniejszą lekturę. Trudno wyłowić jakiekolwiek zalety, gdyż te przyćmione są wadami: fabuła jest nielogiczna, bohaterom nie udaje się zainteresować czytelnika, a natężenie głupoty występujące w książce znacząco przekracza dopuszczalne normy. Wielka szkoda.
4.5
Ocena recenzenta
7.78
Ocena użytkowników
Średnia z 9 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Królewska krew. Wieża elfów
Cykl: Odkrycia Riyrii
Tom: 1 i 2
Autor: Michael J. Sullivan
Tłumaczenie: Edward Szmigiel
Wydawca: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 18 października 2011
Liczba stron: 736
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Seria wydawnicza: Seria Nowej Fantastyki
Cena: 45 zł



Czytaj również

Królewska krew. Wieża elfów
Świetny początek wspaniałej przygody.
- recenzja
Nowe imperium. Szmaragdowy sztorm - Michael J. Sullivan
Czytadło na jesienne wieczory
- recenzja
Zdradziecki plan i Pradawna stolica
Kicz, sztampa i brak wyobraźni wchodzą do baru...
- recenzja
Podsumowanie 2011 – Michał Cetnarowski
Rok skromny, ale czy chudy?

Komentarze


malakh
   
Ocena:
0
Będę drążył temat:

Za przykład może tu służyć plan czarnych charakterów, który jest prawdopodobnie najbardziej nielogicznym, przekombinowanym i głupim spiskiem ze wszystkich o jakich czytałem.

Plan z pierwszej części? Co jest nielogicznego w zamordowaniu kogoś, ściągnięcia na miejsce zbrodni dwóch kozłów ofiarnych i wszczęcie alarmu, gdy ci tylko tam dotrą?;P

Niemal równie bolesne jest śledzenie poczynań siostry młodego króla, która, aby uchronić brata przed skrytobójcami, rozkazuje go porwać.

Ale co dałoby wzmocnienie straży? Król miał niezgorszą, a dobrze nie skończył. Należy doprecyzować, że przez "porwać" należy zrozumieć: jak najszybciej wywieźć z zamku, gdzie zamachowcy zamordowali jego ojca.

Niewiele da się za to powiedzieć o świecie przedstawionym, który został zaprezentowany raczej klasycznie, pomijając fakt, że elfy są odwiecznymi adwersarzami ludzkości: mamy średniowieczne królestwa, rycerzy, spiskującą szlachtę, krasnoludy, przepowiednie.

Piszesz, jakby to był negatyw. To po prostu średniowiecze, z nieznaczną domieszką magii i zepchniętymi na drugi (może nawet trzeci) plan elfami i krasnoludami. Jak choćby u Ani Brzezińskiej, w opowiadaniach o wiedźmie.

Hadrian jest szermierzem-idealistą, a Royce to bezwzględny złodziej-zabójca. To wszystko, co da się o nich powiedzieć. Niewiele zostaje ujawnione na temat ich przeszłości nie wiemy, czemu są przyjaciółmi, jak się poznali i dlaczego ze sobą wytrzymują.

Cały cykl liczy sobie 6 tomów, do tego dochodzą opowiadania - tekst, który puszczam w grudniowej "NF" to historia z początków. No i nie zgadzam się co do tego, że niczego o chłopakach nie wiemy - a choćby sam początek drugiego tomu? Toż tam jest cała historia Royce'a w Czarnym Diamencie! Hadrian także wspomina, że jest byłym żołnierzem, który naoglądał się zbyt wiele złego. Stąd w nim ten idealizm i chęć szukania dobra.

Poza tym według mnie postacie są świetne także dlatego, że poznajemy ich poprzez czyny, a nie prostą charakterystykę. Po dialogach widać, jaki kto ma charakter.

Zresztą, brak wiedzy na ich temat nasuwa więcej pytań: co sprawiło, że Hadrian, który jest tak uczciwy że aż mdli, został złodziejem? Brak danych. Z jakiego powodu Royce, człowiek ulepiony z zupełnie innej gliny, za każdym razem ustępuje mu w sporach? Nie wiemy, bo autor nie opisał w realistyczny sposób związku między nimi.

Kurde, Ash, przecież to dopiero początek cyklu! Oczekujesz od razu wszystkich odpowiedzi? Na tym to polega, że poznajesz ich stopniowo, a nie na początek dostajesz biogramy.

W ogóle nie czuć, że są przyjaciółmi, nie ma 'chemii',

Leżę i kwiczę o_O

dialogi te wydaja się wymuszone; podobnie jak, w zamierzeniu zabawne, docinki pomiędzy Hadrianem a Roycem

Teraz się turlam... Sullivan kiepski w dialogach?

Mam wrażenie, że czytaliśmy zupełnie inne książki. I że Kuba też czytał inną książkę, i Beata (http://katedra.nast.pl/artykul/575 6/Sullivan-Michael-J-Krolewska-krew-Wieza-elfow/), i Liviu (http://fantasybookcritic.blogspot. com/2009/03/avempartha-by-michael-sullivan-reviewed.html).

Poczekam na kolejne recenzje.
27-10-2011 20:25
Dawidek
   
Ocena:
0
No i co ja biedny mam zrobić, a już miałem się w książkę zaopatrzyć, a tu taka negatywna ocena, sad panda.
27-10-2011 20:33
Asthariel
   
Ocena:
0
Za przykład może tu służyć plan czarnych charakterów, który jest prawdopodobnie najbardziej nielogicznym, przekombinowanym i głupim spiskiem ze wszystkich o jakich czytałem.

Mam tu na myśli plan dotyczący Ereshaddona> Przykro mi, ale SPOILERS! nijak nie rozumiem, po co trzymać przy życiu niezwykle niebezpiecznego czarnoksiężnika tylko po to, by go więzić 900 lat, na wypadek, gdyby kiedyś skontaktował się z dziecięciem przeznaczenia, czego nie zrobił przez 900 LAT. Dalej, skoro odkryto sposób na danie nieśmiertelności (vide miejsce gdzie czas nie płynie), to czemu nikt z niego nie korzysta?

Inne śmiesznostki: plan zabicia księżniczki przez zawalenie się wieży. Nic bardziej przekombinowanego nie dało się wymyślić? Rozumiem, otrucie może być podejrzane, ale nawet teraz mógłbym wymienić kilka lepszych metod.

Kościół chce Cesarza-figuranta. Co ma zrobić, aby udowodnić swą wartość? Zabić legendarną, niepotrzymaną bestię ofkoz! Nie mając praktycznie żadnych danych poza wizerunkiem miecza uważają, że wystarczy skopiować miecz, i to zadziała. Rozumiem, że nic nie wiedzą na temat magii, ale nawet laik zauważyłby, że coś jest nie tak z tą metodą, a konkretnie to, że SKOPIOWANIE MAGICZNEGO PRZEDMIOTU NIE CZYNI GO MAGICZNYM. Dobra, wiem, chodzi o wyryte runy - ale czy i tak Kościół nie ryzykuje zbyt wiele, polegając na całkowicie niesprawdzonej metodzie?

Ale co dałoby wzmocnienie straży? Król miał niezgorszą, a dobrze nie skończył. Należy doprecyzować, że przez "porwać" należy zrozumieć: jak najszybciej wywieźć z zamku, gdzie zamachowcy zamordowali jego ojca.

Mogła chociaż spróbować. Zrobić cokolwiek, poza tym niezwykle podejrzanym zachowaniem, które zostało uznane za podejrzane nawet przez bohaterów; a tak, od razu zaufała bohaterom, nawet przez chwilę nie zastanawiając się, czy MOŻE NAPRAWDĘ MA DO CZYNIENIA Z MORDERCAMI JEJ OJCA.

Piszesz, jakby to był negatyw. To po prostu średniowiecze, z nieznaczną domieszką magii i zepchniętymi na drugi (może nawet trzeci) plan elfami i krasnoludami. Jak choćby u Ani Brzezińskiej, w opowiadaniach o wiedźmie.

Nie napisałem, że uważam to za wadę, po prostu stwierdzam fakt.

Cały cykl liczy sobie 6 tomów, do tego dochodzą opowiadania - tekst, który puszczam w grudniowej "NF" to historia z początków. No i nie zgadzam się co do tego, że niczego o chłopakach nie wiemy - a choćby sam początek drugiego tomu?

Kawałek historii Royce'a to wciąż troszkę za mało. Może jestem tradycjonalistą, ale jednak wolę wiedzieć wcześniej niż w połowie cyklu coś więcej na temat bohaterów. I z tego samego, powodu, lubię czytać o przemyśleniach bohaterów, ponieważ dzięki temu lepiej się ich poznaje.

Kurde, Ash, przecież to dopiero początek cyklu! Oczekujesz od razu wszystkich odpowiedzi?

Nie, ale 33% serii to jak dla mnie dobry moment, aby dać więcej informacji.

W ogóle nie czuć, że są przyjaciółmi, nie ma 'chemii',

Leżę i kwiczę o_O


Wrażenie subiektywne, tralala. Jak napisałem, czułem przyjaźń u Locke'a i Jeana, albo w książkach Weeksa, u Kylara i Logana, albo u Sandersona, między ekipą Kelsiera. Tu tego nie 'czuję'.

Teraz się turlam... Sullivan kiepski w dialogach?

Po raz kolejny, subiektywna ocena. Sanderson ma lepsze, Lynch ma lepsze, Rothfuss ma lepsze, nawet Weeks i Tchaikovsky mają lepsze. Ani razu na mojej twarzy nie zagościł uśmiech z powodu jakiejś zabawnej sceny, ani razu nie odczułem złudzenia, że śledzę rozmowę między dwojgiem prawdziwych osób, a nie postaciami z książki.
27-10-2011 20:41
Shakaras
   
Ocena:
0
Nie zgadzam się z tą recenzją. Książke czyta mi się bardzo dobrze, a podane "minusy' mi nie przeszkadzają. Dodam, że np. filmy przygodowe przeważnie składają się ze "zbiegów okoliczności" itp.

Co do przedstawienia świata, to jest on dawkowany powoli, i z miłą chęcią odkrywa się nowe fakty.

Wiadomo jednym się spodoba innym nie.
Mi się bardzo spodobała.

a malakh widzę jest Wartownikiem tej książki ;)

PS
i z pewnością kupię kolejne części
27-10-2011 20:41
malakh
   
Ocena:
0
Edit

Dobra, ja się już nie udzielam.

Poczekam na inne opinie.
27-10-2011 20:56
Asthariel
   
Ocena:
0
SPOILERY

Bo to dziecie się nie urodziło jeszcze. Trzeba było na nie czekać.

O ile dobrze zrozumiałem, tak naprawdę 'dziecięcia przeznaczenia' nie było, tylko użyłem ironicznego określenia - dowolny potomek Cesarza nie różni się niczym od swych dziadków / rodziców / dzieci. Nie trzeba było na nic czekać, wystarczyło odnaleźć dowolnego potomka. Do tego potrzebny jest Ereshaddon, który jednakowoż jest trzymany w więzieniu przez 900 lat. Podsumowując, plan opiera się na tym, że pozwoli się Ereshaddonowi uciec, a później będzie się modlić o to, żeby go znów odnaleźć. A jeśli plan jest inny, to czemu go utrzymywać przy życiu?
27-10-2011 21:03
malakh
   
Ocena:
0
A jeśli plan jest inny, to czemu go utrzymywać przy życiu?

Zakładasz, że byli w stanie go zabić. Zapominasz, że był najpotężniejszym czarnoksiężnikiem swoich czasów. Zdołali go złapać, zastawili pułapkę, ale nie pozbawili go mocy. Ja odebrałem to dosyć jasno - udało się go uwięzić, ale jest zbyt potęzny, by go zniszczyć.
27-10-2011 21:19
Asthariel
   
Ocena:
0
Ja odebrałem to dosyć jasno - udało się go uwięzić, ale jest zbyt potęzny, by go zniszczyć.

Jeśli mogli mu uciąć ręce, i umieścić w miejscu, gdzie nie może użyć magii, to czemu nie iść za ciosem (haha "incredible lame pun") i nie uciąć też głowy?

27-10-2011 21:21
malakh
   
Ocena:
0
Milion powodów, a to dwa z nich: zranić i uwięzić udało się fartem, zabić już nie mogli; nie chcieli zabić, bo takie mieli zasady.

Już widzę różnicę między nami. Ja ufam autorom. Dopóki nie przekonam się, że się mylą, zakładam, że oni mają rację - bo gdy jest kilka możliwych wersji, a coś dzieje się tak, że wskazuje na jedną z nich, zakładam, że tak się właśnie stało.

Odnośnie tego:

od razu zaufała bohaterom, nawet przez chwilę nie zastanawiając się, czy MOŻE NAPRAWDĘ MA DO CZYNIENIA Z MORDERCAMI JEJ OJCA.

znalazłem słowa czarnoksiężnika:

Niewinni są twoi oskarżeni towarzysze? Bo tak
jej mówiłem: godni zaufania są tylko ci, którym wina będzie przypisana za najohydniejsze czyny.


Księzniczka została uprzedzona, dlatego im zaufała.

27-10-2011 21:27
Asthariel
   
Ocena:
0
Co do fartu: nie zmieni to faktu, że mają go już podanego jak na tacy, bez możliwości obrony.

Co do zasad: zasady te jakoś nie przeszkadzają w spiskowaniu i zleceniu zamachu na króla...

Podejrzewam, że czytałeś cały cykl (a przynajmniej tyle, co się ukazało), skoro wypowiadasz się tak pochlebnie o autorze. Czy później autor stwierdza wprost, jaki był powód utrzymania czarnoksiężnika przy życiu? Jeśli nie, to przykro mi, zawalił sprawę. To autor ma wyjaśniać najdrobniejsze szczegóły fabuły, a nie zmuszać czytelnika, aby sam znajdował usprawiedliwienia.
27-10-2011 21:32
malakh
   
Ocena:
0
Podejrzewam, że czytałeś cały cykl (a przynajmniej tyle, co się ukazało),

Nie, tylko dwa pierwsze tomy. Wprawdzie ukazało się pięć, ale to stare wydania. Do nowych, tych dla Orbita, Michael wprowadza sporo zmian, czasem dodaje całe rozdziały. Dwie pierwsze książki dostałem w ostatecznej formie i je czytałem. Na kolejne czekam.
27-10-2011 21:35
~historyk

Użytkownik niezarejestrowany
    Propozycja dla autora recki:
Ocena:
0
sprawdzić znaczenie słowa "protagonista" i przestać używać tej kalki z angielskiego.
28-10-2011 14:13
Scobin
   
Ocena:
0
Dlaczego przestać? Jest to słowo zakorzenione i pożyteczne. Natomiast zgodzę się z tym, że pewnie lepiej mówić o jednym protagoniście niż o wielu.
28-10-2011 14:48
~historyk

Użytkownik niezarejestrowany
    @Scobin
Ocena:
0
Zakorzenione? W tym znaczeniu? To chyba tylko wśród internetowych reckarzy. W ogóle nie ma w języku polskim słowa "protagonista" w znaczeniu "bohater" ("bohater" czy postać z literatury, a nie sprawca czynów bohaterskich). To jest kalka z angielskiego.

A definicję proponuję raczej tu:
http://slowniki.gazeta.pl/pl/prota gonista

lub tu:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Prota gonista_(ujednoznacznienie)
28-10-2011 14:53
Scobin
   
Ocena:
0
Nie rozumiem, dlaczego słownik PWN, który "został opracowany na podstawie wspólnej bazy dwóch najważniejszych słowników Wydawnictwa Naukowego PWN: Uniwersalnego słownika języka polskiego i Wielkiego słownika wyrazów obcych", ma dla Ciebie mniejszy autorytet niż słownik "Gazety Wyborczej" i Wikipedia. :-)
28-10-2011 14:56
~historyk

Użytkownik niezarejestrowany
    @Scobin
Ocena:
0
dlatego że jest to skrót słownika "papierowego" zawierający także znaczenia potoczne, czy wręcz niepoprawne. Daleko nie szukając:
http://sjp.pwn.pl/haslo.php?id=306 1919
widzisz tu gdzieś informację, że to słowo używane w mowie potocznej? Bo "sekscesy" to na pewno nie jest poprawna, literacka polszczyzna.
28-10-2011 15:04
~historyk

Użytkownik niezarejestrowany
    @Scobin
Ocena:
0
Daleko zresztą nie szukając, na tej samej stronie PWN, w innym słowniku (wyrazów obcych) masz już taką definicję słowa "protagonista":

" 1. człowiek przodujący, wyróżniający się w czymś, walczący o coś; przywódca
2. "teatr."
a) najwybitniejszy aktor zespołu lub odtwórca głównej roli
b) w starożytnym teatrze greckim: pierwszy aktor, prowadzący dialog najpierw z chórem, później także z drugim i trzecim aktorem".
http://swo.pwn.pl/haslo.php?id=224 35

Tam wyżej napisałeś coś o pożyteczności tego słowa. Zechciej mi objaśnić jaki jest pożytek w zaśmiecaniu języka polskiego nowotworami z angielskiego?
28-10-2011 15:09
~historyk

Użytkownik niezarejestrowany
    jeszcze zobacz
Ocena:
0
Edupedię:
http://www.edupedia.pl/words/index /show/280569_slownik_wyrazow_obcych-protagonista.html

i słownik Kopalińskiego:
"protagonista bojownik, człowiek walczący o co; teatr. przest. najwybitniejszy aktor w zespole a. sztuce.
Etym. - gr. prōtagōnistēs 'pierwszy aktor, wykonawca głównej roli w tragedii'; zob. prot-; agōnistēs 'współzawodnik; aktor' od agōn, zob. agonia."
http://www.slownik-online.pl/kopalinski/FB84BD93A5CCE1 FEC125658100550A45.php
28-10-2011 15:13
Scobin
   
Ocena:
0
dlatego że jest to skrót słownika "papierowego" zawierający także znaczenia potoczne, czy wręcz niepoprawne

Potoczne – tak. O ile mi wiadomo, żaden słownik języka polskiego (inaczej jest w ostatnich słownikach poprawnej polszczyzny) nie przeprowadza podziału na normę wzorcową i użytkową.

Niepoprawne – nie przypominam sobie żadnego takiego przykładu. "Sekscesy" zapewne nie spełnią kryteriów normy wzorcowej, ale nie znaczy to jeszcze, że są błędem językowym.

Tam wyżej napisałeś coś o pożyteczności tego słowa. Zechciej mi objaśnić jaki jest pożytek w zaśmiecaniu języka polskiego nowotworami z angielskiego?

Nie zechcę tego objaśnić, ponieważ zadałeś pytanie z tezą i widocznie żadne objaśnienia nie są tutaj potrzebne. Zaznaczę natomiast, że nie jest oczywiste, czy ten neosemantyzm rzeczywiście pochodzi z angielszczyzny, a skoro prof. Mirosław Bańko (znacznie lepszy fachowiec niż którykolwiek z nas) w 2010 roku nie miał zastrzeżeń co do jego poprawności, to może najprościej będzie uznać, że status tego słowa w języku polskim zmienił się przez ostatnie kilka lat (wszystkie wcześniejsze linki, jakie obaj podawaliśmy, prawdopodobnie są bardziej "opóźnione" niż wypowiedź prof. Bańki).
28-10-2011 15:23
~historyk

Użytkownik niezarejestrowany
    @Scobin
Ocena:
0
A gdzie widzisz w wypowiedzi Bańki, że jest to zwrot poprawny? Bo ja widzę tylko rozważania czy jest to kalka z angielskiego czy też może coś nowego powstałe ze starego znaczeniu tego terminu (główny aktor w teatrze - główny bohater książki).

"myślę, że mogło wyłonić się ze znaczenia starszego, dotyczącego teatru, a wpływ języka angielskiego (czy jakiegokolwiek innego) mógł być tylko czynnikiem pomocniczym".

W każdym razie "protagonista" to słowo w polszczyźnie znane od dawna i mające swoją definicję. Nowe znaczenie to właściwie ostatnie kilka lat. Nie widzę więc najmniejszego powodu, by polskie słowa "bohater", "postać" zastępować tym nowotworem.

Przyczyny używania tego nowotworu są takie same jak "dni dzisiejszych" czy "chwil obecnych". Chodzi o to, że osobom niezbyt lotnym takie słownictwo wydaje się mądre, więc dodają sobie powagi używając go.
28-10-2011 19:11

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.